Aonach Eagach po raz drugi część I

Notka ze względów technicznych podzielona została na 2 części. Część II poniżej

Na
Aonach Eagach byliśmy po raz pierwszy w sierpniu ’07 i szlak ten
wywarł na nas wielkie wrażenie. Po roku przyszedł czas na
weryfikację – wiedzieliśmy już, czego się spodziewać, byliśmy
przygotowani psychicznie na trudności i bardzo chcieliśmy się
przekonać, czy tym razem odbierzemy tę drogę tak samo. No i
oczywiście potrenować przed Tatrami.

Tym razem wchodziliśmy
inną trasą, prosto z małego parkingu po prawej (patrząc na
zachód) stronie A82. Przypominam: rok temu wbijaliśmy się
trawersując zbocze Am Bodach wzdłuż potężnego żlebu ze
strumieniem i docierając do przełęczy pomiędzy… Hm, może
wytłumaczę tak. Grań, której częścią jest Aonach Eagach,
jest niezwykle długa. Rozpoczyna ją wzniesienie powyżej Blackwater
Reservoir, skąd wije się ona łagodnie, by wreszcie zacząć się
robić coraz bardziej poszarpana, na krótkim odcinku wręcz
zwariowana (to właśnie Aonach Eagach, nazwa odnosi się tylko do
tego niewielkiego fragmentu), po czym znów złagodnieć i po
kolejnych paru kilometrach sfiniszować w niewielkim Sgurr na Ciche
aka Pap of Glencoe nad Loch Leven. Nasza przełęcz oddziela tę
pierwszą, łagodną część od poszarpańców kulminujących
w AE. Z tej przełęczy na Am Bodach, które jest tradycyjnym
początkiem drogi (choć AE sensu stricto to jeszcze nie jest) trzeba
jeszcze kawałek podejść. Tegoroczny szlak jest dużo ciekawszy i
bardziej ekonomiczny niż nasza poprzednia trasa, ponieważ
wyprowadza prosto na wierzchołek Am Bodach, w dodatku fajną,
skalistą ścieżką, na której momentalnie zyskujemy
wysokość, a za plecami cały czas mamy Glencoe.

Teraz
weryfikacja (kursywą zaznaczyłam cytaty z zeszłorocznej
notki):

1. Pierwszym
wzniesieniem na trasie jest Am Bodach, 943m n.p.m. W tym rejonie
napotyka się już wstępne trudności: strome i eksponowane
trawersowanie skalnego zbocza, zdecydowanie podwyższające poziom
adrenaliny.

Pod
tym mogę się podpisać z jednym zastrzeżeniem: to jest bardzo
łatwy fragment. Rok temu wystraszyła nas ekspozycja, ponieważ się
jej nie spodziewaliśmy (o AE pojęcie mieliśmy praktycznie zerowe).
Teraz, patrząc na chłodno, oceniam to przejście jako
banalne.

!
Żadna z fotek nie jest ilustracją dla powyższego akapitu. Obie
przedstawiają początkowe momenty trasy, tuż za Am Bodach !

2.
Atrakcją okazał
się piękny 15-metrowy komin, który z punktu, z jakiego
ujrzeliśmy go po raz pierwszy, prezentował się po prostu
strasznie. Było to pierwsze (i po prawdzie ostatnie, acz tylko
dlatego, że potem nie miałabym odwagi na wycofywanie się) miejsce,
gdzie powiedziałam: pieprzę, nie idę. Na szczęście M. namówił
mnie, żebym zeszła aż do samego podnóża komina i dopiero
stamtąd oceniła możliwości – faktycznie, z tej perspektywy
wyglądał na całkiem łatwy. Owszem, totalnie pionowy, ale tak
znakomicie wyrzeźbiony, że szło się jak po drabinie, bez żadnych
trudności.

