An Sgarsoch i Carn an Fhidhleir

Nr 241, An Sgarsoch; nr 242, Carn an Fhidhleir (Carn Ealar)

Wymowa: an skarsoh, karn an fidler

Znaczenie nazwy: place of sharp rocks; cairn-like peak of the fiddler

Wysokość: 1006 m n.p.m.; 994 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 126.; 148.

Data wejścia: 28-29.5.2020

Tak długiej przerwy w łażeniu chyba jeszcze nie mieliśmy, ponieważ od jesieni prześladował nas pech. Najpierw osobisty, czyli m.in. złamane żebro Mariusza, a potem globalny czyli pandemia i lockdown który zresztą wciąż trwa. Nosiło nas już jednak i pod koniec spędzanego w domu urlopu postanowiliśmy jednak zrobić jakąś wycieczkę.

Dwa munrosy, na które padło, są jednymi z bardziej odludnych, wznosząc się ponad Glen Geldie, szeroką doliną która od Północy oddziela je od zwartej grupy Cairngormsów. Z pozostałych stron otoczone są zaś morzem kapuścianych szczytów ciągnących się od Glen Shee po Drumochtery. Można do nich dojść na trzy sposoby: od Glen Feshie, od Glen Tilt oraz od Glen Dee. Dwie pierwsze opcje sa karkołomne przez swoją długość. Ostatnia też nie należy do krótkich (21 km w jedną stronę) ale jest jednak najkrótsza, ponadto jej większość można pokonać rowerem górskim. Nam akurat ta możliwość odpadła, bo z naszych rowerów tylko mój w tej chwili się nadaje, więc postanowiliśmy dojechać do Braema, z Braemar do Linn of Dee i stamtąd tuptać.

Nasz samochód był tego ranka jedyny, parking zamknięty (acz pełno miejsca przy drodze). Ruszyliśmy bardzo podekscytowani, pierwsza wycieczka po tak długim czasie to jest COŚ! Początek trasy był nam znany, bo szliśmy tamtędy ładnych parę lat temu z zamiarem wejścia na Devil’s Pointa i Cairn Toula (swoją drogą bardzo udany wypad). Pierwszy etap trasy to marsz wzdłuż rzeki Dee. Od samego początku nasze docelowe munrosy zamykały horyzont, ale nawet nie zrobiliśmy im zdjęcia gdyż wydawało nam się że to tylko jakieś szare kopy, zdecydopwanie za daleko żeby być naszym celem. W ogóle nie od razu zrobiło się fotogenicznie.

Po ok. pięciu km dochodzi się do Białego Mostu, gdzie można kontynuwać przez Glen Dee (w prawo), bądź tak jak my, w kierunku Glen Geldie (skręt w lewo). Można zobaczyć stamtąd fragment dalszego ciągu Glen Dee, z Cairn Toulem i kawałkiem Devil’s Pointa:

Glen Dee: fragment Devil’s Pointa oraz Cairn Toul

Stamtąd kontynuowaliśmy wzdłuż lasu, a raczej tego co z niego zostało (oprócz rzedkich modrzewi, mnóstwo powyrywanych z korzeniami pni); w kierunku Glen Geldie. Kiedy z oddali zaczyna majaczyć chatka (dawny cottage który niekiedy określa się jako Geldie Burn Bothy), wiadomo już że w niej- znaczy, dolinie – jesteśmy.

Zmierzając do chatki:

Idąc do Geldie Burn Bothy
Geldie Burn Bothy

Idąc przez Glen Geldie, docelowe munrosy mamy po lewej ręce; po prawej to zbocza Cairngormsów. Dnem doliny płynie Geldie Burn który musieliśmy przekraczać trzy czy cztery razy, co nie było wielkim problemem przy obecnym niskim stanie wody (choć raz trzeba było i tak zdjąć buty), ale wyobrażam sobie że w bardziej mokrym sezonie czy wczesną wiosną przejście przez ten potok może być po prostu niemożliwe.

To nasz już trzeci napotkany w tym rejonie wąż (raz znaleźliśmy też wylinkę) – najwyraźniej węży tam jak psów.

Poniżej natomiast An Sgarsoch oraz Carn an Fhidhleir w pełnej plaskatej krasie. Ale to i tak wcale nie są najmniej spektakularne munrosy w okolicy, co udowodnię!

Po naprawdę długim marszu ( w pewnym momencie zaczęłam opowiadać Mariuszowi nowele pozytywistyczne które olał był w szkole a ramach rozrywki), osiągamy kolejny charakterystyczny a malowniczy punkt trasy: ruiny Geldie Lodge. Na poniższym zdjęciu trochę się zlewają z tłem – trzeba ich szukać pomiędzy zieloną trawką a poziomym płatem śniegu.

Geldie Lodge z An Sgarsoch w tle

Tak wyglądają od drugiej strony (zdjęcie robione następnego dnia, stąd inne warunki):

Geldie Lodge

Z grubsza od tego momentu nie kontynuujemy dnem doliny, a zaczynamy delikatnie trawersować baaardzo pochyła zbocza pierwszego munrosa. Bierzemy azymut na niewysoką kopkę (Sgarsoch Bheag czyli Mały Sgarsoch), ponieważ ścieżka pnie się tak żeby obejść ją od zachodu (prawa ręka). I ta ścieżka na większości trasy jest, i to wyraźna.

