Gerlach drogą Martina


Kolejna zmiana przy klawiaturze. Z tej wycieczki Vespa zrezygnowała. Zmęczona intensywnym tygodniem, nieco zmieszana przeżyciami na Lodowym Koniu, podjęła decyzję by pozostać tego dnia na kwaterze. Był to więc kolejny rekonesans drogi, którą w całości lub po części kiedyś powtórzymy sami.


W wyrypie udział wzięli Kiler (boss) oraz Rohu i Stan-61 – nasi znajomi z forum turystyki i starzy górscy wyjadacze, plus nasza młodzież, dla której ta góra i ta trasa miały być swoistym testem i dużą rzeczą. Chłopaki podjęli nas samochodem w Starym Smokowcu i na dwie tury przerzucili do Wyżnich Hagów. Pierwszego fragmentu trasy, który prowadził od stacji kolejowej w wyżej wspomnianej miejscowości do Tatrzańskiej Magistrali, wolę nie wspominać. Trasa przecinała wszystkie partie tatrzańskiej roślinności, z ulgą witałem kosówkę, marząc o widoku Doliny Batyżowieckiej i stawu.

W tym teamie stanowiłem wraz z Rohem ariergardę. Reszta grupy popylała co najmniej pięćset metrów przed nami. Widok Batyżowieckiego Stawu przyjąłem z wdzięcznością. Po chwili jednak wzrok wspiął się na wyrastający nad nim masyw Gerlachu. O,k.

Chwila przerwy, łyk wody, jakaś kanapka. Dalsza droga w głąb doliny wyglądała na nowe kondycyjne wyzwanie. I taka była. Staw okolony wielkimi głazami wypuszcza na dość niestabilną ścieżkę, która często niknie pośród kamieni i wspina się na kolejne piętra doliny by w końcu dotrzeć do ostatniego wypłaszczenia – stąd już prosta droga do Batyżowieckiej Przełęczy. Wszystko się tu sypie i by w miarę bezpiecznie ją osiągnąć, czepiamy się skał po prawej stronie podejścia.

Kamienie fruwają spod nóg, każde dwa kroki do przodu kończą się jednym w tył. Ale zaczyna być pięknie.

Gdy dogoniliśmy chłopaków na przełęczy zdążyli już zmarznąć. Mimo słońca dało się odczuć wysokość. Wiatr sprawiał, że wszyscy założyliśmy kolejną warstwę. Po chwili dotarł do mnie majestat otoczenia. Dolina Białej Wody z wiszącą po lewej stronie Kaczą wprawiły mnie w osłupienie. Szczególnie różnica głębokości dolin po stronie północnej i południowej robi tutaj wielkie wrażenie.

Nie mieliśmy w planie przejść całej drogi Martina. Z różnych powodów odpuściliśmy odcinek od Polskiej Ławki i na grani mieliśmy się znaleźć od Przełęczy Gerlachowskiej Niżniej pozostawiając sobie podobno trudniejszy odcinek. Droga na grań nie była ani skomplikowana topograficznie, ani trudna technicznie. Jedynie dość sypka i trzeba było uważać by nie zjechać z kamieniami lub nie spuścić ich komuś na głowę.

Batyżowiecki Szczyt, który z doliny piętrzył się nad nami jak kieł, powoli stawał się coraz mniejszy.

Gdy dotarliśmy na grań zapadła decyzja. Jeszcze się nie ubezpieczamy. Jedynkowy teren nie stanowił wyzwania dla większości teamu. Jedynie ja miałem nieco wątpliwości czując się odpowiedzialny w jakiś sposób za Pawła z Antkiem. Po chwili okazało się jednak, że od naszej młodzieży mogę się uczyć nie tylko techniki, ale również rozwagi. Pierwszym wyzwaniem na grani był kilkunastometrowy kominek – świetnie wyrzeźbiony choć dosyć stromy. Świetna zabawa!

Widoki w kierunku Doliny Wielickiej onieśmielały. Tuż pod łokciem Kilera jest znany pewnie niektórym szlak na Polski Grzebień, a stamtąd ścieżka na Małą Wysoką. To wszystko jednak przy grani na Gerlach było jak młodsze o dziesięć lat rodzeństwo. Dopiero w tle przypominały o swojej wysokości w kolejności od lewej Lodowy Szczyt, Durny i Łomnica.



Odcinek do Zadniego Gerlacha wcale nie był łatwy. Idąc bez liny musieliśmy wielokrotnie trawersować żebra skalne i opuszczać się z grani na stronę doliny Wielickiej, często balansując nad niezłą lufą. Było gdzie polecieć, a przynajmniej sturlać się na śmierć. Kilka fragmentów ekipa przeszła nieźle skoncentrowana pod okiem Kilera, który prawie fruwał nad trudnościami przecierając szlak. I czytając zabrane topo w przerwach między robieniem zdjęć.

Znacznie pewniej czułem się gdy byliśmy na grani. Nie dało by się nią kroić chleba, a wszędzie tam gdzie trzeba było kombinować oferowała świetne stopnie i chwyty…

W oddali pojawił się masyw szczytowy. Przed nami była najtrudniejsza w teorii, stosunkowo pionowa grań z przełęczy Tetmajera wiodąca na Gerlach. Podobno tatrzańska dwójka. Tu podzieliliśmy się na dwuosobowe zespoły. Gabarytowo najbardziej pasowałem do Roha. Szliśmy jako ostatnia dwójka początkowo na sztywnej, potem lotnej asekuracji. Po wyjściu na poziomą grań szczytową zastosowaliśmy wariant dwójki samobójki by w końcu zupełnie się rozwiązać. Lufa – owszem, ale technicznie było nietrudno. Dużo bardziej przeszkadzała plącząca się lina.



Moje drugie w życiu widmo Brockenu:

Do krzyża według przewodnika było "sto pięćdziesiąt kroków". Mieliśmy policzyć, ale kto by sobie zawracał głowę takimi sprawami gdy wokoło jest tak zajebiście.

W końcu szczytujemy. W oddali słychać nadciągającą burzę. Nie ma więc czasu na odpoczynek – pozostać na najwyższym szczycie Karpat z metalowym krzyżem w środku nawałnicy to igranie z losem. Szybkie fotki, wpisy do książki. Mina Pawła była dla mnie prawdziwą nagrodą. Brakowało mi tylko bardzo Vespy!

Odwrót początkowo przypominał ucieczkę. Nie sprzyjała temu zbytnio trudność Batyżowieckiej Próby, którą w tym czasie wraz z nami nieco pokropił deszcz. Te cholerne klamry nie dość, że mokre to jeszcze były trochę przewieszone. Na szczęście burza przeszła bokiem.

Gdy dotarliśmy do Batyżowieckiej Doliny było już dość późno. Reszta drogi była więc czymś w rodzaju biegu. Następnego dnia, już z Polski – z Małego Cichego, spomiędzy chmur na chwilę wyłoniła się nasza trasa. Było genialnie… (zdjęcie na dużym zoomie):

Wszystkie fotki: >>LINK<<

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s