Starorobociański Wierch

Trasa na Starego Robota miała być takim relaksem na sam koniec, a cel został wybrany nieprzypadkowo. Starorobociański był ostatnim dostępnym szlakiem szczytem po polskiej stronie, na którym jeszcze nie byłam. Jakoś nigdy mi się nie składało, chociaż wszystko w okolicy, ze słowacką Bystrą włącznie, miałam już zaliczone.

Zwracam uwagę, iż wejście na wszystkie szlakowe szczyty nie oznacza bynajmniej tego samego co przejście wszystkich szlaków. To drugie może nie nastąpić nawet nigdy, bo te wszystkie dolinne szlaki Tatr Zachodnich, ścieżki nad i pod reglami czy dojściówki do jaskiń kompletnie mnie nie interesują. Nie dlatego że taki ze mnie wysokogórski wymiatacz, ale jak się jeździ w Tatry raz do roku zwyczajnie nie warto marnować czasu na spacery.

Spaliśmy na Hali Ornak, co oznacza że musieliśmy dojść przez Kościeliską. Mariusz szedł tamtędy po raz pierwszy i ostrzegłam go, żeby nie spodziewał się za wiele. Od Kościeliskiej nudniejsze są chyba tylko Chochołowska (ale tę można przynajmniej przyśpieszyć sobie rowerem) i Sucha Woda. Tak, wiem, że atrakcyjność tej doliny polega na ukrytych niespodziankach, ale i tak uważam że jest ona przereklamowana.

Rano wyruszyliśmy na Iwaniacką Przełęcz. Gdzieś na tym odcinku uświadomiłam sobie że relaks to jednak nie będzie – tzn., tylko w sensie odpoczynku od trudności, ale fizycznie Zachodnie jednak dużo bardziej dają w kość.

Podejście z przełęczy na grań Ornaku było męczące tak jak zapamiętałam z wycieczki na Bystrą, ale wyszliśmy powyżej granicy lasu i zrobiło się widokowo. Niebywale efektownie prezentuje się stamtąd Ciemniak. Rzuca się w oczy, jak wielki i rozbudowany jest to masyw, w ogóle całe Czerwone Wierchy to pod względem kubatury jest potęga.

Natomiast pod względem kształtu i charakterności nie ma w Tatrach Zachodnich drugiej góry takiej, jak Rohacz Ostry.

Widoki z grani Ornaku są imponujące i kojarzą mi się trochę z zachodnimi Grampianami. Np. grań pomiędzy Starorobociańskim i Bystrą od północy przybiera taką właśnie highlandzką formę. Oczywiście gołym okiem widać że w Tatrach wszystko jest potężniejsze, nawet jeśli w kilku miejscach przewyższenia są porównywalne.

Na szlaku – tłumy. Prawie wszyscy mówią dzień dobry. Nie widzę, nie rozumiem sensu tego zwyczaju. W miejscach trudno dostępnych czy wybitnie rzadko odwiedzanych, spotykając drugiego człowieka powitanie – i często zamienienie kilku słów – przychodzi naturalnie i nie potrzeba do tego żadnej tradycji. Na przeludnionym szlaku jest według mnie głupie, irytujące i niepotrzebne.

Bezpośrednie podejście na Starego Robota było męczącym (inna rzecz że moja kondycja tego dnia była taka, że męczył mnie nawet marsz wygodną ścieżką w dół), acz ostatnim już nabraniem wysokości. Widoki wzbogaciły się o podobnie monumentalną jak Ciemniak bryłę Raczkowej Czuby i Jarząbczego. Ta monumentalność zawsze mnie w Tatrach Zachodnich uderza. Tu nie ma charakterystycznych dla Tatr Wysokich piętrowych dolin, ze szczytów patrzy się zatem na sam dół. To również jest cecha charakterystyczna dla Grampianów. W tej części Tatr mój delikatny lęk przestrzeni dokucza mi najbardziej.

Schodząc w kierunku Kończystego Wierchu natknęliśmy się na wielkie stado kozic. Żerowały sobie częściowo tuż przy, a częściowo na szlaku, na górce rozkładało się natomiast kozie przedszkole. Widok był rozczulający.

Starszy, rosły osobnik – ani chybi boss – stał pomiędzy szlakiem a maluchami i mierzył przechodzących turystów groźnym spojrzeniem.



