Beinn Ghlas


… albo raczej: Porażka Pod Ben Lawersem. Albo: Odwrót Spod Moskwy. Albo: Lawers, Lawers, ty WUJU…

No, tak czy siak, ordnung muss sein:

Nr 11, Beinn Ghlas:

Wymowa: bin glas

Znaczenie nazwy: green-grey hill, szarozielone wzgórze (znów za The Munros, ale może coś w tym być – munromagic.com podaje green hill)

Wysokość: 1103m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 47.

Data wejścia: 5.04.2008

Ben Lawers miał być naszym kolejnym celem. Najbliższy nam munro z pierwszej dziesiątki (na ostatnim miejscu, ale zawsze), o na tyle łagodnych kształtach, że trasa jest raczej bezpieczna także w zimie; w dodatku znajdujący się dalej na wschód, niż kiedykolwiek zawędrowaliśmy w Highlandach, czyli zupełnie nowe widoki, w tym na położone bezpośrednio u podnóża góry Loch Tay.

Do Ben Lawersa dojeżdżamy przez Callander, a potem (obok stacji benzynowej przed Crianlarich) należy skręcić na Killin. Za tym bardzo malowniczym miasteczkiem odbijamy w ultrawąską drogę (nie do przegapienia, jest drogowskaz) i nią w górę, przez las i łyse zbocza aż na parking koło Visitor Centre, skąd zaczyna się trasa.




Parking z początków szlaku na Ben Lawersa. W dole za wałem leży Killin

Szlak jest wyraźny, na początkowym odcinku oznaczony. Wędrujemy krętą drogą przez dolinę, otoczoną wałami z jednej strony Ben Lawersa (którego jeszcze długo nie zobaczymy, jedyne co widać, to właśnie należący do tego samego masywu Beinn Ghlas) i munro Meall Corranaich po stronie przeciwnej.

Na ostatnim planie Stob Binnein oraz Ben More

Marsz przez dolinę trwa około 20 minut. Wreszcie zaczynamy się wspinać na wał, który wyprowadzi nas na Beinn Ghlasa i dalej, na Ben Lawersa. I może nawet – taki był plan – na kolejnego munrosa, An Stuc.

Beinn Ghlas, widać ludzi na szlaku

Szlak jest nietrudny, stromy raczej umiarkowanie, jedynie w niektórych miejscach bardziej. W sumie nie ma jakoś bardzo wiele podchodzenia, a przynajmniej nie tyle, ile można by się spodziewać po tak wysokich (jak na Highland rzecz jasna) górach. Po prostu sam parking położony jest już na pewnej wysokości – gdyby podchodzić od podnóży, czyli od brzegów Loch Tay, dopiero by się poczuło, że atakuje się dziesiątego z munro-listy.

Wał po drugiej stronie doliny, kulminujący w Meall Corranaich (1069m n.p.m.)

Widok w kierunku północnym

Ponieważ już na starcie mamy fory, na widoki nie trzeba długo czekać. Ładnie wygląda Loch Tay, dumnie prezentuje się Ben More ze Stob Binneinem, ale naprawdę piękne panoramy otwierają się na wschodzie i północy. Niestety, nie umiem jeszcze zidentyfikować większości szczytów.

Śniegu było dużo więcej niż w środę na Ben More, i prawie cały czas sypał. Co tam zresztą sypał, on zacinał – jakby ktoś ciskał w twarz garściami ryżu, kuleczkami homeopatycznymi albo styropianem mającym żelazne wypełnienie.

To już ostatnie podejścia przed szczytem Beinn Ghlasa. Na dolnym zdjęciu widać zbocze, po którym prowadzi droga, i Loch Tay:

Silnie wiało, więc niebo zmieniało się jak kalejdoskop. Generalnie jednak widoczność była znakomita, a najgorsze chmury trzymały się wysoko, byliśmy więc dobrej myśli. Gdyby nie ten walący po twarzy śnieg i lodowaty wiatr, komfort byłby kompletny…

Meall Corranaich

Szczyt Ben Lawersa ukazał się dopiero z wierzchołka Beinn Ghlasa. Wielki, byczy grzbiet kojarzy się trochę z Ben Nevisem, i ma charakterystyczną dla wielu szkockich gór cechę: jest obły z jednej strony, a skalisty i stromy z drugiej.


Z Beinn Ghlasa obniżamy się na długą przełęcz:

Widok z przełęczy na Ben Lawersa i położony za nim kolejny munro, An Stuc (1118m n.p.m.)



