An Sgarsoch i Carn an Fhidhleir

Nr 241, An Sgarsoch; nr 242, Carn an Fhidhleir (Carn Ealar)

Wymowa: an skarsoh, karn an fidler

Znaczenie nazwy: place of sharp rocks; cairn-like peak of the fiddler

Wysokość: 1006 m n.p.m.; 994 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 126.; 148.

Data wejścia: 28-29.5.2020

Tak długiej przerwy w łażeniu chyba jeszcze nie mieliśmy, ponieważ od jesieni prześladował nas pech. Najpierw osobisty, czyli m.in. złamane żebro Mariusza, a potem globalny czyli pandemia i lockdown który zresztą wciąż trwa. Nosiło nas już jednak i pod koniec spędzanego w domu urlopu postanowiliśmy jednak zrobić jakąś wycieczkę.

Dwa munrosy, na które padło, są jednymi z bardziej odludnych, wznosząc się ponad Glen Geldie, szeroką doliną która od Północy oddziela je od zwartej grupy Cairngormsów. Z pozostałych stron otoczone są zaś morzem kapuścianych szczytów ciągnących się od Glen Shee po Drumochtery. Można do nich dojść na trzy sposoby: od Glen Feshie, od Glen Tilt oraz od Glen Dee. Dwie pierwsze opcje sa karkołomne przez swoją długość. Ostatnia też nie należy do krótkich (21 km w jedną stronę) ale jest jednak najkrótsza, ponadto jej większość można pokonać rowerem górskim. Nam akurat ta możliwość odpadła, bo z naszych rowerów tylko mój w tej chwili się nadaje, więc postanowiliśmy dojechać do Braema, z Braemar do Linn of Dee i stamtąd tuptać.

Nasz samochód był tego ranka jedyny, parking zamknięty (acz pełno miejsca przy drodze). Ruszyliśmy bardzo podekscytowani, pierwsza wycieczka po tak długim czasie to jest COŚ! Początek trasy był nam znany, bo szliśmy tamtędy ładnych parę lat temu z zamiarem wejścia na Devil’s Pointa i Cairn Toula (swoją drogą bardzo udany wypad). Pierwszy etap trasy to marsz wzdłuż rzeki Dee. Od samego początku nasze docelowe munrosy zamykały horyzont, ale nawet nie zrobiliśmy im zdjęcia gdyż wydawało nam się że to tylko jakieś szare kopy, zdecydopwanie za daleko żeby być naszym celem. W ogóle nie od razu zrobiło się fotogenicznie.

Po ok. pięciu km dochodzi się do Białego Mostu, gdzie można kontynuwać przez Glen Dee (w prawo), bądź tak jak my, w kierunku Glen Geldie (skręt w lewo). Można zobaczyć stamtąd fragment dalszego ciągu Glen Dee, z Cairn Toulem i kawałkiem Devil’s Pointa:

Glen Dee: fragment Devil’s Pointa oraz Cairn Toul

Stamtąd kontynuowaliśmy wzdłuż lasu, a raczej tego co z niego zostało (oprócz rzedkich modrzewi, mnóstwo powyrywanych z korzeniami pni); w kierunku Glen Geldie. Kiedy z oddali zaczyna majaczyć chatka (dawny cottage który niekiedy określa się jako Geldie Burn Bothy), wiadomo już że w niej- znaczy, dolinie – jesteśmy.

Zmierzając do chatki:

Idąc do Geldie Burn Bothy
Geldie Burn Bothy

Idąc przez Glen Geldie, docelowe munrosy mamy po lewej ręce; po prawej to zbocza Cairngormsów. Dnem doliny płynie Geldie Burn który musieliśmy przekraczać trzy czy cztery razy, co nie było wielkim problemem przy obecnym niskim stanie wody (choć raz trzeba było i tak zdjąć buty), ale wyobrażam sobie że w bardziej mokrym sezonie czy wczesną wiosną przejście przez ten potok może być po prostu niemożliwe.

To nasz już trzeci napotkany w tym rejonie wąż (raz znaleźliśmy też wylinkę) – najwyraźniej węży tam jak psów.

Poniżej natomiast An Sgarsoch oraz Carn an Fhidhleir w pełnej plaskatej krasie. Ale to i tak wcale nie są najmniej spektakularne munrosy w okolicy, co udowodnię!

Po naprawdę długim marszu ( w pewnym momencie zaczęłam opowiadać Mariuszowi nowele pozytywistyczne które olał był w szkole a ramach rozrywki), osiągamy kolejny charakterystyczny a malowniczy punkt trasy: ruiny Geldie Lodge. Na poniższym zdjęciu trochę się zlewają z tłem – trzeba ich szukać pomiędzy zieloną trawką a poziomym płatem śniegu.

Geldie Lodge z An Sgarsoch w tle

Tak wyglądają od drugiej strony (zdjęcie robione następnego dnia, stąd inne warunki):

Geldie Lodge

Z grubsza od tego momentu nie kontynuujemy dnem doliny, a zaczynamy delikatnie trawersować baaardzo pochyła zbocza pierwszego munrosa. Bierzemy azymut na niewysoką kopkę (Sgarsoch Bheag czyli Mały Sgarsoch), ponieważ ścieżka pnie się tak żeby obejść ją od zachodu (prawa ręka). I ta ścieżka na większości trasy jest, i to wyraźna.

Sgarsoch Bheag to to po prawej stronie zdjęcia, ścieżka będzie zakręcać tak by obejść go od drugiej strony:

OK, to teraz obiecany najmniej spektakularny munros czyli Król Plaskaczy. Masyw widoczny na zdjęciu to końcówka Cairngormsów. W centrum zdjęcia mamy naleśnika który ma status munro albowiem jego najwyższy punkt plasuje się na odpowiedniej wysokości. Jest to Mullach Clach a’Bhlair, na którym już mieliśmy średnią przyjemność być (znaczy wycieczka była bardzo fajna, tylko wrażenia górskie trochę niemrawe):

A kiedy jesteśmy już nieco wyżej, prezentuje się on następująco:

Widok w kierunku grupy którą zwykle określam (nieco na wyrost) jako góry Glen Shee:

Wchodzenie na An Sgarsoch nie było bynajmniej hardkowowe – włazi się łagodnym zboczem i na większości trasy jest ścieżka – ale przyznaję, że byliśmy już nieco zmęczeni oraz zaprzątało nas zagadnienie gdzie najlepiej się rozbić na noc.

Plan był taki żeby wejść na munrosa i znaleźć odpowiednie miejsce poniżej wierzchołka.

Szczyt osiągnęliśmy jeszcze w takim czasie, że nie musieliśmy w panice rozbijać namotu bo zrobi się ciemno. Maj i czerwiec w Szkocji, tym bardziej dalej na Północy, to zresztą moment kiedy o ciemność nie trzeba się specjalnie martwić (powiedziałabym, że wręcz przeciwnie).

Na wierzchołku a w zasadzie plateau szczytowym. Widoki nie należały do spektakularnych, dominował masyw Beinn a’Ghlo po sąsiedzku od południa.

Ze szczytu zaczęliśmy schodzić w kierunku doliny pomiędzy obiema munrosami, i trochę poniżej (wciąż na wysokości „munrosowej” jak mi się wydaje) znaleźliśmy wypłaszczenie które okazało się idealne pod namiot. Tu z widokiem na sąsieda Carn an Fhidhleir:

Trzeba przyznać że był to piękny wieczór.

Nie obyło się bez przygód, zanim mogliśmy się wygodnie wyłożyć w cieple śpiworów. Okazało się że zapomniałam pudełka na kontakty… Jak sobie z tym poradziliśmy? Po skorzystaniu z JetBoila do zagotowania wody na zupki, wlaliśmy do niego płyn do soczewek i posłużył jako jednokomorowe, wielkie pudło. Mam co prawda kontakty o różnej mocy, ale stwierdziłam że i tak są tylko dwa, więc lepiej poużerać się z nimi chwilę więcej niż zwykle niż po prostu wywalić.

Ranek okazał się fanastycznie słoneczny i ciepły, a soczewki udało mi się od razu założyć prawidłowo. Uznaliśmy to za dobre znaki.