Co
do oceny trudności zgoda, ale ten komin wcale nie wygląda tak źle.
Pewnie znów zadział brak efektu zaskoczenia, bo to miejsce
nie wydało mi się ani odrobinę groźne. Poniżej fotki z
komina:

3.
O
ile komin wyglądał tragicznie, a okazał się łatwy, o tyle na
Wariatach było inaczej. I wyglądały, i były hardkorowe.
Ekspozycja cały czas, momentami bardzo poważna, ŻADNYCH
ubezpieczeń, skały generalnie nieźle wyrzeźbione, ale w kilku
wspinaczkowych momentach nie było łatwo o dobry chwyt.

Z tym akapitem mam problem. Bo zasadniczo się z nim zgadzam,
wszystko tu jest prawdą. Ale z tych kilku zdań emanuje autentyczne
przerażenie, którego ten odcinek tym razem we mnie nie
wzbudził. Przyznaję, na trzech czy czterech ściankach miałam
drobne problemy. W jednym miejscu Mariusz musiał ustawić mi nogi,
ponieważ było tak eksponowane, że prosty manewr dania dużego
kroka i obrócenia się na kominko-ściance okazały się dla
mnie sporym obciążeniem psychicznym. Było kilka momentów
wymagających zastanowienia. W jedym miejscu zjechałam po gładkiej
płycie zdzierając skórę z łokcia. Ale nie mogę z czystym
sumieniem powiedzieć, że to były hardkory. Jedynym czynnikiem
utrudniającym była ekspozycja. Trudność szlaku samą w sobie
oceniam raczej nisko.


obycie z ekspozycją wcale nie miało kluczowego znaczenia, ponieważ
ten szlak jest autentycznie trudny sam w sobie.

J.w.
Nie jest.

4.
Potencjalni
czytelnicy muszą mi uwierzyć na słowo, do jakiego stopnia
zwariowany jest ten szlak. Nie umiem ocenić, na ile jego trudność
jest spowodowana brakiem ubezpieczeń, nie wiem, czy ołańcuchowany
stałby się banalny. W każdym razie w takiej postaci, w jakiej jest
teraz, spokojnie wytrzymuje porównanie z zejściem z Koziej
Przełęczy do Pięciu Stawów, a na pewno jest dużo gorszy
niż np. Granaty.

Stwierdzam
to z pełnym przekonaniem: owszem, ołańcuchowanie zlikwidowało by
wszelką trudność. Dla mnie zasadne byłoby jedynie w dwóch
miejscach – na wspomnianej eksponowanej kominko-ściance i w (moja
nazwa :D) Kominie Śmierci. Oba miejsca są stosunkowo proste do
przejścia, ale niebezpieczne z powodu znacznej ekspozycji. Łańcuch
mógłby to niebezpieczeństwo zmniejszyć, zwłaszcza przy
śliskiej skale. Acz skoro przejść się bez niego da, niezbędny
nie jest.
Co do mojego porównania z tatrzańskimi szlakami,
wolę się nie wypowiadać, ponieważ na obu byłam naprawdę dawno i
nie wszystko pamiętam. Wydaje mi się jednak, że przesadziłam w
obu przypadkach, zwłaszcza z Granatami. Ocenię to po powtórnym
przejściu.

Aonach Eagach po raz drugi część II


5. Na szlaku co kilkanaście / dziesiąt metrów pojawiają się kilkumetrowe ścianki, niebezpieczne z tego samego powodu co kominy: ekspozycji. Nie można sobie tutaj pozwolić na zlekceważenie zasady trzech punktów oparcia, trzeba szukać chwytu aż do skutku. Nieodzowne okazuje się schodzenie przodem, które jak większość kobiet odbieram jako nienaturalne.

Znienawidzone przeze mnie schodzenie przodem okazało się niezbędne jedynie w bardzo niewielu i najtrudniejszych momentach. Tym razem nie dałam się przekonać Mariuszowi, który jest zwolennikiem takiego złażenia, i uparłam się, że robię po swojemu. Jak się okazało, można. Przodem schodziłam może ze trzy – cztery razy, na niewielkich fragmentach.