Po obfotografowaniu całego stada zeszliśmy czerwonym szlakiem z grani prowadzącej na Trzydniowiański Wierch. Jest to bardzo sympatyczne zejście, o wiele milsze niż zielony szlak z Trzydniowiańskiego – najpierw dobrze utrzymana ścieżka w malowniczej scenerii, potem szeroka droga.

Tatry Zachodnie są piękne, choć my nie trafiliśmy tam w najbardziej fotogeniczną pogodę stąd tak mała ilość zdjęć. Lakoniczność powyższego opisu spowodowana jest faktem, że na szlaku na Starorobociański nie występują żadne trudności a na tym na ogół się skupiam: na trudnościach i wrażeniach estetycznych, ponieważ skoro mnie samą to najbardziej w cudzych relacjach interesuje, zakładam że inni mają podobnie. Z całą pewnością dzięki dostępności i urodzie otoczenia Stary Robot to fajny cel dla każdego, nawet ze słabą kondycją – bo jeśli nie łączyć go z żadnym z sąsiadów, droga jest na tyle krótka że można sobie pozwolić na spokojne tempo.

Tatry 2010 – bilans

Było świetnie. Nie wszystko zaplanowane zrealizowaliśmy ale wycieczki były raczej konkretniejsze, więc przeżyć i wspomnień mamy i tak pod dostatkiem.
To, co udało się zrobić:

– Czarny Mięgusz z Kazalnicy (droga z WHP)
– grań Czerwona Ławka – Mały Lodowy – Lodowa Przełęcz
– Lodowy Szczyt od Lodowej Przełęczy trawersując grań, zejście przez Konia
– (Mariusz i chłopaki) Gerlach końcówką Martinovki (od Lawinowego Szczytu)
– i na deser Starorobociański Wierch, mój ostatni nieodwiedzony szlakowy szczyt Tatr Polskich.

Notki będę zamieszczać w miarę jak będzie postępować walka z masą zdjęć.
Tyle wam powiem, że pod pewnymi względami ten wypad był dla mnie przełomowy 🙂

Rohacze

Myli się ten, kto sądzi, że na hardkory można liczyć tylko w Tatrach Wysokich. Zachodnie też mają trochę do zaoferowania, z tym że wyłącznie po słowackiej stronie granicy. Najciekawszym szlakiem jest graniówka ciągnąca się od Rohaczy przez Trzy Kopy, Hrubą Kopę, Banówkę, Pacholę i Salatyn po Brestową – podobna charakterem do Orej Perci a dłuższa, na wielu odcinkach eksponowana i z zamontowanymi sztucznymi ułatwieniami. W tym roku testowaliśmy odcinek przez Rohacze i wrażenia jak najbardziej pozytywne. Szlak na pewno dokończymy za rok.

Wchodziliśmy od polskiej strony i była to opcja trochę desperacka. Napierw 8km Chochołowskiej (byliśmy tam o piątej rano), potem za schroniskiem zielonym szlakiem przez Chochołowską Wyżnią na przełęcz pomiędzy Wołowcem a Rakoniem, wreszcie przez Wołowiec na Jamnicką Przełęcz oddzielającą go od Rohacza Ostrego i dopiero trasa właściwa. A po przejściu rohackiej grani trzeba jeszcze wrócić (przełęcz Zabrat – Rakoń – wspomniany szlak zielony). Tak że naszego wariantu raczej nie polecam, lepiej iść na ten szlak od strony słowackiej (z Zuberca albo lepiej Chaty na Zwierówce, ale mówię na podstawie map, nie własnego doświadczenia), albo przynajmniej raz nocować w Schronisku Chochołowskim, bo Chochołowska dwa razy w ciągu jednego dnia to jest trochę dużo, zwłaszcza że w godzinach kiedy mamy nią wędrować rowery nie są dostępne – już albo jeszcze.

Drobna rada – jeśli byliście już na Wołowcu darujcie sobie wbijanie się na wierzchołek, a skorzystajcie z wydeptanego trawersu, który pozwala zaoszczędzić trochę czasu i energii. Niewiele, ale zawsze coś, zwłaszcza że ten szlak jest tak długi.

