Tom a Choinich i Toll Creagach

Nr 233, Tom a’Choinich; nr 234, Toll Creagach

Wymowa: tom ahonih; tol kregah

Znaczenie nazwy: hill of the moss; the rocky hollow (za MunroMagic)

Wysokość: 1112 m n.p.m.; 1054 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 41.; 77.

Data wejścia: 29.9.18

Ta wycieczka miała być naszą pierwszą do Glen Affric: doliny słynącej z urody i dzikości, gdzie znajduje się aż osiem munrosów, w tym dwa najwyższe po zachodniej stronie Great Glen oraz cztery inne wyjątkowo trudno dostępne. Najłatwiejszymi są te położone w jej wschodniej części Tom a’Choinich oraz Toll Creagach, jako że trasa zaczyna się bardzo niedaleko od parkingu oraz jest dość krótka (16.5 km). Dla naszych aktualnych potrzeb, jak i na pierwszy kontakt z doliną, sprawiała wrażenie idealnej.

Nowy parking znajduje się nad brzegami Loch Bheinn a’Mheadoinn i ciężko go przegapić. Za parkingiem kierujemy się dosłownie parę kroków szosą po czym skręcamy w szutrową drogę, z początku ostro do góry.

Na drugim planie widać Sron Garbh, szczyt o statusie munro top który standardowo pokonuje się podczas zdobywania następnych w dolinie trzech munrosów. Po prawej widać natomiast Tom a’Choinich i w zasadzie całą drogę wejściową: kawałek dnem doliny, potem w górę po lewej stronie strumienia, oraz dalej szeroką granią tak jak idzie pas skałek.

Po lewej Sgurr na Lapaich (nie mylić z górą tej samej nazwy nad Loch Mullardoch), w głębi Mam Sodhail. Wyglądają niepozornie ale to złudzenie wywołane częściowo przez to że Gleann nam Fiadh którą podchodzilismy leży stosunkowo wysoko. Mam Sodhail i sąsiedni Carn Eige są odpowiednio na 14. i 12. miejscu munro-listy. 

W dolinie jest, jak to w Highlandzie, niemożliwie mokro, a ostatnia paskudna pogoda nie poprawiała sytuacji. Trzeba uważać na dziury w których można złamać nogę albo takie z błotem, które potrafi zassać buta.

Podchodzenie granią Creag na h-Inghinn okazało się najładniejszym kawałkiem drogi, z widokami na Gleann nam Fiadh i – niżej – położone w Glen Affric jezioro. Widać było niektóre szczyty Glen Shiel (a konkretnie, w różnych momentach, Sgurr nan Conbhairean, Mullach Fraoch-coire i Ciste Dubh) ale bez szału, bo cały dzień panowała tam paskudna pogoda. 

Tutaj widać sporą część trasy na Mam Sodhail i Carn Eige, ten pierwszy w kadrze acz zasłonięty chmurką. Same góry wyglądały obiecująco ale to raczej trasa na wiosnę/lato ponieważ liczy sobie 28km.

Sam Toll Creagach wyglądał jak stóg siana i charakterem zdecydowanie odstawał zarówno od swojego sąsiada jak i reszty otoczenia.

Partie szczytowe Tom a’Choinich (samego wierzchołka nie widać). Jest to całkiem ładna góra czego nie można powiedzieć o Toll Creagach który wygląda jak kopiuj-wklej z Glen Shee i okolic.

Góry Glen Affric, o czym łatwo zapomnieć jako że atakuje się je od południa, także leżą nad przeklętym Loch Mullardoch. Jezioro w końcu się odsłoniło. Munrosy z odległości nie wyglądały na tak charakterne jak je zapamiętałam, ale było widać jak niemożliwie długa jest to trasa, zwłaszcza część nad jeziorem. Jestem dumna że zrobiliśmy ją na sportowo tzn. nie korzystając z motorówki, ale powrót wspominam jako coś okropnego.

Chwilowe załamanie pogody przyszło kiedy osiągaliśmy wierzchołek Tom a’Choinich.

Ścieżka zejściowa biegnie grańką opadającą ze szczytu (kolejny malowniczy kawałek), która wyprowadza na wypłaszczenie wysoko pomiędzy munrosami, skąd na Toll Creagach jest już dosłownie moment.

Widać kopiec na szczycie Tom a’Choinich oraz zejście wymuszone ukształtowaniem terenu:

Podchodzenie na Toll Creagach jest tak łagodne że praktycznie bezwysiłkowe. Na szerokiej kopule szczytowej znajduje się punkt triangulacyjny, ale wierzchołek właściwy jest oznaczony kopcem (to jeden z tych szczytów gdzie prawidłowe oznaczenie najwyższego punktu jest kluczowe).

Poniżej widać niemal całą drogę zejściową. Ukształtowanie terenu jest łagodne, w wyższych partiach grunt jest częściowo kamienisty – problemy zaczynają się niżej gdzie mamy typową highlandzką roślinność (trawy i wrzosy) która chłonie wodę jak gąbka. Ponownie, trzeba uważać na ukryte dziury (niektóre tak głębokie że wchodzi cały kijek trekkingowy) oraz bagienka których głębokości woleliśmy nie sprawdzać, od kiedy w jednym odcinku swoich przygód Bear Grylls o mało się w takim nie utopił.

