The Ullapool munros

 

Nr 189, Cona’ Mheall; nr 190, Meall nan Ceapraichean; nr 191, Eididh nan Clach Geala

Wymowa: kona-wel; mil nan kjaprihan; edżi nan klah gjala

Znaczenie nazwy: adjoining hill; hill of the stubby hillocks; web of the white stones (za MunroMagic)

Wysokość: 978 m n.p.m.; 977 m n.p.m.; 927 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 176.; 177.; 257.

Data wejścia: 27.8.16

 Do tej docelowo czteromunrosowej trasy przymierzaliśmy się kilka lat temu, ale udało się wówczas zrobić jedynie Beinn Dearga. Zresztą wyłącznie dlatego iż jest to główny i najbardziej znany munros grupy, prowadzi zatem na niego wyraźna droga którą jakoś odnaleźliśmy pomimo mgły i ulewy. Widoczność była wtedy na kilkanaście metrów. Odhaczenie Beinn Dearga pozwoliło zaoszczędzić jakieś półtora kilometra – niewiele ale przy dość kobylastej trasie, every little helps.

Po lewej Meall nan Ceapraichean i Beinn Dearg zdjęte z portu w Ullapool:

Start z parkingu przy drodze A835 nieco na południe od Inverlael Bridge (zwracać uwagę na czerwoną budkę telefoniczną która zdecydowanie widziała lepsze czasy). Po może trzykilowym marszu przez las ścieżka zaczyna się wznosić zboczem ponad doliną (Gleann na Sguaib). 

Kolejne kilka kilometrów to spokojny, nieforsowny marsz. Wysokość nabiera się bezboleśnie. W którymś momencie w lewo będzie się odgałęziała nasza późniejsza ścieżka zejściowa.

Na przełęczy pomiędzy Beinn Dearg i Meall nan Ceapraichean widać już, że większość roboty została zrobiona. Plateau ma tu wysokość niewiele poniżej 900 m n.p.m., oba munrosy są stąd w zasięgu spacerowym, a i na Cona’ Mheall nie jest bynajmniej daleko. Ten właśnie munros okazał się najładniejszy i najbardziej widokowy z wszystkich trzech. Raz, że jako jedyny miał trochę charakteru w postaci południowych, skalistych zboczy; dwa, widok na Coire Ghranda jest urzekający:

Tak pięknie prezentuje się Beinn Dearg, z którego poprzednim razem nie widzieliśmy absolutnie nic:

Po raz kolejny Coire Ghranda i Loch Glascarnoch w tle:

Widok na wspomnianą przełęcz z podszczytowych partii Cona’ Mheall. Po lewej początek kopuły Beinn Dearga, po prawej Meall nan Ceapraichean. 

Wierzchołek Cona’ Mheall to najdalszy punkt tej trasy od samochodu.

Seana Braigh na której umordowaliśmy się rok temu. Wierzchołek po lewej, foremna piramidka zaś to Creag an Duine, zwieńczenie scramblingowej grani.

Jedna z najpiękniejszych gór Szkocji czyli An Teallach:

Na Meall nan Ceapraichean naprawdę jest spacer. Poniżej niemal pełen przegląd wzgórz Coigach i Assyntu, od Ben Mor Coigach po Suilvena:

Ullapool, Loch Broom i ledwo widoczne Summer Isles:

(Od prawej) An Teallach oraz Fisherfield Six, wyrypa która mnie przeraża niewiele mniej niż Inn Pinn choć z innych powodów:

Zejście z drugiego munro i podejście na Eididh nan Clach Geala również nie należy do szczególnie forsownych. Sam Eididh jest najbardziej kopiasty z całej dominującej nad płaskowyżem piątki.

Bardzo tęsknię za tą najdalszą północą Szkocji na której nie byliśmy już od roku. 

Zoom na turnie Torridonu:

Ścieżka która sprowadza z Eididha to ta która była wspomniana na początku. Niestety z tego ostaniego munrosa jest jeszcze odległościowo spory kawał. plusem jest to że niemal całą trasę zejściową widać, poza ostatnim kawałkiem już najniżej w lesie. 

Właściwie jedynym mankamentem tej wycieczki dla ludzi z pasa centralnego jest odległość, która praktycznie wymusza nocleg na miejscu. Ponieważ postanowiliśmy nieco rozszerzyć tematykę bloga, wkrótce zaczniemy wrzucać subiektywne opinie na temat miejsc gdzie przyszło nam nocować – oraz rzecz jasna koszty. Mam nadzieję że takie informacje okażą się przydatne.

Tura liczy ok. 24 kilometry. 

 


 

 

The Lochnagar Circuit

 

Nr 185, Carn a’Choire Bhoidheach; nr 186, Carn an t-Sagairt Mor; nr 187, Cairn Bannoch; nr 188, Broad Cairn

Wymowa: karn a kori wojih; karn ant sagart mor; kern banoh; angielska

Znaczenie nazwy: peak of the beautiful corrie; big peak of the priest; cairn-like hill of the cake; broad cairn-like hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1110m n.p.m.; 1047 m n.p.m.; 1012 m n.p.m.; 998 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 42.; 83.; 117.; 142.

Data wejścia: 18.6.2016

Lochanagar Circuit obejmuje pięć munrosów, ale że na samym Lochnagarze już byliśmy, tym razem postanowiliśmy go strawersować. Trochę szkoda bo to piękna góra i warto byłoby jeszcze raz stanąć na szczycie, ale trasa nawet trawersując to ok. 28 km. 

Start z parkingu w Spittal of Glenmuick. Wyjście na plateau będzie największym wysiłkiem – ten odcinek ma 6-7 km, stromiej jest tylko na końcówce, już przy samym słynnym kotle Lochnagaru. Do tego momentu jest dreptanina przez wrzosy:

Kocioł w rzeczy samej jest piękny. Zdjęcia i relacja z poprzedniej wycieczki tu: >>LINK<

Tym razem dosyć się nam śpieszyło, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na poświęcenie mu należytej uwagi.

Jak wspomniałam główne wyzwanie to wspiąć się na płaskowyż. Delikatne wybrzuszenia munrosów stanowią po prostu jego najwyższe punkty. Że znajdujemy się w górach i to jak na Szkocję całkiem wysokich, czuć dopiero kiedy jesteśmy blisko krawędzi plateau, tak jak poniżej – placek po lewej to munro Carn a’Choire Bhoidheach. Również posiada bardzo ładny kocioł, o wiele mniej znany niż sąsiedni kocioł Lochnagaru. Poszliśmy na wzniesienie na samej krawędzi kotła, The Stuic, żeby popodziwiać widoki. 

Z The Stuic na wierzchołek naszego pierwszego munrosa był moment.

Krajobraz płaskowyżu Mounth. Jakże inny od Kintail. Nie da się znaleźć w Highlandzie dwu bardziej różniących się typów krajobrazu górskiego (pomijam Cuilliny bo one są w ogóle do niczego lokalnego niepodobne).

Podejście na kolejnego munro Carn an t-Sagairt Mor jest tak łagodne że trudno sobie wyobrazić że może być jeszcze łatwiej (a będzie…). W tle numer trzy Cairn Bannoch.

