Przez Szpiglasową Przełęcz

Po Tatrach Zachodnich przyszła kolej na Wysokie. Nie chciałam na początek wybierać jakichś hardkorów, bardziej zależało mi żeby pokazać M., jak to wszystko w ogóle wygląda. Trasa przez Szpiglasową jest idealna: po drodze podwójna klasyka, czyli doliny Pięciu Stawów i Rybiego Potoku; szlak w górnej części z ułatwieniami, czy niezbędnymi, trudno powiedzieć, ale pozwala zobaczyć, jak to jest na tych straszliwych łańcuchach. Słowem, niebywałe walory edukacyjne:D

Tym razem nie trzeba było brać busa. Bezpośrednio z Małego Cichego pomaszerowaliśmy do celu, pokonując 2km drogi leśnej i kolejne dwa szosy, żeby w ogóle dostać się do parku. Doliną Filipką (mój masta pan Nyka podaje, że poprawna jest właśnie taka forma, a nie doliną Filipka, a ja panu Nyce wierzę we wszystko, z wyjątkiem jego ocen trudności szlaków, bo zdarza mu się IMO przesadzać w obie strony… Ale o tym kiedy indziej, w każdym razie niech będzie, że Filipką), szlakiem niebieskim, pomaszerowaliśmy w kierunku Rusinowej Polany. Szlak jest sympatyczny, nachylenie akurat takie, żeby się bezboleśnie rozchodzić, można sobie przysiąść na licznych ławeczkach ustawionych dla ludności zmierzającej do kościółka na Wiktorówkach. Gdzieniegdzie do drzew poprzybijane krzyże, Matki Boskie; ludzi zawsze się trochę spotka, bardzo często mocno starsze osoby – no nie jest to jednym słowem typowy tatrzański szlak. No więc tą Filipką a później Złotą idzie się jakieś pół godziny, by po drewnianych, strasznie długich stopniach które niby ułatwiają wchodzenie, ale ja ich nienawidzę, wbić się na wysokość kościółka.

Tu o samym kościele, są też zdjęcia. Najciekawsze jest jednak to, co obok: na kamiennym murku kilkanaście tabliczek upamiętniających osoby, które zginęły w górach. Obok Everestów, Eigerów i niewymawialnych skandynawskich lodowców znajome nazwy: Kozia Przełęcz, Kozi Wierch, Lodowy.

Do Rusinowej Polany jest stąd już bardzo blisko, a widok stamtąd tradycyjnie wlecze, wymiata, wbija z głową w murawę oraz uzależnia.

M.in. Gerlach (po lewej), Batyżowiecki, Ganek, Młynarz, Wysoka oraz Rysy (po prawej, w chmurce)

Z Rusinowej, która ze względu na pejzaż jest moim drugim obok Krzyżnego ulubionym miejscem w Tatrach, poszliśmy mało uczęszczanym czarnym, a w dalszej kolejności czerwonym szlakiem. Jak zwykle się tu bałam, ponieważ trasa trawersuje zbocze Wołoszyna, jedno z najbardziej niedźwiedziowatych miejsc w Tatrach (misie mają tu swoje stałe gawry). Droga jest kręta i na wielu odcinkach nie widać, co znajduje się za zakrętem: właśnie w takiej scenerii znajoma znajomej dosłownie wjechała kiedyś niedźwiedziowi w dupsko. Nic jej nie zrobił, bo niedźwiadki bez uprzednich złych doświadczeń z ludźmi nie są agresywne, ale sama myśl, że mogę się w podobnej sytuacji znaleźć, niezależnie od konsekwencji, nie jest mi miła, zwłaszcza jak sobie coś wcześniej nawkręcam.

Od Rusinowej do kolejnego punktu zwrotnego, tj. szosy na Morskie, idzie się (niespiesznie) niecałą godzinę. Szlak biegnie lasem, jest malowniczy i tłumów raczej się na nim nie spotyka. Na fotce poniżej widać, że tegoroczne lato musiało być wyjątkowo suche: potoki, przez które w co bardziej mokrych sezonach przeprawiało się w akrobacjach, w tym roku… zniknęły.

Rozstaj dróg znajduje się za maleńką Polaną pod Wołoszynem, miejscu o tyle interesującym, że tu kończyła się Orla Perć w czasach, kiedy jeszcze prowadziła przez Wołoszyn.

Na "czerwonej" połowie szlaku prześwity pozwalają podziwiać lekko przesuniętą panoramę z Rusinowej (fotka niżej). Idziemy zboczem ponad szosą na Morskie, na tym fragmencie słychać już daleki stukot kopyt i turkot bryczek, co mnie zawsze w moich niedźwiedziowych lękach pocieszało.

