Granią od Wrót Chałubińskiego po Miedziane

Nasz pierwszy samodzielny udany offroad uskuteczniliśmy już po wejściu Mariusza na Mnicha, ale że nie ma on chwilowo weny, będzie niechronologicznie.

Wycieczkę odbyliśmy w towarzystwie mojego brata i jego przyjaciela – młode pokolenie zostało zarażone wirusem pozaszlakowości. Niebiosa widziały i nie zagrzmiały.

Na Wrota dla nich samych nie ma się za bardzo co pchać. Przełęcz jest wąska i niespecjalnie widokowa. Odbiliśmy w prawo, w kierunku Szpiglasowego Wierchu, początkowo ostrzem grani, a dalej to ostrzem, to – kiedy było to wygodniejsze lub bezpieczniejsze – ścieżką trawersującą zbocze od strony słowackiej.

Ścieżka na ogół nie jest trudna do wypatrzenia, czasem jednak niknie. Zbocze które trawersujemy jest bardzo strome – trudno nazwać to lufą, bo nie poleciałoby się lotem swobodnym, ale zjechać można. Nam marsz spowalniała kosmiczna ślizgawka, jako że cały czas mżyło.

Poniżej jedno z kilku miejsc, gdzie można by było ładnie zjechać:

Do pewnego momentu możliwy jest i marsz ostrzem grani, i trawersowanie. W końcu dochodzimy jednak do miejsca, gdzie strawersować po prostu trzeba. Tam właśnie ścieżka nie była z początku ewidentna, ale da się ją znaleźć, trzeba się w tym celu dość konkretnie obniżyć.

Poniżej jedyne miejsce, które w pierwszej chwili nieco nas zdeprymowało. Fota jest kiepskiej jakości bo obiektyw był mokry, ale myślę że widać o co chodzi. Po lewej (na zdjęciu prawej) był dobry spad, a kominek z góry wyglądał dosyć nieprzyjemnie – zastanawialiśmy się nawet przez chwilę, czy by nie zeskoczyć, ale na szczęście udało się normalnie zejść, ja tradycyjnie dupą do skały (dzięki ci Panie za me pajęczo długie odnóża).

Od tego miejsca już tylko kawałek na Szpiglasa. Akurat na wejście na szczyt zrobiła nam się ładna pogoda.

Ze Szpiglasowej Przełęczy wyraźną ścieżką (nie jest niezbędna, jako że prowadzi nas samo ukształtowanie terenu, ale daje do myślenia), na grań szczytową Miedzianego.

Grań jest łatwa, ale bardziej interesująca niż można by się spodziewać. Od strony Pięciu Stawów są fragmenty lufiaste, czego nigdy bym nie przypuszczała patrząc na Miedziane z dołu. Już w bezpośrednim rejonie wierzchołka grań mocno się zwęża i robi skalista – nadal bez trudności, za to miałam przyjemne skojarzenie z Carn Mor Dearg Arete. Widoki są podobne do tych ze Szpiglasa, ale ciekawsze bo jesteśmy mocno przesunięci na północny wschód, co daje unikalną perspektywę Doliny Pięciu Stawów.

Korciło nas żeby zejść przez Opalone – grań wyglądała na wąską, ale nie było widać trudności – ale chłopaki nam wcześniej odradzali trasę tamtędy ze względu na jakiś cięższy kawałek, zeszliśmy zatem tą samą drogą, do Szpiglasowej Przełęczy.

Schronisko w Piątce pod ciekawym kątem:

Grań w kierunku Opalonego:

Z przełęczy, tak jak zakładał plan, zbiegliśmy do Piątki, po czym nad Morskie Oko wróciliśmy przez Świstówkę Roztocką. Tłumy były straszliwe, a tym co mnie uderzyło był zadziwiająco duży odsetek jednostek totalnie nieprzygotowanych do wędrówek. Nie że górskich, ale outdooru w ogóle. Nie jestem fanatykiem, wiadomo że ubranie i ekwipunek za człowieka nie chodzą, i nie myślę bynajmniej o obuwiu niegórskim ale sportowym, czy dżinsach. To jest ok jeśli ktoś lubi. Moją uwagę zwracają raczej ekstrema. No więc na Świstówce napatrzyłam się na takie rzeczy, jak dziewczyna w baletkach, pan z gustowną torebką damską – żonie niósł, bo się była zmęczyła – spódnice i mocno odkryte sandały. Na jakąkolwiek aktywność outdoorową, wcale niekoniecznie górską, baletki, spódnica plus torebka na ramię są to ostatnie rzeczy, jakie przyszło by mi do głowy założyć (ok, przedostatnie, bo jeszcze obcasy). I to jest brak podstawowego myślenia, bo nie każdy musi mieć treki, ale te tenisówki czy coś podobnego to jednak wszyscy mają, ogólnie jakiś mniej lub bardziej sportowy outfit to sobie każdy skompletuje. Tymczasem część ludności woli się umartwiać. Nie ogarniam tego.

A nasza trasa, piękna 🙂 Bardzo się podobało i nam, i młodzieży (hehe). Bez większych trudności, a te które napotkaliśmy wynikały głownie ze ślizgawicy, w ciszy, spokoju, z możliwością zobaczenia znanych miejsc w nowym ujęciu. W sumie może trzeba było spróbować zejść przez to Opalone, byłaby pętelka, ale i tak wycieczka się nadzwyczaj udała.

Tu >>LINK<< od razu fotki z powyższego oraz z Mnicha, notkę o którym wysmaży Mariusz 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s