Garbh Bheinn przez Pinnacle Ridge

  Na Garbh Bheinn już byliśmy ale na tę górę warto wrócić, gdyż jest po prostu fajna. Należy do tej samej rodziny szkockich charakternych "mniejszych braci" co Cobbler, Stac Pollaidh, Suilven czy Sgorr na Diollaid – za małych na munrosy, ale z większym pazurem niż sporo z nich.
Garbh Bheinn jest zbudowany następująco: niebywale długie ramię główne kończące się niższym szczytem, przełęcz, szczyt właściwy. I to z rejonu tego właściwego schodzą najciekawsze warianty, jak bardzo trudna Great Ridge, nasza docelowa Pinnacle Ridge, czy wreszcie to tam znajdują się miejsca gdzie można się powspinać.

   

Poprzednim razem wbiliśmy się od razu na ramię główne (trasa zielona). Teraz uderzyliśmy z boku, pod rejon szczytu podchodząc z boku dolinką (czerwona). Marsz nią zakończył się w momencie gdy odsłoniło się coś takiego:

Po lewej widać wierzchołek Garbh Bheinna, z którego opada Great Ridge, zaś Pinnacle Ridge (na mapce żółta) zaczyna się na boulderze na pierwszym planie, a potem biegnie przez rysujące profil góry dwa zęby.
Już przy forsowaniu bouldera zrobiło się ciekawie. Mianowicie kolega zleciał z ok. 5 metrów (efekt: kontuzja kostki, która na szczęście odezwała się na serio już kiedy kończyliśmy trasę). Aczkolwiek szacun za refleks, bo kiedy tylko zorientował się, że się ześlizguje, zmienił upadek w zeskok, dzięki czemu o ziemię rymnął w sposób w miarę kontrolowany, i skończyło się na kostce a nie wstrząśnieniu mózgu na przykład.
Wypadek ten odebrał mi sporo z pewności siebie i już do końca jej nie odzyskałam, dlatego przez resztę trasy starałam się w miarę możliwości omijać najtrudniejsze warianty, przez kt
óre pomykał Mariusz.

Po osiągnięciu wypłaszczenia ponad boulderem zaczęły się wątpliwości topograficzne. Wiadomo było, że napierać należy na bliższy z zębów, ale którędy? Struktura zboczy wyglądała na jeszcze bardziej wypadkogenną, więc właściwy wybór trasy miał pierwszorzędne znaczenie. W końcu zdecydowaliśmy się wbijać bokiem, po prawej stronie zęba.

Wchodziliśmy dość stromym, poprzerastanym trawnikami zboczem, gdzie warianty można było sobie wybierać wedle gustu. Trawy okazały się najzdradliwsze, bo cholernie śliskie a także z tendencją do obrywania się z kawałami ziemi spod nóg.

Wreszcie osiągnęliśmy grań. Badając topografię okolicy doszłam do wniosków, że
1) Żeby powtórzyć drogę z przewodnika nie powinniśmy wbijać się bokiem, tylko na przełaj;
2) Jednakowoż dla stopnia trudności nie ma to znaczenia bo "na przełaj" wygląda podobnie jak to co przeszliśmy;
3) Wbijając się po naszemu straciliśmy zaledwie kilkanaście metr
ów Pinnacle Ridge (co zresztą nadrobiliśmy cofając się do miejsca, gdzie grań się zaczyna, by popstrykać zdjęcia):

Sama Pinnacle Ridge jest rozczarowująco krótka. Owszem, efektowna i ultrawąska – w paru miejscach można ją przechodzić okrakiem – ale tylko z jednym konkretniejszym miejscem.

To jedyne trudniejsze miejsce to turniczka, na którą wspina się Mariusz. Była omijalna, więc z kolegą poszliśmy bokiem. Mariusz twierdzi, że turniczka nie była hardkorowa i spokojnie dalibyśmy radę. Jednak tak jak napisałam – obojgu nam morale siadło już na początku i mając wybór, woleliśmy skorzystać z nieryzykownego wariantu.

To już końcówka grani. Wierzchołek wspomnianej turniczki to wystająca skałka na drugim planie:

A ponieważ na fotce powyżej plany zlewają się ze sobą i wydaje się, że skałka ta jest tuż za mną…:

Na wypłaszczeniu powyżej tego miejsca grań się skończyła. Stąd w rejon szczytowy można było na mnóstwo sposobów, więc znów zaczęła się wolna amerykanka. Przyznaję, że po raz kolejny byłam bardziej ostrożna niż to niezbędne, rezygnując z kilku wersji które nie były poza zasięgiem moich możliwości technicznych. Taka jest niestety specyfika chodzenia bez szlaków – co z tego, że wiesz, że pokonasz najbliższe parę(naście) metrów, jak nie masz pojęcia co jest wyżej i czy w razie czego zdołasz zejść. Na szlaku znakowanym może być trudno, ale wiadomo że musi on być do przejścia z definicji. W miejscu gdzie dróg nie ma, łatwo się wmanewrować w dupę. Dlatego profilaktycznie wolałam iść tak, jak było mi łatwiej. Mariusz się tym absolutnie nie przejmował i walił na rympał, ale ja już od dawna uważam, że człowiek ten minął się z powołaniem. Gdyby odkrył swoje hobby dwadzieścia lat temu, kto wie na jakim etapie byłby teraz. Ja niestety muszę nad swoim strachem bardzo pracować.

Poniżej Glencoe – Sgurr nam Fiannaidh, grupa Bideana i początek Beinn a’Bheithir:

Loch Linnhe, horyzont rysują wzgórza Glen Etive. Widać m.in. Ben Starava i Ben Cruachana:

Wracaliśmy trasą "zieloną".
Wycieczka bardzo się nam podobała, pomijając oczywiście kontuzję kolegi. Sama Pinnacle Ridge nieco rozczarowuje swoją kr
ótkością, acz jest naprawdę efektowna. Trudności oceniać nie będę, ponieważ na większości trasy można je sobie dowolnie stopniować, a na jedynym fragmencie nieomijalnym, czyli na odcinku gdzie grań jest naprawdę wąska, jest eksponowanie, ale łatwo. Trasa jest niewątpliwie interesująca, a sama góra przypomina centrum wspinaczkowe, tyle daje możliwości i tyle zabawy. Garbh Bheinn niniejszym awansował na drugie moje ulubione miejsce w Highlandzie, zaraz po Glencoe.
Więcej zdjęć: >>LINK<<

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s