Meall Greigh, Meall Garbh i An Stuc

Nr 103, Meall Greigh; nr 104, Meall Garbh; nr 105, An Stuc

Wymowa: mil grei; mil garf, an stuk

Znaczenie nazwy: hill of the horse studs; rough hill; steep hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1001m n.p.m.; 1118m n.p.m., 1118m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 136.; 35.; 34

Data wejścia: 30.03.13


Tych trzech munrosów brakowało nam żeby skompletować grupę Lawersa. Wraz z Ben Lawersem i Beinn Glasem tworzą łańcuch dla bardzo szybkich do pokonania za jednym zamachem. Lawers, dziesiąty na liście munrosów, wybija się zdecydowanie choć Meall Garbh i An Stuc też zajmują wysokie lokaty. An Stuc do 1997 roku był uznawany za przedwierzchołek swego sąsiada i nie miał statusu munro – przełęcz między nimi jest naprawdę płytka – i w sumie nie wiem czy go uzyskał na skutek dokładniejszych pomiarów czy też uznano, iż przez wzgląd na jego charakter można trochę nagiąć reguły. 

Wycieczkę rozpoczęliśmy spod Ben Lawers Hotel. Można tam zostawić samochód na dolnym parkingu ale należy zapłacić w hotelu 5 funtów (można także po prostu wydać je w barze). Kawałek idziemy szosą, by po przekroczeniu Lawers Burn skręcić w lewo, do wąwozu wyrzeźbionego przez potok. Ścieżka najpierw prowadzi zboczem wąwozu, by wyprowadzić na łagodne stoki Meall Greigh. Na tym etapie była już pod śniegiem, więc na pierwszego munrosa wchodziliśmy po prostu tak jak było nam wygodnie.

Meall Greigh z parkingu:


Ben Lawers, An Stuc i Meall Garbh zdjęte z tego pierwszego podejścia:


Loch Tay:

Image Hosted by ImageShack.us

Bałam się że ze względu na duże przewyższenie do pokonania to będzie orka na ugorze, ale zbocze było tak łagodne że wchodziło się lekko. Meall Greigh, najniższy z trójki, jest połogi i niezbyt charakterny ale w śniegu przezentował się cudnie. Wszystko prezentowało się genialnie, a najbardziej północno-wschodnie zbocze An Stuca:

Image Hosted by ImageShack.us

W lecie bywa jakoby problematyczne ponieważ jest, przy sporej stromiźnie, mocno zerodowane. Mieliśmy nadzieję że śnieg będzie tam związany i bez lodu, i ogólnie raczej ułatwi niż utrudni.

Widok z Meall Greigh na resztę trasy:


Zejście z pierwszego munrosa było fantastyczną zabawą, jako że zbiegaliśmy po gigantycznym, niemal dziewiczym (bardzo niewiele śladów) polu śnieżnym – niesamowita sprawa po raczej słabej zimie, nie spodziewaliśmy się że końcówka sezonu tak pozytywnie zaskoczy. Znów, schodzi i podchodzi się łagodnie, a oba szczyty dzielą dwa kilometry.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wchodziliśmy wzdłuż płotu, który wyglądał jak flotylla obcej cywilizacji.

Image Hosted by ImageShack.us

Z wierzchołka Meall Garbh widoki były takie, że poczuliśmy się w końcu jak w górach. Mamlorn, Glencoe, Ben Nevis, masyw Cruachana, Ben Lui, wzgórza koło Bridge of Orchy, reszta grupy Lawersa, Shiechallion z satelitami…


Poniżej Stuchd an Lochain a za nim początek Glencoe. Wydają się być bardzo blisko siebie, ale to skutek zoomu, w rzeczywistości dzieli je kawał Rannoch Moor.


An Stuc faktycznie w pierwszej chwili nieco mnie zaniepokoił. Raz że faktycznie skubaniec wyglądał na mega stromy, dwa – był calutki pokryty śniegiem. Ten drugi fakt oczywiście rzucał się w oczy już z pierwszego podejścia ale teraz jakoś nabrał znaczenia. Wszystko bowiem zależało właśnie od śniegu.

