Ben Nevis po raz trzeci

Prognozy pogody na zeszłą sobotę były tak optymistyczne, że postanowiliśmy zrobić coś naprawdę fajnego: po raz pierwszy ogarnąć Ben Nevisa (przez Carn Mor Dearg Arete oczywiście, ceprostradzie mówimy nie) w piękny, widokowy dzień. Żeby trochę zmodyfikować znaną trasę zaplanowaliśmy wchodzenie przez grań opadającą z Carn Dearg Meadhonach. Co do tego punktu miałam, przyznaję, trochę wątpliwości ponieważ grań ta w warunkach letnich ma wycenę dwójkową (scramblingowo, nie wg UIAA ;P), a jakkolwiek dwójki latem są banalne, żadnej jeszcze nie robiliśmy w zimie.
Trip rozpoczęliśmy, wjeżdżając kolejką gondolową (gondola w gaelic to "gondala" :D) na Aonach Mor. Górna stacja znajduje się oczywiście nie na samym szczycie, a w połowie wysokości. Od stacji zaczęliśmy trawersować zbocze Aonach Mor, i wkrótce ukazał się CDM i jego grań:

W dolinie spotkaliśmy górołazów, którzy obozowali w dwóch namiotach. Strasznie fajny klimat, obudzić się w zimowej scenerii Nevis Range 🙂 Krotka wymiana zdań ujawniła, że na CDM byli poprzedniego dnia co oznaczało, że będziemy mieć przedeptaną ścieżkę.
Dojście do podstawy grani (a właściwie jej górnej, konkretniejszej części) było momentami nieco nerwowe, jako że im wyżej tym zbocze było coraz stromsze a śnieg bardzo mało związany i obawialiśmy się, że możemy podciąć lawinkę. Zimowe doświadczenie mamy jeszcze bardzo skromne i ciężko nam realnie ocenić, na ile sytuacja jest bezpieczna.

Wreszcie osiągnęliśmy grań i rozpoczęliśmy wchodzenie na pierwszą turnię. Od początku stało się jasne, że przy takiej ilości śniegu nie będzie mowy o porządnym scramblingu. Wszystkie nierówności były przykryte, w miejscach stromszych, gdzie w warunkach letnich trzeba było by użyć rąk, teraz wystarczało zabić czekan i się podciągnąć. Praktyczny brak trudności nie umniejszał bynajmniej urody grani, zwłaszcza po prawej stronie lufa była konkretna (po lewej – bardzo stromo, nie chciałabym się tamtędy stoczyć, ale jednak nie ekspozycja jako taka).

Wierzchołek Carn Dearg Meadhonach osiągnęliśmy szybko, poniżej rzut oka na końcówkę grani:

Ale oczywiście samo gęste znajdowało się po drugiej stronie. Po raz pierwszy było nam dane zobaczyć północną twarz Benka w pełnej okazałości. Podobnie pierwszy raz zobaczyliśmy jak właściwie wygląda przechodzona przeze mnie dwu, a przez Mariusza jednokrotnie Carn Mor Dearg Arete. Wiedzieliśmy, że widoki będą wymiatać, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak – dzięki pogodzie robiły kolosalne wrażenie, taki moment perfekcji przydarzył mi się w górach zaledwie parę razy.

Poniżej północna ściana Ben Nevisa z widoczną w centrum Tower Ridge. Idealne warunki sprawiły, że w ścianie było pełno ludzi. Na każdej grani znajdowało się po kilka zespołów, śnieg w żlebach poznaczony był śladami stóp – niektóre ścieżki prowadziły w miejsca, gdzie latem nie dałoby się wbić tak prosto, tu śnieg okazał się sprzymierzeńcem.

Szeroka póki co grań wyprowadziła nas na munro Carn Mor Dearg. Z tą górą przez długi czas mieliśmy pewien problem. Podczas naszej pierwszej wycieczki przez CMDA, gdy wbijaliśmy na grań na przełaj z doliny, we mgle wyszliśmy już na Arete, kawałek za wierzchołkiem munrosa. Z bólem, ale nie zaliczyliśmy go sobie wtedy, chociaż był to naprawdę krótki odcinek. Po raz kolejny przechodziłam Arete w czerwcu, gdy Mariusz łoił Tower Ridge. Stanęłam wtedy uczciwie na CMD i, nie bez pewnych wątpliwości, postanowiłam jednak wciągnąć go na naszą munro-listę. Jednak dopiero teraz, kiedy stanął na nim i Mariusz, uważam, że zaliczyliśmy go prawidłowo.