Ciężko było się skupić na bezpiecznym schodzeniu kiedy Obcy włączyli szperacze:

Trasa była piękna, sąsiednie munrosy wyglądały zachęcająco i generalnie wrażenia z wycieczki wszyscy mieliśmy więcej niż pozytywne, ale mam z Glen Affric taki problem że totalnie nie kupuję jej jako najpiękniejszej szkockiej doliny. Za spektakularne uważam niezmiennie takie miejsca jak Glencoe, Glen Shiel z południowymi przyległościami, rejon Nevis-Mamores, Torridon, wreszcie znane póki co ze zdjęć Fisherfieldsy. Żeby to przebić trzeba prawdziwej petardy, miejsca które urywa dupę – nie widzę by Glen Affric miała taki potencjał. Oczywiście czas na formułowanie miarodajnych opinii przyjdzie kiedy poznamy całą dolinę a nie tylko skrawek, ale nie sądzę żebym zmieniła wtedy zdanie. Konkurencja jest za duża i zbyt silna.

Mapka z Walkhighlands:>>LINK<<

Opis z Walkhighlands:>>LINK<<

A’ Ghlas Bheinn & the Falls of Glomach

Nr 159A’ Ghlas Bheinn

Wymowa: glaswen

Znaczenie nazwy: grey hill (za MunroMagic)

Wysokość: 918m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 273.

Data wejścia: 25.6.15


A’ Ghlas Bheinn ogranicza od zachodu Glen Affric, mega munrosową dolinę gdzie mamy zrobioną tylko jedna górę (na którą i tak wchodzi się od Glen Shiel więc bywa do tejże zaliczana). Jest to dość niefortunny munros, bo usadowiony opodal znacznie konkretniejszego i kształtniejszego sąsiada, Beinn Fhady, więc szału nie robi. Przynajmniej takie mieliśmy wrażenie z parkingu.

Poniżej Sgurr a Choire Ghairbh, część Beinn Fhady (wierzchołek znajduje się w innej partii masywu):

Oraz A’ Ghlas Bheinn niczym wielkanocna baba na której ktoś usiadł. I jeszcze się umościł.

Start z Morvich, maleńkiej miejscowości położonej nad Loch Duich, gdzie niemal zbiegają się wyloty Glen Shiel i Glen Affric.

Droga z początku biegnie przyjemną (lasy!!) doliną, by wreszcie zacząć wbijać się na coś w rodzaju płaskowyżu (coś w rodzaju, bo tak plaskate jak w Cairngormsach to jednak nie jest). 

O tak to wygląda (A’ Ghlas Bheinna nie ma w kadrze). Trochę byłam w szoku, bo spodziewałam się strzelistych kształtnych gór jak w nieodległej Glen Shiel, tymczasem widoczne na zdjęciu szczyty Glen Elchaig są… No mniej skowyrne, to na pewno. Munrosów jednakowoż tam nie ma z tego co kojarzę.

Tam gdzie ten niewinny strumyczek opada w dół, figuruje wodospad Glomach. Nie jest najwyższy w UK – spad liczy sobie 113 metrów – spotkałam się jednak z opiniami, że wywiera największe wrażenie.

Zdjęcia nie oddają lufy ani pełnej wysokości, ale faktycznie Glomach daje radę. Piękna sprawa. Zdecydowanie nie polecam na wycieczkę z małoletnimi dziećmi, chyba że na smyczy.

Od wodospadu trzeba było się kawałek wrócić, po czym zaczęliśmy włażenie na to co wydawało się wałem szczytowym munrosa.

Przy czym kiedy już wdrapaliśmy się na wał okazało się że do wierzchołka jeszcze dwa kilometry.

Szło w miarę sprawnie ale pogoda zaczęła się pogarszać – zanosiło się na powtórkę z poprzedniej wycieczki. Dammit! :/

Wyjątkowo pesymistyczne zdjęcie szczytowe:

Kiedy zaczęliśmy schodzić (nie było sensu moknąć na wierzchołku dłużej niż to konieczne do zrobienia zdjęcia) chmury zaczęły ustępować – a że byliśmy wciąż bardzo wysoko, widoki były praktycznie takie jak ze szczytu.

Loch Duich (na ostatnim planie Beinn Sgritheall):

Fragment masywu Beinn Fhady z wyłaniającym się Sgurr Fhuaran:

Po prawej Sgurr nan Saighead:

Oraz Beinn Fhada raz jeszcze – Hunter’s Ridge:

Zejście z A’ Ghlas Bheinna było nieco przerąbane: mnóstwo skalnych przedwierzchołków, wejść i zejść, jeden fałszywy wierzchołek za drugim. Przełęcz powitaliśmy z ulgą.

Powrotna dolina Gleann Choinneachain jest przepiękna, ścieżka biegnie wysoko ponad jej dnem, a my jeszcze trafiliśmy tam w czasie kiedy wszystko jest soczyście zielone.

Marsz tą doliną to była czysta przyjemność, nawet pomimo coraz bardziej dokuczającego odcisku 🙂

Widok na przełęcz. To po prawej należy do masywu Beinn Fhady:

Wycieczka (21,5 km) była piękna acz moim zupełnie i osobiście prywatnym zdaniem, nic nie ujmując wodospadowi Glomach, ale końcowa dolina była jednak tym co zrobiło dzień.