Image Hosted by ImageShack.us

Im bardziej się obniżaliśmy, tym lepiej jednakowoż to wyglądało:

Image Hosted by ImageShack.us

Opracowaliśmy wstępny plan którędy najlepiej lawirować po śnieżnych pólkach, i zeszliśmy na przełęcz.

Image Hosted by ImageShack.us

Faktycznie cholernik był stromy, że bez raków nie podchodź!

Te 165 metrów przewyższenia było najbardziej męczącym kawałkiem trasy. Ale śnieg był rewelacyjny, szło się jak po drabinie, wszystkie skałki przykryte i jedyne o czym trzeba było pamiętać to ostrożność we wbijaniu raków, żeby się nie sturlać. U zarania kopuły szczytowej nie mogłam się nadziwić, że to już – ponieważ nie trawersowaliśmy a parliśmy prosto w górę, wysokość zyskiwaliśmy momentalnie.

Image Hosted by ImageShack.us


Na sto-piątym munro:

Image Hosted by ImageShack.us

Na przełęcz pomiędzy Stucem a Lawersem, który prezentuje się stąd gigantycznie, schodzi się dość łagodnie. 


Zbocze którym obniżaliśmy się do całkowicie zasypanego Lochan nan Cat jest już sporo stromsze, ale spuściliśmy jedynie jedną tyci-mini lawinkę 🙂

Image Hosted by ImageShack.us

Czekał nas jeszcze długi powrót podnóżami wszystkich trzech munrosów, z koniecznością przekraczania kilku mniejszych wąwozów. Trochę nas wymęczył, zwłaszcza że tu na dole słońce mocno rozmiękczyło śnieg. Jednakowoż doszliśmy i zapłaciliśmy za parking konsumując po pincie ale’a.

Była to jedna z naszych fajniejszych zimowych wycieczek, oczywiście w dużej mierze ze względu na pogodę i warunki, ale sama trasa też jest bardzo ładna. Zrobiliśmy ok. 16km, acz zmęczyłam się niewspółmiernie do odległości, pewnie dlatego że jednak trzy munrosy to nie to samo co analogicznie długa tura na jeden plus marsz doliną. Uważam że sezon zimowy, dość mizerny w tym roku, został zamknięty z klasą.

Mapka ASAP.

Meall Corranaich & Meall a’Choire Leith

Nr 70, Meall Corranaich i nr 71, Meall a’Choire Leith

Wymowa: mil kora nah; mil a kori lej

Znaczenie nazwy: hill of lament; hill of the grey corrie (obie wersje za MunroMagic)

Wysokość: 1069m n.p.m.; 926m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 68.; 261.

Data wejścia: 29.12.10

Dwa ostatnie munrosy zdobyte w tym roku leżą w grupie Lawersa, którą bardzo lubię z następujących względów: mamy do niej blisko, góry są tam ładne i nie takie znów niskie jak na Highland (przypominam że Ben Lawers zamyka pierwszą dziesiątkę munros), do większości można się dostać z położonych na wysokości prawie 500m parkingów, trasy  – z wyjątkiem tej na Lawersa – nie są zatłoczone.

W tamtej okolicy byliśmy na Beinn Ghlasie* (i to, nie z własnej woli, trzykrotnie), na Lawersie** oraz zwiedziliśmy Meall nan Tarmachan***.

*>>LINK<<

**>>LINK<<

***>>LINK<<

Tym razem mieliśmy startować z drugiego parkingu, ale udało się zostawić samochód trochę dalej. Ścieżki nie ma, wolna amerykanka, i bardzo dobrze.


Idziemy tak jak prowadzi nas ukształtowanie terenu. Z początku nie ma jakichś specjalnych stromizn. Z tyłu towarzyszy nam widok na Loch Tay. Tym razem całą dolinę z jeziorem zalegały mgły, i tak miało pozostać do końca dnia.

Spektakl, jaki nam zafundowało wznoszące się z mgieł słońce, pomógł przetrwać ten pierwszy moment rozchadzania się i rozgrzewania.