Arete zaczyna się kilkadziesiąt metrów od wierzchołka munrosa. Grań znacznie się zwęża, po obu stronach są stromizny (choć lufą bym tego nie nazwała, z wyjątkiem paru krótkich odcinków); i tym powietrznym szlakiem wędrujemy aż do bezpośredniego podejścia na Ben Nevisa, gdzie grań przechodzi w szeroki grzbiet. Latem Arete ma wycenę scramblingową 1, to znaczy: ręce zasadniczo nie są potrzebne, czyli jest łatwo. Jest to jednak scrambling, lajtowy bo lajtowy, ale tu i
ówdzie trzeba się podciągnąć, uważać na ruchome kamienie, ponadto dużo prościej jest trawersować grań, głównie od wschodu, niż posuwać się ostrzem (nie jest problematyczne ale tam właśnie koncentrują się wszystkie momenty dzięki którym droga została uznana za scramblingową). Teraz, przy śniegu, była to piękna ścieżka prowadząca po samym ostrzu. Cudowna sprawa, delektować się taką powietrzną trasą nie musząc myśleć o trudnościach. Myślę że zdjęcia mówią same za siebie (na pierwszym w tle Sgurr a’Mhaim w The Mamores):

Poniżej, na moim ulubionym zdjęciu, na drugim planie pięknie prezentuje się słynny mamoresowy szlak, opisany na tym blogu Ring of Steall:

Na Arete:

Oraz podejście na szczyt Ben Nevisa, który od tej strony ma tak śmiałe linie, że wchodzenie na niego Pony Trackiem powinno być zabronione – pomyśleć, że dla wielu osób atakujących Benka tą ceprostradą pozostaje on kopą, tyle że wyższą od innych…

Poniżej zaś Tower Ridge po raz kolejny. Przypatrzcie się, na jakiej wysokości znajduje się Great Tower. To za chwilę będzie istotne.

Atak szczytowy dał nam popalić – śnieg był głęboki i sypki, szło się raczej niemrawo. Na wierzchołku, po raz pierwszy widoki. Efekt trochę osłabiony przez wielkość plateau szczytowego – na wszystkich fotach widać przede wszystkim teren wierzchołka, a dopiero w oddali krajobrazy – ale i tak wrażenie (w pełni uzasadnione) górowania nad całą okolicą jest niebywałe. W Brytanii są tylko dwie góry powyżej 1300m n.p.m., i tę przewagę się czuje. Zdjęć nie daję gdyż 1) i tak najładniejsze były te z Arete; 2) znacznie bardziej unikalnym widokiem jest zaprezentowana poniżej Tower Ridge.
Pisałam, żeby zwrócić uwagę jak wysoko znajduje się Great Tower? No więc tu macie odpowiedź dlaczego, zaprezentowana sekwencja zdjęć ukazuje grań do punktu położonego tylko nieco niżej niż Wielka Wieża. Warto uzmysłowić sobie skalę całości.

Na początek odcinek końcowy, wg Mariusza latem bez trudności:



Miejsce najbardziej nerwowe, choć technicznie nietrudne, czyli słynna szczelina Tower Gap:

Tower Gap oraz Great Tower – trawers po jej prawej stronie to niesamowita galeryjka nad okropną lufą. Widać, że i tu śnieg pomógł, ponieważ najtrudniejsze latem miejsce zostało przez niektórych strawersowane, co latem niekoniecznie byłoby możliwe:

Oraz partia poniżej Wieży, czyli jeszcze ok. dwóch trzecich długości grani pozostało poza kadrem:

Mam wielką nadzieję, że za jakiś czas na tym blogu znajdzie się relacja z Tower Ridge mojego autorstwa. Mariuszową przeczytacie tu: >>LINK<<.
Jeśli jeszcze kogoś nie przekonałam, że zdobywanie Benka ceprostradą jest bez sensu, to niech weźmie koło i się… hmmm… tego… w czoło ;D
Tu >>LINK<< do galerii, chyba naszej najładniejszej jak dotąd.
Wycieczkę podsumuję krótko: cud, miód i orzeszki. Chyba widać.
🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s