Glen Sannox (Arran)


Na wyspę Arran postanowiliśmy się wybrać bo… tam nas jeszcze nie było 🙂 Munrosów tam nie ma ale i tak jest zajebiście!



Sugerując się książką Classic mountain scrambles in Scotland wybraliśmy trasę graniami okrążającymi Glen Sannox. Prom na Arran odchodzi z miejscowości Ardrossan a przeprawa trwa 55 minut. Na stronie przewoźnika, Caledonian McBrayne >>LINK<< można zabukować bilety.

Ponieważ nasz prom odpływał o 7 rano, wieczorem przyjechaliśmy do Ardrossan i w sąsiedniej miejscowości Saltcoats znaleźliśmy caravan park, gdzie rozbiliśmy chyba jedyny na całym polu namiot. Kolejnego dnia pobudka o 5.00 – na terminalu trzeba się zameldować najpóźniej pół godziny przed odpłynięciem – i mogłam się po raz pierwszy przepłynąć promem z prawdziwego zdarzenia ("promiątko" pływające z Corran na Ardgour nie liczy się ;P).

Podczas przeprawy nie sposób się nudzić, zbliżająca się wyspa wygląda fascynująco. Nam pięknie odsłoniły się same najwyższe góry:



Prom płynie do "stolicy" wyspy, Brodick. Z Brodick mamy ok. 20 minut jazdy do Sannox, skąd rozpoczyna się nasza trasa.

No i tu mam problem. Generalnie u wylotu doliny musimy opuścić biegnącą całym jej dnem szeroką ściechę by wbić się na grań Cioch na h-Oighe po lewej ręce. Ścieżka z początku jest wyraźna, jednak na wrzosowym stromym zboczu skutecznie udało nam się ją zgubić. Większą część zbocza szliśmy po prostu do góry, co po tych wrzosach naprawdę nie było przyjemne. Ścieżkę ponownie odnaleźliśmy już całkiem blisko grani. Zaznaczam że byliśmy naprawdę uważni. Coś tam ewidentnie jest nie tak :/

Tym sympatycznym zboczem wchodziliśmy, na szczęście do rozrywkowego potencjału Meall na Teanga >>LINK<< trochę mu brakowało:

Fajnie było wbić się w końcu na grań i odpocząć od tych przeklętych wrzosów. Kolejnymi garbami grani posuwamy się na przedwierzchołek najwyższej góry wyspy, Goatfell, który to przedwierzchołek oficjalnie pozostaje bezimienny, niemniej w wielu źródłach nazywa się go roboczo North Goatfellem, i ja również będę używać tej nazwy.

Grań na North Goatfell, po prawej Cir Mhor:

Na naszej całej długiej trasie najbardziej spektakularnym momentem miała być zwariowana przerwa w grani pod sam koniec drogi, the Witch’s Step (Ceum na Caillich). Nie wiedzieliśmy czy zdecydujemy się przechodzić ją wprost czy trawersować, decyzję mieliśmy podjąć kiedy zobaczymy z bliska jak to wygląda. Póki co prezentowało się nieźle:

Gdzieś na tym odcinku zaczęło być jasne że mamy za mało wody, upał był niemiłosierny a my wciąż byliśmy dopiero na początku trasy. Z tego względu zaczęliśmy się poważnie zastanawiać, czy nie lepiej z North Goatfella pójść na wierzchołek główny, czyli raz że znacznie skrócić sobie wycieczkę a dwa, zaliczyć najwyższy szczyt wyspy. Na North Goatfell podjęliśmy jednak decyzję o pozostaniu przy oryginalnym planie. Na Goatfella prowadziła krótka spacerowa grańka, on sam wyglądał jak nieciekawa kopa, szans na scrambling nie było. Postanowiliśmy dojść przynajmniej do głębokiej przełęczy the Saddle pomiędzy North Goatfell a Cir Mhor – gdybyśmy naprawdę nie mogli już wytrzymać pragnienia z Siodła schodzi ta właśnie wspomniana na początku szeroka ściecha, która biegnie dnem doliny.

Grań sprowadzająca na przełęcz była bardzo ładna i widokowa:



Już całkiem blisko przełęczy zdecydowałam, że schodzę szukać wody. Byliśmy w miarę nisko, w dole szumiały potoczki, szkoda mi było kończyć wycieczkę na the Saddle. Wrzosowym, ale stosunkowo łagodnym w tamtym miejscu zboczem obniżyłam się kierując się dźwiękiem ciurkania i dzierżąc trzy puste butelki. Na szczęście nie musiałam bardzo daleko schodzić. Operacja szukania strumyka, nabierania wody oraz powrotnego balansowania w górę z butlami zajęła mi około 40 minut. Teraz jednak było już wiadomo że damy radę ukończyć trasę.

