Granicznym grzbietem Tatr Zachodnich

Szlak przez Grzesia – Wołowiec – Łopatę – Jarząbczy Wierch – Kończystą nad Jarząbczą – Trzydniowiański Wierch

Ponieważ mój M. nigdy wcześniej nie był w Tatrach (a przynajmniej nie na poważnie, sylwestry na Gubałówce czy kolejka na Kaspro się nie liczą), tegoroczne wycieczki starałam się dobrać tak, żeby w krótkim czasie mógł wyrobić sobie najszersze i najpełniejsze jak to możliwe pojęcie o tych górach. Coś z Tatr Zachodnich, coś z Wysokich, na finał jakiś trudniejszy szlak. W Zachodnich padło na grań główną ze względu na długość i widowiskowość drogi.

Będąc w Tatrach kwateruję w Małym Cichym, kilkanaście km na wschód od Zakopanego. Jest to niezły punkt wypadowy w Tatry Wysokie (1h pieszo do Rusinowej Polany, 3h do Morskiego Oka, z szosy biegnącej przez wieś pięknie widać Gerlach), za to żeby dostać się w część zachodnią trzeba jechać najpierw do Zakopanego, a tam pod barem FIS łapać busa, w tym wypadku do doliny Chochołowskiej. Nie jest to jakiś wielki problem, bo jak już się do tego Zakopca dotelepie, to busy odjeżdżają praktycznie non stop, ale jednak trochę czasu się traci. A że zaraz potem czeka nas długa i nudna droga przez dolinę Chochołowską, cierpliwość człowieka rwącego się do wspinaczki i widoków zostaje wystawiona na pewną próbę. Inna rzecz, że warto.

Chochołowską uważam za miejsce mało ciekawe. W Kościeliskiej, którą też się szczególnie nie zachwycam, są przynajmniej surprajsy typu Wąwóz Kraków czy Smreczyński Staw. Chochołowska jest w większości monotonna jak dupa węża. I o ile skorzystanie z konnej "kolejki" uważam, jeśli nie jest się emerytem / rencistą / dzieckiem / kobietą w ciąży za pewien przypał, o tyle już rower wypożyczyć warto. Kosztuje to tylko parę złotych, a pozwala zaoszczędzić czas. Na końcowym odcinku droga robi się dość niesympatyczna dla mniej wprawnego cyklisty (asfalt przechodzi w kamienie), ale tuż przed tym momentem jest możliwość oddania roweru, więc przez trzy czwarte trasy można sobie ułatwić życie.

Dopiero od Polany Chochołowskiej zaczynają się widoki:

Wołowiec, Rakoń i grzbiet Długiego Upłazu 

Schronisko Chochołowskie jest sympatyczne i podają tam rewelacyjną kawę z lodami i bitą śmietaną. I wreszcie – za schroniskiem zaczyna się nasza właściwa trasa. Można zacząć wchodzić.

Żółty szlak na Grzesia wznosi się z początku prosto w górę, by w połowie drogi na szczyt (po jakichś 30-40 min.) zacząć łagodnie trawersować stok. Idziemy lasem, prześwity w górnej części dają przedsmak widoków, które zobaczymy na górze. Po kolejnych 20 min. wychodzimy na łagodny, szeroki grzbiet porośnięty kosówką. Z tyłu mamy bryłę Bobrowca, po lewej piękny widok na grań, którą będzie biegła nasza trasa, po prawej Beskidy z Babią Górą. Kiedy wreszcie stajemy na Grzesiu (w sumie tak po 1 – 1.20h od schroniska, ale jestem pewna że można zrobić to szybciej – my byliśmy po baaardzo ciężkim weekendzie i szło się nam na tym pierwszym odcinku średniawo) i ukazują się słowackie Tatry Zachodnie, staje się jasne dlaczego ten niewybitny (1653m n.p.m.) szczycik jest tak licznie odwiedzany i rekomendowany w przewodnikach. Panorama z Grzesia jest naprawdę piękna. 