Po pierwszym stromszym odcinku, gdzie było trochę śmiechu (powstała m. in. nowa dyscyplina: bobking, tj. lawirowanie wśród wiadomych produktów przemiany materii podczas czworakowania na stromym zboczu), wyszliśmy na wypłaszczenie. Przyszedł czas na kolejne atrakcje wizualne. Z mgieł zaczęły się wyłaniać okoliczne szczyty, ale same czubki, co powodowało złudzenie optyczne że znajdujemy się w górach co najmniej równych wysokością Tatrom. Poniżej Beinn Ghlas:

Oraz Meall nan Tarmachan:

Ostatnie podejście wbrew przypuszczeniom nie wyprowadziło nas na szczyt, a na obszerne plateau, gdzie najwyższy punkt, do którego był jeszcze kawałek, wyznaczał kopiec, inaczej ciężko byłoby określić gdzie on się znajduje. Poniżej na końcu wypłaszczenia punkt który wzięliśmy z dołu za wierzchołek, a z tyłu Tarmachan oraz szczyty Ben More’a i Stob Binneina:

Oraz zbliżenie na bohaterów drugiego planu:

Z przeciwnej strony lansował się Ben Lawers z An Stucem. Za nimi znajdują się jeszcze dwa munrosy – An Stuc i one to ostatnie które nam zostały z grupy Lawersa. Na szczęście jak najbardziej można je ogarnąć za jednym podejściem.

Widok w kierunku kolejnego munro kompletnie nas zaskoczył, wydawało nam się że tam już nic nie ma, dopiero oględziny mapy wykazały, że Meall a’Choire Leith to ta brązowa, jedna z wielu, kopa w tle. W pierwszej chwili mieliśmy ochotę go sobie odpuścić, ale zdecydowaliśmy, że skoro jest tak mało atrakcyjny a przy tym odległościowo trudno dostępny, to jeśli nie zdepczemy go teraz, nie zrobimy tego już nigdy. A wszak w naszej munroistycznej karierze czekają nas chociażby jeszcze Drumochtery aka pancakes, i zęby trzeba będzie zacisnąć i tak, więc trzeba się dzielnie przyzwyczajać.

Wkrótce ogarnęły nas chmury i nie warto było robić zdjęć. Na drugiego munro z początku spacerkiem, pod koniec stromiej, sam szczyt – kopa, ale satysfakcja że jednak nam się chciało i mamy zaliczonego 71-go była spora. Trasę zejścia starałam się bez większych odchyleń zaznaczyć na mapce, ogólny kierunek na pewno się zgadza ;). Dolina którą wracaliśmy była klimatyczna – otoczone niskimi, obłymi i nagimi wzgórzami odludzie, żadnej roślinności oprócz wrzosów, kosmos. Klimat z gatunku: love it or hate it. My zdecydowanie skłaniamy się ku pierwszej opcji. Nawet ja, choć wpadłam do zdradliwego ukrytego pod śniegiem strumienia, przewróciłam na plecy i machałam w panice odnóżami "jak robak" (jak podsumował Mariusz) dopóki Marcin mnie nie wyciągnął. Zdjęcie byłoby bezcenne, niestety Mariusz nie zdążył wyjąć aparatu na czas.

Gdy doszliśmy do asfaltówki wzdłuż jeziora, wydawało się że do samochodu tylko moment, niestety był to jeszcze kawał. Na osłodę mieliśmy widok na Ben Vorlicha oraz czarną, stromą ścianę Tarmachana po prawej. Ten odcinek bardzo dał mi popalić, jako że dłuższy marsz w scarpach po twardej nawierzchni kończy się u mnie paskudnym bólem nóg.

Po raz kolejny mieliśmy o wiele więcej szczęścia niż mogliśmy się spodziewać w kwestii pogody. Trasa nie była wyzwaniem ani przygodą, ale podobało nam się i tak – fajny, bezpretensjonalny hillwalking połączony z zaliczeniem 2 munrosów, generalnie wartościowo spędzony dzień.

Meall nan Tarmachan

Nr 37, Meall nan Tarmachan

Wymowa: mil nan tarma’kan

Znaczenie nazwy: hill of the ptarmigan

Wysokość:
1043m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 90.