Najpierw należało zejść na przełęcz pomiędzy munrosami, co robi na zdjęciu Mariusz z widokiem na, jak mi się zdaje, Beinn Dearg po lewej:

Masyw Beinn a’Ghlo oraz Carn a’Chlamainn:

Schodzenia na przełęcz, ona sama oraz włażenie na Fhidhleira normalnie musiało by być niebywale upierdliwe (typ terenu był nam dobrze – za dobrze- znany) ale w obecnym zaskakująco suchym sezonie było całkiem łatwo i przyjemnie. Element przegody wprowadził nieomijalny płat śniegu na którym można było się poślizgnąć i zacząć turlać z powrotem:

Poniżej Mariusz na wale szczytowym Fhidhleira, z Beinn a’Ghlo dominującym w tle:

Oraz zdjęcie szczytowe:

Patrzę na Zachód, w stronę Ben Nevisa, Grey Corries i Creag Meagaidh, ale nie byłam pewna co właściwie udało mi sie wypatrzeć i dlaczego zdecydowanie nie było widać Benka.

Zejście w dolinę nie należało do najprzyjemniejszych ale byłoby jeszzce gorsze w normalnych mokrych warunkach.

Przejście doliny pomiędzy munrosami zajęło chwilę, potem było tzreba się wspiąć na zbocza Sgarsoch Bheag, by dopiero po jakimś czasie osiągnąć moment kiedy poprzedniego dnia zaczęliśmy włazić na piewrszego munrosa. Przynajmniej jednak wiedzieliśmy już że od tego momentu jesteśmy na trasie którą już przeszliśmy a więc mamy bliżej niż dalej do samochodu.

Tym razem udokumentowaliśmy przeprawę przez największy z brodów:

Droga powrotna dłużyła się tak że mogłaby konkurować z wyprawą na munrosy Ben Aldera, albo na te nad Loch Mullardoch. Dodatkowo słońce po prostu szalało. Ten powrót to było dość ciężkie przedsięwzięcie, tym bardziej że nie mieliśmy wystarczającej ilości jedzenia.

Kiedy doszliśmy do samochodu (koło 19) i zobaczyliśmy że jest nienaruszony, a co więcej nie jest jedyny (parkowało ich obok chyba z sześć), radość i ulga były zupełne. W takim razie od razu dodam że nie byliśmy jedynymi łazikami na trasie: ogółem spotkaliśmy pięć osób (dwie pary i samotnika).

Trasa liczy sobie 42 km i naprawdę polecam zabrać rowery jeśli jest taka możliwość.

Moruisg

Nr 240, Moruisg

Wymowa: moruszk (z akcentem na druga sylabę)

Znaczenie nazwy: big water

Wysokość: 928 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 255.

Data wejścia: 9.10.2019

Moruisg leży po południowej stronie Glen Carron przy drodze A890, gdzie można zaparkować w zatoczce u samego początku trasy. Z początku oczywista ścieżka sprowadza z wału na wrzosowisko, prowadzi przez most i pod przejazdem kolejowym, by stopniowo stawać się coraz bardziej wątła. Poprowadzi nas jednak, czasem trochę ginąc, na sam szczyt.

Obok nas zaparkowała grupa myśliwych w swoich ubiorach w kolorze khaki. Kolejna grupka rezydowała nad rzeką, ci chyba tylko łowili. Kiedy podchodziliśmy połogim zboczem, kilkakrotnie było słychać strzały. Jesień to w Highlandzie czas deerstalkingu, przy czym są różne daty tegoż dla różnych rejonów. W bardziej cywilizowanych okolicach umieszcza się stosowne ostrzeżenia, z reguły na tablicach z mapą czy info o okolicy, ale tutaj nawet nie byłoby gdzie ani do czego takiej informacji przyczepić. Pocieszało mnie że byliśmy chyba nie najgorzej widoczni, w kurtkach czerwonawej, zielonej oraz granatowo-czerwonej, plus mój zielony plecak. Nie wiem czy za względu na nas czy z jakiegoś innego powodu myśliwi szybko się jednak zmyli (samochód odjechał) co sprawiło mi dużą ulgę – nie jest fajnie iść kiedy masz wrażenie, może nawet nie do końca mylne, że ktoś mierzy ci w plecy.

Poniżej zbocze Moruiska oraz (po prawej) korbet Sgurr nan Ceannaichean:

Zbocze wejściowe jest, jak to w Highlandzie, niemożebnie mokre. Dlatego lepiej w miarę możliwości trzymać się ścieżki, która na niektórych odcinkach jest minimalnie bardziej sucha niż reszta otoczenia. Samo włażenie jest zapewne dużo mniej żmudne kiedy ma się widoki, my niestety nie mieliśmy prawie żadnych. Nad Glen Torridon wisiały siężkie chmury, nie było widać nawet munrosów z zachodniej części Glen Carron. Po przeciwnej stronie Slioch też się chował.

Z drugiej strony, w lepszych warunkach pogodowych raczej nie zobaczylibyśmy czegoś takiego:

Kiedy osiągnęliśmy wał szczytowy po drugiej stronie coś się odsłaniało, acz niewiele. Pierswszy (wschodni) kopiec nie oznacza wierzchołka, do tego trzeba jeszcze kawałek podejść w kierunku zachodnim.

W chmurach chowa się masyw niezdobyego jeszzce pzrez nas munrosa Maoile Lunndaidh:

Zdjęcie szczytowe. Szczyt Moruisga nie należy do najbardziej charakternych. To raczej pagór, którego największym atutem jest lokalizacja.

Ze szczytu schodziliśmy w kierunku sąsiada – korbeta, Sgurr nan Ceannaichean. Korbet ten mierzy 913m n.p.m., i przez pewien czas cieszył się statusem munro (stracił go już za naszego pobytu w Szkocji, w większości naszych książek jeszcze występuje w tej roli), ale kolejny pomiar wykazał że jednak trochę mu brakuje. W sumie szkoda, bo jest to góra bardziej charakterna niż plackowaty Moruisg: w kształcie (przynajmniej od strony od której szliśmy) ściętej piramidy, z ładnym kotłem opadającym na północ do Glen Carron. Ponieważ pogoda zmieniała się błyskawicznie i – czego na zdjęciach nie widać – pieruńsko wiało i strasznie marzłam, zdecydowaliśmy że nie musimy na Sgurr nan Ceannaichean wchodzić, tzn. na zwornik z którego sprowadza ścieżka zejściowa oczywiście tak, ale niekoniecznie na sam wierzchołek.

Tu widać wspomniany kocioł. Nie jest zbyt efektowny bez śniegu, ale jeździliśmy doliną Carron wielokrotnie o różnych porach roku, i widziałam że pokryty śniegiem sprawia groźne wrażenie.

Podczas całej wycieczki towarzyszyły nam ryki jeleni (teraz mają one gody, stąd też deerstalking). Ryk jelenia brzmi mniej przeciągle niż krowy, i bardziej… Agresywnie? Dziko? Próbowaliśmy też je wypatrzeć na zboczach – w tym rajonie żyją ich olbrzymie stada – i kilka razy nam się udało. Zdjęcie poniżej jest jedynie ilustracyjne, nie zawiera jeleni 😉

Maoile Lunndaidh

Jak wspomniałm, w tym rejonie został nam jeszcze tylko jeden munros, położony po sąsiedzku Maoile Lunndaidh. Jest to dość długa trasa jak na pojedynczego munrosa (26 km), ale duża jej część to podejście/zejście doliną. Szkoda mi bedzie odhaczać ten rejon…

Faktycznie weszliśmy jedynie na zwornik, pomimo iż jak widać na wierzchołek było stamtąd blisko – rozpadało się jednak całkiem solidnie i widoczność się pogorszyła.

Zejście było znośne, dopóki teren był stromy. Kiedy zrobiło się bardziej połogo, zaczęło się to, co zwykle: bagienka, bagna, błotne dziury… Jedynym momentem roku kiedy CZASEM udaje się tego uniknąć jest lato, wtedy kiedy mamy już tradycyjny coroczny dwu- albo trzytygodniowy heatwave i przez ten czas faktycznie nie pada. Dlatego na Highland dobre buty, najlepiej z gumowym otokiem, oraz solidna impregnacja to podstawa. A kiedy jedzie się na dłuższy pobyt najlepiej mieć dwie pary treków. Nie wiem czy Szkocja jest najbardziej mokrym krajem na świecie (pewnie pierwszeństwo weźmie jakaś Indonezja czy Brazylia) ale na pewno nie ma daleko do podium.