Widok na grań, którą biegnie nasz szlak: grzbiet Długiego Upłazu, Rakoń, Wołowiec oraz Łopata. W tle wystają szczyty Rohacza Ostrego i Płaczliwego

Słowackie Tatry Zachodnie: Trzy Kopy, Hruba Kopa, Banówka, Pachola, Spalona, Salatyński Wierch, Brestowa (wszystkie nazwy w wersji polskiej, słowacka często się różni, czasem znacznie)

Od Grzesia trasa (do Wołowca znaki niebieskie) już do końca wiedzie granią. Z początku idziemy względnie płaskim grzbietem Długiego Upłazu, by osiągnąć najbardziej wyodrębniony punkt na grani, Rakoń (1879m n.p.m.). Stąd jest już bardzo blisko na szczyt Wołowca, drugi w kolejności najwyższy punkt na trasie (2063m n.p.m. Punktem pierwszym jest wyższy o 174m Jarząbczy Wierch). Z przełęczy pomiędzy Rakoniem a Wołowcem schodzi zielony szlak do Chochołowskiej.

Wołowiec, Łopata i Jarząbczy z Rakonia

Tatry Wysokie z Rakonia

Podejście na Wołowiec jest trochę męczące, ale krótkie (40 min.?). Z wierzchołka najefektowniej przedstawiają się szczyty Rohaczy:

Rohacz Ostry i Rohacz Płaczliwy

Rohacz Ostry to prawdziwy wariat:))) Nie imponuje wysokością (2072m n.p.m.), ale ma jedyną w swoim rodzaju sylwetkę. Przykład góry z charakterem. Szlak, podobno trudny, co zresztą widać gołym okiem, będziemy testować w przyszłym roku. Na zdjęciu poniżej można dostrzec ludzi rozsianych od przełęczy aż po szczyt – przemieszczali się bardzo wolno, widać było że w wielu miejscach tworzą się zatory:

Rohackie Stawy

Szlak biegnie przez Łopatę, Jarząbczy i Kończystą. Za Jarząbczym widoczna Raczkowa Czuba, po lewej od niego Bystra (na dalszym planie) i Starorobociański

Grań pomiędzy Wołowcem a Niską Przełęczą (która oddziela Łopatę od Jarząbczego Wierchu; znaki od Woło aż do Kończystej czerwone) to najciekawszy odcinek trasy. Wąska, poszarpana, momentami przepaścista, a jednak nie nastręczająca żadnych trudności – piękne górskie widoki i pełny relaks:) Sam mało efektowny wierzchołek Łopaty szlak omija, dzięki czemu tworzy się spory skrót. W tej okolicy udało nam się zobaczyć żerującego świstaka, a nawet strzelić mu dwie fotki. Niestety, przy rozmiarach zdjęć takich jak te prawie nic nie widać.

Z tej perspektywy Rohacz Ostry wygląda chyba najpiękniej i widać, jaki to świr:)

W dole błyszczą Jamnickie Stawy przypominające jeziorka benzyny.

Podejście na Jarząbczy jest średnio miłe. Podchodzimy niby tylko ok. 300m, ale szlak prawie nie trawersuje, tylko daje prosto w górę, a jest to moment, kiedy ma się już w nogach sporo kilometrów.

Wołowiec i Rohacze z podejścia na Jarząbczy

Szlak nie wchodzi na sam wierzchołek Jarząbczego, ale to nie problem, na szczyt jest dosłownie pięć minut. Widoki są ciekawe – wszystko to już dzisiaj oglądaliśmy i to praktycznie podczas całej trasy, ale góra ta jest najwyższym (2137m n.p.m.) punktem szlaku i to widać. To dobry moment, żeby podjąć decyzję: czy idziemy dalej na Starorobociański i – wersja dla hardkorowców – Bystrą, czy schodzimy przez Kończystą. My od początku mieliśmy w planach ten ostatni wariant, ale jeśli ktoś chodzi naprawdę szybko, to na Starorobociański, najwyższy szczyt polskich Tatr Zachodnich, jest już w miarę blisko:

Po prawej Starorobociański Wierch, 2176m n.p.m.