Carn an t-Sagairt Mor ma dwa wierzchołki oznaczone kopcami, z których południowy jest wyższy (na zdjęciu północny). To co najciekawsze znajduje się na zboczach: szczątki wojskowego samolotu który rozbił się z nieznanych przyczyn w 1956 roku. Fragmenty są porozrzucane na dość sporym obszerze ale parę z nich leży zaledwie kilkadziesiąt metrów na wschód od północnego wierzchołka.

Na Cairn Bannoch jest spacer, dlatego tak się zagadaliśmy że z tego odcinka prawie nie ma zdjęć.

Wierzchołek tym razem jest oczywisty, bo przykryty naturalną czapą z kamieni.

Ostatni munrosowy odcinek – na Broad Cairn – to po prostu promenada. Bardzo ciężko uwierzyć że te dwa wyprztyki w plateau są na tyle prominentne żeby mieć status munrosów. Obniżenie pomiędzy nimi ma w najniższym punkcie, o ile dobrze czytam mapę, 934 m n.p.m. Ależ różnica po zdobywanych w pocie czoła czterech munrosach Loch Mullardoch, z których każdy stanowił samodzielną, potężną górę.

Wierzchołek Broad Carn jest również ubrany w kamienną czapeczkę.

Widok z Broad Carn na Loch Muick jest niewątpliwie piękny, ale mnie fascynuje głównie rzeźba terenu, a dokładnie płaskowyże z trzech stron. Nawiasem widać (choć przy tym rozmiarze zdjęcia dojrzenie ścieżek jest problematyczne) niemal całą drogę zejściową, która najpierw schodzi na płaski teren ponad jeziorem, potem niewidocznymi od tej strony zygzakami zbiega stromo nad wodę i wreszcie kontynuuje do lasku w którym znajduje się parking.

Zaoferowano nam rzadką opcję zrobienia zdjęcia grupowego, więc skorzystaliśmy:

Poniżej Broad Cairn i plateau ze ścieżki nad jeziorem. Z dołu czuć ten ogrom i trudno uwierzyć że kiedy się po tym łazi człowiek ma wrażenie zaliczania kolejnych garbków, nie czując w ogóle wysokości.

Na końcowym odcinku spotkaliśmy dwa renifery. Nie były przesadnie płochliwe ale też nie dążyły do konfrontacji. Jeden umknął w dół zbocza:

Drugi natomiast w górę, i bardzo przebiegle się zakamuflował 😀 

Do Spittal of Glenmuick doszliśmy nieco obolali, ale nie było porównania z wycieczką nad Loch Mullardoch pomimo podobnej odległości i takiej samej liczby zdobytych munrosów. Jest to chyba najłatwiejsza wielomunrosówka jak dotąd, nawet sąsiednie cztery munrosy Glen Shee wspominam nieco ciężej. Jedyne co może zmęczyć to dystans bo podejść jest naprawdę niewiele. Polecam oczywiście w wersji z Lochnagarem, w sumie z perspektywy myślę że nie stanowiłoby różnicy gdybyśmy jednak na niego weszli. 

Mapka ASAP.



Spidean Mialach i Gleouraich

 

Nr 183, Spidean Mialach; nr 184, Gleouraich

Wymowa: spidżyn milah; glorih

Znaczenie nazwy: peak of deer; noisy hill / roaring (za MunroMagic i Walkhighlands)

Wysokość: 996m n.p.m.; 1035 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 146.; 97.

Data wejścia: 4.6.2016

Po Mullardoch potrzebowaliśmy całego dnia na regenerację po czym na pożegnanie zdecydowaliśmy że ogarniemy jeszcze te dwa munrosy nad Loch Quoich. Po poprzedniej wyrypie 12 kilometrów brzmiało to jak przebieżka.

O mały włos nie zrobilibyśmy jednak tej trasy… Tego ranka wszystko było w chmurach. Kiedy dojechaliśmy do Glen Quoich chmury te odsłaniały jedynie początkowe partie zboczy. Nie bardzo nam się chciało marnować ładne góry na taki dzień tym bardziej że i tak już mieliśmy poczucie spełnionego obowiązku. Pojeździliśmy trochę po dolinie by przed dwunastą zdecydować że się przeciera i jednak idziemy.

Jak widać na ścieżki wychodzi się prosto z szosy. Parking znajduje się trochę na lewo od butka.

Od południa Spidean Mialach i Gleouraich są dość kopiaste (charakteru nadaje im północna strona). Na Spideana wchodzi się połogim zboczem które u zarania kopuły szczytowej przechodzi w rumowisko. 

Ten etap byłby nudny gdyby nie poszerzająca się panorama w tle.

Poniżej niestety przyczyna dlaczego lato nie jest moją ulubioną porą roku w Highlandzie (tak wiem że jeszcze jest wiosna, niemniej temperatura była letnia a to o nią tu chodzi) – kiedy robi się naprawdę ciepło cała wilgoć uwięziona w mchach i wrzosach zaczyna parować i w piękny, słoneczny dzień całkowicie siada widoczność. 

Na szczycie Spidean Mialach. Oba munrosy były (wg standardów highlandzkich) dosłownie oblężone przez turystów. Najwyższy punkt w tle to Sgurr nan Conbhairean a plaskacz obok to Carn Ghluasaid.

Tu widać że północna strona odbiega charakterem od terenu którym wchodziliśmy. Na trzecim planie oba wierzchołki Gleouraicha.

Ten brudny kolor nieba pomimo rozwiania się chmur i słonecznego dnia to właśnie efekt parowania i przyczyna dla której wolę już nawet jesień:

Stoję dokładnie w tym miejscu gdzie człowiek powyżej:

Mam Sodhail i Carn Eighe w Glen Affric, najwyższe munrosy po tej stronie Great Glen, potencjalny nieziemski punkt widokowy oraz wyrypa niewiele krótsza od czwórki nad Mullardoch:

Za przełęczą pomiędzy oba munrosami jest najbardziej strome podejście na trasie. Za nim znajduje się przedwierzchołek, kolejna znacznie płytsza przełęcz oraz krótka grań na wierzchołek właściwy.

Rzut oka na Spideana:

Na szczycie Gleouraicha. Najbardziej cieszą widoki na południową grań Glen Shiel ale takiej przestrzeni nie da się zmieścić na fotografii. 

Niepokoiłam się jak będzie z zejściem tzn. czy nie zmasakruje mi kolan jako że z szczytu Gleouraicha nad brzeg jeziora jest zaledwie ok. 2,5 kilometra więc zanosiło się na strome zejście. Okazało się że absolutnie nia ma się czym stresować gdyż na dół sprowadza piękna, wyraźna, meandrująca jak szalona, myśliwska ścieżka. W stromszych miejscach – gęste zygzaki. Relaks dla nóg oraz możliwość delektowania się widokami do samego końca.