Trasa to 12km, nasza wersja mogła mieć z 11 ponieważ nie weszliśmy na szczyt Sgurr nan Ceannaichean.

Innaccessible Pinnacle

Nr 239, Innaccessible Pinnacle (Sgur Dearg)

Wymowa: ang/ skur dierek

Znaczenie nazwy: z ang., niedostępna turnia/ red rocky peak

Wysokość: 986 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 164.

Data wejścia: 2.7.2019

Sgurr Dearg, potężna acz nietrudna do zdobycia piramida, leży w grani głównej Czarnych Cuillinów na Skye. Z jego kopuły szczytowej wyrasta skalna konstrukcja wyglądająca z różnych stron jak obelisk albo płetwa – i to jest właśnie Innaccessible Pinnacle, dla przyjaciół Inn Pinn, zmora większości munrobaggerów, albowiem żeby zaliczyć sobie munrosa trzeba na nią wleźć.

Najłatwiejsza droga idzie wschodnią granią i jest nadzwyczaj eksponowana. Baggerzy bez umiejętności wspinaczkowych wynajmują sobie przewodnika który wchodzi pierwszy, zakłada punkty oraz asekuruje podczas zjazdu (koszt za dwie osoby to średnio ok. 350 funtów). My poprosiliśmy o pomoc mojego brata, zresztą mając nadzieję że on też będzie się dobrze bawił podczas swojej pierwszej wizyty na Skye.

Noc przed wycieczką spędziliśmy w hostelu w Glen Brittle i okazało się że można pouczyć się tam zjazdów:

O poranku warunki były nieszczególne, ale wiadomo było że idziemy i że wchodzimy. W tym punkcie plan był absolutnie nieelastyczny.

Sgurr Dearg i jego zachodnie ramię oraz Window Buttress – wchodziliśmy nim (ramieniem) dokładnie centralnie:

W drodze na ramię minęliśmy niesamowity wąwóz, zaskakujące pęknięcie w powierzchni ziemi, do którego opada wodospad Eas Mor (zdjęcie z wieczora stąd różnica w oświetleniu):

Zaraz za wąwozem ścieżka rozwidla się – jej prawa odnoga wprowadza na ramię Sgurr Dearg a lewa do kotła (mieliśmy nią wracać). Tu skończył się spacarek, a rozpoczęło wreszcie podchodzenie do góry, z początku po piarżystym zboczu a później po bardziej skalistym terenie z fragmentami prostego scramblingu:

To, co miejscami się odsłaniało, zapierało dech. Na zdjęciu Sgurr Mhic Choinnich, Sgurr Thearlaich, oddzielony od niego niesławnym Great Stone Shoot Sgurr Alasdair, oraz Sgurr Sgumain. Zza przełęczy pomiędzy Mhic Choinnichem a Thearlaichem wygląda wierzchołek Sgurr Dubh Mor:

Wreszcie dotarliśmy popod Inn Pinna, który wyglądał tak jak jak na zdjęciach, tylko że… To nie było zdjęcie, tylko 3D, panorama dookoła plus chłód, wiatr i świadomość że to nie przelewki, zaraz będziem tam leźć.

Kiedy zeszliśmy do samego podnóża Inn Pinna, Paweł z Zosią zaczęli się szpeić, Mariusz dokumentował (akurat wchodził jeden zespół, a po nim drugi) a ja przyglądałam się temu co mnie czeka z różnych odległości, próbując ustalić co właściwie czuję. W pierwszej chwili była to wręcz lekka panika, albowiem początek naszego wejścia przedstawiał się tak:

Wyżej natomiast, ekspozycja oszałamiała:

Postanowiłam jednak się uspokoić i popatrzeć jak radzą sobie inni. Analizując od tej strony, wyglądało to nieco lepiej:

Obserwacja babki w białym kasku, ewidentnie nie wielkiej wspinaczki (radziła sobie, ale w kilku miejscach trochę rzeźbiła) utwierdziła mnie w przekonaniu że jakoś sobie poradzę, przynajmniej technicznie – o ile nie będę myśleć o lufie.

Drogę poprowadził Paweł:

Jako druga wchodziła Zosia, a ja tuż za nią. Mariusz zamykał team. Pomimo iż znalazłam się pomiędzy dwoma członkami ekipy, miał0 to znaczenie jedynie psychologiczne. Żadne z nich nie byłoby w stanie mi fizycznie pomóc gdybym gdzieć utknęła. Wiedziałam, że w związku z tym utknąć mi nie wolno – muszę się piąć na sam wierzchołek bo inaczej… autentycznie, nie wiem co. Nie mam pojęcia co moglibyśmy zrobić.

Początek biegł rysą i był bardzo prosty, wkrótce jednak trzeba było się przewinąć na grań. Lufa zapierała tu dech- Inn Pinn to tylko kawalątek skały na bardzo wysokiej górze, i wspinając się mamy po prawej stronie kilkaset metrów spadu w dolinę, a po lewej – pionową ścianę, gdzieś w dole półkę startową i… również spad do kotła. Żeby to ogarnąć wyobraźnią, polecami filmiki na YouTube, robione z drona. Zdjęcia z trasy nie mają szansy oddać jaka tam jest ekspozycja.

(Foto by Paweł)

Wszyscy zgodziliśmy się co do tego iż jeden moment był trudniejszy niż reszta. Widać go na zdjęciu z poprzednim zespołem. W pewnej chwili ich niebieska lina znika za głazem, i kawałek powyżej to właśnie crux całej trasy: dość gładki fragment ściany, z dobrymi chwytami ale bez oczywistych stopni. Tam się nieco przestraszyłam, ale wiedząc, że MUSZĘ iść do góry, jakoś wlazłam, w dużej mierze siłą woli.

Oprócz tego fragmentu wejście było raczej proste technicznie, a największy problem stanowiła lufa. Wchodząc, ani przez moment nie patrzyłam przez ramię, ani też między swoje stopy, chyba że to ostatnie było absolutnie konieczne.

(Foto by Paweł)
(Foto by Zosia)

Na wierzchołku ulżyło mi w stopniu niewiarygodnym, nawet czekający mnie zjazd już nie przerażał. Świadomość że weszłam na Inn Pinna i mam go z głowy – a niepewność czy i jak to zrobimy było to coś co gnębiło mnie od dawna – spowodowała że endorfiny zalały mi mózg. Nie starczyło ich jednak na to bym weszła na głaz szczytowy, jeszcze bardziej eksponowany i wyglądający jakby zaraz miał polecieć. Zdaję sobie sprawę że w ścisłym sensie oznacza to że Inn Pinna nie zdobyliśmy, ale w kategoriach munrobaggingu wejście na szczyt popod głaz wystarczy do zaliczenia munrosa. Ja w każdym razie nie mam zamiaru z nikim dyskutować na ten temat: zrobiłam dokładnie tyle ile mogłam i to musi wystarczyć, amen.

My na wierzchołku – foto by Zosia
Paweł na samiutkim szczycie – foto by Zosia

Zjazd nie okazał się ani w jednej dziesiątej tak przerażający jak się obawiałam, w dużej mierze dzięki lekcji poprzedniego wieczoru. Na górze pomógł mi Paweł, w dole asekurowała Zosia:

(Foto by Paweł)

W międzyczasie warunki pogodowe poprawiły się i Paweł z Zosią mogli po raz pierwszy w życiu podziwiać piękno Czarnych Cuillinów i wyspy Skye.

Blaven
Bruach na Frithe, Basteir Tooth, Am Basteir i Sgurr nan Gillean
Sgurr na Banachdaich, Sgurr Thormaid, Sgurr a’Ghreadaidh
An Stac, Sgurr Dubh Mor, Sgur Mhic Choinnich, Sgurr Dubh na Da Bheinn, Sgurr Thearlaich, Sgurr Alasdair

Z kopuły szczytowej Sgurr Dearga zeszliśmy fragmentem grani głównej do Bealach Coire na Banachdich, a niżej – skalistymi, a później piarżystymi zboczami, dnem kotła aż do wodospadu Eas Mor gdzie nasza ścieżka łączyła się z wejściową. Cała pętla (pętelka?) to zaledwie 8 kilometrów.

(Foto by Paweł)

Mapka z Walkhighlands: https://www.walkhighlands.co.uk/maps/map3_10sk.shtml

Beinn Mheadhoin

Nr 238, Beinn Mheadhoin

Wymowa: bejn wijan

Znaczenie nazwy: middle hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1182 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 13.

