Łomnica – Jordanka.

Łomnica (2632m n.p.m.) jest drugim co do wysokości szczytem Tatr, zaś Jordanka – najtrudniejszym w Tatrach szlakiem turystycznym nieznakowanym. Oczywista, że nie zdecydowałabym się tam wchodzić, gdyby nie koledzy, o wiele bardziej doświadczeni i znający trasę (gwoli precyzji, znało ją dwu z nich), którzy zabrali nas ze sobą.

Jak wspomniałam w notce podsumowującej nasz wyjazd, dzień zdobywania Łomnicy był hardkorowy już na starcie. Startowaliśmy z Terinki, a dla mnie i Mariusza miał to być ostatni ranek tam spędzony, nocować mieliśmy już zamiar gdzie indziej. Ponieważ z Łomnicy mieliśmy schodzić przez Łomnicką Przełęcz, a stamtąd do schroniska Zamkovskiego, pojawiła się kwestia, co z naszymi plecakami bazowymi. Opcje były dwie: albo olać na razie temat, i po ukończeniu trasy zapieprzać z Zamkovskiego do Terinki po nasze wory, albo znieść je na dół rano przed wycieczką i wrócić. Wybraliśmy możliwość drugą, zapewniając sobie niezłą rozgrzewkę przed podchodzeniem właściwym.

Trasa rozpoczyna się niewinnie, w pierwszym żlebie mamy dwójkowy scrambling.

Bardzo szybko pojawiają się pierwsze miejsca lufiaste. Na razie nie jest trudno, ale z półki widocznej poniżej można było elegancko polecieć.

W prawym górnym rogu szczyt Łomnicy:

Za wspomnianą półką jest wypłaszczenie – moment relaksu – po czym zaczynamy się wspinać lewą stroną głębokiego żlebu. To wciąż scrambling, ale już konkretniejszy. Mariusz musiał mi niemal cały czas podawać rękę – na ile to kwestia mojego cykora a na ile słabych umiejętności, trudno mi ocenić. Pewnie pół na pół. Wszyscy inni radzili sobie normalnie – po prostu… szli.

Ponieważ na drodze stanął nam ogromny płat śniegu, trzeba było uderzać w lewo po skałach. I znów: chłopaki weszli bezproblemowo, nawet jeśli musieli się gdzieniegdzie zastanowić. Ja nie bardzo umiałam sobie wyobrazić jak mam się tam wbić. Znów, nie potrafię powiedzieć na ile rozłożył mnie strach, a na ile faktycznie byłam słaba.

Widząc, że nie wyperswadują mi wejścia, Maciek założył stanowisko i rzucił linę. W pierwszej chwili ulżyło mi ogromnie – pamiętałam, jak dobrze szło mi z asekuracją na Curved Ridge – w następnej jednak cykor napłynął nową falą. W miejscu, którym miałam wchodzić, były chwyty ale nie było stopni. Lina liną, ale lina za człowieka nie wejdzie – ok, dzięki niej nie zabiłabym się, ale to w niczym nie poprawiało moich fizycznych możliwości wbicia się na górę. Nie mam na tyle silnych rąk żeby się podciągać – a z zaufaniem tarciu wciąż mam problemy.

Skończyło się tak, że Mariusz wypiął się i mnie wyciągnął pionowo do góry, za jedną rękę, jak tę nieszczęsną owcę kilka notek wstecz.

W tamtej chwili w ogóle nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jeśli byśmy polecieli to nasz ciężar mógłby wyrwać stanowisko (ja wciąż przecież byłam przypięta) i pociągnąć resztę w dół.

Po tym niefajnym miejscu należało trawersować głęboką rysę – stopnie i chwyty były mikre, ogólnie trochę słaby kawałek, przynajmniej dla mnie, rozdygotanej i upokorzonej tym, co się właśnie stało. Ten odcinek również przeszłam za rękę z Mariuszem. Nie próbowałam nawet samodzielnie, moja psychika w tym momencie przypominała bowiem rozgotowany haggis (dla tych co nie znają: w dużym uproszczeniu jest to szkocka kaszanka).

Po przejściu rysy łatwym, ale pierońsko kruchym zboczem wbiliśmy się na Klimkową Przełęcz – od tej pory mieliśmy już iść z grubsza granią.

Grań mocno mnie zdeprymowała. Tak już mam z lufiastymi graniówkami i nie potrafię tego przemóc. Przy czym lufiastość nie musi oznaczać pionowych klifów po obu stronach. Na wąskiej graniówce naprawdę niewiele mi potrzeba, by poczuć się niepewnie.