Zgodnie uznaliśmy, że powyższa wycieczka okazała się nadzwyczaj godnym zwieńczeniem wyjątkowo udanego urlopu 🙂 



The Loch Mullardoch munros

 

Nr 179, Carn nan Gobhar; nr 180, Sgurr na Lapaich; nr 181, An Riabhachan; nr 182, An Socach

Wymowa: karn nan goer; skur na lapih; an riwakan; an sokah

Znaczenie nazwy: cairn like hill of the goats; rocky peak of the bog; the streaked one; the snout (za MunroMagic)

Wysokość: 992m n.p.m.; 1150 m n.p.m.; 1129 m n.p.m.; 1069 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 152.; 24.; 29.; 67

Data wejścia: 2.6.2016

 

Następnego dnia po Skye przyszedł czas na prawdziwy quest. Wyprawę do Mordoru. Otóż tym razem postanowiliśmy porwać się na cztery odległe od cywilizacji munrosy nad leżącym w środku chyba największego szkockiego zadupia jeziorem Mullardoch a jest to autentyczna kobyła. Raz że trzydzieści kilometrów, ale da się, na Ben Avona i Beinn a’Bhuird było dłużej. Tyle że tu mamy aż cztery wcale niemałe munrosy oraz sumę podejść 1826 metrów. Plus podobno wyjątkowo nieprzyjemny powrót. Do plecaków poszło dwa razy więcej lukozady niż zwykle, na nogi najwygodniejsze skarpety, jasno jak to w czerwcu prawie do północy, prognoza niezła – lepszych warunków nie będzie. Było już za późno żeby ogarniać kwestię motorówki którą w cenie 25 funtów od osoby można się przeprawić przez jezioro by skrócić trasę o połowę. Taka opcja jednak jest: >>LINK<< i warto ją moim zdaniem rozważyć.

Ostatnim bardziej cywilizowanym miejscem przez które przejeżdżamy jest miejscowość Cannich. Potem wjeżdżamy single track road w Glen Cannich i coraz bardziej zanurzamy w górskie pustkowie.

Samochód można zostawić przy tamie nad Loch Mullardoch. Z początku idziemy drogą (nad jeziorem aktualnie coś budują i jeździ dużo ciężkiego sprzętu), by po przekroczeniu mostku na Allt Mullardoch zacząć wspinać się na ramię pierwszego munrosa. Ten początkowy kawałek po bagnie i wrzosach był dość męczący. Polepszyło się kiedy grunt wyżej zrobił się mniej zarośnięty i bardziej suchy. Munrosy po drugiej stronie jeziora należą do Glen Affric.

Carn nan Gobhar – typowa kopa, najniższy i najmniej interesujący z czwórki – po prawej:

Klimaty jak we wschodniej Glen Shee aka Glen Pancake a przecież nie jesteśmy daleko od usianego charakternymi szczytami Kintail.

Kopiec w tle, chociaż sporo większy od szczytowego, znajduje się na przedwierzchołku.

Patrząc na północ, na Strathaffar i Loch Monar: 

Kolejny munro Sgurr na Lapaich przezntuje się dużo ładniej i bardziej charakternie. Widać już pierwszą tendencję tej trasy: przełęcze między munrosami są tu głębokie że nie ma zmiłuj. To nie casus Grey Corries i trzeba popracować. Lapaich w dodatku jest całkiem stromy w wyższych partiach.

Wchodzi się ramieniem w centrum:

Na wierzchołku wiedziałam już że ta trasa faktycznie mnie poczesze.

Przełęcz i munrosy na których w kwietniu tak dramatycznie walczyliśmy z warunkami pogodowymi, Sgurr Choinnich i Sgurr a’Chaoraichean:

Południowa strona Torridonu czyli Fuar Tholl, Sgurr Ruadh i Beinn Liath Mhor:

An Riabhachan okazał się być oddzielony od Lapaicha jeszcze głębszą przełęczą. Wobec powyższego postój gastronomiczny, który mieliśmy zrobić na Lapaichu, został przeplanowany na kolejnego munrosa. Czas gonił.

Sgurr na Lapaich z partii podszczytowych An Riabhachan:

Podejście na szczyt An Riabhachan jest wyżej bardzo ładne, po dobrze zdefiniowanej trawiastej grani. Na wierzchołku dotarło do mnie że kiedy ukończymy tę trasę do zdobycia zostanie nam okrągła stówa!

Po wspomnianym postoju gastronomicznym ruszyliśmy atakować An Socacha. Ten odcinek okazał się najbardziej urozmaiconym fragmentem trasy: wijąca się grań, trochę skałek, jedno bardzo strome zejście i świadomość że tyle już przeszliśmy, zmęczenie się pogłębia a z punktu widzenia całej trasy nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie drogi.

Niebo poszarzało ale widoczność pozostała wspaniała – nie pamiętam drugiego takiego fartownego wyjazdu pod względem pogody.

Na An Socach ulżyło mi że osiągnęliśmy najdalszy punkt na trasie i odtąd będziemy się już tylko zbliżać do samochodu. Sam szczyt bardzo mi się spodobał, tworzy go pozioma stosunkowo wąska grań z kotłami po stronie wschodniej.

Zejście z początku jest bardzo przyjemne, po trawiastym ramieniu góry.

Dolny odcinek pomiędzy ramieniem a jeziorem to już inna bajka – typowe bagno, dziury, osunięcia terenu, potok w bonusie.

Sądziliśmy że niedogodności się skończą kiedy osiągniemy brzegi jeziora… nic bardziej mylnego. Plażą iść się nie dało (miękki przepadający, bo w bardziej mokrych sezonach ukryty pod wodą, grunt). Pozostała ścieżka w zboczach, jakieś dwa, może trzy metry nad kamienistą plażą. W momentach gdy była wyraźna szło się ok, ale często ginęła i należało piąć się do góry żeby znaleźć kontynuację (na co jak na co ale na pięcie się do góry to już nie miałam ochoty). Poniżej ścieżki grunt w wielu miejscach się poobsuwał i groził dalszym obsuwaniem czy wręcz urwaniem się pod nogami i upadkiem na kamcory z tym paru metrów. Tamy nie widać niemal do samego końca jeziora bo za każdym kolejnym, na pewno ostatnim ramieniem góry znajduje się następne ramię. Do tego mieliśmy już w nogach multum kilometrów a całe to zejście jest niemożebnie długie. Mariusz straszy mnie teraz że jak nabroję przegoni mnie jeszcze raz tą trasą i brzegami Loch Mullardoch.

Kiedy w końcu ukazuje się tama, za tym naprawdę ostanim górskim ramieniem, nie ma jednakowoż powodów do euforii. Ostatnie trzy kilometry to znowu bagno i przekraczanie rzeki a mamy już w nogach naprawdę kawał. Daliśmy radę bo nie było wyjścia (chyba że się położyć i umrzeć) ale tak sobie wtedy z miłością myślałam o tej motorówce, która pozwoliłaby mi tych mąk uniknąć. 

Kolejny dzień oczywiście przeznaczyliśmy na regenerację, nie dało się inaczej. Tym bardziej że na mecie w Glenelg byliśmy grubo po północy. Sama nie wiem co było większe, satysfakcja czy zmęczenie. Myślę jednak że ból nóg tej nocy przebijał oba.

