Sgurr a’Mhadaidh i Sgurr a’Ghreadaidh

 

 Nr 177, Sgurr a’Mhadaidh; nr 178, Sgurr a’Ghreadaidh

Wymowa: skur a wa-te; skur a grede/skur a kryty (przesłuchiwałam obie nazwy na MunroMagic i Walkhighalnds i wciąż nie jestem pewna jak je zapisać fonetycznie – o ile spółgłosek jestem mniej więcej pewna to samogłoski brzmią jak coś czego w języku polskim nie ma)

Znaczenie nazwy: rocky peak of the fox; rocky peak of the torment (za MunroMagic)

Wysokość: 918 m n.p.m.; 973 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 277.; 185.

Data wejścia: 1.6.2016

 

Kolejne wyjście udało się zrobić w Cuilinach. Najtrudniejszego – In Pinna – zostawiamy sobie na koniec, planujemy też zrobić go za jednym razem ze Sgurr Mhic Choinnich, czyli jeśli plan się powiedzie oznacza to że przed nami jeszcze tylko jedna munrosowa wycieczka na Skye.

Jak to w Cuilinach, wypad był krótki bo dużo podchodzenia tu nie ma. Te dwa munrosy drogą turystyczną atakuje się od zachodu z Coire a’Ghreadaidh. Start z hostelu w Glen Brittle.

Na tym zdjęciu widać praktycznie całą trasę. Połogie zbocza z dobrą ścieżką, potem coraz bardziej stromiejący kocioł – większość podchodzenia kotłem to piargi, skały dopiero na końcówce.

Trasa turystyczna wyprowadza na wąską przełęcz An Dorus. Wszystkie opisy podkreślały że jedyną trudnością będzie wyjście z tej przełęczy w obu kierunkach. Walkhighlands sugerowało też że może być potrzebna lina – no to ją zabraliśmy, żeby mieć gwarancję że jakiekolwiek trudności by nie wystąpiły, na 100% zrobimy te munrosy.

An Dorus

Do przełęczy jest niesamowita kruszyzna. Polecam tu założyć kask jeśli ktoś idzie przed nami, bo i telewizory i mniejsze kamienie tam latają.

Na przełęczy okazało się że z wyjściem z niej na Sguirr a’Mhadaidh problemu nie będzie, ot prosty scrambling. Druga strona wyglądała trudniej. Para, którą sfotografowaliśmy, nie miała żadnych problemów, poza momentem zastanowienia w środkowej części kominka.

An Dorus

An Dorus

An Dorus

Póki co mieliśmy jednak wejść na Sgurr a’Mhadaidh. Z bliska kopuła szczytowa wyglądała jak… kupa kamieni. Większość ludzi trawersowała na różne sposoby od strony Coire a’Ghreadaidh. 

Wejście na szczyt z przełęczy to może kwadrans. Po Sgurr na Banachdich jest to chyba najłatwiejszy munros na Skye.

Najlepsze zdjęcie wierzchołka jakie mamy (co prawda dopiero się na niego gramolę):

Tak prezentuje się za to Sgurr a’Ghreadaidh. Widać że faktycznie wyjście z An Dorusa będzie chyba jedynym problematycznym miejscem:

Poniżej munro który jak dotąd dał mi popalić najbardziej, czyli Sgurr Dubh Mor. Na żadnym innym szczycie Cuillinów nie umęczyłam się tak fizycznie i psychicznie.

Zeszliśmy na przełęcz i zdecydowałam że jednak chcę być zaasekurowana liną. To że jestem tchórzem i już dawno rozwiały się moje iluzje o rozwinięciu się do poziomu jeśli nie wspinacza to przynajmniej kompetentnego scramblera, to jedno. Jestem z tym pogodzona. Czytelnikowi należy się jednak słowo wyjaśnienia.

Wyjście z przełęczy prezentowanym wcześniej kominkiem naprawdę nie jest trudne technicznie. W połowie wysokości jest jeden niezręczny moment (problematyczny raczej w zejściu) ale dla doświadczonego tatrzańskiego turysty nie powinien to być wielki problem (choć w Tatrach wisiał by tam sobie zapewne łańcuch i załatwieł sprawę). Wchodziłam i schodziłam na żywca trudniejszymi wariantami. Natomiast typowy scenariusz byłby w tym momencie taki: Mariusz wchodzi przede mną, zapewne podaje mi rękę, ja zapewne mam problem z psychą na tym trudniejszym momencie, prawdopodobnie irytujemy się na siebie, możliwe że któreś podnosi głos. W zejściu on ustawia mi nogi a reszta jak wyżej. Słaba atmosfera i widowisko dla turystów na grani Sgurr a’Mhadaidh. Powiem szczerze, to już łatwiej było wyjąć tę linę, poświęcić 10 minut na założenie stanowiska i pozwolić mi po prostu wejść i zejść. Bo przyasekurowana problemu z żadną z tych czynności nie miałam. 

Sgurr a’Mhadaidh, który trochę niesprawiedliwie nazwałam kupą kamieni, a który z każdej innej strony wcale nie jest taki łatwey do zdobycia:

Szczelina Eag Dubh. Opada z grani nieco powyżej An Dorusa i po inspekcji stwierdziliśmy że mogłaby stanowić niezłą alternatywę do zejścia jeśli ktoś chce go ominąć, ponieważ jej wylot znajduje się już na piargach w kotle. Niżej będzie zdjęcie od drugiej strony.

Eag Dubh

Eag Dubh

Przez Eag Dubh nie trzeba skakać, omija się ją bez problemu. 

Grań na Sgurr a’Ghreadaidh jest do samych partii szczytowych szeroka, połoga i nigdzie nie ma lufy. Są momenty scramblingu ale prostego, oczywiście zależnie od tego jak kto pójdzie.

The Wart czyli Brodawkę omija się bezproblemowo po prawej stronie.

Za Brodawką otwiera się wreszcie grań szczytowa.

Kawałek za wierzchołkiem znajduje się najwęższy kawałek grani na całych Wyspach (okazało się że nie mamy niestety żadnego zdjęcia) – rodzaj atrakcji która zupełnie ale to zupełnie mnie nie kusi. Wejście na szczyt mnie usatysfakcjonowało dostatecznie 😉

Ten po lewej to Sgurr Mhic Choinnich, jedyny obok In Pinna który nam pozostał na Skye.

Sgurr Mhic Choinnich i Sgurr Alasdair

Hostel w Glen Brittle i gdzieś tam nasz samochód:

Zeszliśmy tą samą drogą gdyż alternatywą było ciśnięcie granią na Sgurr na Banachdich.

Eag Dubh z zejścia, żeby pokazać iż faktycznie dałoby się nią i wejść i zejść. Nie mówię że polecam ale dobrze wiedzieć jakie są alternatywy.