Rohacze po raz pierwszy odsłaniają się z przełęczy pomiędzy Woło a Rakoniem:

Rohacz Ostry (2084m n.p.m.) i Rohacz Płaczliwy (2126m n.p.m.)

W centrum Trzy Kopy z Hrubą Kopą



Smutna Przełęcz, z której opada szlak zejściowy do Doliny Smutnej



Jamnicka Przełęcz i Rohacz Ostry z końcowych partii ścieżki z Wołowca

Wspinanie zaczynamy od Jamnickiej Przełęczy. Z początku szlak jest dość niewinny, ale szybko stromieje, a teren staje się skalisty. Już niedaleko od pierwszego wierzchołka zaczynają się łańcuchy.

Idzie się dość łatwo. Jeden moment zrobił na mnie wrażenie: bardzo eksponowany trawers, który pokonywało się po niewielkiej półeczce. Nie było to trudne, ale wiadomo – pierwsze eksponowane miejsce na szlaku (zawsze tak mam, a potem w miarę pokonywania kolejnych trudności mi się to wytraca). No i tam chętnie skorzystałam z łańcucha. Nawiasem łańcuchy – inne niż polskie, dłuższe i cieńsze – momentami rozpięte są trochę bezmyślnie, na szczęście bez nich da się spokojnie wejść (z wyjątkiem tego jednego trawersu, ale to IMHO).
No i wreszcie – słynny rohacki koń. Stroma i eksponowana skalna płyta i odcinek grani tak ostry, że można się jej trzymać, co zresztą jest bardzo rozsądną opcją, bo ja przynajmniej nie mam koncepcji, co tam mogłabym zrobić z łańcuchami (a są). Idzie się po wyrzeźbionych w skale stopniach, trzymając się skały – jak mawia mój kumpel, pyk, cyk i fik, i jesteś w bezpiecznym miejscu. To tylko parę kroków i to nietrudnych, ale rozumiem czemu rohacki koń jest tak znany. Na mnie też zrobił wrażenie, przy czym efektowność nijak ma się tu do trudności technicznej, przynajmniej przy suchym.

Powyżej nie widać przepaści, więc można skupić się na faktycznej trudności odcinka – z takiej perspektywy strasznie to nie wygląda.
Poniżej już bardziej wiadomo, na czym polega cały wic:

A to kawałek dalej. Zdjęcie, zwłaszcza amatorskie, nigdy do końca nie odda ekspozycji, ale myślę że da się zauważyć, iż jest gdzie polecieć.

Za koniem szlak obniża się do Rohackiej Szczerbiny…

… a potem musimy pokonać ubezpieczony kominek, który wyprowadzi nas na drugi z wierzchołków Rohacza Ostrego. Bez hardkorów.



Widoki ze szczytu sobie daruję, z Płaczliwego są lepsze, bo jest wyższy, a ponadto najpiękniej w panoramie prezentuje się właśnie Ostry.
Schodząc w kierunku Rohackiej Przełęczy, jeszcze w rejonie wierzchołka, pokonujemy kolejny komin, bliźniaczo podobny do poprzedniego. Mnie wydał się trudniejszy (nie lubię schodzenia), ale zeszłam podobno bardzo sprawnie, stopni jest tam akurat tyle, ile potrzeba.

Powyżej komin od góry, poniżej od dołu. Jak zwykle od góry wygląda dużo słabiej.



Ten kominek to ostatni odcinek szlaku wymagający zamontowania łańcuchów. Na Rohacz Płaczliwy wbijamy się na lewo od grani, to po skałach to ścieżką. Za plecami mamy coraz bardziej wariacki w kształtach Rohacz Ostry. Na wierzchołku warto zatrzymać się na dłużej, bo jest wybitnie widokowy:

Kontynuacja graniówki przez Trzy Kopy, po prawej Smutna Przełęcz i zygzaki szlaku zejściowego

Wołowiec i Rohacz Ostry

Rohacz Ostry, w tle Kominiarski, Ciemniak i czubek Giewontu

Szlak ze Smutnej Przełęczy

Z Płaczliwego mamy jeszcze do przejścia spory kawałek skalistą granią. Można iść tak jak prowadzi szlak, jej ostrzem (nie jest trudno, za to ciekawiej) albo ścieżką po lewej stronie. Znaki są moim zdaniem za rzadko rozmieszczone, ten odcinek może być mylny we mgle.