Data wejścia: 23.6.2019

Na Beinn Mheadhoin robiliśmy już dwa podejścia. Jedno nie wyszło z powodu podjęcia próby w złym momencie roku (bodajże listopadzie), a to nie jest trasa na kilka godzin jasnego dnia. Drugie nie wyszło z powodów nie mających nic wspólnego z warunkami. Tym razem oczywiście byliśmy zdeterminowani na Beinn Mheadhoina wejść.

Trasa rozpoczyna się przy początkowej stacji kolejki na Cairn Gorm. Wybiega stamtąd wiele ścieżek, my poszliśmy tą która kopułę szczytową Cairn Gorma trawersuje od prawej strony, jako że na tym munrosie już dwukrotnie byliśmy.

Wychodzimy z wyjątkowo wysokiego punktu startowego i plateau osiąga się szybko (podczas włażenia można podziwiać piękną Fiacaill Ridge dalej na wschód). Dopiero stamtąd ukazuje się Beinn Mheadhoin:

A bardziej na prawo:

Konkretną, trudną do zgubienia ściechą podążamy przez płaskowyż, żeby zaraz zacząć z niego schodzić, po czym wdrapywać się ponownie już na cel właściwy. To jest stosunkowo ambitna trasa biorąc pod uwagę iż u celu jest tylko jeden munros.

Dopiero kiedy nasza ścieżka zaczyna obniżać się stromym żlebiem, wreszcie ukazuje się Loch Avon. Zejście żlebiem (które będziemy powtarzać w drugą stronę) to moim zdaniem najładniejszy fragment trasy, a widok jeziora ujętego w ramy rzeczonego żlebu, niesamowicie fotogeniczny.

Na dole mnie osobiście zachwyciły dwie rzeczy: maleńkie złote plaże oraz imponująca ściana Shelter Stone Crag, popularny cel wspinaczkowy. Cairngormsy różnią się od Cuillinów na Skye właściwie wszystkim, ale to właśnie w tym obłych, plaskatych górach można znaleźć multum pięknych ścian i kotłów do wspinaczki.

Najpierw idziemy brzegiem Loch Avon, by z kolei przetrawersować popod Shelter Stone Crag i zacząć już właściwą wspinaczkę na Beinn Mheadhoin. Jako trzynasty munros na liście musi być niesamowicie popularnym celem, bo ścieżka jest na całej długości, na wielu odcinkach zbudowana tatrzańską modą z kamieni.

Zanim osiągniemy zbocza Beinn Mheadhoin, dochodzimy do jakby misy? Kotła? W każdym razie kolejnego wypłaszczenia, w któtym znajduje się Loch Etchachan:

Masyw w tle to sam Ben Mcdui, acz nie umiem powiedzieć czy było widać szczyt. Kopuła szczytowa Mcduia jest wielka i rozlana – jest to góra która imponuje jedynie wysokością, bo na pewno nie liniami.

Nieco lepiej przedstawia się Cairn Gorm w przeciwnym kierunku. Widać żleb zejściowy i wychodzącą z niego ścieżkę sprowadzającą nad jezioro:

Kiedy kontynuujemy na Beinn Mheadhoina, to najpierw włazimy po umiarkowanie stromym zboczu (tu ścieżka nie jest chyba ewidentna, skoro zgubiliśmy ją gadając), a potem osiągamy partie szczytowe gdzie wreszcie widzimy słynne tory – tors – tej góry. Taka formacja skalna, spotykana w Cairngormsach w wielu miejscach (i będąca najwyższym punktem również munrosa Beinn Avon) nazywa się tor i tak jak Cairngormsy swoją rzeźbą kojarzą mi się z Karkonoszami, tak czy i tam takie formacje nie są powszechne? Przypomina mi się Słonecznik, z mojej jedynej wycieczki w te góry 17 lat temu.

Oraz z bliska, ten najwyższy tor jest zarazem wierzchołkiem:

Przyznam się szczerze że weszłam i zeszłam (zwłaszcza to drugie) z pomocą Mariusza i potwierdziło się że nie lubię takich kamiennych „stosów bułek”. Zdjęcie szczytowe jednak jest:

To Mariuszowe pokazuje formację szczytową z perspektywy:

Na szczycie nie zabawiliśmy długo, ponieważ powrót wypadał tą samą drogą a chcieliśmy wrócić o normalnej godzinie – choć przyznaję, przynajmniej o ciemności nie było się potrzeba w ten jeden z najdłuższych dni w roku martwić.

Wracając okoliczności mieliśmy nieco odmienne, nawet przez moment nas zmoczyło a żleb okazał się mniej przyjemny w takich warunkach.

Na samej końcówce jednak ponownie wyszło słońce czego efektem jest zdjęcie finałowe:

Beinn Mheadhoin to munros, przy którym trzeba trochę popracować, o czym przez parę kolejnych dni przypominały mi moje łydki (serio, ranek po oboje z Mariuszem musieliśmy stanowić ucieszny widok schodząc po schodach). Ale ma ten specyficzny cairngormsowy urok którego nie podejmuję się opisać nie z lenistwa, tylko z braku umiejętności – skoro własnego faceta nie umiem przekonać, czemu Cairngormsy uważam za o milion razy bardziej spektakularne niż pozostałe wschodnie Grampiany, to tym bardziej nie przekonam potencjalnych czytelników.

Beinn a’Chleibh

Nr 237, Beinn a’Chleibh

Wymowa: ben a klew

Znaczenie nazwy: hill of the chest (za MunroMagic)

Wysokość: 916 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 281.

Data wejścia: 14.4.19

Ben a’Chleibh jest przedostatnim munro pod względem wysokości, a sytuacji nie poprawia fakt iż jest połączony przełęczą z jednym z wyższych i ładniejszych munrosów, Ben Lui, przy którym po prostu ginie. A jednak trzeba było na niego wejść jako że na Ben Lui już byliśmy. Zresztą dawno już stwierdziłam że żadna wycieczka, na żadną górę nie jest czasem zmarnowanym – choćby dlatego że widoki z każdej góry, nawet najbardziej plaskatej, są unikalne.

Start z parkingu przy drodze A85 pięć minut jazdy na północ od Tyndrum. Trasa jest popularna (sporo ludzi wchodzi tędy na oba munrosy, ja osobiście polecam Ben Lui z przeciwnej strony, od Glen Cononish) więc ścieżka jest wyraźna. Już z parkingu widać dwa z tej perspektywy mało spektakularne wzniesienia, połączone szeroką przełęczą. To kształtniejsze po lewej to Ben Lui, a oblejsze po prawej Ben a’Chleibh:

Ben a’Chleibh poniżej, oczywiście samego wierzchołka nie widać:

Zaraz za parkingiem będziemy przekraczać rzekę Lochy. Wg Walkhighlands przejście jej w bród jest raczej bezprobemowe przez większość roku, aczkolwiek po deszczach/roztopach może być niebezpieczne. My nie mieliśmy kłopotów, udało się nam nawet nie przemoczyć butów.

Za rzeką przechodzimy tunelem pod torami kolejowymi (przechodzenie po torach w miejscu niedozwolonym jest w Szkocji karane wysoką grzywną), po czym ścieżka zaczyna się piąć leśno – trawiastym zboczem.

Wkrótce przecinamy szutrową drogę, i wchodzimy w las. Ten odcinek jest nieco upierdliwy – raz że błotnisty a dwa że to jest jeden z tych lokalnych lasków gdzie naprawdę przydałaby się maczeta.

Wkrótce wychodzimy na otwartą przestrzeń. Nawigacja jest oczywista: kierujemy się na przełęcz. Wreszcie zaczyna być coś widać, tzn. Glen Etive, Glencoe i podkowę Cruachana. Ta ostatnia na zdjęciu poniżej, a wzniesienie ze śniegiem na czubku, po prawej stronie zdjęcia, to Ben Starav:

Skoro okolice przełęczy widoczne były z parkingu, to musiało być i na odwrót, i faktycznie – poniżej można wypatrzeć nasz parking.

