The Snowdon Horseshoe

Po rozgrzewce na Tryfanie postanowiliśmy przejść lokalną klasykę, the Snowdon Horseshoe. Masyw Snowdona wywarł na mnie duże wrażenie. Jest wielki: rozległy i mocno rozgałęziony, wysyłający macki grani we wszystkich kierunkach. Na Snowdona można zatem wejść na bardzo wiele sposobów (samych turystycznych ścieżek naliczyłam 8), a nawet wjechać kolejką. Choć góra nie jest wysoka (1085m n.p.m.) sprawia wrażenie konkretu i niewątpliwie zasługuje na swoją popularność. W Highlandzie podobnie przytłaczające wrażenie wywierają na mnie the Mamores oglądane z Kinlochleven albo Nevis Range spod pomnika komandosów.


Nasza trasa miała prowadzić następująco: wspin na grań Crib Goch – odcinek granią – za podejście na Garnedd Ugain – finalny atak na wierzchołek Snowdona – powrót przez Y Lliwedd:

Przyznam że miałam pietra przed granią Crib Goch, ponieważ nie lubię obustronnej ekspozycji, co udowodniłam chociażby na Lodowym Koniu. Z drugiej strony był to wg wszystkich przewodników łatwy scrambling, w skali angielskiej jedynkowy (na 3. Skala szkocka jest bardziej szczegółowa: ma pięć poziomów, więc angielska jedynka to byłaby chyba zarówno nasza jedynka jak i dwójka).

Start z malowniczej przełęczy Pen-y-Pass położonej na 360m n.p.m. Jest tu hostel i kafejka oraz parking, za który zdzierają jak za zboże: 10 funtów!

Pass of Llanberis i przebiegająca przez nią A4086 z początku trasy:

Image Hosted by ImageShack.us
Crib Goch aka Czerwony Grzebień to góra po prawej (widok z Pen-y-Pass), czyli samo gęste mamy zaraz na starcie. Z przełęczy idziemy kamiennym chodnikiem by na ramieniu góry dojść do rozstaju szlaków: w lewo odchodzi tu Pyg Track, czyli lokalna ceprostrada, najłatwiejsza i najbardziej popularna trasa na Snowdona, a w prawo ścieżka podchodząca pod zbocza Grzebienia.
Image Hosted by ImageShack.us
Podejście na Crib Goch skojarzyło nam się mocno z Zawratem, a konkretnie z początkowym odcinkiem podejścia, przed łańcuchami, ewentualnie z kawałkiem pod Kazalnicą przed klamrami. Skała cudnie rzeźbiona, lita, wiele wariantów wejścia. 
Image Hosted by ImageShack.us
Ten fragment to raczej szkocka dwójka, ponieważ ręce zdecydowanie były potrzebne:
Image Hosted by ImageShack.us
Pogoda była nieco denerwująca. Wiatr się wzmagał i przywiewał chmury, momentami podmuchy były całkiem mocne i miałam wizje jakaż to wichura rozpęta się na grani – a potrafi, nie raz i nie dwa wiatr mnie przewracał albo skądś spychał. Na wierzchołku okazało się że jednak nie jest tak źle.
Image Hosted by ImageShack.us
Grań okazała się znacznie mniej przerażająca niż to sobie wyobrażałam. Przede wszystkim lufy w rozumieniu tatrzańskim tam nie ma. Po jednej stronie owszem (nie pion ale konkret), ale po drugiej jest zaledwie strome zbocze. Crib Goch opisywana jest w przewodnikach jako dosłownie ostrze noża, i może się taka wydawać w lokalnych warunkach, ale kto chociażby widział (już nawet nie przechodził) ostrą tatrzańską grań tego to określenie raczej by rozśmieszyło. Nie chcę brzmieć protekcjonalnie: tak jak było bardzo mi odpowiadało ponieważ do śmigania po tych ostrych się średnio nadaję. Niemniej z tym "ostrzem noża" trochę pojechali po bandzie.
Image Hosted by ImageShack.us
Można iść górą, można po lewej stronie, wedle upodobania:
Image Hosted by ImageShack.us
To wielkie w tle to sam Snowdon – 163m wyższy od Grzebienia.
Image Hosted by ImageShack.us
Tu dobrze widać iż grań faktycznie jest dość wąska ale kąt nachylenia zbocza po prawej stronie nieco psuje efekt:
Image Hosted by ImageShack.us
Grzebień finiszuje w trzech pinaklach, które na pierwszy rzut oka wyglądają trochę przerażająco. Tymczasem dwa pierwsze bez najmniejszych problemów trawersuje się od lewej (trochę ścieżki, trochę łatwego scramblingu):
Image Hosted by ImageShack.us
Ostatni pinakiel wygląda jakby ktoś skopiował go i wkleił z Aonach Eagach. Na tego dla odmiany wchodzi się od prawej. Za plecami jest trochę lufy ale trudność techniczna żadna, włazi się po pięknych półach, z mnóstwem chwytów i stopni.
Image Hosted by ImageShack.us
Za tym odcinkiem okazuje się, że to już… Grzebień jest króciutki. Miłośnicy używania czterech kończyn nie powinni jednak czuć się rozczarowani. Za płytką przełęczą rozpoczyna się podejście na przedwierzchołek Snowdona, Garnedd Ugain, na którego prowadzi grańka Crib-y-Ddysgl. Nie jest tak efektownie wąska jak Crib Goch i spokojnie można ją strawersować, ale fajniej jest wbijać skałą:

Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Rzut oka za siebie na pinakle Crib Goch:
Image Hosted by ImageShack.us
Wierzchołek Snowdona:
Image Hosted by ImageShack.us
Tu natomiast widać końcówkę Pyg Track. Jedyną zaletą tej trasy zdaje się być to że jest krótka, jako że również wychodzi z Pen-y-Pass. 
Image Hosted by ImageShack.us
Na kolejkę czekaliśmy ponad kwadrans – Mariusz był zdeterminowany ją obfotografować. Niby fajna rzecz, ale generuje straszne tłumy na szczycie.
Image Hosted by ImageShack.us
Kolejka wywozi praktycznie na sam wierzchołek. W stacji znajduje się bar i sklep. I znów, niby fajnie, ale klimat totalnie jak na Kasprowym. 
Na szczycie nie zabawiliśmy długo, był dosłownie oblepiony ludźmi. Odzwyczaiłam się już od tłumów w górach. 

Crib Goch ze Snowdona:
Image Hosted by ImageShack.us
Oraz Y Lliwedd, piękna góra przez którą prowadziła nasza trasa zejściowa:
Image Hosted by ImageShack.us
Na pierwszy rzut oka, jak dla mnie, Tatry Zachodnie pełną gębą:
Image Hosted by ImageShack.us
Ostatnie ujęcie Czerwonego Grzebienia – knife-edged czy nie, to był niezwykle malowniczy odcinek drogi. 
Image Hosted by ImageShack.us
Zejście było niesamowicie zerodowane i parę razy mało brakowało a wywinęłabym kozła na piargu. Na szczęście nie jest długie. 

Na Y Lliwedd można wchodzić lekko scramblingowo (jak już to już ;P), należy w tym celu trzymać się blisko krawędzi:
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Na opadających do dna podkowy krzesanicach wypatrzyliśmy wspinaczy:
Image Hosted by ImageShack.us
Obniżając się z wierzchołka Y Lliwedd warto jak najdłużej trzymać się grani. Na zdjęciu poniżej widok z tejże na Blwch a Sathenau, czyli szerokie siodło pomiędzy Y Lliwedd i Snowdonem, gdzie jakoby pochowany jest olbrzym którego zaciukał król Artur.  
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
W dół sprowadza ścieżka która na dole przechodzi w nieomal autostradę i na Pen-Y-Pass dochodzimy nie musząc patrzeć pod nogi.

