Beinn a’Chroin


Nr 150, Beinn a’Chroin

Wymowa: bin a kroin

Znaczenie nazwy: hill of the sheepfold (za MunroMagic)

Wysokość: 940m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 233.

Data wejścia: 14.3.15

Na Beinn a’Chroin idzie się z Glen Falloch, doliny przez którą przebiega droga A82 pomiędzy Loch Lomond a Crianlarich. W bezpośredniej okolicy zrobiliśmy już wszystkie munrosy, w tym dwa które spokojnie można byłoby połączyć z Beinn a’Chroinem w jedną ambitniejszą wycieczkę: Beinn Chabhair i An Caisteal. Rzeźba terenu jest typowa dla gór w okolicy Loch Lomond: strzelistych wierzchołków w większości brak, najwyższe punkty czasem trudno zlokalizować, ale rejony szczytowe to bynajmniej nie płaskowyże, ale wysoko wyniesione mocno pofałdowane tereny z mnóstwem dziwacznych formacji skalnych, jeziorek itp.

Start z parkingu przy A82 tuż za Crainlarich. Zaczynamy spacer łagodnie się wznoszącą drogą wzdłuż rzeki Falloch.

Bryła Beinn a’Chroina zamyka dolinkę. Wchodzić będziemy tak jak najlogiczniej, pofałdowanym ramieniem po lewej stronie.

Kiedy droga się kończy mamy jeszcze do przejścia około dwóch kilometrów zanim będzie trzeba przekroczyć "rzekę" i zacząć się wznosić na ramię. Dolinka, jak to w Szkocji bywa, jest niemożebnie bagnista i marne są szanse uchowania się z suchymi skarpetami. 

Na podejściu na ramię znaleźliśmy ścieżkę. Ten odcinek, miejscami dość stromy, to bardzo przyjemny kawałek trasy. 

Niestety okazało się że jednak nie będziemy mieć widoczności na wierzchołku. Na górze przez cały czas siedziała chmura. Okazało się że prognozę BBC należało potraktować dosłownie: nad Crianlarich miało być pełne słońce, i owszem przez większość czasu było… Nad miasteczkiem widniała wielka dziura przez którą widać było błękit. Okazało się że pozornie sprzeczne prognozy MWiSa (20% szans na widoczność na munrosach w tym rejonie) i BBC (słoneczne Crianlarich) nie kłamały.

W wyższych partiach znaleźliśmy się w innym świecie, gdzie wciąż panowała prawdziwa zima. Wrzuciliśmy po cztery warstwy na górę i najgrubsze rękawice a zimno mimo to dokuczało. Nałożyliśmy też raki bo pełno było lodu oraz twardego, zmrożonego śniegu.

Przy rzeźbie terenu takiej jak opisana na początku notki i wobec braku widoczności bardzo łatwo było się zgubić, co też zrobiliśmy. Zaczęliśmy napierać w kierunku przełęczy między Beinn a’Chroinem i An Caistealem, i z błędu wyprowadził nad dopiero GPS. Bez niego tego dnia na 99% nie znaleźlibyśmy szczytu.

Wierzchołek niespecjalnie wyróżnia się w terenie: ot jeszcze jedno niewielkie przewyższenie, nawet kopczyk jest raczej symboliczny. We mgle nie czuć że to najwyższy punkt.

Zeszliśmy tą samą drogą, tyle że tym razem nie było potrzeba GPSa, wystarczyły własne ślady.

Na zejściu pogoda, jak to często bywa pod wieczór, zaczęła się poprawiać. Chmura nie opuściła szczytu całkowicie ale przerzedziła się na tyle iż niewykluczone że dałoby radę mieć stamtąd jakieś widoki. Sytuacja od początku do końca taka sama jak mieliśmy na sąsiednim Beinn Chabhairze.

Wycieczkę oceniam zdecydowanie bardziej jako munro-rzemieślnictwo ale też i o nic więcej nie chodziło po tak długiej przerwie.



Beinn Chabhair


Nr 124, Beinn Chabhair

Wymowa: ben ka-war

Znaczenie nazwy: hill of the hawk (za MunroMagic)

Wysokość: 933m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 244.

Data wejścia: 11.1.14

Beinn Chabhair to kolejny z
najbliższych nam geograficznie munrosów. Znajduje się w Glen Falloch
przez którą przebiega A82. W kierunku południowym rzut kartoflem od
Loch Lomond, w kierunku północnym też kartofel tylko większy do Crianlarich.
Którędy by nie jechać z Livi wychodzi ok. półtorej godziny.