Tu w szerszym ujęciu, z Ben Staravem w tle:

Marsz na przełęcz powinien być przyjemną częścią trasy – nieduże nachylenie terenu, względnie sucho… Niestety wiatr był taki że urywał głowy. Na dole pogoda była na cienki polar, przełęcz zdobywałam zaś mając na sobie pięć warstw (koszulkę, cienką bluzę termo, polar, softshell i kurtkę) – wszystko co miałam w plecaku na czarną godzinę, plus zimowe rękawice. Mało tam nie uświrkłam.

Jak wspomniałam nachylenie terenu jest nieduże, dopiero ostatnie podejście na przełęcz jest bardziej strome:

Z przełęczy na szczyt jest już tylko kilka minut. Mimo średniego pogodowo dnia spotkaliśmy w tym rejonie mnóstwo ludzi, z których większość zdawała się zdobywać także Ben Lui.

Zdjęcie szczytowe z podkową Cruachana oraz Loch Awe:

A także Ben Lui, wyższy o ponad 200 metrów i faktycznie przytłaczający z tej perspektywy:

Powrót, rzecz jasna, ta samą drogą.

Trasa oraz cel nie były spektakularne pod żadnym względem, ale raz, że faktycznie trzeba było tę górę zdeptać; dwa, iż mieliśmy półroczną przerwę w chodzeniu. Cała tura to ok. 7.5km i zajęła nam trochę ponad cztery godziny.

Carn na Caim i A’Bhuidheanach Bheag

 Nr 235, Carn na Caim; nr 236, A’Bhuidheanach Bheag

Wymowa: karn na kejm; a wujanah weg

Znaczenie nazwy: cairn like peak of the curve; little yellow place (za MunroMagic)

Wysokość: 941 m n.p.m.; 936 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 232.; 240.

Data wejścia: 15.10.18

Kolejną trasę zrobiliśmy w Drumochterach i po ostatnich górskich przygodach było to doświadczenie dosyć szczególne. Drumochtery razem z płaskowyżem Mounth to, jak wiele razy już wspominałam, największa naleśnikownia w Highlandzie a że ostatnio wyprawialiśmy się raczej na Zachód, zdążyliśmy się odzwyczaić. 

Start z parkingu po zachodniej stronie A9, jakiś kilometr na południe od Dalwhinnie. Należy przekroczyć A9 (ostrożność wskazana, ruch jest pioruński) i po przejściu kawałka lasem kierować się „autostradą” na płaskowyż. Płaskowyż ten charakteryzuje się tym że dwa jego punkty mają (nie)szczęście sięgać powyżej 914m n.p.m. a w dodatku przewyższenie pomiędzy nimi to więcej niż 500 stóp, dlatego otrzymały status munro.



Poniżej początkowe partie podejścia z Dalwhinnie (widoczny budynek destylarni) w tle:



Kiedy osiągamy płaskowyż krajobraz robi się taki:



No Glen Shiel to to nie jest. „Grań” w kontekście tych, ekhm, gór, to pojęcie abstrakcyjne. Mimo to, jeśli wrzucić na luz i po prostu cieszyć się spacerem oraz obserwowac tundrową przyrodę, może być całkiem przyjemnie. Widzieliśmy np. multum zajęcy bielaków, które w tym momencie roku mają białe podwozia oraz łapy, a góra pozostaje brunatna.

Po drugiej stronie drogi, za wałem Drumochterów, piętrzą się o ileż bardziej charakterne szczyty grupy Aldera z przyległościami. Beinn Bheoil oraz Alder po lewej, dalej kawałek Lancet Edge:



Beinn a’Chlachair:



A w lewym górnym rogu, Geal Charn.



Poszliśmy tak jak sugerowało Walkhighlands, to znaczy po wyjściu na płaskowyż po osiągnięciu rozwidlenia dróg najpierw w lewo, na munrosa Carn a Caim. Płaskowyż nie jest rzecz jasna faktycznie płaski, roluje się w obłe wybrzuszenia, podchodzimy a to do góry a to w dół. Sam munros jest tak plaskaty że bez GPSa w słabszych warunkach pogodowych zlokalizowanie szczytu mogłoby być niemożliwe. Poniżej zaś ostatni z Drumochter Hills, jeszcze przez nas nie zdeptany Meall Chuaich. Już widać że emocje będą jak na grzybach:



Tu zaś sam wierzchołek Carn a Caim AKA Strzelistej Turni nr 1:

Na najdalszym planie Cairngormsy. I bardzo dobrze widać czemu Drumochter Pass od najdawniejszych czasów miała takie znaczenie, a i dziś przebiega przez nią główna droga na Północ oraz linia kolejowa: to jedyne miejsce gdzie takowe można było przeprowadzić, cały okoliczny teren to jeśli nie góry to takie właśnie poryte wąwozami płaskowyże, bariera dla komunikacji z użyciem pojazdów wbrew pozorom równie skuteczna, co gdyby piętrzył się tu spektakularny łańcuch górski. 



Co świetnie widać także poniżej.



Z Carn a Caim należy się wrócić do rozwidlenia, po czym zacząć zasuwać na A’Bhuidheanach Bheag. Odległość jest mniej więcej taka sama ale to podejście jest nieco żmudniejsze ze względu na większą liczbę i wysokość garbów przez które przechodzimy. 



Jak podaje Walkhighlands, jakieś 500 metrów od tego wierzchołka A’Bhuidheanach Bheag na którym stoi trianguł znajduje się kolejny o identycznej wysokości. Oczywiście przy tym ukształtowaniu terenu absolutnie nie jest to ewidentne a na tym drugim nie ma nawet kopczyka. Szukanie go można zatem pozostawić purystom jako że i tak 99,9% munrobaggerów zalicza tylko ten z triangułem (co wystarczy żeby uznać munrosa za zdobyty). Myśmy nawet nie wiedzieli o tym bliźniaczym wierzchołku więc nie było dylematu.

Powrót po własnych śladach.

Wycieczka ekscytująca nie była, ale że dzień był piękny na pewno nie będę tej eskapady wspominać źle. Choć nie są to munrosy na które planujemy kiedykolwiek wrócić.

Trasa liczy sobie 19km i udało się nam ją ogarnąć w niecałe 6 godzin (na pewno mozna szybciej).

Opis z Walkhighlands:>>LINK<<

Mapka z Walkhighlands:>>LINK<<


Tom a Choinich i Toll Creagach

Nr 233, Tom a’Choinich; nr 234, Toll Creagach

Wymowa: tom ahonih; tol kregah

Znaczenie nazwy: hill of the moss; the rocky hollow (za MunroMagic)

Wysokość: 1112 m n.p.m.; 1054 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 41.; 77.

Data wejścia: 29.9.18

Ta wycieczka miała być naszą pierwszą do Glen Affric: doliny słynącej z urody i dzikości, gdzie znajduje się aż osiem munrosów, w tym dwa najwyższe po zachodniej stronie Great Glen oraz cztery inne wyjątkowo trudno dostępne. Najłatwiejszymi są te położone w jej wschodniej części Tom a’Choinich oraz Toll Creagach, jako że trasa zaczyna się bardzo niedaleko od parkingu oraz jest dość krótka (16.5 km). Dla naszych aktualnych potrzeb, jak i na pierwszy kontakt z doliną, sprawiała wrażenie idealnej.

Nowy parking znajduje się nad brzegami Loch Bheinn a’Mheadoinn i ciężko go przegapić. Za parkingiem kierujemy się dosłownie parę kroków szosą po czym skręcamy w szutrową drogę, z początku ostro do góry.

Na drugim planie widać Sron Garbh, szczyt o statusie munro top który standardowo pokonuje się podczas zdobywania następnych w dolinie trzech munrosów. Po prawej widać natomiast Tom a’Choinich i w zasadzie całą drogę wejściową: kawałek dnem doliny, potem w górę po lewej stronie strumienia, oraz dalej szeroką granią tak jak idzie pas skałek.

Po lewej Sgurr na Lapaich (nie mylić z górą tej samej nazwy nad Loch Mullardoch), w głębi Mam Sodhail. Wyglądają niepozornie ale to złudzenie wywołane częściowo przez to że Gleann nam Fiadh którą podchodzilismy leży stosunkowo wysoko. Mam Sodhail i sąsiedni Carn Eige są odpowiednio na 14. i 12. miejscu munro-listy. 

W dolinie jest, jak to w Highlandzie, niemożliwie mokro, a ostatnia paskudna pogoda nie poprawiała sytuacji. Trzeba uważać na dziury w których można złamać nogę albo takie z błotem, które potrafi zassać buta.