Bardzo blisko jest natomiast na Raczkową Czubę po słowackiej stronie granicy. Ona i Jarząbczy to właściwie dwa wierzchołki tej samej góry, z tym że Raczkowa jest o jakieś 60m wyższa. Niby drobiazg, ale jakbym miała się jeszcze tam pakować, chyba by mnie trafił szlag:) To jednak naprawdę nie jest krótka trasa.

Z Jarząbczego żwirowa ścieżka sprowadza na grzbiet przypominający Długi Upłaz, widoczny nawiasem po przeciwnej stronie doliny Chochołowskiej, którą nasz szlak opasuje wielką podkową – a sama Kończysta nad Jarząbczą (bądź Kończysty Wierch), 2003m n.p.m., to trochę taki Rakoń. Stąd wreszcie widać, czemu Łopata ma taką a nie inną nazwę: jej potężne zbocze opadające do Chochołowskiej wygląda jak ogromna szufla do śniegu. Można też dostrzec, jaki mikry jest Grześ.

Trzydniowiański Wierch z Kończystej, na dalszym planie Grześ, Bobrowiecka Przełęcz i Bobrowiec

Szlak (na odcinku Kończysta – Trzyd. znaki zielone) obniża się na Trzydniowiański (1758m n.p.m.), sympatyczny szczycik wart, jeśli ktoś nie lubi długich tras, samodzielnej wycieczki, skąd mamy dwie opcje zejścia: czerwonym szlakiem przez Dolinę Jarząbczą bądź również czerwonym dalej obniżającą się granią. Pierwszy wariant jest dłuższy, ale dużo przyjemniejszy. Idzie się wygodnym chodnikiem, nachylenie jest łagodne, niżej, jeśli kogoś kręcą te sprawy, czerwony szlak łączy się z biało-żółtym papieskim (Jan Paweł II przeszedł się tamtędy AFAIR w 1983r.) Opcja druga jest jedną z bardziej wkurzających w Tatrach. Droga najpierw biegnie przez ciągnący się w nieskończoność kosodrzewinowy grzbiet, by po osiągnięciu lasu zacząć opadać bardzo stromo w dół, w dużej części po wysokich, niewygodnych drewnianych stopniach. Te stopnie i znaczne nachylenie powdują, że odcinek ten bardzo daje w kość, obojętnie w którą stronę się idzie. Pamiętam, jak klęłam na nim rok temu, wspinając się na Trzydniowiański. Poniżej, kiedy stopnie się kończą i znajdujemy się już w głębokim lesie, wcale nie jest lepiej: wchodzimy do stromego żlebu pełnego żwiru, który też nie chce się skończyć. Ten wariant ma tylko jeden plus – pozwala ściąć kawałek Doliny Chochołowskiej. W wariancie pierwszym wychodzimy prosto na schronisko, tu około kilometra dalej.

Jeszcze tylko trzeba przejść Chochołowską, i to koniec.

Szlak nie jest trudny technicznie (*, odcinek Wołowiec – Niska Przełęcz **), ale długi. Zejście awaryjne na polską stronę tylko jedno i to na początku trasy, pomiędzy Wołowcem a Rakoniem. Nie polecam tej wycieczki jako rozruchowej, jeśli ktoś przez dłuższy czas nie był aktywny fizycznie. Przejść zapewne da radę, ale kosztem unieruchomienia na kolejnych parę dni. Jeśli natomiast komuś mało, można przedłużyć sobie trasę idąc na Starorobociański, a stamtąd zejść do Chochołowskiej (dwie drogi) bądź Kościeliskiej. W takim wypadku oba zejścia z Trzydniowiańskiego byłyby wariantem awaryjnym.

Trasa jest przepiękna, przy dobrej pogodzie w pełni bezpieczna, polecam z pełnym przekonaniem:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s