Beinn Chabhair da się połączyć z dwoma
sąsiadami: już przez nas odwiedzonym An Caisteal (>>LINK<<)
oraz Beinn a’Chroin. Nam pasowało deptać go samodzielnie – 14 km
na wciąż krótki dzień jest ok.

Start z parkingu w Inveraran, kolo
Drovers Inn. Należy się stamtąd ruszyć (miałam napisać cofnąć, ale to
tylko dla tych co jadą od strony Crianlarich) poboczem w stronę
niedalekiego kempingu. Przekraczamy mostek, przechodzimy przez teren
kempingu, wpadamy na dead end, zatem skręcamy w prawo. Trasa właściwa
rozpoczyna się wąską dość stromą ścieżką biegnącą po lewej stronie
wyżłobionego przez strumień wąwozu (przy oblodzeniu gdzieniegdzie
uważać!). Jest stromo, ponieważ musimy wbić się na początkowy górski
wał po osiągnięciu którego teren znowu się wypłaszczy. Ten kawałek
jest całkiem ładny, tak ze względu na wąwóz i rwący potok (jest nawet
niewielki wodospad) jak i to że bardzo szybko zyskujemy wysokość i po
drugiej stronie doliny zaczynają się wyłaniać kolejne wierzchołki.

Kiedy osiągamy górną część walu teren
się kładzie. Znajdujemy się w poniekąd dolince obramowanej z jednej
(lewej) strony przez długi grzbiet Beinn Chabhair, po drugiej przez
szatańską kopę (666m n.p.m.) Parlan Hill.  

Teraz macie wybór. Można
ścieżkami dnem dolinki, z
grubsza wzdłuż Beinn Glas Burn. Teren jest tam jednak niemożebnie
bagnisty. Wiosną czy jesienią, podejrzewam można się wyświnić po
pachwiny. Gdybym miała iść na tego munrosa jeszcze raz myślę że zaraz
po osiągnięciu wypłaszczenia starała bym się odbić w lewo, na
początek grzbietu – wariant zapewne sporo żmudniejszy ale mniej
syfiasty. Tym razem jednak poszliśmy “podręcznikowo”, tj. dolinką aż do Lochan Beinn Chabhair. 

To jeszcze nie wierzchołek, a jedna z licznych kop po drodze:

W stronę stawu opadał szeroki żleb z
charakterystyczną formacją skalną po lewej stronie:

Tamtędy idzie
ścieżka. Ponieważ przylazła śniegowa chmura i piękne światło oraz
widoczność szlag trafił staraliśmy się jej w miarę trzymać na tyle na
ile nie była zasypana. Ta wędrówka na grzbiet a potem grzbietem to
bardzo fajny odcinek z ciekawą rzeźbą terenu charakterystyczną dla
wzgórz w tym rejonie: raz w górę, raz w dół, pomiędzy urozmaiconymi
formacjami skalnymi, taki trochę labirynt. Mimo zerowej widoczności i śniegowych "showersów" nie mieliśmy problemu z trafieniem na wierzchołek. Na dwóch ciut stromszych fragmentach gdzie śnieg był zmrożony na kamień trochę się zasapałam, jako że raków wyciągać nikomu się nie chciało. Gdzie indziej zapadałam się po kolana. Tęskniłam za zimą 🙂 Trochę nam tylko było szkoda widoków na Loch Katrine i jego dzikie otoczenie.

Na wierzchołku nie zatrzymaliśmy się
nawet na pięć minut, tak było zimno. Powrót z początku po własnych
śladach, potem chmura zaczęła się przesuwać ukazując ponownie piękne
niebieskie niebo. Szczyt odsłonił się w pełni przed 15, kiedy
zaczynaliśmy schodzenie z walu. 

Znów piękne światło:

W prawym górnym rogu Beinn a’Chleibh, Ben Lui i Ben Oss:

Trasa jak wspomniałam liczy sobie 14 km ale wytrzepało nas nieźle. Ogólnie wycieczka oraz miejscówka okazały się bardzo przyjemne, a widoki pooglądałam sobie w relacjach na Walkinhighhlands. Fajnie bo jakoś nigdy wcześniej Glen Falloch nie zdołała sobie zaskarbić mojego serca. Cieszę się że jeszcze jeden munros nam tu został.

Nawiasem, ilość osób spotkanych na trasie: 1 😀


An Caisteal

Nr 69, An Caisteal

Wymowa: an-kasz-tiel (akcent na kasz)

Znaczenie
nazwy:
the castle

Wysokość: 995m n.p.m.