Oraz tradycyjna kąpiel w potoku. Tym razem chętnych było więcej choć nie zmieścili się w kadrze.

Trasa liczy sobie 7,5 kilometra w obie strony chociaż łażenie po piargach, zwłaszcza schodzenie, daje w kość niewspółmiernie do jej długości.

 

 

 

Carn Ghluasaid, Sgurr nan Cobhairean i Sail Chaorainn

 

Nr 174, Carn Ghluasaid; nr 175, Sgurr nan Conbhairean; nr 176, Sail Chaorainn

Wymowa: karn kluaszid; skur nan koniweyren; sal kuu-ran

Znaczenie nazwy: cairn like hill of movement; rocky peak of the hound keeper; rounded hill of the rowan tree (za MunroMagic)

Wysokość: 957 m n.p.m.; 1109 m n.p.m.; 1002 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 203.; 44.;

Data wejścia: 30.5.2016

 

Na te trzy munrosy idzie się z Glen Shiel, z miejsca zwanego Lundie. Nie wiem czym to Lundie miało by być bo na pewno nie miejscowością – żadnych budynków tam nie ma. Jest za to spory parking.

Muszę się do czegoś przyznać: do tej pory byłam święcie przekonana że munrosy Glen Shiel kończą się na masywie A’Chralaig i Mullach Fraoch-coire (choć przecież byłam na obu tych szczytach i widziałam jak okolica wygląda). Jakoś kompletnie ominął mnie fakt istnienia w tej dolinie kolejnych trzech munrosów. Trochę usprawiedliwia mnie to że kiedy wjeżdżamy do Glen Shiel efektownie po tej stronie drogi zaczyna się robić kiedy pojawia się Brothers Ridge, przedtem widać tylko jakieś połogie zbocza. Tak czy inaczej, być w okolicy tyle razy i wykazać się taką ignorancją, to jest wyczyn 😛

Kiedy zaczynaliśmy nie było zbyt efektownie, wszędzie chmury. Zgodnie z prognozami miały się podnieść więc mogliśmy jedynie mieć nadzieję że nastąpi to zanim osiągniemy szczyty munrosów.

Na Carn Ghluasaid wchodzi się niezłą ścieżką, z początku łagodnie (przechodzi się koło masztu telefonii komórkowej więc to jedno z nielicznych miejsc w okolicy gdzie nie ma problemu z zasięgiem), potem teren stromieje. Na tym etapie widoków nie mieliśmy prawie żadnych.

Loch Cluanie:

Sam Carn Ghluasaid za wiele charakteru nie ma. Wierzchołek jest po prostu kulminacją płaskowyżu, dobrze chociaż że położoną tuż na krawędzi kotła – gdyby nie kotły ten munros byłby po prostu kopą. Jak widać, cały czas nie mieliśmy widoczności acz było widać że wastwa chmur jest cienka, miejscami prześwitywało niebieskie niebo i ogólnie wydawało się jest nadzieja.

Nie pamiętam czy to moje drugie czy trzecie górskie widmo Brockenu (samolotowych nie liczę):

Na Sgurr nan Conbhairean idzie się z początku po płaskim, dopiero na finisz teren znacznie się spiętrza. W związku z czym trochę nie rozumiem jakim cudem Carn Ghluasaid załapał się na munrosa – przełęcz pomiędzy nimi jest wyjątkowo płytka.

Na etapie podchodzenia mieliśmy jeszcze chmury, ale coś tam się odsłaniało. W pewnym moemncie odsłoniło się pole snieżne pod wierzchołkiem Sgurr nan Conbhairean i aż mnie zmroziło jak niesamowicie wysoko zdawało się ono być, dużo wyżej niż się spodziewałam. Różnica wysokości pomiędzy munrosami to 152 metry więc faktycznie trochę wspiąć się trzeba.

Wierzchołek Sgurr nan Conbhairean okazał się zaskakująco nieobszerny, z ładnymi kotłami z obu stron (fakt że można się było tego domyśleć z samej nazwy, „sgurr” oznacza górę nie będącą kopą) – milion razy więcej charakteru niż Carn Ghluasaid. Wreszcie pojawiły się widoki, choć chmur jak widać wciąż trochę było, głównie niestety nad kolejnym munrosem toteż nie mam dobrego zdjęcia ilustrującego dalszą drogę.

Sail Chaorainn jest przed nami we mgle:

Ramię którym mieliśmy wracać do Glen Shiel:

Taki góra trzyosobowy (chociaż to pewnie zależy od gabarytów) schron znajduje się nieco poniżej wierzchołka:

Ta dolina na mapie figuruje jako kocioł: Coire Sgreumh. 

Ze szczytu obniżamy się łagodnym ramieniem, potem nieco ostrzej ale bez wielkiej stromizny na przełęcz, skąd na Sail Chaorainn jest dosłownie spacer.

Różnica wysokości pomiędzy drugim a trzecim munrosem to 107 metrów na korzyść drugiego. Uwaga: za ostatnim munrosem znajduje się kolejne wzniesienie oddzielone płytką przełęczą, które wydaje się być tej samej wysokości co Sail Chaorainn. W rzeczywistości jest o 1 metr niższe. Jeśli ktoś ma energię spacer może sobie oczywiście zrobić, tym niemniej wierzchołek właściwy to ten wcześniejszy.

A’Chralaig i Mullach Fraoch-choire, bardzo piękna trasa:

Jak widać, wracając nie trzeba ponownie wchodzić na Sgurr nan Conbhairean, szczyt można strawersować chociaż trawers wypada i tak sporo powyżej wierzchołka Sail Chaorainn więc włażenia pod górę się nie uniknie:

Na drugim planie początek Brothers Ridge, dalej południowa grań Glen Shiel z charakterystycznymi sylwetkami masywów The Saddle oraz Sgurr na Sgine – ten ostatni z ramieniem kulminującym w szczyciku Faochag, schodzenie z którego było katorgą a wchodzenia nawet nie chcę sobie wyobrażać 😛

Ścieżka zejściowa, na pzredostatnim planie munrosy Glen Quoich które też wystąpią w relacjach z tego urlopu.

Im niżej schodzimy tym bardziej Sgurr nan Conbhairean traci swoje śmiałe linie i zaczyna wyglądać jak kopa. Co trochę usprawiedliwia moją ignorancję opisaną na początku 😉

Pod koniec można zdecydować – iść ścieżką biegnącą zboczami ponad szosą czy też samą szosą. Zdecydowaliśmy się na to ostatnie. Wg Where’s the path odległość odcinka po szocie to dwa i ćwierć kilometra więc jesli nie jest się w zimowych scarpach można się porywać 😉

Trasa liczy sobie tyle samo co poprzednia: 17 km. Tyle że tym razem zaliczamy trzy munrosy. Swoją drogą dwa z nich są na tyle łagodne że jest to relatywnie mało forsowna trójmunrosówka. 