Szlak sprowadza prosto na szosę. Z leśnej, jak na ten rejon odludnej ścieżki wychodzimy na Krupówki. Lud miast i wsi maszeruje do najsłynniejszego jeziora Tatr. Lans, słynne japonki i torebeczki przez ramię faktycznie się zdarzają. Nie powinnam być złośliwa, bo to w końcu szosa i można dojść bezpiecznie (choć masochistycznie) nawet w szpilkach. Z drugiej strony TOPR regularnie ściąga ze ścian osoby nieodpowiednio ubrane i obute – i jak patrzę na te panienki z drogi na Moko, ogarnia mnie zgroza na myśl, co by było gdyby przyszła im ochota na pójście gdzieś indziej. Nie chce mi się wierzyć, że mają w bagażu górski obuw.

Odcinek szosą jest na szczęście krótki. Tuż za wodogrzmotami Mickiewicza (efektowne, ale moim zdaniem nieco przereklamowane) odbija zielony szlak przez Dolinę Roztoki. Z początku stromy, szybko łagodnieje i systemem lekka górka – lekki dołek – płasko idziemy lasami, kilkakrotnie przekraczając Potok Roztokę. Widoki zaczynają się dopiero, gdy wychodzimy z lasu i zaczynamy podchodzić pod ścianę stawiarską (próg, którym obrywa się do Roztoki Pięć Stawów). Potężny masyw Wołoszyna i wyraźnie widoczny, dłuuuugiiii i z tej perspektywy szalenie karkołomny (co jest nieprawdą, ale perspektywa zmienia wiele), pełen ludzi szlak na Krzyżne robią wrażenie.

Przy kolejnym rozstaju decyzja: czarnym, krótszym, ale bardziej stromym szlakiem, pełnym zakosów, prosto w górę – wychodzi się przy schronisku – czy zielonym, nieco łagodniejszym ale dłuższym, koło jednej z atrakcji Tatr, Wielkiej Siklawy, spadającej ok. 70m wysokości ze ściany stawiarskiej. Ja polecam czarny, bo zielony wychodzi na Pięciu jakiś kwadrans drogi za schroniskiem, a za dobry dają tam żurek i szarlotkę żeby dać sobie spokój. Po drugie, samą siklawą też się nie zachwycam:

Typ wbił się nam w kadr, ale zostawiłam jego łeb celowo, bo pomaga uzmysłowić sobie skalę. Wodospad faktycznie jest wysoki, ale… no jak zachwyca, jak nie zachwyca. Znaczy oczywiście bardzo ładne miejsce, ale nie wiem czemu uważane jest za jedną z głównych atrakcji Tatr Polskich. Stawy Piątki w pogodny dzień robią dużo większe wrażenie:

Na pierwszym planie Wielki, dalej Przedni Staw. Schronisko jest schowane, widać za to szlak przez Świstówkę Roztocką do Doliny Rybiego Potoku (bardzo po lewej)

W tle Szpiglasowy Wierch i Liptowskie Mury

Dolina Pięciu Stawów to jedno z najbardziej ruchliwych miejsc w Tatrach – odchodzą stąd liczne szlaki w rejon Orlej bądź, z drugiej strony, w kierunku Morskiego Oka. Jednak wysokogórskie położenie doliny sprawia, że atmosfera w moim ulubionym schronisku jest inna niż na Moku czy nawet na Kondratowej: tu już panien w klapkach i młodzieńców, którzy trafili tu tylko po to żeby się uraczyć browarem, raczej nie uświadczysz. Nie chciało by im się podchodzić.

Ze schroniska idziemy za znakami niebieskimi, później wyprowadzającymi na Zawrat – my skręcamy wkrótce na szlak żółty, biegnący już bezpośrednio na Szpiglasową Przełęcz.

Miedziane, Szpiglasowa Przełęcz, Szpiglasowy Wierch, Niżni Kostur

Początkowo podchodzimy klasycznym chodniczkiem. Szlak nie jest szczególnie męczący, idzie trawersami, większa stromizna pojawia się dopiero na końcowym odcinku, tuż przed ułatwieniami, gdzie na domiar złego dochodzi żwirek. Na szczęście męka nie trwa długo, wkrótce wchodzimy w skały.

Samo wejście na przełęcz jest bardzo łatwe. Łańcuchy w kilku miejscach, zwłaszcza na końcowym odcinku, są z pozoru zupełnie zbędne i rozwieszone siłą rozpędu – acz domyślam się, że inaczej to wygląda np. przy oblodzeniu. We fragmencie początkowym faktycznie ułatwiają, ale nie jako coś nieodzownego, raczej jako rozsądny reduktor niepotrzebnego ryzyka – tu z kolei w złych warunkach pogodowych mogłyby się pewnie okazać niezbędne. Jak dotąd przechodziłam przez Szpiglasową dwukrotnie, oba razy przy pięknej pogodzie, i w takich idealnych warunkach wejście nie nastręcza żadnych trudności, a żelastwa wydaje się być za dużo.

