Conival i Ben More Assynt

Nr 82, Conival, nr 83, Ben More Assynt

Wymowa: koniwal; ben mor assynt’

Znaczenie nazwy: adjoining hill (from cona’ Mheall);  big hill of the rocky ridge (za MunroMagic)

Wysokość: 987m n.p.m.; 998m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 158.; 141.

Data wejścia: 15.08.11


Z Ben Klibrecka po dwu nieudanych próbach zrezygnowaliśmy, ponieważ złośliwiec stał cały czas w chmurach praktycznie od samej podstawy. Czyli jest on ostatnim munrosem jaki został nam na Dalekiej Północy. Przy czym nawet jak w końcu go zdepczemy i tak będziemy tam wracać, tak w górskich jak i nie górskich celach.

Z Conivalem i Ben More Assyntem się udało, chociaż mało brakowało…

Samochód można zaparkować pod Inchnadamph Hotel a potem dosłownie kawałeczek szosą, do ścieżki wchodzącej do Gleann Dubh. Tą dolinką wędrujemy względnie płasko ok. 4 km. Później ścieżka, cały czas wzdłuż potoku, zaczyna piąć się w kierunku ramienia Conivala. Na tym odcinku mieliśmy jeszcze dobrą pogodę, nawet krem z filtrem był w użyciu. Według prognoz miało silnie wiać ale generalnie dzień nie zapowiadał się najgorzej.


Tuż przed osiągnięciem ramienia góry, wchodzimy do niewielkiego kotła w obramowaniu skałek. Ponad skałkami należy skierować się w prawo i cisnąć tak jak prowadzi szeroka grań.

Dałam zdjęcie z powrotu, bo podczas wchodzenia na tej wysokości szliśmy już praktycznie w chmurze.

I tu właśnie, kiedy zaczęliśmy podchodzenie, wyszło na jaw że nie będzie tak prosto. Wiatr robił się coraz silniejszy. Przez grań przewalały się masy chmur, niekiedy coś się odsłaniało, ale jasne było że na porządne widoki na razie nie ma co liczyć. Wicher był taki, jaki pamiętam może z trzech czy czterech wycieczek – co silniejsze podmuchy mnie przewracały, ciężko było oddychać nie mówiąc już o staniu prosto. Gdzieś w połowie drogi do szczytu złapałam poważny kryzys – straciłam wiarę że w tych okolicznościach robimy mądrze decydując się na kontynuowanie kiedy przed nami jeszcze nie ten jeden, a dwa munrosy! Ciśnięcie dalej przy tym wietrze to był jakiś wyrafinowany masochizm. Ale cisnęliśmy, chociaż Mariusz w partiach szczytowych musiał mnie prowadzić za rękę, żeby pomóc mi utrzymać równowagę.

Kiedy wreszcie zobaczyliśmy schron byłam już tak stytłana, że prawie w niego padłam. Jednak radość z odhaczenia kolejnego munrosa zmotywowała nas żeby kontynuować na Ben More Assynta. Co prawda w tych warunkach (brak widoczności i to koszmarne wietrzysko) nie wydawało się to mądre, ale z drugiej strony, nie byliśmy w Cuilinach gdzie taki wiatr mógłby zepchnąć z grani, tu były owszem porządne stromizny, ale nie było lufy, czyli brak realnego niebezpieczeństwa.

Jeszcze przez jakiś czas trzymając się za ręce, kontynuowaliśmy długą granią, z miejscami całkiem konkretnymi zerwami z prawej strony. Wiatr nieco osłabł, ale nadal był niemożliwy. Na szczęście ścieżka przeważnie trawersowała najwyższy punkt grani od lewej, z czego skwapliwie korzystaliśmy.

Ben More Assynt okazał się znacznie bardziej skalisty od Conivala, sam szczyt także zbudowany był ze skałek. Szczyty są w ogóle dwa i trochę nas kosztowało w tych chmurach żeby upewnić się, że na 100% jesteśmy na tym właściwym. Po przejściu pierwszego wierzchołka z kopczykiem szliśmy granią dalej, aż do wywyższenia skąd można było już tylko w dół. Zaczynały się też skałki semi-scramblingowej grani opadającej z Ben More Assynta, którą zresztą mieliśmy schodzić, ale wiatr skutecznie wybił nam to z głowy. Był też kolejny kopczyk. Którykolwiek z wierzchołków nie byłby więc tym właściwym (a był nim raczej ten drugi), przeszliśmy oba.

Powrót wypadł zatem tą samą drogą.


Niestety dopiero teraz wiatr pokazał, co naprawdę potrafi. Póki mogliśmy trawersować grań, nie było tak źle, ale kiedy podchodząc ponownie na Conivala już naprawdę nie było gdzie się schować, musiałam iść zgięta wpół, a i tak mnie co jakiś czas wywracało:

Jedynym plusem tego nienormalnego wiatru był fakt, że coś się dzięki niemu odsłaniało.

Najgorzej było podczas schodzenia ze szczytu. Podmuchy wiatru kilkakrotnie zarzuciły Mariuszem (sic!), a we mnie jeden walnął akurat kiedy po lewej miałam kilkunastometrowy spad, na szczęście szliśmy za rękę. Na ramieniu Conivala spotkaliśmy dwóch facetów z chłopcem, którzy najwidoczniej zawracali, być może nawet po zaliczeniu szczytu (jakakolwiek konwersacja nie bardzo była możliwa). Szło im jeszcze gorzej niż nam, poruszali się – zwłaszcza jeden – systemem paru kroków na minutę. My z kolei, w zależności od tego jak silnie wiatr nami rzucał, schodziliśmy jak narąbani albo totalnie narąbani, ale schodziliśmy. 

Dopiero kiedy ramię się skończyło, wiatr zelżał. Byliśmy tak wykończeni walką z nim, że droga zejściowa dłużyła się nam ponad wyobrażenie. Okazało się też, że doliną biegnie więcej ścieżek niż nasza poranna, na co wchodząc i gadając nie zwróciliśmy uwagi. Byliśmy tym trochę skonfundowani i chyba kawałek przeszliśmy inaczej niż rano, ale koniec końców trafiliśmy na parking bez problemu.


Jak to zwykle w podobnych wypadkach bywa, uznaliśmy oboje że wycieczka była rewelacyjna. Od czasu do czasu dobrze jest być uświadomionym przez Naturę, kto tu naprawdę rządzi. Byliśmy też z siebie dumni że nie skapitulowaliśmy po drodze i dwa munrosy padły zgodnie z planem.

O samych górach mogę powiedzieć tyle, że pozbawione charakteru nie są. Na samej trasie nie ma wprawdzie żadnych trudności, ale odsłaniały się nam i poważne stromizny, i ciekawe formy skalne. Być może wybierzemy się tam kiedyś ponownie żeby tym razem mieć jakieś widoki. Tego jednego mi szkoda, ze tak niewiele było widać. Ogólnie jednak było super.

Trasa liczy 17 km.

<a

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s