Podchodzenie granią Creag na h-Inghinn okazało się najładniejszym kawałkiem drogi, z widokami na Gleann nam Fiadh i – niżej – położone w Glen Affric jezioro. Widać było niektóre szczyty Glen Shiel (a konkretnie, w różnych momentach, Sgurr nan Conbhairean, Mullach Fraoch-coire i Ciste Dubh) ale bez szału, bo cały dzień panowała tam paskudna pogoda. 

Tutaj widać sporą część trasy na Mam Sodhail i Carn Eige, ten pierwszy w kadrze acz zasłonięty chmurką. Same góry wyglądały obiecująco ale to raczej trasa na wiosnę/lato ponieważ liczy sobie 28km.

Sam Toll Creagach wyglądał jak stóg siana i charakterem zdecydowanie odstawał zarówno od swojego sąsiada jak i reszty otoczenia.

Partie szczytowe Tom a’Choinich (samego wierzchołka nie widać). Jest to całkiem ładna góra czego nie można powiedzieć o Toll Creagach który wygląda jak kopiuj-wklej z Glen Shee i okolic.

Góry Glen Affric, o czym łatwo zapomnieć jako że atakuje się je od południa, także leżą nad przeklętym Loch Mullardoch. Jezioro w końcu się odsłoniło. Munrosy z odległości nie wyglądały na tak charakterne jak je zapamiętałam, ale było widać jak niemożliwie długa jest to trasa, zwłaszcza część nad jeziorem. Jestem dumna że zrobiliśmy ją na sportowo tzn. nie korzystając z motorówki, ale powrót wspominam jako coś okropnego.

Chwilowe załamanie pogody przyszło kiedy osiągaliśmy wierzchołek Tom a’Choinich.

Ścieżka zejściowa biegnie grańką opadającą ze szczytu (kolejny malowniczy kawałek), która wyprowadza na wypłaszczenie wysoko pomiędzy munrosami, skąd na Toll Creagach jest już dosłownie moment.

Widać kopiec na szczycie Tom a’Choinich oraz zejście wymuszone ukształtowaniem terenu:

Podchodzenie na Toll Creagach jest tak łagodne że praktycznie bezwysiłkowe. Na szerokiej kopule szczytowej znajduje się punkt triangulacyjny, ale wierzchołek właściwy jest oznaczony kopcem (to jeden z tych szczytów gdzie prawidłowe oznaczenie najwyższego punktu jest kluczowe).

Poniżej widać niemal całą drogę zejściową. Ukształtowanie terenu jest łagodne, w wyższych partiach grunt jest częściowo kamienisty – problemy zaczynają się niżej gdzie mamy typową highlandzką roślinność (trawy i wrzosy) która chłonie wodę jak gąbka. Ponownie, trzeba uważać na ukryte dziury (niektóre tak głębokie że wchodzi cały kijek trekkingowy) oraz bagienka których głębokości woleliśmy nie sprawdzać, od kiedy w jednym odcinku swoich przygód Bear Grylls o mało się w takim nie utopił.

Ciężko było się skupić na bezpiecznym schodzeniu kiedy Obcy włączyli szperacze:

Trasa była piękna, sąsiednie munrosy wyglądały zachęcająco i generalnie wrażenia z wycieczki wszyscy mieliśmy więcej niż pozytywne, ale mam z Glen Affric taki problem że totalnie nie kupuję jej jako najpiękniejszej szkockiej doliny. Za spektakularne uważam niezmiennie takie miejsca jak Glencoe, Glen Shiel z południowymi przyległościami, rejon Nevis-Mamores, Torridon, wreszcie znane póki co ze zdjęć Fisherfieldsy. Żeby to przebić trzeba prawdziwej petardy, miejsca które urywa dupę – nie widzę by Glen Affric miała taki potencjał. Oczywiście czas na formułowanie miarodajnych opinii przyjdzie kiedy poznamy całą dolinę a nie tylko skrawek, ale nie sądzę żebym zmieniła wtedy zdanie. Konkurencja jest za duża i zbyt silna.

Mapka z Walkhighlands:>>LINK<<

Opis z Walkhighlands:>>LINK<<

Glen Shiel: The Brothers Ridge

Nr 230, Aonach Meadhoin; nr 231, Sgurr a’Bhealaich Dheirg; nr 232, Saileag

Wymowa: unah mian; skur a bialah djerik; salak

Znaczenie nazwy: middle ridge; rocky peak of the red pass; little hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1001 m n.p.m.; 1036 m n.p.m.; 956 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 135.; 96.; 205.

Data wejścia: 25.9.18

Braćmi nazywane są trzy munrosy w północnej grani Glen Shiel, w opozycji do leżących w tej samej grani bardziej znanych i bardziej kształtnych Sióstr. Miały to być nasze ostatnie już munrosy w tej dolinie co oznacza że raczej nie będziemy tu wracać dopóki nie skompletujemy wszystkich, za to później… Obok Glencoe, Cuilinów i The Mamores tu będziemy jeszcze wielokrotnie coś ogarniać. Kapusty będą mogły za to się cmoknąć.

Zaparkowaliśmy tak żeby do samochodu zejść i przetuptaliśmy te kilka kilometrów szosą do punktu startowego na wysokości Cluanie Inn. Ścieżka z początku jest wyraźna, później to już nie ma wielkiego znaczenia. To, co podczas podchodzenia wydaje się być szczytem munrosa to jedynie liczący sobie 843m n.p.m. przedwierzchołek – o ile ostatnie partie podejścia nań są dość strome, po jego osiągnięciu teren się wypłaszcza i przede wszystkim wreszcie pokazuje się nasz pierwszy munro.

Pogodę mieliśmy zdecydowanie jesienną: zimno, mokro i ciągłe ryzyko że chmury przykryją nas na amen, toteż pstrykaliśmy jak najwięcej zdjęć póki było coś widać. Poniżej Loch Cluanie i Cluanie Inn:



Momentami dzięki dziurom w chmurach robiło się bardzo fotogenicznie. Kompozycja pt. randomowy kopczyk oraz munro Ciste Dubh: 



Południowa grań Glen Shiel:



Spektakl dawany przez chmury i światło był momentami nawet bardziej dekoracyjny niż gdybyśmy mieli pełne słońce, ale przyjemność estetyczną psuła świadomość iż w każdej chwili może się on skończyć.



Grań wyprowadzająca na Aonach Meadhoin z okolic wspomnianego przedwierzchołka. Szczyt właściwy po lewej:



Na pierwszym planie korbet Am Bathach, a dalej munrosy Mullach Fraoch-choire i A’Chralaig:



Po raz kolejny grań południowa, gdzie światło po prostu szalało:



Oraz Ciste Dubh inkrustowany tęczą.



Na wierzchołku Aonach Meadhoin, munrosa numer 230. Tu zrobiliśmy szybkie zdjęcia po czym trzeba było lecieć dalej, jako że trasę rozpoczęliśmy nieprzyzoicie późno to jest w południe (urlop ma swoje prawa).



Droga na Sgurr a’Bhealaich Dheirg (można dostrzec kopiec szczytowy). Trzeci brat jest całkowicie schowany a to co widać na dalszym planie to już Siostry: Sgurr nan Spainteach i Sgurr na Ciste Duibhe.



Grań pomiędzy pierwszym a drugim munro jest przepięknie zdefiniowana i wąska (czego zdjęcia o tyle nie oddają że nachylenie stoków po obu stronach to zaledwie około 30 stopni, więc koło lufy to nawet nie stało), to bardzo piękny kawałek trasy i dokładnie to czego Glen Shiel ma pod dostatkiem.



Gdzieś na tym odcinku pogoda faktycznie się spieprzyła i mało brakowało a przegapilibyśmy wierzchołek Sgurr a’Bhealaich Dheirg – leży on u zarania pobocznej grani (bardzo zresztą ładnej), kilkadziesiąt metrów od głównej. Zdecydowanie jest to jeden z ładniejszych wierzchołków munrosów:



Kiedy zaczęliśmy marsz w kierunku Saileag pogoda wciąż nie rokowała, ale na zdjęciach coś jednak widać. Na tym odcinku grań również jest bardzo ładna a w pewnym momencie całkiem serio się zwęża (co widać poniżej), i te kilka kroków po mokrych śliskich skałach trzeba było robić dość uważnie.