Trasa jest przefantastyczna i polecam ją z całym przekonaniem, zwłaszcza wejście przez Crib Goch. Osobie z prawdziwym lękiem wysokości mogłoby być ciężko ale przeciętny cykor spokojnie przejdzie. Długość drogi to zaledwie 10,5 km. W piękny dzień, marzenie. W kafejce na Pen-y-Pass rano można zjeść śniadanie a po powrocie się odświeżyć, słowem francja-elegancja. Gdyby ktoś preferował jednak alternatywę, to choć ekspertem po tym jedynym pobycie nie jestem, wiem jedno – wszystko tylko nie zawalony ludźmi Pyg Track. Wariantów jest tak dużo że na pewno da radę wybrać jakiś ciekawszy.

Tryfan

Ponieważ w Highlandzie nastąpiło załamanie pogody, postanowiliśmy wybrać się w odwrotnym kierunku. Walia chodziła nam po głowach od dawna.
Nasze pierwsze wrażenia z dalekiego południa były takie, że jest tu niesamowicie dużo drzew. Taki Sutherland albo Hebrydy są praktycznie bezdrzewne. Zupełnie inny typ krajobrazu, bardziej kojarzący się z polskimi górami.
No a właśnie, góry – piękne. Z rzeźbą i z charakterem. Może nie do końca Czarne Cuilliny, ale i zdecydowanie nie Drumochtery. Jeśli już to Tatry Zachodnie w wersji bonsai, takie porównanie momentami aż się narzucało.

Kilka fotek z uroczego Llanberis – bardzo przyjemne miasteczko, dobrze zaopatrzone sklepy outdoroowe i jest gdzie dobrze i tanio zjeść:
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Na pierwszy ogień poszedł Tryfan, śliczna i kształtna miniaturowa góra (917,5 metra, czyli łapała by się na munrosa, ale otoczona przez wyższych sąsiadów jest taka właśnie… Drobna i skowyrna ;)). Zdecydowaliśmy się na trasę przez North Ridge, łatwą i najbardziej popularną lecz w przeciwieństwie do alternatywnej "ceprostrady" pozwalającą przypomnieć sobie, czym jest scrambling.
Start z drogi A5, z parkingu nad jeziorem Ogwen. Parking pierwszy, jeśli jedziemy ze wschodu, a ostatni gdy od strony przeciwnej.

Z parkingu drogą wzdłuż kamiennego murku. Gdy droga murek przekracza by odbić w prawo, my kontynuujemy w lewo. Teraz będzie należało wbić się na grań. Nie jest to grań w rozumieniu tatrzańskim, raczej skaliste ramię. Ścieżek lud wydeptał multum, ludzie wchodzą różnymi wariantami. Nie jestem w stanie dokładnie opisać drogi tak jak my ją wybieraliśmy, mogę jedynie udzielić kilku rad:
– nie wbijać się na ramię za wcześnie, bo na Milestone Buttress można się pięknie zapchać – to już impreza wspinaczkowa. Ocenić teren, patrzeć czy na skale są ślady raków, i generalnie napierać z głową. Wspomniałam o zapchaniu, ale można też i na odwrót, zrezygnować z bardzo fajnych scramblingów, o co łatwo jeśli będzie się szło tylko ścieżką. Generalnie, gdy po ominięciu Milestone Buttress zauważymy po prawej jakieś ROZSĄDNE opcje, wbijać się.
Teren w dolnych partiach to takie nie to, ni sio, trochę skały a trochę trawek:
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Trochę mi to przypominało Curved Ridge – tzn. tam jest lita skała, konkret i trochę lufy, ale klimat, zbocza, droga w dole…
Image Hosted by ImageShack.us
To powyżej to kopuła szczytowa, i tam już scrambling nie jest opcjonalny. Wierzchołka nie widać, od najwyższego widocznego punktu dzieli go płytka przełęcz.
Image Hosted by ImageShack.us
Ten głaz to słynna Armata (the Cannon). To że przechodziliśmy koło niego dowiodło iż znajdowaliśmy się na dobrej drodze, gdyż wszystkie opisy North Ridge o nim wspominają.
Image Hosted by ImageShack.us
Oraz Mariusz w klasycznym ujęciu. Podobne zdjęcie mają w swoich albumach tysiące brytyjskich górołazów:
Image Hosted by ImageShack.us
Za Armatą jeszcze króciutka wspinaczka, i wychodzimy na wypłaszczenie pod kopułą szczytową. Fajne miejsce na odpoczynek.