Niestety w Highlandach czeka nas jeszcze kilka podobnych wyryp 😉

 

 

 

 

Sgurr a’Mhadaidh i Sgurr a’Ghreadaidh

 

 Nr 177, Sgurr a’Mhadaidh; nr 178, Sgurr a’Ghreadaidh

Wymowa: skur a wa-te; skur a grede/skur a kryty (przesłuchiwałam obie nazwy na MunroMagic i Walkhighalnds i wciąż nie jestem pewna jak je zapisać fonetycznie – o ile spółgłosek jestem mniej więcej pewna to samogłoski brzmią jak coś czego w języku polskim nie ma)

Znaczenie nazwy: rocky peak of the fox; rocky peak of the torment (za MunroMagic)

Wysokość: 918 m n.p.m.; 973 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 277.; 185.

Data wejścia: 1.6.2016

 

Kolejne wyjście udało się zrobić w Cuilinach. Najtrudniejszego – In Pinna – zostawiamy sobie na koniec, planujemy też zrobić go za jednym razem ze Sgurr Mhic Choinnich, czyli jeśli plan się powiedzie oznacza to że przed nami jeszcze tylko jedna munrosowa wycieczka na Skye.

Jak to w Cuilinach, wypad był krótki bo dużo podchodzenia tu nie ma. Te dwa munrosy drogą turystyczną atakuje się od zachodu z Coire a’Ghreadaidh. Start z hostelu w Glen Brittle.

Na tym zdjęciu widać praktycznie całą trasę. Połogie zbocza z dobrą ścieżką, potem coraz bardziej stromiejący kocioł – większość podchodzenia kotłem to piargi, skały dopiero na końcówce.

Trasa turystyczna wyprowadza na wąską przełęcz An Dorus. Wszystkie opisy podkreślały że jedyną trudnością będzie wyjście z tej przełęczy w obu kierunkach. Walkhighlands sugerowało też że może być potrzebna lina – no to ją zabraliśmy, żeby mieć gwarancję że jakiekolwiek trudności by nie wystąpiły, na 100% zrobimy te munrosy.

An Dorus

Do przełęczy jest niesamowita kruszyzna. Polecam tu założyć kask jeśli ktoś idzie przed nami, bo i telewizory i mniejsze kamienie tam latają.

Na przełęczy okazało się że z wyjściem z niej na Sguirr a’Mhadaidh problemu nie będzie, ot prosty scrambling. Druga strona wyglądała trudniej. Para, którą sfotografowaliśmy, nie miała żadnych problemów, poza momentem zastanowienia w środkowej części kominka.

An Dorus

An Dorus

An Dorus

Póki co mieliśmy jednak wejść na Sgurr a’Mhadaidh. Z bliska kopuła szczytowa wyglądała jak… kupa kamieni. Większość ludzi trawersowała na różne sposoby od strony Coire a’Ghreadaidh. 

Wejście na szczyt z przełęczy to może kwadrans. Po Sgurr na Banachdich jest to chyba najłatwiejszy munros na Skye.

Najlepsze zdjęcie wierzchołka jakie mamy (co prawda dopiero się na niego gramolę):

Tak prezentuje się za to Sgurr a’Ghreadaidh. Widać że faktycznie wyjście z An Dorusa będzie chyba jedynym problematycznym miejscem:

Poniżej munro który jak dotąd dał mi popalić najbardziej, czyli Sgurr Dubh Mor. Na żadnym innym szczycie Cuillinów nie umęczyłam się tak fizycznie i psychicznie.

Zeszliśmy na przełęcz i zdecydowałam że jednak chcę być zaasekurowana liną. To że jestem tchórzem i już dawno rozwiały się moje iluzje o rozwinięciu się do poziomu jeśli nie wspinacza to przynajmniej kompetentnego scramblera, to jedno. Jestem z tym pogodzona. Czytelnikowi należy się jednak słowo wyjaśnienia.

Wyjście z przełęczy prezentowanym wcześniej kominkiem naprawdę nie jest trudne technicznie. W połowie wysokości jest jeden niezręczny moment (problematyczny raczej w zejściu) ale dla doświadczonego tatrzańskiego turysty nie powinien to być wielki problem (choć w Tatrach wisiał by tam sobie zapewne łańcuch i załatwieł sprawę). Wchodziłam i schodziłam na żywca trudniejszymi wariantami. Natomiast typowy scenariusz byłby w tym momencie taki: Mariusz wchodzi przede mną, zapewne podaje mi rękę, ja zapewne mam problem z psychą na tym trudniejszym momencie, prawdopodobnie irytujemy się na siebie, możliwe że któreś podnosi głos. W zejściu on ustawia mi nogi a reszta jak wyżej. Słaba atmosfera i widowisko dla turystów na grani Sgurr a’Mhadaidh. Powiem szczerze, to już łatwiej było wyjąć tę linę, poświęcić 10 minut na założenie stanowiska i pozwolić mi po prostu wejść i zejść. Bo przyasekurowana problemu z żadną z tych czynności nie miałam. 

Sgurr a’Mhadaidh, który trochę niesprawiedliwie nazwałam kupą kamieni, a który z każdej innej strony wcale nie jest taki łatwey do zdobycia:

Szczelina Eag Dubh. Opada z grani nieco powyżej An Dorusa i po inspekcji stwierdziliśmy że mogłaby stanowić niezłą alternatywę do zejścia jeśli ktoś chce go ominąć, ponieważ jej wylot znajduje się już na piargach w kotle. Niżej będzie zdjęcie od drugiej strony.

Eag Dubh

Eag Dubh

Przez Eag Dubh nie trzeba skakać, omija się ją bez problemu. 

Grań na Sgurr a’Ghreadaidh jest do samych partii szczytowych szeroka, połoga i nigdzie nie ma lufy. Są momenty scramblingu ale prostego, oczywiście zależnie od tego jak kto pójdzie.

The Wart czyli Brodawkę omija się bezproblemowo po prawej stronie.

Za Brodawką otwiera się wreszcie grań szczytowa.

Kawałek za wierzchołkiem znajduje się najwęższy kawałek grani na całych Wyspach (okazało się że nie mamy niestety żadnego zdjęcia) – rodzaj atrakcji która zupełnie ale to zupełnie mnie nie kusi. Wejście na szczyt mnie usatysfakcjonowało dostatecznie 😉

Ten po lewej to Sgurr Mhic Choinnich, jedyny obok In Pinna który nam pozostał na Skye.

Sgurr Mhic Choinnich i Sgurr Alasdair

Hostel w Glen Brittle i gdzieś tam nasz samochód:

Zeszliśmy tą samą drogą gdyż alternatywą było ciśnięcie granią na Sgurr na Banachdich.

Eag Dubh z zejścia, żeby pokazać iż faktycznie dałoby się nią i wejść i zejść. Nie mówię że polecam ale dobrze wiedzieć jakie są alternatywy.

Oraz tradycyjna kąpiel w potoku. Tym razem chętnych było więcej choć nie zmieścili się w kadrze.