6. A tu najlepsze miejsce trasy, zaiste heart-stopping. Uwaga: szlak biegnie trawersem przez trawki aż do widocznego w dole komina zawieszonego nad przepaścią (…) Z tym miejscem naprawdę były jaja: nie dość, że wąski, nachylony i trudny, to jeszcze sprowadzał na wąską eksponowaną półeczkę, a dalej wcale nie było lepiej…

Komin Śmierci faktycznie może być kłopotliwy. Jest dość długi, w dolnej partii nie ma zbyt wielu chwytów i co najgorsze, faktycznie sprowadza tylko na niewielką półkę. Upadek prawie na pewno skończyłby się może nie lotem, bo tamtejsza przepaść nie jest ściętą ścianą nachyloną pod kątem prostym, tylko nadzwyczaj stromym zboczem – ale z pewnością dłuuugim i baaardzo szybkim turlaniem, co w temacie konsekwencji na jedno wychodzi.
Najlepszy dowód że Bat, który do tego momentu radził sobie świetnie, w KŚ zaczął zdradzać objawy paniki. Przez dłuższy czas nie mógł się zdecydować na żaden ruch, stwierdził nawet, że robi mu się niedobrze. Wreszcie z pomocą Mariusza pokonał paraliż i jakoś zlazł. Nie opisuję tej sytuacji po to, by nabijać się z kumpla, ale jako dowód, że to miejsce może psychicznie dać popalić, bo Baty w górach zawsze trzyma poziom, a nawet dla niego okazało się trudne.
Ja sama przeszłam komin ze strachem, lecz bez większych problemów (dużo dała mi świadomość, że już raz mi się udało), acz było to jedno z tych miejsc, gdzie musiałam zejść przodem i wcale nie trzeba mnie było przekonywać.
Poniżej zastanawiamy się z Batym co dalej u wylotu KŚ:

W KŚ. Siedzę w połowie długości i to ta dolna sprawia kłopoty. To zdjęcie dość dobrze oddaje skalę ryzyka, spad po lewej oraz półka zejściowa są nieźle widoczne:

7. Kiedy już udało się nam przedostać na półkę, czekała nas wspinaczka kilkunastometrową ścianą, która z dołu wyglądała na świetnie wyrzeźbioną (…), ale okazała się raczej przesrana, ponieważ uformowana była z grubsza w bardzo wysokie schody, tak wysokie że ani nogi zadrzeć, ani się złapać (krawędź schodów to jedna z ostatnich rzeczy, jakie chciałabym widzieć jako uchwyt). Jakoś się udało, ale nie bez trudu i stresu. W tym momencie byłam już w 100% pewna, że prędzej zadzwonię po 911 niż zawrócę, gdyby była taka konieczność. Za nic nie chciałam schodzić tą ścianką.

A to jest już bullshit drodzy państwo. Owszem, ścianka jest wysoka i eksponowana, ponieważ sytuuje się dokładnie nad naszą małą półeczką. Nie jest natomiast trudna. Nie wiem, gdzie ja widziałam te "schody". Chwyty są, jest na czym stanąć. Podejrzewam, że poprzednio byłam tak roztrzęsiona Kominem Śmierci, że zmieniło to moją perspektywę. Jest to jedyne miejsce szlaku co do którego moja obecna ocena różni się o 180 stopni.

"Ściana Śmierci", której już nie będę tak nazywać

8. Na szczęście nic gorszego już na nas nie czekało. Przy czym nie był to bynajmniej koniec trudności.

Tu się zgadzam. Należałoby zaznaczyć jedynie, że na tym właśnie odcinku szlaku sytuuje się ich najwięcej. W kilku momentach miałam małą zagwozdkę, ale faktycznie, niczego trudniejszego niż KŚ już tam nie ma.

9. Szlak (…) doprowadza do miejsca, którego w żaden sposób nie da się ominąć (…) Jedyny sposób to przejście tym właśnie kominkiem (po lewej), starając się wystawać z jego rynny najmniej, jak to możliwe.

Jak widać poniżej, nie jedyny.