Już niedaleko Smutnej Przełęczy napotykamy coś, co nazwałam Cmentarzyskiem Świstaków. Masa kopczyków, i to nie jakichś tam prymitywnych, tylko prawdziwie koronkowych konstrukcji. Co do niektórych aż ciężko uwierzyć, że to się nie przewraca:



Ze Smutnej Przełęczy można kontynuować marsz granią, albo zejść do Doliny Smutnej. Fakt, że za wesoło to ona się nie prezentuje, cała pokryta zielonkawymi piargami, o tym samym charakterystycznym odcieniu co podejście na Jarząbczy.

Rohacze z okolic Smutnej Przełęczy

Od Bufetu Rohackiego, gdzie Dolina Smutna przechodzi w Dolinę Rohacką (mają taniego Złotego Bażanta z kija) wbijaliśmy się krótkim i bardzo malowniczym szlakiem na przełęcz Zabrat, z której pół godziny wchodzi się na Rakonia.
Z tego szlaku Rohacze znów zaczynają się przezentować należycie efektownie, bo patrząc ze Smutnej Doliny, czyli od ich bezpośrednich podnóży, trudno uwierzyć że to te same dumne piramidy:

Rohacz Ostry (!)

Z Rakonia to już wiadomo: przełęcz, Chochołowska Wyżnia, schronisko.

Szlak jest po prostu cudowny. Widoki w Tatrach Zachodnich mają monumentalny charakter, doliny są tu głębsze, odległości większe, więcej przestrzeni i powietrza, a przy tym krajobraz nie jest tak drapieżny jak w Tatrach Wysokich, bardziej sielsko-pocztówkowy. Trudności oceniam na ****/*****. Teraz, kiedy siedzę przed kompem wydaje mi się, że to wszystko było proste ale taką ocenę sformułowałam na gorąco tuż po pokonaniu szlaku, więc niech będzie. Trasa zdecydowanie nie dla nieprzepadających za ekspozycją. Ludzi sporo, głównie Słowaków, momentami trzeba było poczekać na swoją kolej. Zadziwiły nas dwa kajtki tak na oko z siedem – osiem lat, wędrujące żwawo bez plecaków, i najwyraźniej same (!!!). Gdyby ich rodzice wiedzieli, że pociechy sobie na luzaku kicają po Rohaczach…
Przefajnie było. Już się nie mogę doczekać kontynuacji.

Zdjęcia tu: >>LINK<<

Granicznym grzbietem Tatr Zachodnich

Szlak przez Grzesia – Wołowiec – Łopatę – Jarząbczy Wierch – Kończystą nad Jarząbczą – Trzydniowiański Wierch

Ponieważ mój M. nigdy wcześniej nie był w Tatrach (a przynajmniej nie na poważnie, sylwestry na Gubałówce czy kolejka na Kaspro się nie liczą), tegoroczne wycieczki starałam się dobrać tak, żeby w krótkim czasie mógł wyrobić sobie najszersze i najpełniejsze jak to możliwe pojęcie o tych górach. Coś z Tatr Zachodnich, coś z Wysokich, na finał jakiś trudniejszy szlak. W Zachodnich padło na grań główną ze względu na długość i widowiskowość drogi.

Będąc w Tatrach kwateruję w Małym Cichym, kilkanaście km na wschód od Zakopanego. Jest to niezły punkt wypadowy w Tatry Wysokie (1h pieszo do Rusinowej Polany, 3h do Morskiego Oka, z szosy biegnącej przez wieś pięknie widać Gerlach), za to żeby dostać się w część zachodnią trzeba jechać najpierw do Zakopanego, a tam pod barem FIS łapać busa, w tym wypadku do doliny Chochołowskiej. Nie jest to jakiś wielki problem, bo jak już się do tego Zakopca dotelepie, to busy odjeżdżają praktycznie non stop, ale jednak trochę czasu się traci. A że zaraz potem czeka nas długa i nudna droga przez dolinę Chochołowską, cierpliwość człowieka rwącego się do wspinaczki i widoków zostaje wystawiona na pewną próbę. Inna rzecz, że warto.