Mapka z Walkhighlands:

 

Beinn Fhada

 

Nr 173, Beinn Fhada

Wymowa: bin fada

Znaczenie nazwy: long hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1032 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 100.

Data wejścia: 29.5.2016

 

Na tegoroczny (pierwszy z dwóch) highlandzki urlop wybraliśmy się znowu w Kintail a konkretnie na półwysep Glenelg, niezłą bazę wypadową w rejon Glen Shiel a nawet na Skye. Wadą tej lokalizacji była konieczność przejeżdżania przez przełęcz Mam Ratagan za każdym razem kiedy chcieliśmy się wydostać z Glenelg (wyjątkiem był wypad na Skye kiedy popłynęliśmy promem). Nie da się jednak zaprzeczyć że widok z przełęczy jest spektakularny. Na zdjęciu po lewej jest A’ Ghlasbheinn, dalej fragment Beinn Fhady (konkretnie Hunter’s Ridge) a na bliższym planie początek grani Pięciu Sióstr Glen Shiel.

Na Beinn Fhadę wchodziliśmy częściowo znaną nam drogą przez Gleann Choinneachain, którą rok wcześniej wracaliśmy z A’Ghlas-bheinna. Start jak poprzednio z miejscowości Morvich. 

Poniżej Bealach an Sgairne, przełęcz pomiędzy A’Ghlas-bheinnem a masywem Beinn Fhady. Całkiem niedaleko od tego miejsca ścieżki rozdzielają się i zaczynamy się piąć zboczami w kierunku szczytowego plateau.

Ścieżka jest wyraźna, wije się przyjaznymi zygzakami, żadnych bagien – jak na Highland to są prawdziwe luksusy.

Hunter’s Ridge jest najciekawszym elementem masywu, który poza tym bardziej by pasował w Cairngormsach niż w Kintail, gdzie góry są strzeliste i mają zdefiniowane granie. Mieliśmy nim schodzić ale spasowałam. Nie czułam się podczas tego wyjazdu nastawiona na żadne, nawet stosunkowo niewielkie przygody czy wyzwania (będzie to widoczne także w notce ze Skye). 

Pogoda była najsłabsza właśnie tego dnia. Przez resztę wyjazdu już nie mieliśmy już powodów do narzekań.

Tu dobrze widać „cairngormskość” Beinn Fhady. To na swój sposób imponujący masyw ale oglądany z innych gór w rejonie po prostu ginie, nie będąc ani najwyższym ani nie dysponując kształtem rozpoznawalnym z daleka.

Widoki ze szczytu (położonego w południowo-wschodniej części masywu) także nieco tracą jako że na pierwszym planie w każdym kierunku wyjąwszy Glen Affric, widzi się przede wszystkim kawał płaskowyżu. 

Droga do Hunter’s Ridge:

Fragment grani sióstr z bardzo charakterystycznym Beinn Sgritheall na ostatnim planie. Nie mam pojęcia jakim cudem ta góra praktycznie z każdego miejsca wygląda na tak wysoką mając zaledwie 974m n.p.m. – ok, wyrasta dosłownie z morza ale wszystkie okoliczne munrosy są blisko morza, większość ma powyżej 1000m a to Beinn Sgritheall robi wrażenie giganta. Ot zagadka.

Poniżej Mullach Fraochchoire i A’Chralaig zaś pomiędzy nimi czubek Sgurr nan Conbhairean, o którym jeszcze nie wiedziałam że wejdę na niego kolejngo dnia.

Jako że zrezygnowaliśmy z Hunter’s Ridge powrót wypadł tą samą drogą a zatem bez przygód. Beinn Fhada zdobyta w ten sposób okazała się dobra na rozruch – 17km po dobrej ścieżce, w sporej części w nieznacznym nachyleniu, pozwoliło się rozgrzać przed kolejnym nieco konkretniejszym dniem.

 

 


The Grey Corries

 

 Nr 170, Stob Choire Claurigh ; 171, Stob Choire an Laoigh; 172, Sgurr Choinnich Mor

Wymowa: stob kori klori; stob kori an lauh; skur konih mor

Znaczenie nazwy:  peak of corrie of brawling; peak of the corrie of the calf; big rocky peak of the moss (za MunroMagic)

Wysokość:  1177 m n.p.m.; 1116 m n.p.m.; 1094 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów:  15 .; 38.; 52.

Data wejścia: 14.5.16

 

The Grey Corries to klasyka, jedna z najbardziej znanych i popularnych tras w Szkocji. Raz ze wzgędu na swoją urodę, dwa centralne położenie oraz generalnie umiejscowienie w rejonie bardzo „outdoorowym”, jako że należą do Nevis Range – graniami da się przejść na sam czubek Benny’ego. Odkładaliśmy tę turę świadomie, ponieważ od jakiegoś czasu celujemy w trasy dalsze i często mniej oczywiste pod względem atrakcyjności. Większość klasyki obskoczyliśmy na samym początku przygody z munrobaggingiem i pozostałe resztki trzeba teraz dozować, żeby nie pozostały nam w końcu same smutne kapusty. Odpychało też to iż pan McNeish, któremu do pewnego momentu ufaliśmy bez zastrzeżeń, polecał tę trasę jako czteromunrosową a to jednak spory wysiłek. Obecnie korzystamy raczej z sugestii na Walkhighlands (przy całej sympatii dla McNeisha do którego mam wielki sentyment), a tam opcje często są jak na nasz gust rozsądniejsze. Tak było i tym razem: Walkhighlands sugeruje żeby położonego na uboczu Stob Bana zostawić na oddzielną wycieczkę. Mieliśmy zatem zrobić trzy munrosy na odcinku 21,5 km, co nie jest jakimś ekstremum.

Ze Spean Bridge należy skręcić na Corriechoille. Mały parking (bardziej zatoczka) znajduje się niecały kilometr za zabudowaniami farmy. Przechodzimy przez plantację iglaków a kiedy ta się kończy, jest to znak że można zacząć się wspinać na ramię góry wzdłuż którego (mając je po prawej stronie) cały czas szliśmy. Ścieżki nie ma ale przy widoczności nie powinno być żadnych problemów nawigacyjnych.

Tym oto ramieniem będziemy się teraz żmudnie wspinać na pierwszego munrosa, mając za plecami widok na Glean Spean, Great Glen, grupę Meall na Teanga i całe mnóstwo szczytów zachodniego Highlandu.

Udręka kończy się w momencie kiedy osiągamy garbik Stob Coire Gaibhre, gdzie zaczyna się grań. Pierwszy widok na Grey Corries robi wrażenie – nagle roztacza się przed nami stado szczytów połączonych graniami, a wszystkie wydają się być na wyciągnięcie ręki.

Z tego miejsca na Stob Choire Claurigh wchodzi się szybko (mnie sceneria tak oszołomiła że wrzuciłam drugi bieg). Na zdjęciu munros to ten w głębi. 