Sgarsoch Bheag to to po prawej stronie zdjęcia, ścieżka będzie zakręcać tak by obejść go od drugiej strony:

OK, to teraz obiecany najmniej spektakularny munros czyli Król Plaskaczy. Masyw widoczny na zdjęciu to końcówka Cairngormsów. W centrum zdjęcia mamy naleśnika który ma status munro albowiem jego najwyższy punkt plasuje się na odpowiedniej wysokości. Jest to Mullach Clach a’Bhlair, na którym już mieliśmy średnią przyjemność być (znaczy wycieczka była bardzo fajna, tylko wrażenia górskie trochę niemrawe):

A kiedy jesteśmy już nieco wyżej, prezentuje się on następująco:

Widok w kierunku grupy którą zwykle określam (nieco na wyrost) jako góry Glen Shee:

Wchodzenie na An Sgarsoch nie było bynajmniej hardkowowe – włazi się łagodnym zboczem i na większości trasy jest ścieżka – ale przyznaję, że byliśmy już nieco zmęczeni oraz zaprzątało nas zagadnienie gdzie najlepiej się rozbić na noc.

Plan był taki żeby wejść na munrosa i znaleźć odpowiednie miejsce poniżej wierzchołka.

Szczyt osiągnęliśmy jeszcze w takim czasie, że nie musieliśmy w panice rozbijać namotu bo zrobi się ciemno. Maj i czerwiec w Szkocji, tym bardziej dalej na Północy, to zresztą moment kiedy o ciemność nie trzeba się specjalnie martwić (powiedziałabym, że wręcz przeciwnie).

Na wierzchołku a w zasadzie plateau szczytowym. Widoki nie należały do spektakularnych, dominował masyw Beinn a’Ghlo po sąsiedzku od południa.

Ze szczytu zaczęliśmy schodzić w kierunku doliny pomiędzy obiema munrosami, i trochę poniżej (wciąż na wysokości „munrosowej” jak mi się wydaje) znaleźliśmy wypłaszczenie które okazało się idealne pod namiot. Tu z widokiem na sąsieda Carn an Fhidhleir:

Trzeba przyznać że był to piękny wieczór.

Nie obyło się bez przygód, zanim mogliśmy się wygodnie wyłożyć w cieple śpiworów. Okazało się że zapomniałam pudełka na kontakty… Jak sobie z tym poradziliśmy? Po skorzystaniu z JetBoila do zagotowania wody na zupki, wlaliśmy do niego płyn do soczewek i posłużył jako jednokomorowe, wielkie pudło. Mam co prawda kontakty o różnej mocy, ale stwierdziłam że i tak są tylko dwa, więc lepiej poużerać się z nimi chwilę więcej niż zwykle niż po prostu wywalić.

Ranek okazał się fanastycznie słoneczny i ciepły, a soczewki udało mi się od razu założyć prawidłowo. Uznaliśmy to za dobre znaki.

Najpierw należało zejść na przełęcz pomiędzy munrosami, co robi na zdjęciu Mariusz z widokiem na, jak mi się zdaje, Beinn Dearg po lewej:

Masyw Beinn a’Ghlo oraz Carn a’Chlamainn:

Schodzenia na przełęcz, ona sama oraz włażenie na Fhidhleira normalnie musiało by być niebywale upierdliwe (typ terenu był nam dobrze – za dobrze- znany) ale w obecnym zaskakująco suchym sezonie było całkiem łatwo i przyjemnie. Element przegody wprowadził nieomijalny płat śniegu na którym można było się poślizgnąć i zacząć turlać z powrotem:

Poniżej Mariusz na wale szczytowym Fhidhleira, z Beinn a’Ghlo dominującym w tle:

Oraz zdjęcie szczytowe:

Patrzę na Zachód, w stronę Ben Nevisa, Grey Corries i Creag Meagaidh, ale nie byłam pewna co właściwie udało mi sie wypatrzeć i dlaczego zdecydowanie nie było widać Benka.

Zejście w dolinę nie należało do najprzyjemniejszych ale byłoby jeszzce gorsze w normalnych mokrych warunkach.

Przejście doliny pomiędzy munrosami zajęło chwilę, potem było tzreba się wspiąć na zbocza Sgarsoch Bheag, by dopiero po jakimś czasie osiągnąć moment kiedy poprzedniego dnia zaczęliśmy włazić na piewrszego munrosa. Przynajmniej jednak wiedzieliśmy już że od tego momentu jesteśmy na trasie którą już przeszliśmy a więc mamy bliżej niż dalej do samochodu.

Tym razem udokumentowaliśmy przeprawę przez największy z brodów:

Droga powrotna dłużyła się tak że mogłaby konkurować z wyprawą na munrosy Ben Aldera, albo na te nad Loch Mullardoch. Dodatkowo słońce po prostu szalało. Ten powrót to było dość ciężkie przedsięwzięcie, tym bardziej że nie mieliśmy wystarczającej ilości jedzenia.

Kiedy doszliśmy do samochodu (koło 19) i zobaczyliśmy że jest nienaruszony, a co więcej nie jest jedyny (parkowało ich obok chyba z sześć), radość i ulga były zupełne. W takim razie od razu dodam że nie byliśmy jedynymi łazikami na trasie: ogółem spotkaliśmy pięć osób (dwie pary i samotnika).

Trasa liczy sobie 42 km i naprawdę polecam zabrać rowery jeśli jest taka możliwość.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s