Ben Nevis przez Ledge Route – ponownie

Trasę tę opisywałam rok temu (>>LINK<<), tym razem jednak lepiej ją udokumentowaliśmy na zdjęciach i myślę że poniższy opis może być bardzo przydatny jeśli ktoś ma zamiar się tamtędy wybrać.

Podczas tej wycieczki istotne było dla nas także obejrzenie i dokładne obfotografowanie Castle Ridge, grani którą planujemy w tym masywie następnym razem.

Z Castle Ridge jest dziwna sprawa, bo pod różnymi kątami wygląda zupełnie inaczej i dlatego ważne było dokładne jej opatrzenie. Na poniższym zdjęciu jest to grań najbardziej po prawej i z tej perspektywy, z wyjątkiem kawałka na górze, wygląda prawie spacerowo:

Stąd już mniej, ale nadal nie wywiera szczególnego wrażenia. Zdjęcia górnej części pokażą, że jednak niesłusznie, ale żeby to zobaczyć trzeba być znacznie wyżej.

Poniżej żleb nr 5, którym rozpoczyna się trasa. Jest jeszcze drugi wariant do wykorzystania przy zagrożeniu lawinowym, ale Mariusz musi mi pomóc go zlokalizować na zdjęciu. My dwukrotnie podchodziliśmy żlebem, jako że drugi już raz przechodziliśmy tę trasę wiosną.

Żlebem dosłownie kawałek, do widocznego poniżej zachodu. Rok temu w całości pokrywał go śnieg i po prostu go przeszliśmy, tym razem skałki ponad zachodem były odsłonięte i śliskie, więc choć były to głupie 2-3 metry, było gdzie zjechać i to był pierwszy fragment scramblingowy. W ogóle scramblingu było teraz dużo więcej z powodu znacznie zredukowanej ilości śniegu.

Po przejściu zachodu należy się na chwilę skoncentrować – nie idziemy prosto, choć jest tam coś na kształt ścieżki, a skręcamy ostro w lewo, do krótkiego żlebiku:

Żlebik wyprowadza do niewielkiego kotła, ograniczonego od prawej granią, którą będziemy kontynuować. U nasady grani jest wspaniały punkt widokowy gdzie warto zrobić postój – my tym razem zajęliśmy się głównie obserwowaniem Castle Ridge, która odsłania się dopiero po osiągnięciu tego miejsca. Stąd już widać, że to nie taki spacer jak wydawało się z dołu.

Zaczynamy podchodzenie granią. Są momenty łatwego scramblingu, są i takie gdzie po prostu się idzie. Najcharakterniejszym fragmentem jest koń. Nie lubię tego miejsca, bo niby obiektywna trudność jest niewielka, ale mam jakieś swoje opory, i w rezultacie wolałam zejść trudniejszą ale nieeksponowaną ryską po lewej stronie.

Powyżej konia odsłania się końcowa część trasy, aż do wyjścia na plateau.

Na plateau oczywiście tłumy. Dziś przynajmniej ci wchodzący ceprostradą mieli możliwość zobaczenia północnej ściany, o ile chciało im się podejść do krawędzi. W brzydki dzień bez widoczności można wejść i zejść z Ben Nevisa i mieć przeświadczenie iż było się na kopie.

Poniżej ładnie widać finalny fragment Tower Ridge: wierzchołek Great Tower, Tower Gapa i początek ostatniego podejścia.

Tym razem planowaliśmy zejście przez Carn Mor Dearg Arete, czyli trzeba było przejść przez wierzchołek. Z punktu gdzie Ledge Route się kończy jest na niego jeszcze spory kawał przez wznoszące się łagodnie, acz wyraźnie plateau. Paradoksalnie ten odcinek, w dodatku w słońcu, zmęczył nas bardziej niż LR.

Poniżej wierzchołek, który odsłania się dopiero gdy docieramy do końcówki Tower Ridge. Urwisko północnej ściany prezentuje się stąd przepięknie, zwłaszcza poprzez kontrast z płaskim, przyjaznym, oblepionym ludźmi plateau szczytowym.