10. Trasa dostaje ode mnie *****. Szlak tylko dla osób obytych z ekspozycją, które są pewne, że nie sparaliżuje ich lęk wysokości. Sporo podciągania na rękach. Koniecznie należy pamiętać o zasadzie trzech punktów oparcia, ścieżki szukać ostrożnie (momentami wariantów przejścia jest więcej, nie warto ryzykować trudniejszego). Brak możliwości wcześniejszego zejścia z ponad trzykilometrowej grani. Przy złej pogodzie, śliskiej skale lepiej się wycofać póki jeszcze można. Schodząc z ostatniego szczytu na trasie uważać na ścieżkę.

Pięć gwiazdek – tak, ale tylko dla KŚ. Dla szlaku jako takiego ****.

Generalnie: Aonach Eagach pokonywane na chłodno okazało się nie aż tak trudne. Sądzę, że przyczyna różnicy ocen leży wyłącznie w mojej psychice. Za pierwszym razem byłam totalnie zaskoczona, ponieważ moja eksperiencja w temacie szkockich gór była dużo skromniejsza i nie spodziewałam się, że można tu znaleźć podobne szlaki. Ponadto przez całą długość drogi nie wiedziałam, co mnie JESZCZE czeka, a wyobraźnia pracowała na ostro. Tym razem miałam kilka poważnych przewag: wiedziałam, że szlak już raz przeszłam, pamiętałam jego przebieg i charakter trudności całkiem nieźle, więc nie mordowała mnie własna imaginacja. Myślę, że to właśnie jest recepta na strach: dać sobie spokój w wyobrażaniem, skupić się na tym, co aktualnie robimy. Na Orlej Perci będzie to o tyle trudne, że znam tylko małe fragmenty więc siłą rzeczy coś tam sobie wyobrażać będę. Ale obiecałam sobie, że spróbuję te wizje zminimalizować i postaram się koncentrować jedynie na obecnie pokonywanych trudnościach. Warunki fizyczne mam dobre, jestem sprawna i wystarczająco silna, mam długie kończyny. Jeśli tylko dam radę zmierzyć się z własną psychiką, nie ma powodów dla którego miałabym tego szlaku nie przejść.
Cieszę się, że wybrałam się na Aonach Eagach po raz drugi. Zwłaszcza dlatego, że pozwoliło mi to dojść do takich, a nie innych wniosków.

Bardzo dobra mapka, przy czym my schodziliśmy ze Sgurra nam Fiannaidh ścieżką prosto do Clachaig Inn, nie zaznaczoną na mapie (cieńsza fioletowa linia nie reprezentuje drogi).
Komplet zdjęć tu: >>LINK<<

Orla Perć Glencoe: Aonach Eagach Ridge

Nr 4, Meall Dearg:

Wymowa: mil dyerek

Znaczenie nazwy: red hill, czerwone wzgórze

Wysokość: 953m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 212.

Data wejścia: 17.08.07

Nr 5, Sgorr nam Fiannaidh

Wymowa: skyr nam fijani

Znaczenie nazwy: peak of the fair haired warriors, szczyt jasnowłosych wojowników

Wysokość: 967m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 188.

Data wejścia: 17.08.07

Przejście Aonach Eagach to nasza pierwsza munroistyczna wycieczka, kiedy munrosy zdecydowanie nie były główną atrakcją. Jest to też pierwszy szlak który dostaje ode mnie pięć gwiazdek, co od dziś nie będzie się tłumaczyło jako "nigdy więcej", ale jako "prawdziwe szaleństwo, i NA PEWNO tam wrócę":)))

Droga zaczyna się koło parkingu po prawej (patrząc w kierunku miejscowości Glencoe) stronie szosy, koło domku nad potokiem Allt-na-reigh, na wysokości Trzech Sióstr. Trudno mi to określić precyzyjniej – AFAIR jest to czwarty parking w dolinie. Chodnik wspina się prosto w górę, cały czas wzdłuż potoku. Ścieżka jest wyraźna i raczej nie ma możliwości by ją zgubić. Wspięcie się na obniżenie w grani zajmuje około dwóch dość nudnych godzin, praktycznie bez widoków – te odsłonią się dopiero po osiągnięciu grani. Wreszcie wychodzimy na szeroką przełęcz, skąd rozpoczyna się nasza właściwa trasa, wyglądająca póki co dość niewinnie:

Na przełęczy spotkaliśmy sympatycznego tubylca, z którym ucięliśmy pogawędkę. Wyglądał na niezłego dzika, zresztą napomknął, że 14 lat temu łaził w zimie po Tatrach Wysokich. Na nasze pytanie o szlak udzielił nam przydatnej informacji, żeby przy schodzeniu uważać na fałszywą ścieżkę prowadzącą w przepaść, dodał też, że ta grań to coś w stylu tatrzańskiej "path of the eagles". Tak więc zaczynało zapowiadać się ciekawie, chociaż  początek szlaku był bardzo łatwy:

Pierwszym wzniesieniem na trasie jest Am Bodach, 943m n.p.m. W tym rejonie napotyka się już wstępne trudności: strome i eksponowane trawersowanie skalnego zbocza, zdecydowanie podwyższające poziom adrenaliny. Kiedy przez nie przechodziliśmy, wydawało nam się dość hardkorowe. Pod koniec trasy uznaliśmy, że to była dopiero rozgrzewka.

Na tym odcinku, z wyjątkiem wspomnianego miejsca, szlak nie jest jednak szczególnie trudny, a tylko eksponowany, jak to graniówka:

Prawdziwe szaleństwo sytuuje się na odcinku grani pomiędzy Meall Dearg a Stob Coire Leith, w rejonie Crazy Pinnacles, które my, nic jeszcze nie wiedząc o tej nazwie, ochrzciliśmy Wariatami:

Do Wariatów, które już z tej odległości prezentowały się raczej niepokojąco, czekała nas jeszcze jedna ciekawa akcja.

Grupa Bideana nam Bian: Stob Coire nan Lochan, Aonach Dubh, szczyt Bideana, stob Coire nam Beith; w dole Loch Achtriochtan

Crazy Pinnacles

Atrakcją okazał się piękny 15-metrowy komin, który z punktu, z jakiego ujrzeliśmy go po raz pierwszy, prezentował się po prostu strasznie. Było to pierwsze (i po prawdzie ostatnie, acz tylko dlatego, że potem nie miałabym odwagi na wycofywanie się) miejsce, gdzie powiedziałam: pieprzę, nie idę. Na szczęście M. namówił mnie, żebym zeszła aż do samego podnóża komina i dopiero stamtąd oceniła możliwości – faktycznie, z tej perspektywy wyglądał na całkiem łatwy. Owszem, totalnie pionowy, ale tak znakomicie wyrzeźbiony, że szło się jak po drabinie, bez żadnych trudności.

W drodze wyjątku, poniższe zdjęcia z braku materiału własnego pozwoliłam sobie przekopiować ze strony www.gla.ac.uk:

My dysponujemy jedynie fotkami ze środka komina:

O ile komin wyglądał tragicznie, a okazał się łatwy, o tyle na Wariatach było inaczej. I wyglądały, i były hardkorowe. Ekspozycja cały czas, momentami bardzo poważna, ŻADNYCH ubezpieczeń, skały generalnie nieźle wyrzeźbione, ale w kilku wspinaczkowych momentach nie było łatwo o dobry chwyt. Jak to ujął autor naszej książki: (…) it also offers several heart-stopping moments if you’re not used to exposure – ja bym nawet zaryzykowała stwierdzenie, że obycie z ekspozycją wcale nie miało kluczowego znaczenia, ponieważ ten szlak jest autentycznie trudny sam w sobie.