Trasa liczy sobie 7,5 kilometra w obie strony chociaż łażenie po piargach, zwłaszcza schodzenie, daje w kość niewspółmiernie do jej długości.

 

 

 

Carn Ghluasaid, Sgurr nan Cobhairean i Sail Chaorainn

 

Nr 174, Carn Ghluasaid; nr 175, Sgurr nan Conbhairean; nr 176, Sail Chaorainn

Wymowa: karn kluaszid; skur nan koniweyren; sal kuu-ran

Znaczenie nazwy: cairn like hill of movement; rocky peak of the hound keeper; rounded hill of the rowan tree (za MunroMagic)

Wysokość: 957 m n.p.m.; 1109 m n.p.m.; 1002 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 203.; 44.;

Data wejścia: 30.5.2016

 

Na te trzy munrosy idzie się z Glen Shiel, z miejsca zwanego Lundie. Nie wiem czym to Lundie miało by być bo na pewno nie miejscowością – żadnych budynków tam nie ma. Jest za to spory parking.

Muszę się do czegoś przyznać: do tej pory byłam święcie przekonana że munrosy Glen Shiel kończą się na masywie A’Chralaig i Mullach Fraoch-coire (choć przecież byłam na obu tych szczytach i widziałam jak okolica wygląda). Jakoś kompletnie ominął mnie fakt istnienia w tej dolinie kolejnych trzech munrosów. Trochę usprawiedliwia mnie to że kiedy wjeżdżamy do Glen Shiel efektownie po tej stronie drogi zaczyna się robić kiedy pojawia się Brothers Ridge, przedtem widać tylko jakieś połogie zbocza. Tak czy inaczej, być w okolicy tyle razy i wykazać się taką ignorancją, to jest wyczyn 😛

Kiedy zaczynaliśmy nie było zbyt efektownie, wszędzie chmury. Zgodnie z prognozami miały się podnieść więc mogliśmy jedynie mieć nadzieję że nastąpi to zanim osiągniemy szczyty munrosów.

Na Carn Ghluasaid wchodzi się niezłą ścieżką, z początku łagodnie (przechodzi się koło masztu telefonii komórkowej więc to jedno z nielicznych miejsc w okolicy gdzie nie ma problemu z zasięgiem), potem teren stromieje. Na tym etapie widoków nie mieliśmy prawie żadnych.

Loch Cluanie:

Sam Carn Ghluasaid za wiele charakteru nie ma. Wierzchołek jest po prostu kulminacją płaskowyżu, dobrze chociaż że położoną tuż na krawędzi kotła – gdyby nie kotły ten munros byłby po prostu kopą. Jak widać, cały czas nie mieliśmy widoczności acz było widać że wastwa chmur jest cienka, miejscami prześwitywało niebieskie niebo i ogólnie wydawało się jest nadzieja.

Nie pamiętam czy to moje drugie czy trzecie górskie widmo Brockenu (samolotowych nie liczę):

Na Sgurr nan Conbhairean idzie się z początku po płaskim, dopiero na finisz teren znacznie się spiętrza. W związku z czym trochę nie rozumiem jakim cudem Carn Ghluasaid załapał się na munrosa – przełęcz pomiędzy nimi jest wyjątkowo płytka.

Na etapie podchodzenia mieliśmy jeszcze chmury, ale coś tam się odsłaniało. W pewnym moemncie odsłoniło się pole snieżne pod wierzchołkiem Sgurr nan Conbhairean i aż mnie zmroziło jak niesamowicie wysoko zdawało się ono być, dużo wyżej niż się spodziewałam. Różnica wysokości pomiędzy munrosami to 152 metry więc faktycznie trochę wspiąć się trzeba.

Wierzchołek Sgurr nan Conbhairean okazał się zaskakująco nieobszerny, z ładnymi kotłami z obu stron (fakt że można się było tego domyśleć z samej nazwy, „sgurr” oznacza górę nie będącą kopą) – milion razy więcej charakteru niż Carn Ghluasaid. Wreszcie pojawiły się widoki, choć chmur jak widać wciąż trochę było, głównie niestety nad kolejnym munrosem toteż nie mam dobrego zdjęcia ilustrującego dalszą drogę.

Sail Chaorainn jest przed nami we mgle:

Ramię którym mieliśmy wracać do Glen Shiel:

Taki góra trzyosobowy (chociaż to pewnie zależy od gabarytów) schron znajduje się nieco poniżej wierzchołka:

Ta dolina na mapie figuruje jako kocioł: Coire Sgreumh. 

Ze szczytu obniżamy się łagodnym ramieniem, potem nieco ostrzej ale bez wielkiej stromizny na przełęcz, skąd na Sail Chaorainn jest dosłownie spacer.

Różnica wysokości pomiędzy drugim a trzecim munrosem to 107 metrów na korzyść drugiego. Uwaga: za ostatnim munrosem znajduje się kolejne wzniesienie oddzielone płytką przełęczą, które wydaje się być tej samej wysokości co Sail Chaorainn. W rzeczywistości jest o 1 metr niższe. Jeśli ktoś ma energię spacer może sobie oczywiście zrobić, tym niemniej wierzchołek właściwy to ten wcześniejszy.

A’Chralaig i Mullach Fraoch-choire, bardzo piękna trasa:

Jak widać, wracając nie trzeba ponownie wchodzić na Sgurr nan Conbhairean, szczyt można strawersować chociaż trawers wypada i tak sporo powyżej wierzchołka Sail Chaorainn więc włażenia pod górę się nie uniknie:

Na drugim planie początek Brothers Ridge, dalej południowa grań Glen Shiel z charakterystycznymi sylwetkami masywów The Saddle oraz Sgurr na Sgine – ten ostatni z ramieniem kulminującym w szczyciku Faochag, schodzenie z którego było katorgą a wchodzenia nawet nie chcę sobie wyobrażać 😛

Ścieżka zejściowa, na pzredostatnim planie munrosy Glen Quoich które też wystąpią w relacjach z tego urlopu.

Im niżej schodzimy tym bardziej Sgurr nan Conbhairean traci swoje śmiałe linie i zaczyna wyglądać jak kopa. Co trochę usprawiedliwia moją ignorancję opisaną na początku 😉

Pod koniec można zdecydować – iść ścieżką biegnącą zboczami ponad szosą czy też samą szosą. Zdecydowaliśmy się na to ostatnie. Wg Where’s the path odległość odcinka po szocie to dwa i ćwierć kilometra więc jesli nie jest się w zimowych scarpach można się porywać 😉

Trasa liczy sobie tyle samo co poprzednia: 17 km. Tyle że tym razem zaliczamy trzy munrosy. Swoją drogą dwa z nich są na tyle łagodne że jest to relatywnie mało forsowna trójmunrosówka. 

Mapka z Walkhighlands:

 

Beinn Fhada

 

Nr 173, Beinn Fhada

Wymowa: bin fada

Znaczenie nazwy: long hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1032 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 100.