Pozycja na liście
munrosów:
147.

Data wejścia: 5.12.10

An Caisteal McNeish poleca połączyć z dwoma sąsiednimi munrosami, ale na to moglibyśmy się porwać tylko przy związanym śniegu. Ile i czy w ogóle jakiegoś zdepczemy, zależeć miało więc od warunków.

Początek trasy z szosy A82 tuż za Crianlarich. Parking znajdował się po przeciwnej stronie drogi, ale nie bardzo umiałam zaznaczyć go na mapie.

Wyruszyliśmy w kopnym śniegu, tnąc zbocze jak najwygodniej i pokonując kolejne antyowcze płotki, w większości ozdobione u góry *%#(^%%@ drutem kolczastym (uważać na spodnie i zawartość!)

Jak widać na mapie, cały masyw ma kształt podkowy o długich ramionach. Skierowaliśmy się na ramię prawe (patrząc z parkingu), rozpoczynające się wzniesieniem o nazwie Stob Glas, z którego mogliśmy już kontynuować grzbietem do końca na wierzchołek. Najgorsze było podchodzenie na Stob Glas, ponieważ tu na dole śnieg był najgłębszy. Liczyliśmy że na grzbiecie będzie lepiej.

Widoczność i warunki mieliśmy idealne, Highland w śniegu prezentował się wspaniale. poniżej nasz pierwszy munro, Beinn Dorainn:


Rewelacyjnie lansował się Ben Lui  (po jego prawej Ben Oss, jeszcze czeka w kolejce):

Za wierzchołkiem Stob Glas znaleźliśmy sobie osłonięte od wiatru miejsce i zrobiliśmy przerwę na herbatę. Stąd odsłoniła się nam już cała dalsza droga, tak na oko niespecjalnie długa.

Szło się niespecjalnie. Żeby jeszcze podłoże było jednolite, ale tu mieliśmy na przemian głęboki śnieg, śnieg zmrożony i lód (i tak mogłoby być cały czas), czy lekko tylko przyprószone skały, po których masakrycznie słabo szło się w rakach. Z drugiej strony z dwojga złego lepiej było w rakach niż bez bo na tych zmrożonych a co stromszych odcinkach i tak trzeba byłoby je zakładać. Generalnie, pomijając widoki, nie była to najprzyjemniejsza wędrówka.

Na ostatnim planie Ben Lomond:

Śmieszna była taka jedna pionowa skarpka, wysoka może na dwa metry. Śnieg był tam totalnie luźny i przy każdej próbie wdrapania się na nią zjeżdżał razem ze mną (szłam pierwsza). Jakoś się w końcu udało, choć musiałam w tym celu natworzyć trochę dziwacznych figur ;D

Na szczyt wbiliśmy się nieźle zmachani, ale szczęście było pełne, poniżej Marcin i Mariusz:

Czasu na podziwianie widoków mieliśmy niewiele, była już 15. Poniżej Ben More i Stob Binnein. Na Benie byliśmy, ale jest to tak piękna (plus najwyższa w okolicy) góra, że bardzo chciałabym tam wrócić, koniecznie w sezonie zimowym – no i tym razem ogarnąć go z bliźniakiem.

Choć kształt duetu Ben Vorlich – Stuc a’Chroin jest bardzo charakterystyczny, trochę czasu zajęło mi zidentyfikowanie go. Nigdy jeszcze nie widziałam tych dwóch munro całych na zimowo.

Poniżej widok w kierunku z płd-wsch, mała piramidka po prawej to Ben Ledi, wzgórze wznoszące się nad Callander:

Ponieważ do zmroku pozostało niewiele czasu, przy schodzeniu napieraliśmy jak się dało, robiąc przerwy jedynie na uzupełnienie kalorii i popstrykanie niesamowitego zachodu słońca.

Schodziliśmy niewiele ponad… godzinę! Aż trudno w to uwierzyć. Zaoszczędziliśmy tyle czasu głównie na ostatnim odcinku, zejściu ze Stob Glas, które w odwrotną stronę tak nas umordowało. Udało nam się dotrzeć do samochodu jeszcze zanim zdążyliśmy użyć czołówek.

Wycieczkę zaliczam do nadzwyczaj udanych. Zmęczyliśmy się, ale przecież po to chodzi się w góry. Pogoda nie mogła trafić się lepsza. Widoki… sami oceńcie.

Więcej zdjęć: >>LINK<<