Po raz pierwszy mieliśmy ładne widoki na Glencoe, jakoś za każdym razem niezależnie od pogody tam akurat stały chmury.

Na plateau zeszło nam tyle czasu (podziwialiśmy i fotografowaliśmy wszystkie granie północnej ściany) że kiedy zeszliśmy z wierzchołka i stanęliśmy na początku Arete, z żalem ale zdecydowaliśmy się na skrócenie drogi powrotnej. Można to było w miarę bezpiecznie zrobić tylko z miejsca w którym zapadła decyzja. Na krawędzi stoi tam metalowa tablica używana jako stanowisko zjazdowe w sytuacjach awaryjnych. Latem absolutnie nie byłoby mądrze próbować schodzenia tamtędy. Teraz jednak leżał śnieg, więc założyliśmy raki i zaczęliśmy iść. Początkowo stromizna była naprawdę duża i trochę deprymowała.

Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy w końcu teren się położył. Resztę zbocza pokonaliśmy w najprzyjemniejszy możliwy sposób, tj. na siedzeniach.

Dobrze było mieć możliwość przekroczenia potoku w górze doliny, gdzie składał się jeszcze z wielu małych strumyczków. Na dole zmieniał się w rwącą rzekę której wolałabym nie musieć pokonywać.

Od miejsca w którym skończyliśmy zjeżdżać do chaty CIC jest kawałek, ale trochę nam tam zeszło na pokonywaniu rumowiska. Poniżej chaty jest już relaks.

Tak prezentuje się Ledge Route: żleb nr 5 – zachód – żlebik – kawałek do początku grani gdzie znajduje się ten rewelacyjny punkt widokowy – grań – plateau.

I ostatni widok, który kojarzy mi się bardzo tatrzańsko:

Ledge Route jest wspaniałą alternatywą dla CMD Arete. Te dwie trasy to najłatwiejsze dojścia od północnej strony (LR odrobinę trudniejsza za to krótsza) i nie wymagają żadnych specjalnych umiejętności, a są o niebo ciekawsze niż ceprostrada. LR oferuje prawdziwie wysokogórski klimat i rewelacyjne widoki na Castle i Tower ridges. Jest nieco bardziej skomplikowana orientacyjnie niż CMDA, ale zdjęcie na którym ją zaznaczyłam powinno pomóc – właściwie uważać trzeba jedynie żeby po przejściu zachodu właściwie zlokalizować żlebik, bo pójście prosto może się skończyć zapchaniem się.

Tu wszystkie zdjęcia: >>LINK<<

Ben Nevis po raz trzeci

Prognozy pogody na zeszłą sobotę były tak optymistyczne, że postanowiliśmy zrobić coś naprawdę fajnego: po raz pierwszy ogarnąć Ben Nevisa (przez Carn Mor Dearg Arete oczywiście, ceprostradzie mówimy nie) w piękny, widokowy dzień. Żeby trochę zmodyfikować znaną trasę zaplanowaliśmy wchodzenie przez grań opadającą z Carn Dearg Meadhonach. Co do tego punktu miałam, przyznaję, trochę wątpliwości ponieważ grań ta w warunkach letnich ma wycenę dwójkową (scramblingowo, nie wg UIAA ;P), a jakkolwiek dwójki latem są banalne, żadnej jeszcze nie robiliśmy w zimie.
Trip rozpoczęliśmy, wjeżdżając kolejką gondolową (gondola w gaelic to "gondala" :D) na Aonach Mor. Górna stacja znajduje się oczywiście nie na samym szczycie, a w połowie wysokości. Od stacji zaczęliśmy trawersować zbocze Aonach Mor, i wkrótce ukazał się CDM i jego grań:

W dolinie spotkaliśmy górołazów, którzy obozowali w dwóch namiotach. Strasznie fajny klimat, obudzić się w zimowej scenerii Nevis Range 🙂 Krotka wymiana zdań ujawniła, że na CDM byli poprzedniego dnia co oznaczało, że będziemy mieć przedeptaną ścieżkę.
Dojście do podstawy grani (a właściwie jej górnej, konkretniejszej części) było momentami nieco nerwowe, jako że im wyżej tym zbocze było coraz stromsze a śnieg bardzo mało związany i obawialiśmy się, że możemy podciąć lawinkę. Zimowe doświadczenie mamy jeszcze bardzo skromne i ciężko nam realnie ocenić, na ile sytuacja jest bezpieczna.

