The Cobbler po raz drugi

Na Cobblerze już byliśmy, w samych początkach naszego poznawania szkockich gór: >>LINK<<. Bardzo nam się wtedy podobało i, nieco bardziej na skutek upływu czasu doświadczeni, postanowiliśmy połazić po nim ponownie, trenując (trochę też dla zabawy) asekurację.

Cobbler (aka Ben Arthur, od gaelickiego Beinn Artair) leży w Arrochar Alps gdzie wzgórza są niezbyt wysokie i raczej obłe (choć trzeba oddać sprawiedliwość, że do naleśników takich jak np. Drumochtery im daleko). On bynajmniej nie jest najwyższy w rejonie, mierząc 884m n.p.m. posiada zaledwie status corbetta, za to zdecydowanie wyróżnia się kształtem i możliwościami jakie oferuje.

Wierzchołki Cobblera to od lewej kolejno najniższy Szczyt Południowy aka Arthur’s Seat, główny – turnia którą ochrzciliśmy Igiełką, oraz najbardziej rozległy Szczyt Północny.

Zaparkowaliśmy inaczej niż poprzednio, w samym Arrochar. Nieopodal z daleka widocznego sterczącego z lasu masztu zaczyna się wygodna droga, nieco dłuższa ale też przyjemniejsza od tej z Glen Croe.

Na Arthur’s Seat postanowiliśmy się wbijać od frontu. Pierwszego zaatakowanego buldera odpuściliśmy. Skała była fatalna do zakładania przelotów – słabo urzeźbiona i w jakieś totalnie obłe formy. Wbiliśmy się kolejnym (dzięki za kolano Marcin :)), ponad którym była scramblingowa pionowa ścianka widoczna poniżej. I na bulderze i na niej asekurowaliśmy się. Nie dlatego że technicznie nie dalibyśmy rady tego przejść na żywca, ale przyjechaliśmy tam przecież po to, żeby poćwiczyć.

Krajobrazy oczywiście wymiatały, ten rejon Szkocji jest ładny przede wszystkim dlatego że dość mocno zalesiony. Poniżej Ben Lomond a pod nim Loch Long:

Spodziewaliśmy się że wejście będzie trudniejsze i dłuższe, ale i tak fajnie było znaleźć się na górze. Lufa jest tam elegancka na trzy strony, a sam szczyt jest na tyle szeroki, że można było się rozłożyć z tobołami i spokojnie delektować pogodą. Poniżej lans na tle Igiełki:

Schodziliśmy drogą którą Mariusz za pierwszym razem wchodził. Pierwszy odcinek był trudny i niemiły: gładki blok skalny z bardzo niepewnymi stopniami, więc tu zeszliśmy z liną. Moim zdaniem opłacało się budować stanowisko, bo choć ten odcinek miał zaledwie kilka metrów, poślizgnięcie było tam prawie pewne. Dalszy etap nie wymagał już asekuracji, bo jakkolwiek było się skąd spieprzyć, sam scrambling nie należał do najtrudniejszych. Choć gwoli uczciwości przyznam, iż ten odcinek również przeszłam z liną z tego prostego powodu że Mariusz się uparł, że skoro już jestem związana to mam tak zostać i basta. Ale sensu większego to nie miało.

Poniżej teren naszego zejścia:

Na Igiełkę wymyśliłam, że wejdziemy od frontu. Wejście tradycyjne, wg Wikipedii zwane "threading the needle" (zapewne z powodu przechodzenia przez okno skalne jako ucho igielne, a może też z powodu kształtu turni – tak czy siak zbieżne z moim skojarzeniem) z którego skorzystaliśmy poprzednim razem, postanowiliśmy zostawić sobie na zejście. Opcja od przodu dawała powód do użycia liny, no i zawsze fajnie zrobić coś inaczej niż większość.

Technicznie było łatwo, ale tam na żywca nie odważyłabym się wchodzić, kadr nie obejmuje lufy ale zapewniam: była. Znaczy już sam upadek do podnóża Igiełki miałby nieprzyjemne konsekwencje, lufy mogłoby nawet nie być – wspominam o niej dlatego, że jednak nieco deprymowała.

Arthur’s Seat spod wierzchołka Igiełki:

Szczyt Północny i kolekcja Arrochar Alps: od lewej Ben Vane, Ben Vorlich (zlewają się) i Beinn Narnain.

Na Igiełkę od punktu w którym się odwiązywaliśmy wchodzi się banalnie, acz należy uważać. Ostatni krok to półka nad ponad trzydziestometrową (w ostatniej notce oszacowałam ją na kilkanaście metrów, ale zweryfikowałam tę informację) pionową ekspozycją. W zejściu trochę nieprzyjemny dla psychiki, acz tym razem tam nie kombinowałam, tylko siadłam, spuściłam nogi i zeszłam.

A poniżej tego eksponowanego miejsca schodzi się piękną półą, która kończy się oknem skalnym ("Argyll’s eyeglass"):

Klasyczny kadr, który gości zapewne w tysiącach albumów papierowych i internetowych:

Szczyt Północny sobie darowaliśmy, jako że scramblingów tam nie ma, jest albo zwykła ścieżka albo o, takie cuda, na które jeszcze się nie pchamy:

Schodziliśmy z przełęczy u podnóża ostatniego wierzchołka. Ścieżka jest niefajna, krucha i kamienista – jako drogę wejściową bardziej polecam ścieżynę równoległą do naszego wejścia, biegnącą poniżej skalistych partii.

Wycieczkę oceniliśmy jako nadzwyczaj udaną. Żaden wielki cel nie padł, ale fantastycznie się bawiliśmy, a Cobbler jest bardzo piękną górą. Ponadto pogoda nas rozpieściła i widoczność była tego dnia wyjątkowo dobra.

A jak będziemy bardziej ogarnięci, są tam tematy dla których warto jeszcze odwiedzić to miejsce – co też na pewno zrobimy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s