Data wejścia: 29.5.2016

 

Na tegoroczny (pierwszy z dwóch) highlandzki urlop wybraliśmy się znowu w Kintail a konkretnie na półwysep Glenelg, niezłą bazę wypadową w rejon Glen Shiel a nawet na Skye. Wadą tej lokalizacji była konieczność przejeżdżania przez przełęcz Mam Ratagan za każdym razem kiedy chcieliśmy się wydostać z Glenelg (wyjątkiem był wypad na Skye kiedy popłynęliśmy promem). Nie da się jednak zaprzeczyć że widok z przełęczy jest spektakularny. Na zdjęciu po lewej jest A’ Ghlasbheinn, dalej fragment Beinn Fhady (konkretnie Hunter’s Ridge) a na bliższym planie początek grani Pięciu Sióstr Glen Shiel.

Na Beinn Fhadę wchodziliśmy częściowo znaną nam drogą przez Gleann Choinneachain, którą rok wcześniej wracaliśmy z A’Ghlas-bheinna. Start jak poprzednio z miejscowości Morvich. 

Poniżej Bealach an Sgairne, przełęcz pomiędzy A’Ghlas-bheinnem a masywem Beinn Fhady. Całkiem niedaleko od tego miejsca ścieżki rozdzielają się i zaczynamy się piąć zboczami w kierunku szczytowego plateau.

Ścieżka jest wyraźna, wije się przyjaznymi zygzakami, żadnych bagien – jak na Highland to są prawdziwe luksusy.

Hunter’s Ridge jest najciekawszym elementem masywu, który poza tym bardziej by pasował w Cairngormsach niż w Kintail, gdzie góry są strzeliste i mają zdefiniowane granie. Mieliśmy nim schodzić ale spasowałam. Nie czułam się podczas tego wyjazdu nastawiona na żadne, nawet stosunkowo niewielkie przygody czy wyzwania (będzie to widoczne także w notce ze Skye). 

Pogoda była najsłabsza właśnie tego dnia. Przez resztę wyjazdu już nie mieliśmy już powodów do narzekań.

Tu dobrze widać „cairngormskość” Beinn Fhady. To na swój sposób imponujący masyw ale oglądany z innych gór w rejonie po prostu ginie, nie będąc ani najwyższym ani nie dysponując kształtem rozpoznawalnym z daleka.

Widoki ze szczytu (położonego w południowo-wschodniej części masywu) także nieco tracą jako że na pierwszym planie w każdym kierunku wyjąwszy Glen Affric, widzi się przede wszystkim kawał płaskowyżu. 

Droga do Hunter’s Ridge:

Fragment grani sióstr z bardzo charakterystycznym Beinn Sgritheall na ostatnim planie. Nie mam pojęcia jakim cudem ta góra praktycznie z każdego miejsca wygląda na tak wysoką mając zaledwie 974m n.p.m. – ok, wyrasta dosłownie z morza ale wszystkie okoliczne munrosy są blisko morza, większość ma powyżej 1000m a to Beinn Sgritheall robi wrażenie giganta. Ot zagadka.

Poniżej Mullach Fraochchoire i A’Chralaig zaś pomiędzy nimi czubek Sgurr nan Conbhairean, o którym jeszcze nie wiedziałam że wejdę na niego kolejngo dnia.

Jako że zrezygnowaliśmy z Hunter’s Ridge powrót wypadł tą samą drogą a zatem bez przygód. Beinn Fhada zdobyta w ten sposób okazała się dobra na rozruch – 17km po dobrej ścieżce, w sporej części w nieznacznym nachyleniu, pozwoliło się rozgrzać przed kolejnym nieco konkretniejszym dniem.

 

 


The Grey Corries

 

 Nr 170, Stob Choire Claurigh ; 171, Stob Choire an Laoigh; 172, Sgurr Choinnich Mor

Wymowa: stob kori klori; stob kori an lauh; skur konih mor

Znaczenie nazwy:  peak of corrie of brawling; peak of the corrie of the calf; big rocky peak of the moss (za MunroMagic)

Wysokość:  1177 m n.p.m.; 1116 m n.p.m.; 1094 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów:  15 .; 38.; 52.

Data wejścia: 14.5.16

 

The Grey Corries to klasyka, jedna z najbardziej znanych i popularnych tras w Szkocji. Raz ze wzgędu na swoją urodę, dwa centralne położenie oraz generalnie umiejscowienie w rejonie bardzo „outdoorowym”, jako że należą do Nevis Range – graniami da się przejść na sam czubek Benny’ego. Odkładaliśmy tę turę świadomie, ponieważ od jakiegoś czasu celujemy w trasy dalsze i często mniej oczywiste pod względem atrakcyjności. Większość klasyki obskoczyliśmy na samym początku przygody z munrobaggingiem i pozostałe resztki trzeba teraz dozować, żeby nie pozostały nam w końcu same smutne kapusty. Odpychało też to iż pan McNeish, któremu do pewnego momentu ufaliśmy bez zastrzeżeń, polecał tę trasę jako czteromunrosową a to jednak spory wysiłek. Obecnie korzystamy raczej z sugestii na Walkhighlands (przy całej sympatii dla McNeisha do którego mam wielki sentyment), a tam opcje często są jak na nasz gust rozsądniejsze. Tak było i tym razem: Walkhighlands sugeruje żeby położonego na uboczu Stob Bana zostawić na oddzielną wycieczkę. Mieliśmy zatem zrobić trzy munrosy na odcinku 21,5 km, co nie jest jakimś ekstremum.

Ze Spean Bridge należy skręcić na Corriechoille. Mały parking (bardziej zatoczka) znajduje się niecały kilometr za zabudowaniami farmy. Przechodzimy przez plantację iglaków a kiedy ta się kończy, jest to znak że można zacząć się wspinać na ramię góry wzdłuż którego (mając je po prawej stronie) cały czas szliśmy. Ścieżki nie ma ale przy widoczności nie powinno być żadnych problemów nawigacyjnych.

Tym oto ramieniem będziemy się teraz żmudnie wspinać na pierwszego munrosa, mając za plecami widok na Glean Spean, Great Glen, grupę Meall na Teanga i całe mnóstwo szczytów zachodniego Highlandu.

Udręka kończy się w momencie kiedy osiągamy garbik Stob Coire Gaibhre, gdzie zaczyna się grań. Pierwszy widok na Grey Corries robi wrażenie – nagle roztacza się przed nami stado szczytów połączonych graniami, a wszystkie wydają się być na wyciągnięcie ręki.

Z tego miejsca na Stob Choire Claurigh wchodzi się szybko (mnie sceneria tak oszołomiła że wrzuciłam drugi bieg). Na zdjęciu munros to ten w głębi. 

Grey Corries, podobnie jak sąsiednie Mamores, to góry klasyczne – takie jak mógłby narysować przedszkolak. Trójkątne, z uczciwymi spadami z obu stron. Szczyty są tu raczej nieobszerne, granie dobrze zdefiniowane i miejscami wąskie – owszem, to nie Tatry wysokie z ich skałami i lufą ale zdecydowanie mountains, nie hills czy gables. 

