Wołanie w górach


Niedługo kolejny wypad w Tatry. Jak zwykle mam mnóstwo planów, z których dobrze, jeśli uda się zrealizować połowę. Potrzeba mi jeszcze tylko lepszych butów i zestawu viaferratowego, a tymczasem wprowadzam się w klimat książkami.
Skończyłam po raz trzeci Wołanie w górach Michała Jagiełły. Mój egzemplarz wydany został przez Iskry w 2006 r. i wygląda tak:

Pan Jagiełło przez dziesięć lat był ratownikiem TOPRu, z czego przez trzy również naczelnikiem tegoż. Alpinista, taternik, znany także ze swojej działalności pozagórskiej (ale z tym już nie do mnie, bo ta część mnie niezbyt interesuje), generalnie taki dzik, że czapki z głów.
Książka – smacznie grubaśna – jest relacją z wypadków w Tatrach. I właśnie przez taki pryzmat dowiadujemy się mimochodem bardzo wiele o Tatrzańskim Pogotowiu Ratunkowym, rozwijaniu się od samych początków turystyki tatrzańskiej i taternictwa, wreszcie o tym, co dzieje się w głowie ratownika. Tylko opowieści o akcjach ratunkowych, czasem bardzo rozbudowane, czasem jednozdaniowe; plus komentarz, próba analizy bądź refleksja, a także sporo ciekawostek*, płynnie wynikające jedne z drugich dzięki talentowi narracyjnemu autora.
Generalnym przesłaniem książki jest: kochajmy góry, bo są tego warte, ale kochajmy je rozsądnie. Autor naoglądał się w swojej toprowskiej karierze mnóstwa tragedii bądź sytuacji, które o włos by się nimi stały, w wielkiej części wynikłych z bezrefleksyjności ofiar i nie tyle błędnej oceny sytuacji, co raczej niepodjęcia w ogóle próby takiej oceny. A przecież (nie jest to cytat, ale dość wierne odtworzenie myśli zawartej w książce) jeśli ktoś nieświadomie wystawia się w górach na niebezpieczeństwo, to nie dlatego że jest debilem, tylko zwyczajnie brak mu elementarnej wiedzy, a może także wyobraźni, która wszak różnie u różnych ludzi pracuje. Dlatego zamiast potępiać, należy edukować i tę wyobraźnię pobudzać.
O ile opisy akcji czyta się genialnie, to mam nieco mieszane uczucia co do strumienia świadomości, jakiemu Pan Jagiełło co pewien czas daje upust, przerzucając się na refleksje na temat istoty bycia ratownikiem i tego, co dzieje się w ratowniczej duszy. Z jednej strony bardzo mnie te zagadnienia ciekawią i lektura tych fragmentów dała mi co nieco do myślenia. Z drugiej – momentami naprawdę popłynął, a ja wciąż nie jestem pewna, czy jeśli czegoś nie da się powiedzieć prostymi słowami, to nie lepiej nie mówić tego wcale…
Ach no i wiersze, oczywiście. Autor ma niekwestionowalny talent do snucia opowieści i posługuje się przepiękną polszczyzną, niemniej poetą to on jest tylko wannabe. Na szczęście zaserwował nam tylko dwa – i więcej naprawdę nie chcę.
Generalnie, dla Pana Michała wielki szacun i za działalność, i za będącą jej rezultatem świetną książkę, do której wracam regularnie i za każdym razem mam z niej taką samą przyjemność. Wołanie w górach polecam wszystkim zakochanym w Tatrach. Nie jest to fabuła, więc można czytać na wyrywki, z dołu do góry i od prawej do lewej, a co się nie podoba, ominąć bez szkody.
Każde wydanie – a parę ich już było – jest aktualizowane.


* ja tam np. znalazłam opis wypadku, którego byłam PRAWIE świadkiem. Znaczy, i ja i ofiara byłyśmy na Orlej, ale w innych częściach. Ale widziałam śmigłowiec i na dole słyszałam dramatyczne relacje, co i jak. Książkowy opis, data, okoliczności i miejsce zdarzenia zgadzają się idealnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s