Chochołowską uważam za miejsce mało ciekawe. W Kościeliskiej, którą też się szczególnie nie zachwycam, są przynajmniej surprajsy typu Wąwóz Kraków czy Smreczyński Staw. Chochołowska jest w większości monotonna jak dupa węża. I o ile skorzystanie z konnej "kolejki" uważam, jeśli nie jest się emerytem / rencistą / dzieckiem / kobietą w ciąży za pewien przypał, o tyle już rower wypożyczyć warto. Kosztuje to tylko parę złotych, a pozwala zaoszczędzić czas. Na końcowym odcinku droga robi się dość niesympatyczna dla mniej wprawnego cyklisty (asfalt przechodzi w kamienie), ale tuż przed tym momentem jest możliwość oddania roweru, więc przez trzy czwarte trasy można sobie ułatwić życie.

Dopiero od Polany Chochołowskiej zaczynają się widoki:

Wołowiec, Rakoń i grzbiet Długiego Upłazu 

Schronisko Chochołowskie jest sympatyczne i podają tam rewelacyjną kawę z lodami i bitą śmietaną. I wreszcie – za schroniskiem zaczyna się nasza właściwa trasa. Można zacząć wchodzić.

Żółty szlak na Grzesia wznosi się z początku prosto w górę, by w połowie drogi na szczyt (po jakichś 30-40 min.) zacząć łagodnie trawersować stok. Idziemy lasem, prześwity w górnej części dają przedsmak widoków, które zobaczymy na górze. Po kolejnych 20 min. wychodzimy na łagodny, szeroki grzbiet porośnięty kosówką. Z tyłu mamy bryłę Bobrowca, po lewej piękny widok na grań, którą będzie biegła nasza trasa, po prawej Beskidy z Babią Górą. Kiedy wreszcie stajemy na Grzesiu (w sumie tak po 1 – 1.20h od schroniska, ale jestem pewna że można zrobić to szybciej – my byliśmy po baaardzo ciężkim weekendzie i szło się nam na tym pierwszym odcinku średniawo) i ukazują się słowackie Tatry Zachodnie, staje się jasne dlaczego ten niewybitny (1653m n.p.m.) szczycik jest tak licznie odwiedzany i rekomendowany w przewodnikach. Panorama z Grzesia jest naprawdę piękna. 

Widok na grań, którą biegnie nasz szlak: grzbiet Długiego Upłazu, Rakoń, Wołowiec oraz Łopata. W tle wystają szczyty Rohacza Ostrego i Płaczliwego

Słowackie Tatry Zachodnie: Trzy Kopy, Hruba Kopa, Banówka, Pachola, Spalona, Salatyński Wierch, Brestowa (wszystkie nazwy w wersji polskiej, słowacka często się różni, czasem znacznie)

Od Grzesia trasa (do Wołowca znaki niebieskie) już do końca wiedzie granią. Z początku idziemy względnie płaskim grzbietem Długiego Upłazu, by osiągnąć najbardziej wyodrębniony punkt na grani, Rakoń (1879m n.p.m.). Stąd jest już bardzo blisko na szczyt Wołowca, drugi w kolejności najwyższy punkt na trasie (2063m n.p.m. Punktem pierwszym jest wyższy o 174m Jarząbczy Wierch). Z przełęczy pomiędzy Rakoniem a Wołowcem schodzi zielony szlak do Chochołowskiej.

Wołowiec, Łopata i Jarząbczy z Rakonia

Tatry Wysokie z Rakonia

Podejście na Wołowiec jest trochę męczące, ale krótkie (40 min.?). Z wierzchołka najefektowniej przedstawiają się szczyty Rohaczy:

Rohacz Ostry i Rohacz Płaczliwy

Rohacz Ostry to prawdziwy wariat:))) Nie imponuje wysokością (2072m n.p.m.), ale ma jedyną w swoim rodzaju sylwetkę. Przykład góry z charakterem. Szlak, podobno trudny, co zresztą widać gołym okiem, będziemy testować w przyszłym roku. Na zdjęciu poniżej można dostrzec ludzi rozsianych od przełęczy aż po szczyt – przemieszczali się bardzo wolno, widać było że w wielu miejscach tworzą się zatory:

Rohackie Stawy

Szlak biegnie przez Łopatę, Jarząbczy i Kończystą. Za Jarząbczym widoczna Raczkowa Czuba, po lewej od niego Bystra (na dalszym planie) i Starorobociański

Grań pomiędzy Wołowcem a Niską Przełęczą (która oddziela Łopatę od Jarząbczego Wierchu; znaki od Woło aż do Kończystej czerwone) to najciekawszy odcinek trasy. Wąska, poszarpana, momentami przepaścista, a jednak nie nastręczająca żadnych trudności – piękne górskie widoki i pełny relaks:) Sam mało efektowny wierzchołek Łopaty szlak omija, dzięki czemu tworzy się spory skrót. W tej okolicy udało nam się zobaczyć żerującego świstaka, a nawet strzelić mu dwie fotki. Niestety, przy rozmiarach zdjęć takich jak te prawie nic nie widać.