Podobnie jak w Mamoresach, jak się już wejdzie na grań to można trzaskać szczytów ile dusza zapragnie 😉 Pomiędzy pierwszym a ostanim munrosem jest ich dokładnie siedem. A można kontynuować w obie strony.

Na Claurighu:

Nawiasem Grey Corries to zdecydowanie płeć żeńska. Ben Nevis i Aonachs z ich byczą kubaturą i topornymi kształtami to faceci, Corriesy za to mają eleganckie i rasowe linie:

Trochę nam zajęło uświadomienie sobie że czwarty grejkorisowy munros, Stob Ban, to to małe po prawej (jest dokładnie 200 m niższy od Claurigha). Mimo niskorosłości wyglądał na ładną górę przypominającą położonego w Mamoresach uroczego kurdupla Binnein Beag.

Widok na Stob Choire an Laoigh z Aonach Beag i bonusowym wierzchołkiem Ben Nevisa z widoczną kopułką Great Tower.

Klasyczny kadr (to się kiedyś urwie. Kwestia czy z turystą).

Marsz granią jest tak luźny że na drugim munrosie jeszcze w ogóle nie czuliśmy zmęczenia. W tle numer trzy, Sgur Choinnich Mor. Najniższy z trójki, przezentował się najkształtniej (a żaden z celów tego dnia plaskaczem nie był).

Tu na zbliżeniu, z Devil’s Ridge oraz Sgurr a’Mhaim na drugim planie (część mamoresowego Ring of Steall który przeszliśmy), oraz Beinn a’Bheithir planie ostatnim (Glencoe. Również zaliczone).

Za drugim munro przechodzimy przez przedostatnie wzniesienie trasy, Stob Coire Easain. Schodzi się z niego dla odmiany po rumowisku, całym błyszczącym od miki. Nie mam zacięcia geologicznego ale niektóre skały wydawały się bardzo ciekawe.

Z przełęczy na munrosa jest z początku ostrzej, potem bardziej horyzontalnie, ale generalnie moment.

Sgurr Choinnich Mor nie zawiódł. To faktycznie najładniejsza góra w grupie. Szczyt i granie podszczytowe są nieobszerne, śmiało zarysowane, powietrzne – ok, brak faktycznej lufy ale jest poczucie przestrzeni, wspaniała odmiana po tutejszych płaskowyżach. 

Na wierzchołku spędziliśmy najwięcej czasu. Kompletnie nie chciało się schodzić. Mogłabym tam zamieszkać.

No ale zejść trzeba było. Na początku wdrapać się znów na Stob Coire Easain a potem już bezpośrednio z niego, ramieniem w dół.

Trasa robi się nieco skomplikowana na dole, kiedy zejdziemy wreszcie do lasu (my na tym etapie mieliśmy już nogi zmasakrowane zimowymi butami – na kolejną wycieczkę wjadą już letnie). Jest to teren robót leśnych więc krzyżuje się tam sporo dróg. Mam nadzieję że mapka wyjaśni sprawę. Wrzucę ją jutro.

Trasa dorównała swej reputacji. Grey Corries powinny być IMO punktem obowiązkowym każdego górołaza w Szkocji. Bardzo udana wycieczka, o czym świadczy fakt że miałam prawdziwą wenę podczas pisania tej notki, a zazwyczaj miewam tak tylko w przypadku jakichś przygód na trasie. Tym razem było „nudno”, a i tak siadłam do klawiatury z wielką przyjemnością.

 



Sgurr Choinnich i Sgurr a’Chaoraichean

 

Nr 168, Sgurr Choinnich; nr 169, Sgurr a’Chaorachain

Wymowa: skur konih; skur a korahen

Znaczenie nazwy: rocky peak of the moss; rocky peak of the rowan tree (za MunroMagic)

Wysokość: 999 m n.p.m.; 1053 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 139.; 78.

Data wejścia: 30.4.16

 

Na Sgurr Choinnich i Sgurr a’Chaorachain idzie się z Glen Carron. Parking znajduje się (jadąc od strony Inverness) parę kilometrów przed stacyjką kolejową w Achnashellach (po lewej stronie drogi stoi charakterystyczny biały domek). Należy przekroczyć tory kolejowe a dalej już idzie się drogą jezdną.

Wrażenie robi skalna wschodnia ściana korbeta Sgurr nan Ceannaichean. Korbet ów jeszcze parę lat temu znajdował się na liście munrosów, dopóki dokladniejsze pomiary nie ujawniły, że brakuje mu jednego metra. Kiedyś powiedziałabym, że mimo to warto go odwiedzić, dziś kiedy uświadomiłam sobie jak ciężkim zadaniem jest zebranie wszystkich munrosów (pracując do 60h w tygodniu, mając jakieś życie towarzyskie oraz chcąc jednak podróżować także za granicę), powiem że dobrze, że lista się skróciła 😉

Do munrosów docelowych dochodzi się dopiero po siedmiu kilometrach. Ta grupa górska położona nad Loch Monar jest jedną z trudniej dostępnych ze względu na odleglość od dróg. Mieliśmy tego próbkę rok temu na sąsiednich szczytach >>LINK<<

Jak widać zima, która w tym roku już zdążyła sobie pójść, wróciła i to spektakularnie. Sgurr Choinnich jest po prawej. Po przekroczeniu potoku wątła ścieżka wyprowadza na przełęcz skąd startuje ramię góry. Teren był potwornie mokry a ścieżką plynął wręcz strumyczek.

Przełęcz i ramię Sgurr Choinnich. Na przełęczy zaczęło wiać, dużo mocniej niż zapowiadały prognozy. Zaczęłam przeczuwać że ta wycieczka to jednak nie będzie piknik w parku.

Ramię którym wchodzimy. Stromizna jest większa niż wydaje się z odległości. Tu wiatr zaczął już naprawdę pokazywać co potrafi. Nie było to jeszcze absolutne ekstremum takie jak parę lat temu przeżyliśmy na Conivalu i Ben More Assyncie, ale momentami niewiele brakowało. Podmuchy ciskały też w twarz drobnym gradem – bez gogli musielibyśmy chyba się wycofać. Ogólnie rzecz biorąc na tym obiektywnie nietrudnym odcinku pomiędzy przełęczą a wierzchołkiem musieliśmy stoczyć całkiem konkretną walkę.

Nasze munrosy z linka, Lurg Mhor i Bidein a’Choire Sheasgaich. „Cheescake” pośród okolicznych gór prezentuje się jak mini-mini Matterhorn 😀 Poprzednim razem zdobywaliśmy go bez widoczności ale pod koniec byla ciężka robota ze względu na stromiznę – to już teraz wiem dlaczego.

Wiatr tak mnie dobijał, że miałam wielką ochotę zawrócić. Za każdym razem kiedy już już mialam zamiar to wykrzyczeć coś mnie powstrzymywało. 

Po pewnym czasie podjęłam decyzję że na tego pierwszego jakoś wejdę, skoro już jestem tu gdzie jestem, ale zaraz potem zawrócimy. 