Poniżej turniczka, która w pierwszej chwili mnie przeraziła. Samo wejście nie wyglądało na arcyciężkie, ale mój mózg uparcie nie chciał wyłączyć ekspozycji po bokach. Na Orlej jakoś udawało mi się wejść w tryb "nie widzę lufy", tu jednak było dużo trudniej. Weszłam, i faktycznie technicznie było łatwo, ale co się nanarzekałam i najęczałam, to moje ;P

Dalej następuje kawałek jeszcze póki co bez żelaza, po grani lub trawersując ją, na przemian w górę i w dół.

Wreszcie podobno najtrudniejsze miejsce trasy, tj dwójkowe. Tu chłopaki założyli poręczówkę. Mnie osobiście dużo gorsze wydało się to pierwsze niefortunne wejście, tam gdzie Mariusz mnie wciągał. Tam nie miałam w ogóle koncepcji, co zrobić. Tu należało po prostu dać dużego kroka.

Powyżej zaczęły się łańcuchy. Stromizna była dużo większa niż na Orlej, ale generalnie z łańcuchem to wiadomo – nawet jak stopnie są minimalne, to ten chwyt masz i jakoś wejdziesz. A że dodatkowo się w nie wpinałam, bardzo dobrze robiło mi to na psychikę.

Lufa też nieporównywalnie większa niż na OP.

No i wreszcie słynny komin Franza. Prawdopodobnie dlatego, iż wiedziałam że jestem blisko celu i skoro tyle przeszłam, to już raczej się nie wysypię, ale jakoś bardzo mnie nie przeraził. Pomógł też fakt że komin jest strasznie ożelaziony – mamy do dypozycji, oprócz klamer i platform, dwa równolegle zwisające łańcuchy – jest się czego złapać, jest gdzie postawić nogę.

Za Franzem jeszcze kilka łańcuchów, i ostatni łatwy kawałek do szczytu. Przygotujcie się, że będziecie stanowić atrakcyjne widowisko dla tych, którzy wjechali kolejką.

Zejście do Łomnickiej Przełęczy w swej ołańcuchowanej górnej partii przypomina stromsze odcinki OP. Tamtędy wiedzie trasa najpopularniejsza, ta opisana w przewodniku Nyki. Łańcuchy pokonywałam, przyznam, w tempie raczej ślimaczym, głównie z powodu paskudnego bólu kolan, który zresztą utrzymywał się ze zmiennym natężeniem do końca wyjazdu. Podejrzewam, że zawdzięczam go mojej nadmiernej skłonności do schodzenia dupą do skały, nawet w miejscach, gdzie nie jest to wskazane.

Poniżej łańcuchów jest bezproblemowo, nie licząc kruszyzny. Gdyby moje kolana mogły wydawać dźwięki, na tym odcinku by wyły.

Po zejściu na przełęcz zjechaliśmy wyciągiem do Łomnickiego Stawu, skąd w godzinę można zbiec do Zamkovskiego, co też uczyniliśmy. Z Zamkovskiego pobraliśmy wory i popędziliśmy na Hrebienok, gdzie udało nam się cudem złapać ostatnią kolejkę. Z tego zejścia jestem niewiele mniej dumna niż z faktu, że przeżyłam Łomnicę. Z tobołem na plecach i płonącymi kolanami dałam radę zmieścić się w czasie, jaki sobie założyliśmy. Był to też mój moment przełomowy wyjazdu – od tego dnia, choć nie był to jeszcze koniec łażenia, zaczęłam czuć się coraz bardziej zmęczona.

Jordanka jest najtrudniejszą drogą, jaką do tej pory przeszłam w górach – jak na moje obecne umiejętności, za trudną. Gdyby nie pomoc Mariusza i kolegów nie dałabym rady. Albo zleciałabym gdzieś po drodze, albo zostało by mi dzwonić po Horską Službę. Nie wierzę, że na dzień dzisiejszy przeszłabym to sama.

Opinia Mariusza jest zupełnie inna. Trasa ogromnie mu się podobała, ale nie wywarła takiego wrażenia jak na mnie. Dla niego – pomijając konieczność ustawicznego wciągania mnie – to była zajebista zabawa. Stwierdził też, że Jordankę można postawić w jednym rzędzie z Tower Ridge. Ta pierwsza jest wprawdzie dłuższa, ale na drugiej znajduje się jedno miejsce trudniejsze od jakiegokolwiek na J.

Tu moja relacja z forum: >>LINK<<. Jest dużo bardziej emocjonalna, prawem pierwszego przelania odczuć na ekran. Tu natomiast komplet fotek: >>LINK<<. Enjoy 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s