Saileag to najniższy z braci, obiektywnie ładna góra ale dużo traci sąsiadując z dużo wyższymi i kształtniejszymi Siostrami.



Gdzy osiągnęliśmy wierzchołek było już naprawdę późno i trzeba było szybko lecieć w dół żeby ciemności nie zastały nas zanim znajdziemy ścieżkę zejściową.



Ostatni rzut oka na Sgurr a’Bhealaich Dheirg:



Z Saileag szeroką granią zeszliśmy na przełęcz skąd zbiegała ścieżka prosto na parking gdzie zostawiliśmy samochód. Zejście, choć relatywnie krótkie, okazało się o tyle problematyczne iż było dosyć ślisko a w pewnym momencie faktycznie zapadł zmrok i trzeba było wyjąć czołówki, co nie ułatwiało szybkiego schodzenia. Na szczęście ścieżka wytyczona jest dość inteligentnie, w najstromszych miejscach zygzakuje. Udało się dotrzeć do samochodu bez strat własnych większych niż stłuczona kostka.

Bracia mnie nie zawiedli, munrosy były niekapuściane, dużo marszu po ładnej grani: dokładnie tego spodziewałam się po Glen Shiel. Ta trasa musi być niesamowita w zimie!

Mapka z Walkhighlands: >>LINK<<

Opis z Walkhighlands (od drugiej strony): >>LINK<<

Ben Alder Munros

Nr 224, Beinn Bheoil; nr 225, Ben Alder; nr 226, Beinn Eibhinn; nr 227, Aonach Beag; nr 228, Geal-Charn; nr 229, Carn Dearg

Wymowa: ben wiaol; ben older; bin ejwin; unah beg; gal harn; karn dierek

Znaczenie nazwy: hill of the mouth; hill of rock and water; delightful hill; little ridge; white peak; red cairn like peak (za MunroMagic)

Wysokość: 1019 m n.p.m.; 1148 m n.p.m.; 1102 m n.p.m.; 1116 m m.p.m.; 1132 m n.p.m.; 1034 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 112.; 25.; 48.; 37.; 26.; 98.

Data wejścia: 7-8.7.2018

Do „Alderów” zalicza się sam właściwy masyw połączonych Ben Aldera i Beinn Bheoil, oraz sąsiednią czteromunrosową grań. Jest to dość trudno dostępna grupa górska do której dojść można na trzy sposoby: dojechać pociągiem do Corrour Station i dalej z buta; z Glen Spean z buta, oraz z Dalwhinnie (niespodzianka!) z buta, w tym wypadku 15 km. Podobna odległość występuje zresztą w każdej z wymienionych opcji. Dlatego postanowiliśmy poświęcić cały weekend i zaliczyć wszystkie sześć munrosów a zmęczyć się dojściem i powrotem tylko raz. 

Wybraliśmy najbardziej popularną opcję dojścia z Dalwhinnie do Culra Bothy, przenocowanie tam, następnego dnia wejście na Beinn Bheoila i Aldera po czym wbicie się na drugą grań, zdobycie minimum jednego munrosa (acz jakby się udało więcej to super), biwak na grani, ostatniego dnia dokończenie jej i powrót. Założenie ambitne acz latem jak najbardziej wykonalne. Problematyczny był fakt iż w piątek pracowałam do 19.30. Mariusz zabrał mnie prosto z pracy, w Dalwhinnie byliśmy po ok. dwóch godzinach, trochę czasu zajęło znalezienie parkingu z którego nas nie odholują (trwają prace leśne i najbliższy początkowi trasy parking jest zarezerwowany dla ciężkiego sprzętu), do Culry doszliśmy przed północą. Zdjęcie poniżej zrobione po 23 pokazuje jak wyglądają letnie noce w Szkocji: 

Bothy jest oficjalnie nieczynne ze względu na obecność azbestu ale otwarte. Azbest jest podobno w ścianach ale że nie zamierzaliśmy ich skrobać i się sztachać bothy było nasze. Spało się cudownie a poranek okazał się obiecujący:



Fajnie było zobaczyć na żywo klasyczny widok pt. Culra z Alderem po jednej stronie a Lancet Edge po drugiej. Grań ta, kulminująca w pomniejszym szczycie Sgor Iutharn, opada z munrosa Geal-Charn, przedostatniego w grani. Do wejścia się zatem nie za bardzo tym razem nadawała ale jeśli kiedykolwiek tu wrócimy to właśnie po to żeby ją przejść.



Dolinę przecina trochę ścieżek, ale w warunkach jakie mieliśmy nawigacja była dość oczywista.



Profil Lancet Edge z każdej perspektywy wyglądał ciekawie, widać że jest tam jedno trudniejsze miejsce już całkiem wysoko:



Loch Pattack a naleśniki w tle to masyw Monadliath aka Szare Góry.



To zdjęcie jest o tyle istotne że pokazuje drogę zejściową z ostatniego munrosa – dość upiorne wrzosowe zbocze pozbawione ścieżek. 



Droga na Beinn Bheoil wygląda tak: najpierw umiarkowanie strome zbocze, potem wypłaszczenie, potem podejście na garb (Sron Dreineach) który jest długi i wznosi się jedynie nieznacznie, oraz szczytowy „final push” widoczny na zdjęciu. Nie jestem pewna czy tam wszędzie jest ścieżka bo my naszą w pewnym momencie zgubiliśmy. Przy dobrej widoczności nie miało to oczywiście większego znaczenia, poza tym od garbu nawigacja jest oczywista.



Widok z wierzchołka Beinn Bheoil na trzy popularne scramblingowe granie: Short Leachas (Alder), Long Leachas (Alder) i Lancet Edge. Ta ostatnia wygląda na najbardziej eksponowaną.



Loch Ericht, zaś na tle nieba widać kolejno Ben Lawersa z satelitami, czterowierzchołkowy Meall nan Tarmachan oraz trójkątny Meall Ghaordaidh. „Aldery” są położone w centralnym highlandzie, stąd widać z nich także Glencoe, Nevis Range, The Mamores, i dalej aż do Glen Shiel. Zaraz za Loch Ericht naleśnikują zaś Drumochtery. Nie wrzuciłam zbyt wiele zdjęć szerokich planów bo to z racji ilości munrosów wyjątkowo długa notka i wyjątkowo dużo zdjęć, a nie chcę żeby strona ładowała się godzinę.



Kolejny szczyt w masywie Beinn Bheoil, mający status munro top Sron Coire na h-lolaire (też uwielbiam te nazwy). Bardzo ładny szczyt ale z bólem zdecydowaliśmy się go strawersować żeby zaoszczędzić trochę energii.



Zeszliśmy na przełęcz o wysokości 833 m n.p.m. skąd na zbocza Aldera wchodzi się wolną amerykanką, ta strona góry jest stosunkowo połoga, klify są tylko od północy i wschodu. Na zdjęciu wierzchołek po prawej stronie.



Loch a’ Bhealaich Bheithe oraz Beinn Bheoil. Dobry moment żeby przypomnieć że zbitkę „bh” w gaelic czyta się jak polskie „w” 😉


Na wierzchołku. Alder to taka typowo „cairngormska” góra: wielkie to, plaskate, acz rehabilituje się kotłami oraz opadającymi do nich graniami. Mimo tego Beinn Bheoil, choć znacznie niższy, jakoś bardziej przypadł mi do gustu.

Pierwszy widok na kolejne do zdobycia dwa munrosy, Beinn Eibhinn i Aonach Beag:

 

Z Aldera zeszliśmy w dolinę oddzielającą nas od kolejnej grani (momentami stromawo ale pamiętam dużo bardziej męczące zejścia) i ukazał nam się w całej okazałości kolejny etap, to jest podejście na przełęcz pomiędzy munrosami. Jak widać na Beinn Eibhinn trzeba się kawałek cofnąć. Byliśmy już zmęczeni (słońce czasem chowało się za chmurami ale kiedy grzało to na full) ale na grań trzeba było się wspiąć, ponieważ kolejny dzień miał być wystarczająco ciężki i bez tego podejścia. W dolinie uzupełniliśmy też wodę która w tym upale zdążyła się skończyć.



Ten kawałek mnie trochę dobił, przyznaję.



W okolicach przełęczy zdecydowaliśmy że na ten dzień wejście na Beinn Eibhinn wystarczy. Z przełęczy w górę wyprowadza dobrze zdefiniowana grańka na której poziomej części postanowiliśmy zabiwakować. 