Image Hosted by ImageShack.us
Mama koza i koźlęta też mają relaks:
Image Hosted by ImageShack.us
Scrambling w partiach szczytowych to najfajniejszy etap trasy. Możliwości jest trochę, stopnie trudności różne. Drogę którą wybrałam mogę w najcięższych miejscach przyrównać do momentów na Kościelcu, czyli dupy nie urywa, ale dla mnie w sam raz ;D Jak widać skała jest znakomicie urzeźbiona. Jak zawsze, nie należy ufać jej na 100% ale generalnie nie jest zbyt zerodowana, na chwytach można (w granicach rozsądku) polegać.
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Krajobraz jest niewiele mniej dziki niż w Szkocji. To park narodowy, więc odbiega klimatem od sielskiego, totalnie zagospodarowanego Lake District.
Image Hosted by ImageShack.us
Na wierzchołku Tryfana znajdują się dwa głazy, Adam i Ewa. Wejść nie jest tak prosto, lecz każdy szanujący się zdobywca musi je zaliczyć. Ja pozostawiam tego typu zadania Mariuszowi, który spełnia je z entuzjazmem. Zresztą ktoś musi w takich chwilach stać za obiektywem.
Image Hosted by ImageShack.us
Tu jeszcze finalne momenty przed-szczytowania:
Image Hosted by ImageShack.us
Wierzchołek – jak widać, bardzo popularny cel (choć zawsze może być gorzej, o czym przekonaliśmy się następnego dnia).
Image Hosted by ImageShack.us
Biedy Mariusz musiał skakać pięć razy, zanim udało mi się uchwycić moment lotu 😀
Image Hosted by ImageShack.us
W ogóle z tym Tryfanem to była śmieszna sprawa. Rano pogoda była taka sobie, chmury nisko, mgły itp. Zdecydowaliśmy że ta trasa jest tak krótka iż możemy ją przejść nawet po południu, spokojnie pojechaliśmy do Llanberis na śniadanie, pojeździliśmy po okolicy (ogólnie relaks). Około południa zgodnie z prognozami rozpogodziło się, więc wyszliśmy na szlak po 12 i czasu bez problemu wystarczyło na dojście, podelektowanie się widokami ze szczytu oraz zejście, a nawet późniejsze zakupy i konsumpcję piwa. W góry naprawdę nie zawsze warto się zrywać skoro świt.
Image Hosted by ImageShack.us
Jedynym minusem późnego wyjścia był fakt iż nie daliśmy rady kontynuować na Glyder Fach, choć wejście wyglądało obiecująco (fotka poniżej). Nadrobimy to zapewne następnym razem.
Image Hosted by ImageShack.us
Ze szczytu rumowiskami zeszliśmy na przełęcz, a stamtąd już sprowadza ścieżka, w dolnej partii wręcz chodnik. Zejście nie jest długie. Z samego dołu pięknie widać całą trasę wejścia, w górnej części zdjęcia lansuje się Armata:
Image Hosted by ImageShack.us

I cała North Ridge, z Milestone Buttress na pierwszym planie.
Image Hosted by ImageShack.us
Trasa jest bardzo przyjemna, ponieważ pomimo braku hardkorów (tzn. jak ktoś się uprze, to i takie sobie znajdzie) pozwala na użycie rąk i nóg i pogimnastykowanie się trochę. O krótkości wspomniałam. Jest też opcja wydłużenia drogi i przejścia całej podkowy przez sąsiedni szczyt Glyder Fach, znów z elementami scramblingu. W razie załamania się pogody wycof jest jak najbardziej możliwy praktycznie z każdego miejsca.

Pierwsze spotkanie z Walią wypadło bardzo obiecująco, a takie atrakcje jak zdumiewająca pogoda oraz znacznie mniejsza niż w Highlandzie ilość midgesów tylko umocniły nas w przekonaniu, iż trzeba tu wrócić. Tymczasem mieliśmy jeszcze jedną wycieczkę w planach – ale o tym w kolejnej notce.