Data wejścia: 5.06.2009

Efektowny masyw The Tarmachan Hills góruje nad miasteczkiem Killin, sąsiadując od zachodu z grupą Ben Lawersa. Tylko jeden z czterech głównych wierzchołków ma status munro. Tak masyw Tarmachan prezentuje się z drogi do Killin; od lewej widać kolejno Creag na Caillich, Beinn nan Eachan, najciekawszy Meall Garbh i, skromnie oddalony, Meall nan Tarmachan, z tej perspektywy wyglądający mało munrosowato:

Widok z Killin:

Trasę rozpoczynamy z parkingu koło Visitor Centre. Poniżej tama na Lochan na Lairige Reservoir:

Sympatyczna łagodna ścieżka spacerowo wyprowadza na niewybitny szczycik południowo-wschodni, skąd na przełęcz i na wierzchołek właściwy. Jest tak relaksacyjnie, ponieważ punkt startowy znajduje się na wysokości 400 metrów z hakiem, co pozwala zaoszczędzić mnóstwo energii i czyni wszystkie szlaki w okolicy, w tym będącego przecież na 10. miejscu munro-listy Ben Lawersa, celami wybitnie lajtowymi. Co absolutnie im nie uwłacza, widokowo są genialne.

Patrząc w kierunku wschodnim



Grupa Lawersa: Meall Corranaich, Beinn Ghlas, Ben Lawers

Loch Tay. Dalej Ben Vorlich i Stuc a’Chroin

Grupa Lawersa z Meall nan Tarmachan

Po osiągnięciu szczytu otwierają się zapierające dech widoki na północ. W każdą stronę dzieje się dużo, ale dla mnie osobiście czymś niezwykłym było zobaczyć (a widoczność mieliśmy świetną) z jednej strony daleki zarys edynburskich Pentland Hills, a z drugiej Glencoe, Ben Nevisa i The Mamores. Wzgórza koło Killin leżą jeszcze płytko w Highlandach, ciut głębiej niż Vorlich i Stuc ale to wciąż sąsiedzi, wciąż jest blisko do Lowlands, do Szkocji "cywilizowanej".



Na ostatnim planie The Mamores, Ben Nevis i Aonachs

Tak przy okazji, ten Ben Nevis to jednak jest niewąska kobyła. Mamoresy, całkiem przecież konkretne górki, o tatrzańskich przewyższeniach, wyglądają przy nim jak małe niuńki. Na powyższym zdjęciu dobrze to widać – delikatna koronka szczytów zostaje nagle zdominowana przez wielki byczy grzbiet. Nie mogę się doczekać kolejnej wyprawy na Benka. Oby przy pięknej pogodzie. Ostatnim razem nic z niego nie widziałam i nie było możliwości żeby poczuć się królem świata. Jakie te wszystkie góry muszą być z niego małe…



Na ostatnim planie Meall a’Bhuiridh, Buachaille Etive Mor, Aonach Eagach

Rejon szczytowy masywu jest bardzo interesujący. Tu skałki, tam stawek, gdzie indziej wypłaszczenie idealne na biwak; przewyższenia pomiędzy kolejnymi wierzchołkami niewielkie, cały czas wygodna ścieżka. Poniżej droga wspina się na Meall Garbh, zaś wzniesienie po prawej to Beinn nan Eachan:



Za efektownym, miniaturowym wierzchołkiem Meall Garbh grań na krótkim odcinku mocno się zwęża. Jest to najpiękniejszy fragment trasy, ponieważ mamy widoki na każdą stronę, nic nam ich nie zasłania, naokoło góry po horyzont. Prawie jak lot w powietrzu.

Ten odcinek jest niestety bardzo krótki, zaraz zaczynamy obniżać się na kolejną przełęcz. Na kilkunastu metrach ścieżkę poprowadzono po stromych skałkach, chyba dla urozmaicenia, bo jest to jedyne takie miejsce na całym zboczu:

Na Beinn Eachan zdecydowaliśmy o niekontynuowaniu wędrówki. Ostatni wierzchołek masywu, Creag na Caillich, jest najniżej położony, niezbyt wybitny a widoki z niego wzbogaciły by się co najwyżej o szczegółowszą panoramę Killin. Postanowiliśmy schodzić po swojemu, trawersując zbocza na rympał. I tu wkracza element nadprzyrodzony. Po przejściu kilkudziesięciu metrów w dół natknęliśmy się na uwięzioną między skałami owcę. Mogliśmy przechodzić 100, 30, 14, ba, nawet 5 metrów od tego miejsca i byśmy jej nie zauważyli (nie wydawała dźwięków). Ale wleźliśmy dosłownie na nią i okazało się to dla niej łaską opatrzności. Owca była w totalnej panice, miała krew na rogach, wyglądało na to że jakiś czas (nie bardzo długi – nie była jeszcze osłabiona) tam tkwi. Nie była w stanie się wycofać, ponieważ musiała by w tym celu unieść tylne nogi na skalny schodek, rzecz z pewnością do wykonania technicznie ale poza możliwościami owczego IQ. Cały czas rzucała się do przodu, co skutkowało jedynie dalszymi otarciami rogów.

Nie było opcji, żeby ją tak zostawić. Kiedy próby wypłoszenia się nie powiodły, Mariusz, ryzykując połamanie palców, wyciągnął opierające się zwierzę za rogi. Co ciekawe kiedy była już w powietrzu, zamarła w bezruchu, totalnie zrezygnowana. Za to kiedy Mariusz ją wypuścił, poleciała jak torpeda. Moja druga połowa musi sobie teraz załatwić wdzianko a’la superbohater z płaszczem i literką S na froncie, jak Sheepman. Sheepman The Highland Hero. Wybawca owiec. Cóż to by była za kreskówka, po prostu to widzę 😀

Jako bonus "King of the Hill", ulubiona zabawa małych owiec. Najlepsze jaja są, jak one się wzajemnie spychają z tych górek. A raz widziałam taką małą głupotę, co wskakiwała na pryzmę piachu, tyłem zeskakiwała i wskakiwała znowu, tak dobrze się bawiła. Po czymś takim człowiek już nigdy nie jest w stanie zjeść jagnięciny.

Trasa jest piękna, łatwa i nieforsowna. Spożywanie wiktuałów na zielonej trawce, z widokami na Ben Nevisa, Mamoresy, Trossachs, centralne i wschodnie Grampiany – bezcenne. Co tu gadać. Polecam.

Trasy zejściowej nie zaznaczam, bo nie wiem jak – była kompletnie freestylowa.
Zdjęcia: >>LINK<<

Ben Lawers

Nr 22, Ben Lawers

Wymowa: ang.

Znaczenie nazwy: hill of the Labhair (loud) stream

Wysokość: 1214 n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 10.

Data wejścia: 6.03.2009

Na Ben Lawersa nie udało nam się wejść w kwietniu 2008, kiedy to praktycznie spod szczytu (czego byliśmy nieświadomi) spędziła nas konkretna burza śnieżna – co opisałam tu >>LINK<< . W tym roku przyszedł czas na odwet. Żeńska brygada dowodzona przez Mariusza wyruszyła ze znajomego już parkingu koło Visitor Centre, na który skręcamy z drogi A827 za Killin (jest drogowskaz).

Ranek był przyjemny, niebo rokowało nadzieje, śniegu jak na warunki lokalne mnóstwo. Postanowiliśmy pójść inaczej niż w zeszłym roku. Wtedy wchodziliśmy szlakiem przez długą grań zaliczając jeszcze jednego munro, Beinn Ghlasa. Tym razem zależało nam tylko na Ben Lawersie, plan zakładał zatem strawersowanie zboczy Beinn Ghlasa i wyjście na przełęcz pomiędzy nim a BL.

Na mapce drogę przez grań zaznaczyłam na czerwono. Drogę zamierzoną tym razem – na zielono.

Meall Corranaich

Loch Tay

Miało być tak pięknie, a tymczasem wkrótce ogarnęły nas chmury. Pomimo zerowej widoczności zdecydowaliśmy się kontynuować. Pogoda nie była ogólnie zła: wiatr słaby, zero deszczu, temperatura znośna. Szło się całkiem przyjemnie, tyle że bez widoków.