Sgurr nan Ceannaichean:

Na odcinku podszczytowym wiatr hulał aż miło. Grańkę przeszliśmy w bezpiecznym oddaleniu od nawisów jakie wytworzyły się na podszczytowych zerwach. Śnieg zrobil się kopny i głęboki po kolana. Trzeba było stąd spieprzać a że w sumie na tym etapie w obie strony było mniej więcej tyle samo, uznałam że możemy równie dobrze napierać na drugiego munrosa. W pewnym momencie Mariusz stwierdził że wg GPSa szczyt już przeszliśmy. Dlatego nie ma tradycyjnego zdjęcia. Niebieska linia naszej trasy na GPSie potwierdza jednak że na wierzchołku byliśmy, zresztą ciężko byłoby przez niego nie przejść. 

Zejście na przełęcz pomiędzy munrosami poszlo ekspresowo. Ponieważ tu nie wiało, mogliśmy odpocząć – głównie psychicznie. Mariusz co prawda miał także dość spory fizyczny kryzys (ja zresztą też byłam już zmęczona) ale nie było opcji awaryjnego zejścia – alternatywą były albo opadające z przełęczy skały albo pustkowie nad Loch Monar z którego do cywilizacji mielibyśmy minimum trzydzieści parę kilometrów. Trzeba było cisnąć.

Na Sgurr a’Chaorachain wyprowadza szeroka acz dobrze zdefiniowana grań. Wiatr na tym etapie zelżał – pojedyncze silne podmuchy nadal się zdarzały ale byla to już inna liga – śnieg był momentami po uda, widoczność zero. Na szczęście na szczyt biegły ślady które ułatwiły nam życie, wskazując którędy lawirować między skałkami jak najmniejszym kosztem energetycznym.

Tym razem wierzchołek był oczywisty: z rozleglych przestrzeni kopuły szczytowej wystawal jedynie w dwóch trzecich zasypany kamienny schron.

Bez GPSa byłoby dużo ciężej i ryzykowniej.

Schodziliśmy na północ ramieniem munrosa, z początku po dość płaskim, potem już znacznie stromiejącym terenie. Widok na przełęcz:

Zejście po stromiźnie w miękkim śniegu wymagało sporo ostrożności toteż ciągnęło się jak smród za pielgrzymką. 

Na szczęście mieliśmy spektakularne widoki na masywy Torridonu: poniżej Liathach.

Beinn Eighe:

Oraz Slioch:

Kiedy w końcu udalo się zejść do drogi, miałam ochotę całować grunt.

Siedem kilometrów powrotu poszło sprawnie jako że nie trzeba już było uważać na każdy krok. Zaczynam mieć na poważnie dość śniegu. Przezimowałam się górsko. Na osłodę mieliśmy też widok na Coulin (nie mylić z Cullinami) Hills, to jest Fuar Tholl, Sgurr Ruadh oraz Beinn Liath Mhor:

Wycieczka była… konkretna. Ze względu na warunki zdecydowanie nie był to spacer. Zapewne ktoś kto szedł tamtędy w słoneczny letni dzień miałby diametralnie różne odczucia ale nas natura naprawdę sponiewierala. 

Calość to 20 km.

 

 

Stob Coir’an Albannaich i Meall nan Eun

 

 Nr 166, Stob Coir’an Albannaich; nr 167, Meall nan Eun

Wymowa: stob koran alpa-na; mil nan ain

Znaczenie nazwy: peak of the scotsman’s corrie; hill of the bird (za MunroMagic)

Wysokość: 1044 m n.p.m.; 928 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 90.; 254.

Niżej opisaną wycieczką zakończyliśmy zdobywanie munrosów Glen Etive. Do samej doliny się wróci bo jest wybitnie biwakowa oraz stanowi imponujący matecznik rododendronów 😉

Start z tego samego parkingu co na Ben Starava oraz Glas Bheinn Mhor, początek trasy również zbieżny. Za każdym razem atrakcją jest przekraczanie mostu nad bardzo przejrzystą i bardzo głęboką rzeką gdzie można na poważnie nurkować (widzieliśmy).

Poniżej Glas Bheinn Mhor i grań w kierunku Ben Starava, nasz pierwszy munros leży po lewej stronie, nie jest widoczny z drogi chyba że liczyć ramię góry na pierwszym planie. 

W dolinie jest ścieżka ale ukształtowanie terenu i tak prowadzi samo. Łagodnie wspinamy się na przełęcz pomiędzy Stob Coir’an Albannaich a Glas Bheinn Mhor.

Z przełęczy wierzchołka munrosa nadal nie widać, otwiera się za to widok na Rannoch Wall i grupę Ben Lui (zdjęć nie daję bo akurat w tamtej stronie padało). Początkowe podejście z siodła przełęczy jest w miarę strome, aż osiągamy relatywne wypłaszczenie z którego widać finałowe podejście oraz szczyt. Z tej perspektywy szału raczej nie robi:

Glas Bheinn Mhor ze Staravem wyglądają za to dość monumentalnie, spokojnie dałyby radę w Tatrach Zachodnich:

Wchodząc wyżej możemy w końcu popodziwiać eleganckie linie masywu Cruachana, moim zdaniem jednej z najpiękniejszych gór Szkocji choć nie mam do niej osobistego sentymentu.

Wierzchołek Stob Coir’an Albannaich pozytywnie rozczarowuje: jest nieduży a od północy opadają ładne zerwy. Na tym etapie bylismy przekonani że Meall nan Eun to góra w cieniu na ostatnim planie i morale nam siadło. Okazało się jednakowoż że Eun to kopa na planie drugim a „ciemna góra” to zdeptany już przez nas munro Stob Gabhar, do którego należałoby zejść w położoną niemal na poziomie morza dolinę.

Najpiękniej prezentowało się Glencoe z moim ukochanym Bideanem nam Bian:

A także góra, której przedstawiać nie trzeba.

Wierzchołek Stob Coir’an Albannaich z perspektywy zejścia ma całkiem przyjemne i niekapuściane linie. Stwierdziłam że to ładna góra, nawet jeśli nie stanowi wyzwania nie jest jednakowoż nudnym plackiem.

Glencoe od zadu strony:

Ze szczytu obniżamy się nieco by za chwilę zacząć wspinać na poślednie wzniesienie pomiędzy munrosami. Na tym etapie wciąż byliśmy przekoani że nasz cel to góra która finalnie okazała się Stob Gabharem, więc nastroje były zdeterminowane acz mocno fatalistyczne ;P

Kiedy w pewnym momencie uświadomiliśmy sobie że munros jest tuż tuż, uldze nie było końca.

Szczytowe:

Jak widać wierzchołek Meall nan Eun jest z tych obszerniejszych, AKA jak to mój brat raczył określić, bulwiacz.

Zejście było tyleż proste nawigacyjnie co męczące: brakiem ewidentnej ścieżki, mokrością, na początku nachyleniem itd. Highlandzka klasyka 🙂

Dokończenie Glen Etive powoduje że liczba munrosów blisko domu skurczyła się jeszcze bardziej i teraz przeważająca większość tych niezrobionych to już konkretne wyprawy, w każdym razie pod względem odległości.

 

Mapka jak znajdę czas.