Potok Allt a’Chobhair w dolinie, po prawej An Stuc

Na przełęczy, już bezpośrednio pod ścianą Ben Lawersa, zdecydowałam się założyć dodatkową garderobę i wsadzić w rękawiczki wkładki rozgrzewające. Wiatr był nie do zniesienia, i nawet nie chciałam myśleć, co będzie na wierzchołku…

Polarnik :))

Po lewej zbocze Beinn Ghlasa. Przez siodło pomiędzy nim a Meall Corranaich wiedzie alternatywna droga, którą schodziliśmy

"Atak szczytowy" zapowiadał się na średniołatwy. Ścieżka była wyraźna, gdzieniegdzie jednak zalodzona, co przy stromiźnie zbocza wymuszało sporą ostrożność. Ogólnie jednak w dobrych warunkach pogodowych to musi być relaks.

Beinn Ghlas

Już na przełęczy widzieliśmy wielkie paskudne chmurzysko, ale liczyliśmy że przejdzie bokiem. Tymczasem kiedy byliśmy może w jednej trzeciej drogi na szczyt, niebo zaczęło szarzeć coraz bardziej, a wiatr dąć coraz silniej.

Ostatnie widoki

Wkrótce nic już nie było widać. W szalejącej zadymce wchodziliśmy dalej, mając świadomość, że zawrócić praktycznie pod samym szczytem jest niehonorowo.

Wreszcie znaleźliśmy jakieś skałki, pomiędzy którymi schowaliśmy się, żeby trochę się rozgrzać i przeczekać najgorsze momenty. Ja byłam już jednym soplem lodu, pomimo hot-padów w rękawicach, polara, spodni chroniących od wiatru i niezawodnej jak dotąd kurtki.
Za skałkami odbyła się dramatyczna narada, co robić dalej. Mariuszowi zimno tak nie dokuczało, poza tym z racji większej wagi wiatr nie miotał nim tak jak mną, był więc skłonny iść dalej. Koniec końców spasowałam jednak. Ręce bolały jak wściekłe, twarz niewiele mniej, a kiedy wstałam, znów zaczęło mną rzucać. Nie jestem chucherkiem, ale po raz drugi w górach miałam bardzo realne wrażenie, że zaraz mnie zepchnie w przepaść – pierwszy raz miał miejsce podczas burzy z piorunami, ulewą i gradobiciem na szczycie Kopy Kondrackiej. Zaczęliśmy odwrót.
Kiedy już dotelepaliśmy się jakoś do przełęczy okazało się, że czeka tam na nas trzech tubylców, którzy wcześniej szli przed nami i w czasie kiedy my dyskutowaliśmy za skałkami też zaczęli uciekać w dół. Zaproponowali, żebyśmy poszli z nimi, bo przez szczyt Beinn Ghlasa w tych warunkach nie ma jak wracać, schodzą więc do doliny i dalej przez szerokie siodło, za którym połączymy się ze szlakiem dojściowym.
Schodziliśmy trawersując zbocze Beinn Ghlasa, po ścieżce która raz się pojawiała, raz niknęła zasypana. Zbocze było dość mocno nachylone i na stromych śniegach – a śniegiem było pokryte praktycznie w całości – należało bardzo uważać. Parę razy o włos, a zjechałabym na sam dół. Śnieg był w wielu miejscach tak zmarznięty, że ciężko było wbić w niego nogę i łatwo było o poślizg.
Od szerokiej przełęczy trasa zrobiła się łatwiejsza, weszliśmy do tej samej doliny, którą prowadzi szlak dojściowy. Na górze wciąż trwała zadymka. Nawet tu, w dolinie, napadało mnóstwo świeżego śniegu. Ale na dole było po prostu cudownie, bo NIE WIAłO.
Końcówka drogi przeszła już bezproblemowo.

Na Ben Lawersa jeszcze się wybierzemy, bo nam pojechał po ambicji. Szlak oceniam na ** (druga gwiazdka w warunkach oblodzenia). Sam Beinn Ghlas – no cóż, widokowa góra, ale dla nikogo raczej nie jest celem samym w sobie. Nie jest to szczyt, którym miałabym ochotę się chwalić nie mogąc w tym samym zdaniu wspomnieć o Ben Lawersie. Niby jedenasty muros zdobyty, ale nie mam specjalnej satysfakcji. Znaczy fajna przygoda, i generalnie z wycieczki jestem zadowolona. Tyle że nie mam poczucia, że w dziedzinie munroistycznej zrobiłam jakiś postęp;)
Rejon Ben Lawersa wygląda ciekawie, munrosów jest tam całkiem sporo, widoki piękne – na pewno warto się wybrać.
Komplet zdjęć jak zwykle w linkach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s