Wreszcie osiągnęliśmy grań i rozpoczęliśmy wchodzenie na pierwszą turnię. Od początku stało się jasne, że przy takiej ilości śniegu nie będzie mowy o porządnym scramblingu. Wszystkie nierówności były przykryte, w miejscach stromszych, gdzie w warunkach letnich trzeba było by użyć rąk, teraz wystarczało zabić czekan i się podciągnąć. Praktyczny brak trudności nie umniejszał bynajmniej urody grani, zwłaszcza po prawej stronie lufa była konkretna (po lewej – bardzo stromo, nie chciałabym się tamtędy stoczyć, ale jednak nie ekspozycja jako taka).

Wierzchołek Carn Dearg Meadhonach osiągnęliśmy szybko, poniżej rzut oka na końcówkę grani:

Ale oczywiście samo gęste znajdowało się po drugiej stronie. Po raz pierwszy było nam dane zobaczyć północną twarz Benka w pełnej okazałości. Podobnie pierwszy raz zobaczyliśmy jak właściwie wygląda przechodzona przeze mnie dwu, a przez Mariusza jednokrotnie Carn Mor Dearg Arete. Wiedzieliśmy, że widoki będą wymiatać, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak – dzięki pogodzie robiły kolosalne wrażenie, taki moment perfekcji przydarzył mi się w górach zaledwie parę razy.

Poniżej północna ściana Ben Nevisa z widoczną w centrum Tower Ridge. Idealne warunki sprawiły, że w ścianie było pełno ludzi. Na każdej grani znajdowało się po kilka zespołów, śnieg w żlebach poznaczony był śladami stóp – niektóre ścieżki prowadziły w miejsca, gdzie latem nie dałoby się wbić tak prosto, tu śnieg okazał się sprzymierzeńcem.

Szeroka póki co grań wyprowadziła nas na munro Carn Mor Dearg. Z tą górą przez długi czas mieliśmy pewien problem. Podczas naszej pierwszej wycieczki przez CMDA, gdy wbijaliśmy na grań na przełaj z doliny, we mgle wyszliśmy już na Arete, kawałek za wierzchołkiem munrosa. Z bólem, ale nie zaliczyliśmy go sobie wtedy, chociaż był to naprawdę krótki odcinek. Po raz kolejny przechodziłam Arete w czerwcu, gdy Mariusz łoił Tower Ridge. Stanęłam wtedy uczciwie na CMD i, nie bez pewnych wątpliwości, postanowiłam jednak wciągnąć go na naszą munro-listę. Jednak dopiero teraz, kiedy stanął na nim i Mariusz, uważam, że zaliczyliśmy go prawidłowo.



Arete zaczyna się kilkadziesiąt metrów od wierzchołka munrosa. Grań znacznie się zwęża, po obu stronach są stromizny (choć lufą bym tego nie nazwała, z wyjątkiem paru krótkich odcinków); i tym powietrznym szlakiem wędrujemy aż do bezpośredniego podejścia na Ben Nevisa, gdzie grań przechodzi w szeroki grzbiet. Latem Arete ma wycenę scramblingową 1, to znaczy: ręce zasadniczo nie są potrzebne, czyli jest łatwo. Jest to jednak scrambling, lajtowy bo lajtowy, ale tu i
ówdzie trzeba się podciągnąć, uważać na ruchome kamienie, ponadto dużo prościej jest trawersować grań, głównie od wschodu, niż posuwać się ostrzem (nie jest problematyczne ale tam właśnie koncentrują się wszystkie momenty dzięki którym droga została uznana za scramblingową). Teraz, przy śniegu, była to piękna ścieżka prowadząca po samym ostrzu. Cudowna sprawa, delektować się taką powietrzną trasą nie musząc myśleć o trudnościach. Myślę że zdjęcia mówią same za siebie (na pierwszym w tle Sgurr a’Mhaim w The Mamores):