Grey Corries, podobnie jak sąsiednie Mamores, to góry klasyczne – takie jak mógłby narysować przedszkolak. Trójkątne, z uczciwymi spadami z obu stron. Szczyty są tu raczej nieobszerne, granie dobrze zdefiniowane i miejscami wąskie – owszem, to nie Tatry wysokie z ich skałami i lufą ale zdecydowanie mountains, nie hills czy gables. 

Podobnie jak w Mamoresach, jak się już wejdzie na grań to można trzaskać szczytów ile dusza zapragnie 😉 Pomiędzy pierwszym a ostanim munrosem jest ich dokładnie siedem. A można kontynuować w obie strony.

Na Claurighu:

Nawiasem Grey Corries to zdecydowanie płeć żeńska. Ben Nevis i Aonachs z ich byczą kubaturą i topornymi kształtami to faceci, Corriesy za to mają eleganckie i rasowe linie:

Trochę nam zajęło uświadomienie sobie że czwarty grejkorisowy munros, Stob Ban, to to małe po prawej (jest dokładnie 200 m niższy od Claurigha). Mimo niskorosłości wyglądał na ładną górę przypominającą położonego w Mamoresach uroczego kurdupla Binnein Beag.

Widok na Stob Choire an Laoigh z Aonach Beag i bonusowym wierzchołkiem Ben Nevisa z widoczną kopułką Great Tower.

Klasyczny kadr (to się kiedyś urwie. Kwestia czy z turystą).

Marsz granią jest tak luźny że na drugim munrosie jeszcze w ogóle nie czuliśmy zmęczenia. W tle numer trzy, Sgur Choinnich Mor. Najniższy z trójki, przezentował się najkształtniej (a żaden z celów tego dnia plaskaczem nie był).

Tu na zbliżeniu, z Devil’s Ridge oraz Sgurr a’Mhaim na drugim planie (część mamoresowego Ring of Steall który przeszliśmy), oraz Beinn a’Bheithir planie ostatnim (Glencoe. Również zaliczone).

Za drugim munro przechodzimy przez przedostatnie wzniesienie trasy, Stob Coire Easain. Schodzi się z niego dla odmiany po rumowisku, całym błyszczącym od miki. Nie mam zacięcia geologicznego ale niektóre skały wydawały się bardzo ciekawe.

Z przełęczy na munrosa jest z początku ostrzej, potem bardziej horyzontalnie, ale generalnie moment.

Sgurr Choinnich Mor nie zawiódł. To faktycznie najładniejsza góra w grupie. Szczyt i granie podszczytowe są nieobszerne, śmiało zarysowane, powietrzne – ok, brak faktycznej lufy ale jest poczucie przestrzeni, wspaniała odmiana po tutejszych płaskowyżach. 

Na wierzchołku spędziliśmy najwięcej czasu. Kompletnie nie chciało się schodzić. Mogłabym tam zamieszkać.

No ale zejść trzeba było. Na początku wdrapać się znów na Stob Coire Easain a potem już bezpośrednio z niego, ramieniem w dół.

Trasa robi się nieco skomplikowana na dole, kiedy zejdziemy wreszcie do lasu (my na tym etapie mieliśmy już nogi zmasakrowane zimowymi butami – na kolejną wycieczkę wjadą już letnie). Jest to teren robót leśnych więc krzyżuje się tam sporo dróg. Mam nadzieję że mapka wyjaśni sprawę. Wrzucę ją jutro.

Trasa dorównała swej reputacji. Grey Corries powinny być IMO punktem obowiązkowym każdego górołaza w Szkocji. Bardzo udana wycieczka, o czym świadczy fakt że miałam prawdziwą wenę podczas pisania tej notki, a zazwyczaj miewam tak tylko w przypadku jakichś przygód na trasie. Tym razem było „nudno”, a i tak siadłam do klawiatury z wielką przyjemnością.

 



Sgurr Choinnich i Sgurr a’Chaoraichean

 

Nr 168, Sgurr Choinnich; nr 169, Sgurr a’Chaorachain

Wymowa: skur konih; skur a korahen

Znaczenie nazwy: rocky peak of the moss; rocky peak of the rowan tree (za MunroMagic)

Wysokość: 999 m n.p.m.; 1053 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 139.; 78.

Data wejścia: 30.4.16

 

Na Sgurr Choinnich i Sgurr a’Chaorachain idzie się z Glen Carron. Parking znajduje się (jadąc od strony Inverness) parę kilometrów przed stacyjką kolejową w Achnashellach (po lewej stronie drogi stoi charakterystyczny biały domek). Należy przekroczyć tory kolejowe a dalej już idzie się drogą jezdną.

Wrażenie robi skalna wschodnia ściana korbeta Sgurr nan Ceannaichean. Korbet ów jeszcze parę lat temu znajdował się na liście munrosów, dopóki dokladniejsze pomiary nie ujawniły, że brakuje mu jednego metra. Kiedyś powiedziałabym, że mimo to warto go odwiedzić, dziś kiedy uświadomiłam sobie jak ciężkim zadaniem jest zebranie wszystkich munrosów (pracując do 60h w tygodniu, mając jakieś życie towarzyskie oraz chcąc jednak podróżować także za granicę), powiem że dobrze, że lista się skróciła 😉

Do munrosów docelowych dochodzi się dopiero po siedmiu kilometrach. Ta grupa górska położona nad Loch Monar jest jedną z trudniej dostępnych ze względu na odleglość od dróg. Mieliśmy tego próbkę rok temu na sąsiednich szczytach >>LINK<<

Jak widać zima, która w tym roku już zdążyła sobie pójść, wróciła i to spektakularnie. Sgurr Choinnich jest po prawej. Po przekroczeniu potoku wątła ścieżka wyprowadza na przełęcz skąd startuje ramię góry. Teren był potwornie mokry a ścieżką plynął wręcz strumyczek.

Przełęcz i ramię Sgurr Choinnich. Na przełęczy zaczęło wiać, dużo mocniej niż zapowiadały prognozy. Zaczęłam przeczuwać że ta wycieczka to jednak nie będzie piknik w parku.

Ramię którym wchodzimy. Stromizna jest większa niż wydaje się z odległości. Tu wiatr zaczął już naprawdę pokazywać co potrafi. Nie było to jeszcze absolutne ekstremum takie jak parę lat temu przeżyliśmy na Conivalu i Ben More Assyncie, ale momentami niewiele brakowało. Podmuchy ciskały też w twarz drobnym gradem – bez gogli musielibyśmy chyba się wycofać. Ogólnie rzecz biorąc na tym obiektywnie nietrudnym odcinku pomiędzy przełęczą a wierzchołkiem musieliśmy stoczyć całkiem konkretną walkę.