Widok ze Szpiglasowej Przełęczy w kierunku Doliny Pięciu Stawów – nad otoczeniem dominuje Świnica. Widać (od prawej do lewej) fragment Wielkiego, Czarny i Zadni Staw, ten ostatni pod samą Świnicą

Z przełęczy (2114m n.p.m.) na szczyt Szpiglasowego Wierchu (2172m n.p.m.) jest dosłownie moment, a widok zupełnie się zmienia: panorama wzbogaca się o kierunek zachodni. Najbardziej spektakularnie prezentuje się monumentalna bryła Hrubego Wierchu, opadającego obłędną ścianą do Doliny Hlińskiej. Zza grani wystaje czubek Krywania, w dole, w Dolinie Piarżystej połyskuje Niżni Staw Ciemnosmreczyński, wyglądający jak kałuża płynnego metalu:

Widok ze Szpiglasowego Wierchu na południowy wschód: Niżne Rysy, Rysy, Wysoka, Mięguszowieckie Szczyty i Cubryna

Tatry Zachodnie

Z przełęczy zbiega Ceprostrada, którą to wdzięczną nazwą ochrzczono kosmicznie długi chodnik prowadzący do samego schroniska nad Morskim Okiem. Widoki ze szlaku na najpiękniejszą dolinę polskiej części Tatr (a może i całych Tatr) oczywiście wloką, ale… On też się strasznie wlecze:) Poważnie, zejście jest tak długie dlatego że Dolina Rybiego Potoku jest dosyć nisko położona (schronisko bądź tafla Moka, w tej chwili nie pamiętam, znajduje się na wysokości 1395m n.p.m., dla porównania Piątka to o 300 więcej), za to otoczona przez najwyższe po naszej stronie Tatr ściany.

Widok z górnych partii Ceprostrady na Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami

Mnich jest maleńki, ale to prawdziwy kozak:

Samo Morskie to czysta poezja i ono zdecydowanie przereklamowane nie jest. Kontrast pogodnego otoczenia jeziora, które leży sporo poniżej górnej granicy lasu, z poszarpanymi ogromnymi ścianami, sama wielkość akwenu, budzący respekt Mięguszowiecki, którego szczyt znajduje się ponad kilometr nad jego powierzchnią – to sprawia, że Morskie Oko jest tak piękne i, niestety, tak popularne. W pogodny letni dzień koczują tam dosłownie tłumy. Nie mam nic przeciwko normalnym turystom, do których sama się zaliczam, ale niestety jest tam też pełno zachlajmordów, śmiecących małolatów i wrzeszczących dzieciaków – generalnie wyobraźcie sobie typowy festyn. Sceneria nieklasyczna, ale klimat ten sam.

Tutaj można dostrzec te dzikie hordy, nieco już przerzedzone, jako że pora była późnawa:

Potem jeszcze tylko 8 km na Polanę Palenicę, skąd odjeżdżają busy, i finito. Jeśli ktoś naprawdę złapie kryzys może skorzystać z bryczki – postój bryczek znajduje się na Polanie Włosienicy, może z kilometr od schroniska. Kiedyś bardzo współczułam biednym koniom, ale w ostatniej edycji swojego przewodnika pan Nyka zapewnia, że po licznych protestach ta sama para koni obecnie może pokonywać tę trasę tylko dwa razy dziennie, a co do nakazu zabierania nie więcej niż 15 dorosłych osób naraz, to sama widziałam, że jest przestrzegany. Także dla bryczki realnych przeciwwskazań nie ma, chociaż mnie osobiście jest jakoś głupio.

Szlak jest długi, ale można go wydatnie skrócić jeśli dysponuje się samochodem: zaparkować na Palenicy, stamtąd szosą, potem Wodogrzmoty, Roztoka i wiadomo. Przy tym wariancie rezygnuje się jednak z Rusinowej, więc jeśli ktoś go wybierze, niech koniecznie odwiedzi ją kiedy indziej. Widok z Rusinowej po prostu TRZEBA zobaczyć.

Trasa nie jest trudna. Wejście na przełęcz, pomimo paraliżującego wielu słowa "łańcuchy", w dobrych warunkach pogodowych – kiedy nie ma oblodzeń, śniegu ani deszczu – jest bardzo proste, jakie w gorszych spekulować nie będę, bo nie chcę tworzyć bajek. Po drodze dwie cudowne doliny i dwa schroniska, na większości szlaku jest woda.

Polecam i gwarantuję pełną satysfakcję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s