Z tej perspektywy Rohacz Ostry wygląda chyba najpiękniej i widać, jaki to świr:)

W dole błyszczą Jamnickie Stawy przypominające jeziorka benzyny.

Podejście na Jarząbczy jest średnio miłe. Podchodzimy niby tylko ok. 300m, ale szlak prawie nie trawersuje, tylko daje prosto w górę, a jest to moment, kiedy ma się już w nogach sporo kilometrów.

Wołowiec i Rohacze z podejścia na Jarząbczy

Szlak nie wchodzi na sam wierzchołek Jarząbczego, ale to nie problem, na szczyt jest dosłownie pięć minut. Widoki są ciekawe – wszystko to już dzisiaj oglądaliśmy i to praktycznie podczas całej trasy, ale góra ta jest najwyższym (2137m n.p.m.) punktem szlaku i to widać. To dobry moment, żeby podjąć decyzję: czy idziemy dalej na Starorobociański i – wersja dla hardkorowców – Bystrą, czy schodzimy przez Kończystą. My od początku mieliśmy w planach ten ostatni wariant, ale jeśli ktoś chodzi naprawdę szybko, to na Starorobociański, najwyższy szczyt polskich Tatr Zachodnich, jest już w miarę blisko:

Po prawej Starorobociański Wierch, 2176m n.p.m.

Bardzo blisko jest natomiast na Raczkową Czubę po słowackiej stronie granicy. Ona i Jarząbczy to właściwie dwa wierzchołki tej samej góry, z tym że Raczkowa jest o jakieś 60m wyższa. Niby drobiazg, ale jakbym miała się jeszcze tam pakować, chyba by mnie trafił szlag:) To jednak naprawdę nie jest krótka trasa.

Z Jarząbczego żwirowa ścieżka sprowadza na grzbiet przypominający Długi Upłaz, widoczny nawiasem po przeciwnej stronie doliny Chochołowskiej, którą nasz szlak opasuje wielką podkową – a sama Kończysta nad Jarząbczą (bądź Kończysty Wierch), 2003m n.p.m., to trochę taki Rakoń. Stąd wreszcie widać, czemu Łopata ma taką a nie inną nazwę: jej potężne zbocze opadające do Chochołowskiej wygląda jak ogromna szufla do śniegu. Można też dostrzec, jaki mikry jest Grześ.

Trzydniowiański Wierch z Kończystej, na dalszym planie Grześ, Bobrowiecka Przełęcz i Bobrowiec

Szlak (na odcinku Kończysta – Trzyd. znaki zielone) obniża się na Trzydniowiański (1758m n.p.m.), sympatyczny szczycik wart, jeśli ktoś nie lubi długich tras, samodzielnej wycieczki, skąd mamy dwie opcje zejścia: czerwonym szlakiem przez Dolinę Jarząbczą bądź również czerwonym dalej obniżającą się granią. Pierwszy wariant jest dłuższy, ale dużo przyjemniejszy. Idzie się wygodnym chodnikiem, nachylenie jest łagodne, niżej, jeśli kogoś kręcą te sprawy, czerwony szlak łączy się z biało-żółtym papieskim (Jan Paweł II przeszedł się tamtędy AFAIR w 1983r.) Opcja druga jest jedną z bardziej wkurzających w Tatrach. Droga najpierw biegnie przez ciągnący się w nieskończoność kosodrzewinowy grzbiet, by po osiągnięciu lasu zacząć opadać bardzo stromo w dół, w dużej części po wysokich, niewygodnych drewnianych stopniach. Te stopnie i znaczne nachylenie powdują, że odcinek ten bardzo daje w kość, obojętnie w którą stronę się idzie. Pamiętam, jak klęłam na nim rok temu, wspinając się na Trzydniowiański. Poniżej, kiedy stopnie się kończą i znajdujemy się już w głębokim lesie, wcale nie jest lepiej: wchodzimy do stromego żlebu pełnego żwiru, który też nie chce się skończyć. Ten wariant ma tylko jeden plus – pozwala ściąć kawałek Doliny Chochołowskiej. W wariancie pierwszym wychodzimy prosto na schronisko, tu około kilometra dalej.