Nasze munrosy z linka, Lurg Mhor i Bidein a’Choire Sheasgaich. „Cheescake” pośród okolicznych gór prezentuje się jak mini-mini Matterhorn 😀 Poprzednim razem zdobywaliśmy go bez widoczności ale pod koniec byla ciężka robota ze względu na stromiznę – to już teraz wiem dlaczego.

Wiatr tak mnie dobijał, że miałam wielką ochotę zawrócić. Za każdym razem kiedy już już mialam zamiar to wykrzyczeć coś mnie powstrzymywało. 

Po pewnym czasie podjęłam decyzję że na tego pierwszego jakoś wejdę, skoro już jestem tu gdzie jestem, ale zaraz potem zawrócimy. 

Sgurr nan Ceannaichean:

Na odcinku podszczytowym wiatr hulał aż miło. Grańkę przeszliśmy w bezpiecznym oddaleniu od nawisów jakie wytworzyły się na podszczytowych zerwach. Śnieg zrobil się kopny i głęboki po kolana. Trzeba było stąd spieprzać a że w sumie na tym etapie w obie strony było mniej więcej tyle samo, uznałam że możemy równie dobrze napierać na drugiego munrosa. W pewnym momencie Mariusz stwierdził że wg GPSa szczyt już przeszliśmy. Dlatego nie ma tradycyjnego zdjęcia. Niebieska linia naszej trasy na GPSie potwierdza jednak że na wierzchołku byliśmy, zresztą ciężko byłoby przez niego nie przejść. 

Zejście na przełęcz pomiędzy munrosami poszlo ekspresowo. Ponieważ tu nie wiało, mogliśmy odpocząć – głównie psychicznie. Mariusz co prawda miał także dość spory fizyczny kryzys (ja zresztą też byłam już zmęczona) ale nie było opcji awaryjnego zejścia – alternatywą były albo opadające z przełęczy skały albo pustkowie nad Loch Monar z którego do cywilizacji mielibyśmy minimum trzydzieści parę kilometrów. Trzeba było cisnąć.

Na Sgurr a’Chaorachain wyprowadza szeroka acz dobrze zdefiniowana grań. Wiatr na tym etapie zelżał – pojedyncze silne podmuchy nadal się zdarzały ale byla to już inna liga – śnieg był momentami po uda, widoczność zero. Na szczęście na szczyt biegły ślady które ułatwiły nam życie, wskazując którędy lawirować między skałkami jak najmniejszym kosztem energetycznym.

Tym razem wierzchołek był oczywisty: z rozleglych przestrzeni kopuły szczytowej wystawal jedynie w dwóch trzecich zasypany kamienny schron.

Bez GPSa byłoby dużo ciężej i ryzykowniej.

Schodziliśmy na północ ramieniem munrosa, z początku po dość płaskim, potem już znacznie stromiejącym terenie. Widok na przełęcz:

Zejście po stromiźnie w miękkim śniegu wymagało sporo ostrożności toteż ciągnęło się jak smród za pielgrzymką. 

Na szczęście mieliśmy spektakularne widoki na masywy Torridonu: poniżej Liathach.

Beinn Eighe:

Oraz Slioch:

Kiedy w końcu udalo się zejść do drogi, miałam ochotę całować grunt.

Siedem kilometrów powrotu poszło sprawnie jako że nie trzeba już było uważać na każdy krok. Zaczynam mieć na poważnie dość śniegu. Przezimowałam się górsko. Na osłodę mieliśmy też widok na Coulin (nie mylić z Cullinami) Hills, to jest Fuar Tholl, Sgurr Ruadh oraz Beinn Liath Mhor:

Wycieczka była… konkretna. Ze względu na warunki zdecydowanie nie był to spacer. Zapewne ktoś kto szedł tamtędy w słoneczny letni dzień miałby diametralnie różne odczucia ale nas natura naprawdę sponiewierala. 

Calość to 20 km.

 

 

Stob Coir’an Albannaich i Meall nan Eun

 

 Nr 166, Stob Coir’an Albannaich; nr 167, Meall nan Eun

Wymowa: stob koran alpa-na; mil nan ain

Znaczenie nazwy: peak of the scotsman’s corrie; hill of the bird (za MunroMagic)

Wysokość: 1044 m n.p.m.; 928 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 90.; 254.

Niżej opisaną wycieczką zakończyliśmy zdobywanie munrosów Glen Etive. Do samej doliny się wróci bo jest wybitnie biwakowa oraz stanowi imponujący matecznik rododendronów 😉

Start z tego samego parkingu co na Ben Starava oraz Glas Bheinn Mhor, początek trasy również zbieżny. Za każdym razem atrakcją jest przekraczanie mostu nad bardzo przejrzystą i bardzo głęboką rzeką gdzie można na poważnie nurkować (widzieliśmy).

Poniżej Glas Bheinn Mhor i grań w kierunku Ben Starava, nasz pierwszy munros leży po lewej stronie, nie jest widoczny z drogi chyba że liczyć ramię góry na pierwszym planie. 

W dolinie jest ścieżka ale ukształtowanie terenu i tak prowadzi samo. Łagodnie wspinamy się na przełęcz pomiędzy Stob Coir’an Albannaich a Glas Bheinn Mhor.

Z przełęczy wierzchołka munrosa nadal nie widać, otwiera się za to widok na Rannoch Wall i grupę Ben Lui (zdjęć nie daję bo akurat w tamtej stronie padało). Początkowe podejście z siodła przełęczy jest w miarę strome, aż osiągamy relatywne wypłaszczenie z którego widać finałowe podejście oraz szczyt. Z tej perspektywy szału raczej nie robi:

Glas Bheinn Mhor ze Staravem wyglądają za to dość monumentalnie, spokojnie dałyby radę w Tatrach Zachodnich:

Wchodząc wyżej możemy w końcu popodziwiać eleganckie linie masywu Cruachana, moim zdaniem jednej z najpiękniejszych gór Szkocji choć nie mam do niej osobistego sentymentu.

Wierzchołek Stob Coir’an Albannaich pozytywnie rozczarowuje: jest nieduży a od północy opadają ładne zerwy. Na tym etapie bylismy przekonani że Meall nan Eun to góra w cieniu na ostatnim planie i morale nam siadło. Okazało się jednakowoż że Eun to kopa na planie drugim a „ciemna góra” to zdeptany już przez nas munro Stob Gabhar, do którego należałoby zejść w położoną niemal na poziomie morza dolinę.

Najpiękniej prezentowało się Glencoe z moim ukochanym Bideanem nam Bian:

A także góra, której przedstawiać nie trzeba.

Wierzchołek Stob Coir’an Albannaich z perspektywy zejścia ma całkiem przyjemne i niekapuściane linie. Stwierdziłam że to ładna góra, nawet jeśli nie stanowi wyzwania nie jest jednakowoż nudnym plackiem.