Ostatnie momenty przed wejściem w mleko:

Meall nan Tarmachan

Przypominam, plan zakładał "zielony" trawers i łagodną wbijkę na przełęcz. Niestety przy zerowej widoczności i braku ludzkich śladów okazało się, że trasa wcale nie jest taka oczywista. Podstawowym problemem był fakt, iż zbocza Beinn Ghlasa nie są takie do końca kopiaste, jest tam gdzieniegdzie dość stromo i skaliście. Ścieżka "zielona" omija te miejsca dołem, więc żeby się gdzieś nie wpieprzyć, należało albo ją znaleźć, albo w przypadku nieznalezienia walić prosto w górę, na bezpieczną grań. Ponieważ po ścieżce nie było ani śladu, a teren zaczął stromieć, Mariusz zdecydował się na tę drugą opcję. Poszliśmy prosto w górę, odcinkiem ktory zaznaczyłam na żółto. Z mapy wynika że tamtędy też idzie droga, ale nie mieliśmy o tym pojęcia, zresztą nic nie było przedeptane.

Wchodziliśmy po momentami sporej stromiźnie, wzdłuż krawędzi kotła który opadał całkiem konkretnie – poniżej tych konkretów gdzieś tam biegła sobie ścieżka "zielona". Po niezbyt długim marszu (40 min.?) wydostaliśmy się w końcu na grań. Tu okazało się, że popełniliśmy drobny błąd w obliczeniach. Sądziliśmy otóż, że wyjdziemy na grań przed przełęczą (na mapie oznaczona X), ale już za wierzchołkiem Beinn Ghlasa. Tymczasem objawiliśmy się z jego drugiej strony, praktycznie pod szczytem, co oznaczało że dziewczyny zaliczą tego dnia dwa munrosy, a my jednego nowego i jednego podwójnie.

Długą granią Beinn Ghlasa (po lewej wspomniany stromy kocioł, po prawej łagodniejsze zbocze) powędrowaliśmy na znaną nam już przełęcz pomiędzy nim a BL. Mariusz na przełęczy:

Droga z przełęczy na Ben Lawersa to może z pół godziny marszu. Na oblodzonym skalistym podłożu przydały się raki:

Od skałek, przy których z zeszłym roku zrezygnowaliśmy, na szczyt jest dosłownie kilka minut.
Poniżej piknik na wierzchołku. Niestety, skurczysyny chmury nie odpuściły do końca i musieliśmy podziwiać siebie nawzajem z braku widoków. Najważniejsze jednak, że Lawers w końcu PADŁ.

Przy zerowej widoczności bezpieczniej było schodzić granią, po raz kolejny zrezygnowaliśmy zatem ze ścieżki "zielonej". Drugi raz tego dnia zdeptaliśmy Beinn Ghlasa, po czym "czerwoną" granią, przyjemnym spacerem zeszliśmy do doliny.

Cóż mogę napisać. Wycieczka subiektywnie była bardzo udana, ale ze względu na "czynnik ludzki", bo wędrowało nam się razem fantastycznie. No i w końcu zaliczyliśmy Ben Lawersa. Niestety, widokowo klapa na całej linii. Trasa łatwa, z trudności topograficznych wybrnęliśmy na medal, z bardziej męczących podejść ewentualnie odcinek "żółty" i początek bezpośredniej wbijki na szczyt BL, poza tym spacer. Oceniam na **, druga gwiazdka tylko w warunkach oblodzenia. Bardzo chciałabym zrobić w końcu tę górę w ładną pogodę, tym bardziej że można to połączyć ze zdeptaniem munrosów leżących dalej za BL, ale w tym sezonie Ben Lawersowi mówimy zdecydowanie "do widzenia".

Całość: >>LINK<<

Beinn Ghlas


… albo raczej: Porażka Pod Ben Lawersem. Albo: Odwrót Spod Moskwy. Albo: Lawers, Lawers, ty WUJU…

No, tak czy siak, ordnung muss sein:

Nr 11, Beinn Ghlas:

Wymowa: bin glas

Znaczenie nazwy: green-grey hill, szarozielone wzgórze (znów za The Munros, ale może coś w tym być – munromagic.com podaje green hill)

Wysokość: 1103m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 47.

Data wejścia: 5.04.2008

Ben Lawers miał być naszym kolejnym celem. Najbliższy nam munro z pierwszej dziesiątki (na ostatnim miejscu, ale zawsze), o na tyle łagodnych kształtach, że trasa jest raczej bezpieczna także w zimie; w dodatku znajdujący się dalej na wschód, niż kiedykolwiek zawędrowaliśmy w Highlandach, czyli zupełnie nowe widoki, w tym na położone bezpośrednio u podnóża góry Loch Tay.