Poniżej, na moim ulubionym zdjęciu, na drugim planie pięknie prezentuje się słynny mamoresowy szlak, opisany na tym blogu Ring of Steall:

Na Arete:

Oraz podejście na szczyt Ben Nevisa, który od tej strony ma tak śmiałe linie, że wchodzenie na niego Pony Trackiem powinno być zabronione – pomyśleć, że dla wielu osób atakujących Benka tą ceprostradą pozostaje on kopą, tyle że wyższą od innych…

Poniżej zaś Tower Ridge po raz kolejny. Przypatrzcie się, na jakiej wysokości znajduje się Great Tower. To za chwilę będzie istotne.

Atak szczytowy dał nam popalić – śnieg był głęboki i sypki, szło się raczej niemrawo. Na wierzchołku, po raz pierwszy widoki. Efekt trochę osłabiony przez wielkość plateau szczytowego – na wszystkich fotach widać przede wszystkim teren wierzchołka, a dopiero w oddali krajobrazy – ale i tak wrażenie (w pełni uzasadnione) górowania nad całą okolicą jest niebywałe. W Brytanii są tylko dwie góry powyżej 1300m n.p.m., i tę przewagę się czuje. Zdjęć nie daję gdyż 1) i tak najładniejsze były te z Arete; 2) znacznie bardziej unikalnym widokiem jest zaprezentowana poniżej Tower Ridge.
Pisałam, żeby zwrócić uwagę jak wysoko znajduje się Great Tower? No więc tu macie odpowiedź dlaczego, zaprezentowana sekwencja zdjęć ukazuje grań do punktu położonego tylko nieco niżej niż Wielka Wieża. Warto uzmysłowić sobie skalę całości.

Na początek odcinek końcowy, wg Mariusza latem bez trudności:



Miejsce najbardziej nerwowe, choć technicznie nietrudne, czyli słynna szczelina Tower Gap:

Tower Gap oraz Great Tower – trawers po jej prawej stronie to niesamowita galeryjka nad okropną lufą. Widać, że i tu śnieg pomógł, ponieważ najtrudniejsze latem miejsce zostało przez niektórych strawersowane, co latem niekoniecznie byłoby możliwe:

Oraz partia poniżej Wieży, czyli jeszcze ok. dwóch trzecich długości grani pozostało poza kadrem:

Mam wielką nadzieję, że za jakiś czas na tym blogu znajdzie się relacja z Tower Ridge mojego autorstwa. Mariuszową przeczytacie tu: >>LINK<<.
Jeśli jeszcze kogoś nie przekonałam, że zdobywanie Benka ceprostradą jest bez sensu, to niech weźmie koło i się… hmmm… tego… w czoło ;D
Tu >>LINK<< do galerii, chyba naszej najładniejszej jak dotąd.
Wycieczkę podsumuję krótko: cud, miód i orzeszki. Chyba widać.
🙂