Glencoe od zadu strony:

Ze szczytu obniżamy się nieco by za chwilę zacząć wspinać na poślednie wzniesienie pomiędzy munrosami. Na tym etapie wciąż byliśmy przekoani że nasz cel to góra która finalnie okazała się Stob Gabharem, więc nastroje były zdeterminowane acz mocno fatalistyczne ;P

Kiedy w pewnym momencie uświadomiliśmy sobie że munros jest tuż tuż, uldze nie było końca.

Szczytowe:

Jak widać wierzchołek Meall nan Eun jest z tych obszerniejszych, AKA jak to mój brat raczył określić, bulwiacz.

Zejście było tyleż proste nawigacyjnie co męczące: brakiem ewidentnej ścieżki, mokrością, na początku nachyleniem itd. Highlandzka klasyka 🙂

Dokończenie Glen Etive powoduje że liczba munrosów blisko domu skurczyła się jeszcze bardziej i teraz przeważająca większość tych niezrobionych to już konkretne wyprawy, w każdym razie pod względem odległości.

 

Mapka jak znajdę czas.

 

 

 

 

Sgurr na Sgine

 

 Nr 165, Sgurr na Sgine

Wymowa: skur na skine

Znaczenie nazwy: rocky peak of the knife (za MunroMagic)

Wysokość: 946 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 223.

Data wejścia: 16.4.16.

 

Tym razem plan zakładał że przejdziemy znaną już trasę przez Forcan Ridge na munrosa The Saddle, po czym pójdziemy na nie zdobytego poprzednim razem Sgurr na Sgine. Tu >>LINK<< do poprzedniej wycieczki z lata 2008 roku.

Poranne Rannoch Moor:

Topografii nie będę szczegółowo opisywać ponieważ mapka jest w dużej skali i dobrze wszystko pokazuje, ponadto nie jest to skomplikowana orientacyjnie trasa. Co muszę napisać to to że Glen Shiel, jak zawsze, powaliła mnie swoją potęgą. Jest chyba nawet bardziej monumentalna od Glencoe.

Na zdjęciu kolejno: grań wyprowadzająca na Sgurr nan Forcan, grań pomiędzy nim a The Saddle oraz wierzchołek munrosa. Nazwę „Forcan Ridge” rezerwuje się (wyjątkiem zdaje się być Walkhighlands) jedynie na odcinek pomiędzy Sgurr nan Forcan a The Saddle. Całość w półzimowych warunkach wyglądała mniej niewinnie niż zapamiętałam z poprzedniego razu.

Zwłaszcza końcowe podejście na Forcana budziło respekt:

Południowa grań Glen Shiel:

Fragment Pięciu Sióstr:

Na pierwszym odcinku grani, do wypłaszczenia, scrambling jest w miarę prosty i bez ekspozycji.

Widoczne po prawej wypłaszczenie jest już z kolei dość eksponowane ale bez trudności. Finałowe podejście wyglądało za to dość groźnie. Z tego co pamiętałam była tam ścieżka którą można było omijać ostrze grani w cięższych momentach… Ale ogólnie po sześciu latach wspomnienia dość mocno się zatarły.

Okazało się że jest dużo trudniej niż zapamiętałam, momentami spora ekspozycja, gdyby nie chłopaki nie poradziłabym sobie. Trudno mi ocenić na ile wzrost trudności wynikał z zimowych warunków, choć nie wiem z czegóż by w sumie innego: przez te sześć lat trochę po górach połaziłam, nawet się lekko powspinałam ze trzy razy, nie powinno być tak że w mojej percepcji trudności nastąpił totalny regres. A jednak odebrałam tę trasę jako dużo cięższą niż poprzednim razem! Było na przykład jedno miejsce gdzie miałam dylemat: dać bardzo niezręcznego pojedynczego kroka nad lufą, albo schodzić po nieco tylko mniej eksponowanej gładkawej płycie, obie opcje niefajne. Zupełnie takiego miejsca ani dylematów nie kojarzę z pierwszego razu.

Było i suwanie okrakiem po koniu skalnym, i inne atrakcje obiektywnie nietrudne ale takie których naprawdę nie pamiętałam. Jak myśmy szli poprzednio? 

Finałowe podejście na kopułę szczytową Forcana uskuteczniliśmy po twardym jak beton polu śnieżnym. Do przejścia pozostała nam jeszcze „tylko” Forcan Ridge. Też pamiętałam ją jako nietrudną ale na tym etapie już raczej nie ufałam swoim wspomnieniom.

Tu widać szczyt Forcana a dalej Forcan Ridge po The Saddle. Staliśmy u wylotu żlebu opadającego spod wierzchołka i wtedy mnie olśniło, że możemy równie dobrze nim zejść – miałam już dosyć. 

Zejście żlebem okazało się niewiele mniej emocjonujące niż dotychczasowa trasa. Na pewno było to jedno z bardziej stromych zejść jakie kiedykolwiek zaliczyłam. Ostrożność i koncentracja konieczne przez cały czas, zwłaszcza na odcinkach pokrytych śniegiem, na których czułam się zresztą jak na drabinie.

Fizycznie ten stresujący odcinek dał mi popalić najbardziej. Cudownie było wreszcie usiąść na dole i zagrzać sobie wodę na herbatę. Musieliśmy tylko jeszcze podjąć decyzję: kontynuujemy na Sgurr na Sgine czy nie?

Oczywiście byłam za. Nie darowałabym sobie zrezygnowania z tej góry po raz kolejny.

Żeby wejść na munrosa najpierw należało się wdrapać na przeciwległy wał górski (znaleźliśmy ścieżkę więc poszło szybko), skąd na wierzchołek było już niedaleko – to garbik po lewej:

Tu już atrakcji nie było, uważać należało jedynie na płatach betonowego śniegu. Raki zdjęliśmy po zejściu żlebem i nikomu już nie chciało się z nimi pieprzyć.

Widoki ze Sgurr na Sgine powalały, ale najwspanialej przezentował się jednak masyw The Saddle. Pięknie widać nasze zejście: z Forcana opadają dwa śnieżne żleby tworząc literę V; ten po prawej jest nasz. Aż mnie zmroziło jak go zobaczyłam z tej perspektywy.

Żeby zacząć schodzić należało przejść przez widoczne poniżej ramię wyprowadzające na szczycik Faochag, który pięknie przezentuje się z dna doliny. Konkretnie to wygląda na niemal niemożliwy do wejścia ze względnu na stromiznę. Podejrzewam że to „ostrze noża” w nazwie munrosa mogło się wziąć właśnie od jego kształtu.

Faochag – stąd trzeba było jeszcze tylko zejść 900 metrów w dolinę.

Przyjemnym momentem było rozdziewiczanie snieżnej grańki:

Zejście było bardzo strome, ale jeśli na odcinku dwu i pół kilometra obniża się o 900 metrów trudno się spodziewać czegoś innego. Dla kolan – zabójstwo, ale na pewno piękne i spektakularne zwieńczenie trasy.