Do Ben Lawersa dojeżdżamy przez Callander, a potem (obok stacji benzynowej przed Crianlarich) należy skręcić na Killin. Za tym bardzo malowniczym miasteczkiem odbijamy w ultrawąską drogę (nie do przegapienia, jest drogowskaz) i nią w górę, przez las i łyse zbocza aż na parking koło Visitor Centre, skąd zaczyna się trasa.




Parking z początków szlaku na Ben Lawersa. W dole za wałem leży Killin

Szlak jest wyraźny, na początkowym odcinku oznaczony. Wędrujemy krętą drogą przez dolinę, otoczoną wałami z jednej strony Ben Lawersa (którego jeszcze długo nie zobaczymy, jedyne co widać, to właśnie należący do tego samego masywu Beinn Ghlas) i munro Meall Corranaich po stronie przeciwnej.

Na ostatnim planie Stob Binnein oraz Ben More

Marsz przez dolinę trwa około 20 minut. Wreszcie zaczynamy się wspinać na wał, który wyprowadzi nas na Beinn Ghlasa i dalej, na Ben Lawersa. I może nawet – taki był plan – na kolejnego munrosa, An Stuc.

Beinn Ghlas, widać ludzi na szlaku

Szlak jest nietrudny, stromy raczej umiarkowanie, jedynie w niektórych miejscach bardziej. W sumie nie ma jakoś bardzo wiele podchodzenia, a przynajmniej nie tyle, ile można by się spodziewać po tak wysokich (jak na Highland rzecz jasna) górach. Po prostu sam parking położony jest już na pewnej wysokości – gdyby podchodzić od podnóży, czyli od brzegów Loch Tay, dopiero by się poczuło, że atakuje się dziesiątego z munro-listy.

Wał po drugiej stronie doliny, kulminujący w Meall Corranaich (1069m n.p.m.)

Widok w kierunku północnym

Ponieważ już na starcie mamy fory, na widoki nie trzeba długo czekać. Ładnie wygląda Loch Tay, dumnie prezentuje się Ben More ze Stob Binneinem, ale naprawdę piękne panoramy otwierają się na wschodzie i północy. Niestety, nie umiem jeszcze zidentyfikować większości szczytów.

Śniegu było dużo więcej niż w środę na Ben More, i prawie cały czas sypał. Co tam zresztą sypał, on zacinał – jakby ktoś ciskał w twarz garściami ryżu, kuleczkami homeopatycznymi albo styropianem mającym żelazne wypełnienie.

To już ostatnie podejścia przed szczytem Beinn Ghlasa. Na dolnym zdjęciu widać zbocze, po którym prowadzi droga, i Loch Tay:

Silnie wiało, więc niebo zmieniało się jak kalejdoskop. Generalnie jednak widoczność była znakomita, a najgorsze chmury trzymały się wysoko, byliśmy więc dobrej myśli. Gdyby nie ten walący po twarzy śnieg i lodowaty wiatr, komfort byłby kompletny…

Meall Corranaich

Szczyt Ben Lawersa ukazał się dopiero z wierzchołka Beinn Ghlasa. Wielki, byczy grzbiet kojarzy się trochę z Ben Nevisem, i ma charakterystyczną dla wielu szkockich gór cechę: jest obły z jednej strony, a skalisty i stromy z drugiej.


Z Beinn Ghlasa obniżamy się na długą przełęcz:

Widok z przełęczy na Ben Lawersa i położony za nim kolejny munro, An Stuc (1118m n.p.m.)



Potok Allt a’Chobhair w dolinie, po prawej An Stuc

Na przełęczy, już bezpośrednio pod ścianą Ben Lawersa, zdecydowałam się założyć dodatkową garderobę i wsadzić w rękawiczki wkładki rozgrzewające. Wiatr był nie do zniesienia, i nawet nie chciałam myśleć, co będzie na wierzchołku…

Polarnik :))

Po lewej zbocze Beinn Ghlasa. Przez siodło pomiędzy nim a Meall Corranaich wiedzie alternatywna droga, którą schodziliśmy

"Atak szczytowy" zapowiadał się na średniołatwy. Ścieżka była wyraźna, gdzieniegdzie jednak zalodzona, co przy stromiźnie zbocza wymuszało sporą ostrożność. Ogólnie jednak w dobrych warunkach pogodowych to musi być relaks.