Ben Nevis przez The Tower Ridge

Dziś mała zmiana przy klawiaturze wynikająca z faktu, że tę trasę Vespa ominęła. Poszła drogą, która opisywaliśmy już wcześniej na blogu w tej notce: >>LINK<<.  Charakter naszego następnego przedsięwzięcia wymagał absolutnej pewności siebie w kontakcie z ekspozycją lub lotnej asekuracji. Po wspólnej naradzie uznaliśmy, że nie mam jeszcze wystarczającej wiedzy, ani sprzętu by zapewnić bezpieczeństwo komuś, ale sam dam radę przejść tę trasę bez. Decyzja ta była poparta godzinami poszukiwań w necie i książkach, w wyniku których zebrałem informacje na temat tej drogi. Rozwój naszych wcześniejszych wycieczek scramblingowych utwierdził mnie zaś w przekonaniu, że podołam trudnościom tej. Decyzja zapadła, dostałem zielone światło na samotną wycieczkę przez grań. Spotkanie zaś wyznaczyliśmy na szczycie Ben Nevisa. Nie ukrywam, że oboje, choć pewnie z innych powodów, mieliśmy duszę na ramieniu gdy stanęło do jej realizacji.

Droga początkowa pokrywała się z naszym startem sprzed prawie dwóch lat. Po noclegu na polu namiotowym i szybkim dotarciu do rozwidlenia szlaków zeszliśmy z Pony Track obchodząc ramię zachodniego zbocza Ben Nevisa. Wkrótce ukazała się prawdziwa, ta najtrudniejsza twarz tej góry:


Stąd ścieżka wiedzie w głąb kotła jakie tworzą zbocza Carn Mor Dearg połączonego granią z samym Ben Nevisem. W jego głębi znajduje się chata ratowników górskich, która wyznacza charakterystyczny punkt orientacyjny. Stąd też rozpoczęła się moja samotna wędrówka, Vespa powtórzyła poprzednią drogę, tym jednak razem dodając szczyt niezdobytego uprzednio przez błąd w nawigacji we mgle Carn Mor Dearga, tak więc munros numer 41 został zaliczony.

Północne ściany jednego z kotłów Ben Nevisa:

Sama zaś grań Tower Ridge wygląda z tego miejsca tak:

Jej pierwsza, trójkątna piramida skalna nosi nazwę The Douglas Boulder, jest celem wspinaczkowym i podobno nie do pokonania bez sprzętu. Oferuje wiele dróg o różnym stopniu trudności, ale jako cel scramblingowy nie figuruje w opisach drogi przez Tower Ridge. Przewodniki zalecają jej obejście w kierunku wschodnim łatwą drogą po skałach i odnalezienie żlebu (kominka) jaki prowadzi na małą przełączkę u jej końca. Jest on łatwy do rozpoznania, gdyż wyznacza jedyną rozsądną drogę w górę w tym miejscu, przy czym dość upierdliwy we wchodzeniu – kruszyzna i mokro. Z przełączki na grań wiedzie kominek, w którym spotkałem wspinaczy:

Fragment ten jest stosunkowo stromy, ale oferuje znakomite chwyty i stopnie. Nie powinien stanowić problemu dla kogoś obytego ze skałą. I tu chwila offtopiku: jeśli Vespie zachce się zdefiniować scrambling na użytek naszego bloga to pewnie to zrobi, ja ostrzegam jedynie przed trudnością trasy – The Tower Ridge to scramblingowa 5. Drogi scramblingowe opisane przez innych charakteryzują się tym, że w teorii można przejść je bez asekuracji, choć dla wielu osób jest ona przydatna, z mojego subiektywnego doświadczenia wszystko od trójki w górę niesie za sobą ryzyko, a to ze względu na ekspozycję, długość lub trudne elementy w trasie, których nie da się ominąć. Ta droga oferuje wszystkie te podpunkty. Dodać należy jeszcze, że wycena drogi scramblingowej dotyczy warunków letnich przy suchej skale. Każde odstępstwo pogodowe może zmienić charakter trasy w poważne alpinistyczne przedsięwzięcie.

Kominek szybko winduje nas na grań właściwą, która w tym miejscu jest szeroka, świetnie urzeźbiona, a to co fajne widać dopiero przed nami, choć w moim wypadku widoki odsłaniały się i chowały w chmurach.