Wycieczka cudowna, ale bardzo dała mi w kość. No i cały czas zastanawiam się skąd różnica w moich wspomnieniach z obecną percepcją tej trasy. Mariusz twierdzi, że po prostu trudności wzrastają w zimowych warunkach i o nic więcej tu nie chodzi. Przyznaję uczciwie – grań wejściowa na Forcana była dla mnie tym razem wyzwaniem, a żleb zejściowy okazał się nieoczekiwaną wisienką na torcie. 

Gairich

 

Nr 163, Gairich

Wymowa: ga-rih

Znaczenie nazwy: noisy hill (za MunroMagic)

Wysokość: 919 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 272.

Data wejścia: 9.01.16

Gairich jako cel „wybrał się” sam. W tym rejonie miało być okienko pogodowe, trasa jest krótka, a Glen Garry bardzo nam się spodobała kiedy ją odkryliśmy wyprawiając się na Sgurr a’Mhaoraich w czerwcu. Nie było nad czym kombinować. Pobudka o 3.30, modlitwa do Absolutu o niezasypane drogi i o siódmej mogliśmy szczękać zębami szykując się do wyruszenia w trasę.

Poranna inwersja nie zawiodła. Szczyt Gairicha odbija się w Loch Quoich.

Już na samym początku oczywiste było że raki i czekany nie będą robiły jedynie za balast. Śniegu nie było zbyt wiele, za to lodu pod dostatkiem.

 

Munrosy Gleouriach i Spidean Mialach, jeszcze niezrobione:

Na Gairicha idzie się dłuuugim łagodnym ramieniem, a kiedy teren zaczyna stromieć i robi się skalisty to znak że osiągamy kopułę szczytową. Były dwa momenty scramblingowe: pierwszy banalny, acz o tyle niekomfortowy że nie lubię scramblingu w rakach. Drugi, pod wierzchołkiem, w lecie przeszedł by być może nawet niezauważony, ale w śniegu i lodzie sprawił mi problem i Mazio musiał mi podać czekan jako chwyt. W drodze powrotnej obeszliśmy to miejsce żlebem – po lisich śladach. Lis też nie miał ochoty rzeźbić 😉

Fota szczytowa:

Tu zaś wspomniany żleb:

Poranne warunki wzbudziły w nas nadzieję że będą widoki, błękitne niebo i munro porn ale wierzchołek tkwił w chmurze. Wielka szkoda, bo Gairich musi być wspaniałym punktem widokowym.

Coś tam na szczęście się odsłaniało.

Ben Nevis, the North Face:

Patrzę na otoczenie Glen Kingie, póki co przez nas nie eksplorowanej:

Temperatura na wieczór zaczęła się obniżać, poranne pokryte szedzią błota zmieniły się w ślizgawkę. Ścieżka wyglądała tak:

Raki zdjęliśmy już całkiem nisko, do końca nie będąc pewni czy jednak lepiej w nich nie zostać.

Szarówka nadeszła zbyt gwałtownie, za wcześnie. Znikąd pojawiły się chmury z których zaczął sypać śnieg. Mariusz stwierdził, że musimy lecieć, bo jeśli zacznie sypać mocniej nie damy rady wygrzebać się z Glen Garry samochodem. Trzeba było prawie biec – próbowaliście kiedyś biec po lodzie? 

Ostatnie spojrzenie na Gairicha:

Te finałowe cztery kilometry dały nam popalić. Lecieliśmy po tym lodowisku jak wariaci, to że mam wszystkie zęby świadczy jedynie o tym iż miałam więcej szczęścia niż rozumu. Doliny nam nie zasypało, acz i tak rozwaliliśmy oponę i rozpoczęły się inne przygody… Ale to już do tej relacji nie należy. 

Trasa liczy sobie 15 km i w bardziej sprzyjających warunkach jest to jak mniemam spacer.

Mapka z Walkhighlands:

 

A’ Ghlas Bheinn & the Falls of Glomach

Nr 159A’ Ghlas Bheinn

Wymowa: glaswen

Znaczenie nazwy: grey hill (za MunroMagic)

Wysokość: 918m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 273.

Data wejścia: 25.6.15


A’ Ghlas Bheinn ogranicza od zachodu Glen Affric, mega munrosową dolinę gdzie mamy zrobioną tylko jedna górę (na którą i tak wchodzi się od Glen Shiel więc bywa do tejże zaliczana). Jest to dość niefortunny munros, bo usadowiony opodal znacznie konkretniejszego i kształtniejszego sąsiada, Beinn Fhady, więc szału nie robi. Przynajmniej takie mieliśmy wrażenie z parkingu.

Poniżej Sgurr a Choire Ghairbh, część Beinn Fhady (wierzchołek znajduje się w innej partii masywu):

Oraz A’ Ghlas Bheinn niczym wielkanocna baba na której ktoś usiadł. I jeszcze się umościł.

Start z Morvich, maleńkiej miejscowości położonej nad Loch Duich, gdzie niemal zbiegają się wyloty Glen Shiel i Glen Affric.

Droga z początku biegnie przyjemną (lasy!!) doliną, by wreszcie zacząć wbijać się na coś w rodzaju płaskowyżu (coś w rodzaju, bo tak plaskate jak w Cairngormsach to jednak nie jest). 

O tak to wygląda (A’ Ghlas Bheinna nie ma w kadrze). Trochę byłam w szoku, bo spodziewałam się strzelistych kształtnych gór jak w nieodległej Glen Shiel, tymczasem widoczne na zdjęciu szczyty Glen Elchaig są… No mniej skowyrne, to na pewno. Munrosów jednakowoż tam nie ma z tego co kojarzę.

Tam gdzie ten niewinny strumyczek opada w dół, figuruje wodospad Glomach. Nie jest najwyższy w UK – spad liczy sobie 113 metrów – spotkałam się jednak z opiniami, że wywiera największe wrażenie.

Zdjęcia nie oddają lufy ani pełnej wysokości, ale faktycznie Glomach daje radę. Piękna sprawa. Zdecydowanie nie polecam na wycieczkę z małoletnimi dziećmi, chyba że na smyczy.

Od wodospadu trzeba było się kawałek wrócić, po czym zaczęliśmy włażenie na to co wydawało się wałem szczytowym munrosa.

Przy czym kiedy już wdrapaliśmy się na wał okazało się że do wierzchołka jeszcze dwa kilometry.

Szło w miarę sprawnie ale pogoda zaczęła się pogarszać – zanosiło się na powtórkę z poprzedniej wycieczki. Dammit! :/

Wyjątkowo pesymistyczne zdjęcie szczytowe:

Kiedy zaczęliśmy schodzić (nie było sensu moknąć na wierzchołku dłużej niż to konieczne do zrobienia zdjęcia) chmury zaczęły ustępować – a że byliśmy wciąż bardzo wysoko, widoki były praktycznie takie jak ze szczytu.