Beinn Ghlas

Już na przełęczy widzieliśmy wielkie paskudne chmurzysko, ale liczyliśmy że przejdzie bokiem. Tymczasem kiedy byliśmy może w jednej trzeciej drogi na szczyt, niebo zaczęło szarzeć coraz bardziej, a wiatr dąć coraz silniej.

Ostatnie widoki

Wkrótce nic już nie było widać. W szalejącej zadymce wchodziliśmy dalej, mając świadomość, że zawrócić praktycznie pod samym szczytem jest niehonorowo.

Wreszcie znaleźliśmy jakieś skałki, pomiędzy którymi schowaliśmy się, żeby trochę się rozgrzać i przeczekać najgorsze momenty. Ja byłam już jednym soplem lodu, pomimo hot-padów w rękawicach, polara, spodni chroniących od wiatru i niezawodnej jak dotąd kurtki.
Za skałkami odbyła się dramatyczna narada, co robić dalej. Mariuszowi zimno tak nie dokuczało, poza tym z racji większej wagi wiatr nie miotał nim tak jak mną, był więc skłonny iść dalej. Koniec końców spasowałam jednak. Ręce bolały jak wściekłe, twarz niewiele mniej, a kiedy wstałam, znów zaczęło mną rzucać. Nie jestem chucherkiem, ale po raz drugi w górach miałam bardzo realne wrażenie, że zaraz mnie zepchnie w przepaść – pierwszy raz miał miejsce podczas burzy z piorunami, ulewą i gradobiciem na szczycie Kopy Kondrackiej. Zaczęliśmy odwrót.
Kiedy już dotelepaliśmy się jakoś do przełęczy okazało się, że czeka tam na nas trzech tubylców, którzy wcześniej szli przed nami i w czasie kiedy my dyskutowaliśmy za skałkami też zaczęli uciekać w dół. Zaproponowali, żebyśmy poszli z nimi, bo przez szczyt Beinn Ghlasa w tych warunkach nie ma jak wracać, schodzą więc do doliny i dalej przez szerokie siodło, za którym połączymy się ze szlakiem dojściowym.
Schodziliśmy trawersując zbocze Beinn Ghlasa, po ścieżce która raz się pojawiała, raz niknęła zasypana. Zbocze było dość mocno nachylone i na stromych śniegach – a śniegiem było pokryte praktycznie w całości – należało bardzo uważać. Parę razy o włos, a zjechałabym na sam dół. Śnieg był w wielu miejscach tak zmarznięty, że ciężko było wbić w niego nogę i łatwo było o poślizg.
Od szerokiej przełęczy trasa zrobiła się łatwiejsza, weszliśmy do tej samej doliny, którą prowadzi szlak dojściowy. Na górze wciąż trwała zadymka. Nawet tu, w dolinie, napadało mnóstwo świeżego śniegu. Ale na dole było po prostu cudownie, bo NIE WIAłO.
Końcówka drogi przeszła już bezproblemowo.

Na Ben Lawersa jeszcze się wybierzemy, bo nam pojechał po ambicji. Szlak oceniam na ** (druga gwiazdka w warunkach oblodzenia). Sam Beinn Ghlas – no cóż, widokowa góra, ale dla nikogo raczej nie jest celem samym w sobie. Nie jest to szczyt, którym miałabym ochotę się chwalić nie mogąc w tym samym zdaniu wspomnieć o Ben Lawersie. Niby jedenasty muros zdobyty, ale nie mam specjalnej satysfakcji. Znaczy fajna przygoda, i generalnie z wycieczki jestem zadowolona. Tyle że nie mam poczucia, że w dziedzinie munroistycznej zrobiłam jakiś postęp;)
Rejon Ben Lawersa wygląda ciekawie, munrosów jest tam całkiem sporo, widoki piękne – na pewno warto się wybrać.
Komplet zdjęć jak zwykle w linkach.