Pierwszy, widoczny na tym zdjęciu boulder nie stanowi istotnego problemu – jest świetnie wyrzeźbiony, a do tego omijalny trawersem w prawo. Nie wiem jak wygląda jego obejście gdyż poszedłem granią. Jest tu jedynie jedno trickowe miejsce: przed samym końcem ściany trzeba przejść zgiętym pod nawisem skalnym, mając za plecami nieco powietrza – są jednak dobre chwyty i podparcie dla stóp. Ktoś kto boi się ekspozycji i tak tutaj nie dotrze. Po chwili stoimy na wypłaszczeniu, a przed nami jest The Little Tower – kolejna trudniejsza część trasy.

Tu zmieniłem parę towarzyszy na szybszych.

Ci poruszali się tak jak ja, bez asekuracji, choć sprzęt mieli ze sobą.

Robiąc na przemian zdjęcia i goniąc za nimi przechodziłem kolejne ścianki, wszystkie oferują mnóstwo chwytów i opcji przechodzenia. Raczej bez siłowych ekscesów, czysta przyjemność. W końcu z mgieł wyłania się najpoważniejszy jak się okazało test moich nerwów – The Great Tower.


Zanim jednak osiągniemy jej podnóże, jeszcze kilka boulderków na rozgrzewkę.

Wielkiej Wieży nie da się zaatakować wprost bez użycia sprzętu. Jedyna droga scramblingowa wiedzie u jej stóp w lewo, należy przekroczyć spory głaz i odnaleźć bardzo eksponowaną galeryjkę:

…nad ponad cholera wie jak wysoką przepaścią. Mgły nie pozwoliły na inną skalę oceny.

Jej koniec zamyka kominek przywalony od góry potężnymi głazami, tworząc nyżę skalną. To jedyna logiczna droga dalej:

Walcząc z plecakiem nieco zostałem z tyłu. Stąd też pewnie gdy wydostałem się na skalną półkę powyżej moi szkoccy wspinacze byli już poza początkowymi trudnościami:

a ja zostałem sam nie wiedząc jak poszli. Musiałem improwizować i wmanewrowałem się w dość niemiłą sytuację. Za mną przepaść, wysokie stopnie ze skał i brak dobrych chwytów… Przesuwałem się po nich szukając jakiegoś wyjścia, aż w końcu korzystając z siły ruszyłem do góry klinując nogi w jakimś pęknięciu.

Podejrzewam, że poszedłem zbyt daleko wzdłuż lewej ściany The Great Tower, oni zaś weszli łatwiej parę metrów obok. Na szczęście udało mi się odnaleźć drogę i szybko stanąłem na szczycie, który jest rozległy i można tu odpocząć. Mi nie było jednak to dane – ten fragment trasy stanowił dla Vespy największą trudność w teorii – grań zwęża się tutaj do może metra w paru miejscach, po obu stronach są pionowe ściany z ekspozycją na kilkaset metrów, a trudności dodaje słynna The Tower Gap –


– wyrwa na trzy metry szeroka i cztery głęboka, której przekroczenie wiąże się z pewnym ryzykiem. Trzeba opuścić się tyłem na skalne stopnie trzymając się bloku na krawędzi, zejść niżej, odwrócić i przejść na drugą stronę szczeliny skąd stopnie i chwyty prowadzą na jej przeciwległą krawędź. Wszystko to z potężną przepaścią dookoła. To widok z góry już po przejściu:


To już ostatnia prawdziwa trudność drogi – grań zamyka się w ścianie wspinającej się na plateau szczytu. Droga stąd jest dość łatwa, choć stroma i prowadzi zygzakami w górę, aż do chwili gdy staniemy na krawędzi szczytowej.


Stąd jedynie kilkaset metrów po płaskim i szczyt Ben Nevisa, który i tym razem ginął dla mnie w chmurach. Pod schronem na szczycie czekałem prawie dwie godziny na Vespę, której droga choć nie tak ekscytująca była jednak znacznie dłuższa…


Powrót klasyczną drogą The Pony Track wraz z tysiącem innych turystów. Tu filmik z przekraczania The Tower Gap nakręcony przez kogoś innego: >>LINK<<
Całość zdjęć: >>LINK<<