Jeszcze tylko trzeba przejść Chochołowską, i to koniec.

Szlak nie jest trudny technicznie (*, odcinek Wołowiec – Niska Przełęcz **), ale długi. Zejście awaryjne na polską stronę tylko jedno i to na początku trasy, pomiędzy Wołowcem a Rakoniem. Nie polecam tej wycieczki jako rozruchowej, jeśli ktoś przez dłuższy czas nie był aktywny fizycznie. Przejść zapewne da radę, ale kosztem unieruchomienia na kolejnych parę dni. Jeśli natomiast komuś mało, można przedłużyć sobie trasę idąc na Starorobociański, a stamtąd zejść do Chochołowskiej (dwie drogi) bądź Kościeliskiej. W takim wypadku oba zejścia z Trzydniowiańskiego byłyby wariantem awaryjnym.

Trasa jest przepiękna, przy dobrej pogodzie w pełni bezpieczna, polecam z pełnym przekonaniem:)

Tatry

Jak co roku od ośmiu już lat, udało mi się wyrwać na wakacje w Tatry. Nieważne, że obecnie mam do nich ponad 2k km – to jest rzecz, której nie umiem sobie odpuścić. Rezultatem jest kilkaset zdjęć z trzech rewelacyjnych wycieczek (opiszę), kilka książek o mojej ulubionej tematyce i zarażenie M. uczuciem do Tatr. To ostatnie bezcenne:)

Tatry i Highland to dwa zupełnie różne światy. Atutem szkockich gór jest na pewno rozległość i dzikość. Surowe krajobrazy nie wypadają może najefektowniej na pocztówkach, ale kiedy się tam jest, dają niesamowite poczucie odrealnienia. Jakby się znajdowało na innej planecie. Nie ma reżimu szlaków, pakujesz się na szczyt tak jak ci wygodnie. Często z poczuciem pewnego ryzyka, co jest bardzo przyjemne.

Tatry to góry pozornie (pozornie, bo niebezpieczeństw nie da się wyeliminować) oswojone. To zrozumiałe: są niewielkie, to tylko jedno rozczłonkowane pasmo. Są też parkiem narodowym, więc ruch turystyczny musi być poddany kontroli, żeby tego wszystkiego nie zadeptać. Rezultatem jest erozja najbardziej uczęszczanych szlaków i tłok, obie rzeczy nie do uniknięcia. Ale coś za coś.

Tatry, nawet Wysokie, prezentują się milej i wdzięczniej niż szkockie góry, z prostego powodu: obfitej roślinności. W Higlandzie drzew jest niewiele, dominują wrzosowiska, niektóre partie to wręcz księżycowy krajobraz. Zdarzają się śliczne zakątki takie jak Zagubiona Dolina czy Glen Orchy, niemniej wrażenie ogólne jest jakie jest. Ta surowość ma swój smak, można się w niej wręcz zakochać, ale jest w niej jednak coś przygnębiającego, czego w tatrzańskich uroczych widoczkach nie uświadczysz.

Oczywiście próba oceny, które góry są fajniejsze miałaby tyle samo sensu co dowodzenie wyższości brunetek nad blondynkami lub odwrotnie. Mnie fascynują jedne i drugie (góry, góry;>), fascynuje mnie też kontrast pomiędzy nimi. Poza tym szkockim górom zawdzięczam rozbudzenie apetytu na zwiedzanie gór całego świata, bo wcześniej były tylko Tatry i Tatry, bo przecież to najpiękniejsze miejsce na Ziemi i na pewno nic innego mi się nie spodoba. A jednak nie warto się ograniczać.

Mam nadzieję, że w ciągu kilku najbliższych lat pojawią się tu notki o górach Słowenii i Norwegii, a potem się zobaczy…

Na wszystkich zdjęciach jest widok na Tatry z Gubałówki.