Tak prezentuje się masyw Goatfella z przełęczy:

Podejście na Cir Mhor jest strome i dość męczące – musimy pokonać 360m w pionie. Na pewno nie stytłało by nas tak bardzo gdyby nie aż nienormalny jak na Szkocję upał. Piszę te słowa ponad trzy tygodnie od wycieczki a z ramion jeszcze schodzi mi skóra (ok, nie byliśmy bez winy zapominając olejku ;)).

Pod wierzchołkiem Cir Mhor wreszcie robi się ciekawiej – skały podszczytowe można wprawdzie obejść, ale dużo fajniej jest włazić scramblingowo, wariantów jest kilka:

Wierzchołek Cir Mhor jest świetnym punktem widokowym. Oprócz grani którą weszliśmy i tej którą mieliśmy kontynuować marsz, odchodzi zeń także trzecia, przejście której opisane jest we wspomnianej na początku książce jako "the round of Glen Rosa" – ciekawa trasa na następny raz. My maszerowaliśmy w drugą stronę, na Caisteal Abhail, drugiego po Cir Mhor korbeta na trasie.

Caisteal Abhail w tle:

Widok z partii szczytowych na wyspę Bute:

Wierzchołek Caisteal Abhail to stos wielkich i obłych bloków. Z jednej strony można wejść na niego bez żadnej trudności, zwykłą ścieżką. Nad wchodzeniem tak jak my radzę się zastanowić bo okazało się trudniejsze niż wyglądało. Przede wszystkim choć skała jest jak papier ścierny więc oferuje znakomite tarcie, stopni i chwytów za wiele nie ma. My weszliśmy następująco (co nie znaczy że najmądrzej): nad moją głową widać głaz w kształcie cytryny. Stojąc przed nim miało się go na wysokości klatki piersiowej. Łapaliśmy się głazu i kładliśmy na nim górną częścią ciała, tracąc tym samym oparcie dla nóg, po czym wciągaliśmy się nań. Niby proste ale przyznam że było mi bardzo trudno zmusić się do zadyndania nogami w powietrzu – gdybym miała problem z wciągnięciem, nie było już bezpiecznego odwrotu, musiałabym skakać.

Po tym przejściu stwierdziliśmy że raczej nie będziemy przechodzić Witch’s Stepa, który składa się z jeszcze większych bloków a tam już naprawdę jest gdzie spaść. Jak efektowne nie byłyby podobne formacje, nie wchodzi się po nich najlepiej.

Przemierzając grań i podziwiając widoki zdecydowaliśmy, że Cir Mhor jest najpiękniejszą górą wyspy (to wysokie po lewej to Goatfell):

Kiedy osiągnęliśmy szczelinę utwierdziliśmy się w przekonaniu, że trawersujemy. Te wielkie kloce poprzerastane trawkami plus ekspozycja odpychały, zwłaszcza na końcówce:

Zeszliśmy do szczeliny trochę bardzo stromą ścieżką, a trochę scramblingowo. Tam okazało się że trawers również wymaga sporej uwagi. Można go wykonać na dwa sposoby, oba od lewej strony – z dna szczeliny, bez obniżania się, po oczywistych lecz dość eksponowanych i wąskich półeczkach, lub też obniżając się około 15 m i dalej w górę nietrudnym kominkiem.

W szczelinie:

Zostawiwszy Witch’s Step w tyle nie mieliśmy najmniejszej ochoty maszerować przez ostatnie, najniższe wzniesienie trasy Suidhe Fheargas. Nie uśmiechał się nam już marsz pod górę, nawet tak krótki. Zeszliśmy do doliny na dzika. Zejście było dokładnie tak przyjemne jak można by się spodziewać po kilkusetmetrowym wrzosowym zboczu i dłużyło się niemiłosiernie. W porównaniu z nim ścieżka, do której po tym nie kończącym się dramacie dobiliśmy, wydawała się czerwonym dywanem (choć jeszcze kawał jej był do przejścia). Wspaniale było znów znaleźć się koło samochodu.

Trasa jest piękna i z pewnością nie aż tak męcząca w innej temperaturze i nie po kilkutygodniowej przerwie. Najciekawszy odcinek zaczyna się od the Saddle i warto rozważyć podejście na tę przełęcz doliną, choć mnie osobiście byłoby szkoda efektownego zejścia z North Goatfella. Dodatkowym atutem jest bliskość z pasa centralnego, zwłaszcza z Glasgow. Korbety na Arran to jedyne góry z prawdziwego zdarzenia na południu Szkocji.

Ścieżka na Cioch na h-Oighe na poniższej mapce została zaznaczona prawidłowo jako że na mapie figuruje jak wół:

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s