Loch Duich (na ostatnim planie Beinn Sgritheall):

Fragment masywu Beinn Fhady z wyłaniającym się Sgurr Fhuaran:

Po prawej Sgurr nan Saighead:

Oraz Beinn Fhada raz jeszcze – Hunter’s Ridge:

Zejście z A’ Ghlas Bheinna było nieco przerąbane: mnóstwo skalnych przedwierzchołków, wejść i zejść, jeden fałszywy wierzchołek za drugim. Przełęcz powitaliśmy z ulgą.

Powrotna dolina Gleann Choinneachain jest przepiękna, ścieżka biegnie wysoko ponad jej dnem, a my jeszcze trafiliśmy tam w czasie kiedy wszystko jest soczyście zielone.

Marsz tą doliną to była czysta przyjemność, nawet pomimo coraz bardziej dokuczającego odcisku 🙂

Widok na przełęcz. To po prawej należy do masywu Beinn Fhady:

Wycieczka (21,5 km) była piękna acz moim zupełnie i osobiście prywatnym zdaniem, nic nie ujmując wodospadowi Glomach, ale końcowa dolina była jednak tym co zrobiło dzień.



Sgurr nan Coireachan, Garbh Chioch Mhor i Sgurr na Ciche


Nr 156Sgurr nan Coireachan; nr 157, Garbh Chioch Mhor; nr 158, Sgurr na Ciche

Wymowa: skur nan korahan; garw hierh wor; skur na kih

Znaczenie nazwy: peak of the corries; big stony breast; peak of the breast (za "Walking the Munros")

Wysokość: 953m n.p.m.; 1013m n.p.m.; 1040m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 213.; 116.; 92.

Data wejścia: 23.6.15


Na te trzy munrosy, znane (z jeszcze jednym) jako Rough Bounds of Knoydart, idzie się z Glen Dessary. Nie jest to jeszcze półwysep Knoydart sensu stricto, ale jak nazwa wskazuje, jego ograniczenie. By się tam dostać trzeba przejechać wzdłuż długiego Loch Arkaig jedną z najbardziej zwariowanych dróg jakie można znaleźć w Szkocji: oczywiście z mijankami ale i z mnóstwem "blind summits" i to takich że maska samochodu zasłania dalszą drogę i pozostaje tylko nadzieja że z drugiej strony nic nie jedzie; efektownych "hopek" i ogólnie jest milion okazji żeby się malowniczo zabić. Na końcu jeziora jest spory parking. 

Ścieżek jest w okolicy sporo, więc może od razu mapka (z Walkhighlands) żeby było jasne , którędy:

Pogoda niestety nie robiła szału. Było dużo gorzej niż poprzedniego dnia kiedy słońce jednak chwilami wychodziło. 

Tego ranka miejscowa fauna prezentowała się bardziej malowniczo niż góry:

Ta górka (jeśli dobrze patrzę na mapę Creag an Taghain, 495m n.p.m.) wyglądała całkiem przyjemnie:

Ścieżka z początku biegnie dnem doliny, potem zboczami korbeta o pięknej nazwie Sgurr Cos na Breachd-laoidh (po naszemu to Góra W Której Znajduje Się Jaskinia Pstrego Cielęcia ☉_☉). Było niemożebnie mokro i błotniście. Po przekroczeniu potoku zaczęliśmy się stromo wspinać na Sgurr nan Coireachan gdzie sytuacja błotna bynajmniej się nie polepszyła.

Podczas podchodzenia tym zboczem zaliczyłam przynajmniej dwa kryzysy – nie dość że pieruńsko strome, to nie chciało się skończyć. W górnych partiach teren trochę się położył, ale odpocząć można było dopiero na końcówce, za niższym wierzchołkiem (zdjęcie robione z wierzchołka właściwego):

Oraz tenże wierzchołek plus pogarszające się warunki pogodowe w tle.

Na szczęście resztę trasy póki co było widać. Garbh Chioch Mhor i Sgurr na Ciche prezentowały się epicko, co wydaje mi się że akurat to zdjęcie oddaje nieźle ponieważ są na nim ludzie. No i niestety aż za dobitnie widać było jaki to kawał drogi i ile jeszcze podchodzenia…

Przełęcz między Sgurrem nan Coireachan a Garbh Chioch Mhor jest bardzo głęboka, obniżamy się o ponad 200 m. 

Na Garbh Chioch Mhor wchodziło mi się lepiej, raz ze względu na mniejsze nachylenie, dwa teren jest tu znacznie bardziej urozmaicony – dużo więcej skały – no i oczywiście widoki. Całą długością grani biegnie murek dzięki czemu nie powinno być tu problemów nawigacyjnych nawet we mgle.

A chmura niestety przylazła, i już została. Sgurra na Ciche już mieliśmy tego dnia nie ujrzeć, jego widok z pierwszego munrosa musiał nam wystarczać. Poniżej Garbh Chioch Mhor z przedwierzchołka (Garbh Chioch Bheag, czyli też skalny cycek tyle że mały).

I to byłby już koniec widoków na ten dzień. Tadam.

Kolejna przełęcz, Feadan na Ciche (moje ulubione tłumaczenie to Whistle of the Breast, Gwizd Cycka) jest położona wysoko więc pomiędzy dwoma ostatnimi munrosami nie ma już specjalnie ciężkiej roboty. Takie zdjęcie akurat się trafiło, ale za dużo scramblingu to tam nie ma:

Kopuła szczytowa Sgurr na Ciche podobno jest efektowna – bardzo dużo tu skały. No fakt trochę skały było widać:

Stamtąd zerodowana i bardzo stroma (wiem, że zdjęcie tego nie oddaje) ścieżka zygzakuje pomiędzy formacjami skalnymi i rumowiskami. Są momenty że naprawdę lepiej się nie poślizgnąć. Wysokość nabiera się momentalnie.

Panorama ze szczytu (okres szary):

Za Feadan na Ciche zaczyna się najciekawsza część trasy, niezwykle malowniczy wąwóz. Tu już czyste niebo nie miało znaczenia. 

Wyspa Eigg i Loch Nevis:

Po wyjściu z wąwozu pokazało się jaki kawał jest jeszcze do przejścia. Przestrzeń pomiędzy laskami znajduje się dopiero w połowie drogi. Tym razem poszliśmy inną ścieżką niż rano, dłuższą, ale suchą i znacznie bardziej komfortową (bo jezdną) – można było przycisnąć i nie patrzeć cały czas pod nogi. Przycisnęliśmy zatem i muszę się pochwalić że czasowo powrót wyszedł nieźle 😉

Na Sgurra na Ciche muszę się jeszcze kiedyś wybrać. Muszę! Nie daruję widoków z tej góry.

Trasa liczy sobie 26 km.