Za Wariatem Stob Coire Leith i najwyższy na trasie Sgorr nam Fiannaidh

Z zdjęciami o tyle jest problem, że 1) nie w każdym miejscu da się wyjąć aparat; 2) nie są w stanie w pełni oddać głębi i perspektywy. Z pierwszego powodu tak mało tu tych "heart-stopping" akcji, z drugiego – nawet te miejsca, które uwieczniliśmy, wyglądają na fotkach dużo niewinniej niż w rzeczywistości. Potencjalni czytelnicy muszą mi uwierzyć na słowo, do jakiego stopnia zwariowany jest ten szlak. Nie umiem ocenić, na ile jego trudność jest spowodowana brakiem ubezpieczeń, nie wiem, czy ołańcuchowany stałby się banalny. W każdym razie w takiej postaci, w jakiej jest teraz, spokojnie wytrzymuje porównanie z zejściem z Koziej Przełęczy do Pięciu Stawów, a na pewno jest dużo gorszy niż np. Granaty.

Poniżej kolejny komin, których trochę tam jest. Same w sobie do przejścia, są groźne z powodu ekspozycji: upadek niesie bardzo duże ryzyko zatrzymania się dopiero na dole.

Łatwiejsze partie pozwalają ponacieszać się trochę widokami. Od strony Glencoe zdecydowanie dominuje masyw Bideana.

Aonach Eagach oznacza notched ridge, pokarbowaną grań. Trudno o nazwę mniej pretensjonalną w swej trafności:

Na szlaku co kilkanście / dziesiąt metrów pojawiają się kilkumetrowe ścianki, niebezpieczne z tego samego powodu co kominy: ekspozycji. Nie można sobie tutaj pozwolić na zlekceważenie zasady trzech punktów oparcia, trzeba szukać chwytu aż do skutku. Nieodzowne okazuje się schodzenie przodem, które jak większość kobiet odbieram jako nienaturalne.

Przed nami ostatnie i najgorsze momenty, najwyższy z Wariatów:

To zdjęcie jest klasycznym przykładem wypaczania rzeczywistości przez obiektyw. Fragment grani, na którym siedzę, musieliśmy pokonywać okrakiem. Z obu stron opadają mocno nachylone żleby, które na fotce zlały się z planem pierwszym, zwłaszcza prawy – za szarym kamieniem jest spad, i to taki, że gdyby polecieć, zatrzymało by się pewnie dopiero na blacie szosy A82. 

A tu najlepsze miejsce trasy, zaiste heart-stopping. Uwaga: szlak biegnie trawersem przez trawki aż do widocznego w dole komina zawieszonego nad przepaścią. Nie jestem w stanie określić dokładnego przebiegu drogi, ponieważ mnie samą zastanawia, jak właściwie myśmy tamtędy zeszli:

Zbliżenie na komin. Z tym miejscem naprawdę były jaja: nie dość, że wąski, nachylony i trudny, to jeszcze sprowadzał na wąską eksponowaną półeczkę, a dalej wcale nie było lepiej….

W kominie:

Kiedy już udało się nam przedostać na półkę, czekała nas wspinaczka kilkunastometrową ścianą, która z dołu wyglądała na świetnie wyrzeźbioną (zasada: myśl nie o przepaści za tobą, a o faktycznych trudnościach zadziałała bez pudła, wspinaczkę zaczęłam bez strachu), ale okazała się raczej przesrana, ponieważ uformowana była z grubsza w bardzo wysokie schody, tak wysokie że ani nogi zadrzeć, ani się złapać (krawędź schodów to jedna z ostatnich rzeczy, jakie chciałabym widzieć jako uchwyt). Jakoś się udało, ale nie bez trudu i stresu. W tym momencie byłam już w 100% pewna, że prędzej zadzwonię po 911 niż zawrócę, gdyby była taka konieczność. Za nic nie chciałam schodzić tą ścianką.

Na szczęście nic gorszego już na nas nie czekało. Przy czym nie był to bynajmniej koniec trudności. Tu akurat fragment "relaksacyjny":

Po kilku kolejnych ściankach przyszła kolej na ostatni już komin na trasie. Szlak, wyraźnie widoczny za M., doprowadza do miejsca, którego w żaden sposób nie da się ominąć:

Jedyny sposób to przejście tym właśnie kominkiem (po lewej), starając się wystawać z jego rynny najmniej, jak to możliwe:

Na szczęście zejście od drugiej strony okazało się dużo mniej ryzykowne:

Od Crazy Pinnacles aż do Stob Coire Leith, i dalej do najwyższego punktu na trasie, Sgorr nam Fiannaidh, grań nie sprawia już żadnych kłopotów. 

Na przełęczy pomiędzy Stob Coire Leith i Sgorrem spotkaliśmy dwoje turystów, faceta z młodziutką dziewczyną. Po udzieleniu nam informacji co do drogi zejścia wyjawili, że planują przejść całą grań. Zdziwiliśmy się, bo było już po 18, ostrzegliśmy ich uczciwie o trudnościach jak i o tym, że my robiliśmy odcinek od pierwszej przełęczy trzy godziny. Podziękowali, ale nie wyglądało że informacje te wywarły na nich szczególne wrażenie. Rozeszliśmy się każda para w swoją stronę.

Widok ze Sgorra nam Fiannaidh jest piękny i rozległy, ale prawdę mówiąc marzyliśmy już tylko o tym, by jak najszybciej zejść i zdobyć coś do picia, ponieważ tuż po Wariatach skończył nam się niemały przecież zapas.

 Sgorr nam Fiannaidh

Za szczytem należy bardzo uważać: przed oczkiem wodnym zbiega w dół fałszywa ścieżka, która sprowadza do przepaści. Należy ją ominąć, a za chwilę trafi się na właściwą, oznaczoną kopczykami z kamieni.

Zejście jest męczące, długie, upierdliwe i nie do końca bezpieczne. Bardzo strome piargi albo (momentami lekko eksponowane) skałki. Oczywiście do Wariatów nie ma porównania, ale na pewno należy uważać, zwłaszcza że człowiek zmęczony traci pewność ruchów. Droga w dół zajęła nam dwie godziny. Do parkingu szliśmy jeszcze około czterdziestu minut, podziwiając naszą grań:

Ściemniało się już, siąpił rzadki deszczyk. Zastanawialiśmy się, gdzie są teraz napotkani przez nas turyści, czy jeszcze w górze, czy też udało im się zejść bezpiecznie. Odpowiedź przyszła do nas sama. Zaczepiły nas kolejno dwie ekipy ratowników, wypytując, czy to my jesteśmy Andrew i jego towarzyszka, którzy zadzwonili z grani, że utknęli i proszą o pomoc. Udzieliliśmy możliwie jak najobszerniejszych informacji co do miejsca i godziny, kiedy to widzieliśmy ich na trasie, życzyliśmy ratownikom powodzenia i poszliśmy w swoją stronę. Nie sądzę, żeby akcja miała się zakończyć źle – jeśli tylko nasi turyści byli na tyle inteligentni, by nie posuwać się dalej tylko zabiwakować w osłoniętym miejscu, nic nie powinno im się stać. Później w samochodzie zastanawialiśmy się jeszcze, czy nie mogliśmy ostrzec ich jakoś skuteczniej, bardziej przestraszyć, ale z drugiej strony – skąd mieliśmy wiedzieć, czy nie mamy do czynienia z dzikami takimi jak ten pierwszy facet? Mam w każdym razie nadzieję, że wszystko zakończyło się szczęśliwie.

Trasa dostaje ode mnie *****. Szlak tylko dla osób obytych z ekspozycją, które są pewne, że nie sparaliżuje ich lęk wysokości. Sporo podciągania na rękach. Koniecznie należy pamiętać o zasadzie trzech punktów oparcia, ścieżki szukać ostrożnie (momentami wariantów przejścia jest więcej, nie warto ryzykować trudniejszego). Brak możliwości wcześniejszego zejścia z ponad trzykilometrowej grani. Przy złej pogodzie, śliskiej skale lepiej się wycofać póki jeszcze można. Schodząc z ostatniego szczytu na trasie uważać na ścieżkę.

My wybieramy się tam znowu za rok, potrenować przed Orlą Percią. Miłośnikom tego typu przejść grań Aonach Eagach z pewnością się spodoba.