Poniżej można wypatrzeć nasz namiocik. Widać też jak gwałtownie zaczęła się zmieniać pogoda. Zostawiliśmy plecaki w namiocie i w dziesięć minut byliśmy na wierzchołku Beinn Eibhinn (wierzchołki są dwa, ten dalszy jest właściwy) – każde stanęło tam dosłownie na kilka sekund i zaczęliśmy wiać z powrotem żeby zdążyć się schować przed deszczem.

Nasz namiot to kropka na grani w miejscu gdzie kończą się jasne piargi. W tle Aonach Beag oraz Geal-Charn.

Kiedy już byliśmy w namiocie zerwało się takie wietrzysko że dotarło do nas iż rozbicie się na grani nie było najmądrzejszym pomysłem. Klnąc zwinęliśmy namiot na pół, z matami i śpiworami w środku, i znieśliśmy go poniżej przełęczy (mieliśmy szczęście że go nam wiatr nie porwał). Potem musieliśmy się jeszcze wspiąć po plecaki. Naprawdę mieliśmy już dość jak na jeden dzień. 

Spało nam się słabo, wiatr tak dął że baliśmy się że połamie nam namiot. Rano wszędzie były kotłujące się chmury, jak widać coś tam się odsłaniało ale jedynie na krótkie momenty. Jakoś udało się zwinąć majdan i wyruszyć – dzień zapowiadał się średnio ale nie mieliśmy już wyjścia, powrót i tak wypadał przez kolejne trzy munrosy.

Ze względu na warunki nie bardzo było czemu robić zdjęcia. Na Aonach Beag wyprowadza również nieźle zdefiniowana grań, a podejście z przełęczy jest nieco tylko dłuższe niż na Beinn Eibhinn. 

Przełęcz pomiędzy Aonach Beag i Geal-Charn jest położona wyżej niż poprzednia. Na tym etapie wiatr zmalał i do szczęścia zaczęło brakować tylko widoków. Zdjęć szczytowych nie wrzucam bo pokazują tylko mnie, kopczyki i szarość. Warto natomiast spojrzeć na plateau w rejonie szczytowym Geal-Charn – bez GPSa pewnie błąkali byśmy się tam 40 lat jak Żydzi po pustyni. Z tego rejonu można kontynuować na nieodległy Sgor Iutharn i zejść sobie Lancet Edge acz nie wiem czy to byłby najlepszy pomysł.

Z północno-wschodniej strony Geal-Charn opadają klify i jedyną opcją do zejścia jest grańka Aisre Ghobhainn. Tpo ładny kawałek trasy po którego obu stronach mieszczą się kotły a w każdym jest jezioro. Kocioł wschodni jest głębszy i bardziej efektowny, głównie dlatego że zamyka go Lancet Edge:

Ten przyjemny fragment szybko się jednak kończy, za pzrełęczą grań zaczyna się rozlewać w zbocze i dość łagodnie wznosi się na ostatniego munro Carn Dearg, oddalonego o ok. 2 km. Ponownie, munros ten ma dwa wierzchołki, i wrzucam zdjęcie z niższego ponieważ jest bardziej efektowne. Z drugiej strony gdyby ten dzień był tak piękny jak poprzedni, musiałabym tę notkę rozbić na dwie części z powodu ilości zdjęć. 

Z Carn Dearg ponownie sprowadził nas GPS. Ścieżek jako takich nie ma, ale proponowana trasa z Walkhighlands, na rympał zboczem, sprowadza prosto do bothy. To zejście do przyjemnych nie należy, bo raz że strome a dwa że porośnięte wrzosami i jagodami wśród których zieją poukrywane dziury i można wpaść po udo. Poniżej Beinn Bheoil i Alder w chmurach:

Końcówka zbocza, widać prywatne Culra Lodge (to większe) i bothy (to mniejsze):

Po dojściu do bothy zrobiliśmy jedynie krótki postój gastronomiczny, starając się za bardzo nie ekscytować ukończoną misją a raczej kontynuować w trybie zadaniowym, jako że byliśmy już dobrze wytrzepani a do samochodu zostało ok. 16 km. Klasyczny alderowy widok po raz drugi, w jakże innych warunkach:

Powrót, jak można było przewidzieć, przypominał odwrót spod Moskwy aczkolwiek ja osobiście umordowałam się nieco mniej niż po Loch Mullardoch – jednak co szutrowa droga to szutrowa droga. Kiedy dobrnęliśmy do parkingu miałam jednakowoż ochotę ucałować samochód. 

Podczas tego weekendu zrobiliśmy ok. 60 km, ale zdecydowanie było warto ogarnąć wszystkie te sześć munrosów od jednego strzału. Jeśli jednak będziemy kiedykolwiek wracali do Culry, chociażby na Lancet Edge, to tylko na rowerach. Większość ludzi tak właśnie robi a my nie skorzystaliśmy z tej opcji ponieważ mój niemiłosiernie eksploatowany pojazd już ledwo zipie, a potrzebuję go na jeżdżenie do pracy. Uskutecznianie Alderów z buta, choć jak widać możliwe, to jednak trochę hardcore. 

Linki do map i tras na Walkhighlands wrzucę później.


The Strathfarrar Four

Nr 220, Sgurr na Ruaidhe; nr 221, Carn nan Gobhar; nr 222, Sgurr a’Choire Ghlais; nr 223, Sgurr Fuar-Thuill

Wymowa: skur na ruje; karn nan gołer; skur a hoje glasz; skur fuar hoil

Znaczenie nazwy: rocky peak of redness; carn like hill of the goats; rocky peak of the grey corrie; rocky peak of the cold hollow (za MunroMagic)

Wysokość: 993 m n.p.m.; 992 m n.p.m.; 1083 m n.p.m.; 1049 m m.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 151.; 153.; 60.; 82.

Data wejścia: 9.6.18

Te cztery munrosy miały być nieco problematyczne logistycznie. Otóż niemal cała ziemia w Szkocji jest prywatna (a konkretnie w rękach kilkuset ludzi, swoją drogą bardzo ciekawy temat ale nie będę go w tym miejscu rozwijać) ale tego się nie czuje ponieważ (inaczej niż np. w Anglii) obowiązuje right of way. Właściciel Glen Strathfarrar nie był w stanie tego prawa przeskoczyć, ale zrobił co mógł, a mianowicie bardzo ograniczył dostęp do doliny. W malutkim Struay dalszą drogę w dolinę zagradza brama, a w nieodległym Milton Cottage siedzi sobie pani która ją otwiera i wręcza nam bilet. Gdzie tu hak? Jest kilka. Raz, brama jest otwarta tylko przez określoną ilość godzin, najdłużej teraz latem – od 9 rano do 8 wieczorem, i trzeba się wyrobić ponieważ w dolinie nie wolno parkować na noc.W niektóre dni wjazd jest w ogóle zabroniony. Zimą akces uzyskać mogą jedynie członkowie Scottish Mountaneering Club. I wisienka na torcie: dziennie jest wpuszczanych max 25 samochodów. Szczegóły tutaj: >>LINK<<

Żeby być pod bramą przed dziewiątą Mariusz zabrał mnie w piątek wieczorem z pracy i do celu zaczęliśmy dobijać koło 23.00. Kiedy do bramy zostało dosłownie niecały kilometr, przy szosie ujrzeliśmy mały hotelik. Wrodzony sybarytyzm zwyciężył i zamiast rozkładać namiot przy świetle latarek spędziliśmy noc w The Cnoc Hotel, płacąc za pokój i śniadanie całkiem rozsądną cenę 90 funtów. Hotelik jest uroczy, czysty, personel miły. Więcej info pod >>LINKIEM<<. Kiedy rano stawiliśmy się pod bramą byliśmy wypoczęci, pełni entuzjazmu i ogólnie szczęśliwi 😉

Było może za pięć dziewiąta kiedy przed bramą ustawił się wielki camper van na niemieckich numerach. Uznając że faktycznie już czas, ustawiliśmy się za nim. Wtedy z vana wyleciała babka i zaczęła dramatycznie gestykulować, pokazując, że nie, że brama się nie otwiera. Z drugiej strony po chwili dołączył kierowca. Mariusz wysiadł i zaczął mu tłumaczyć że wszystko jest w porządku, po prostu jest jeszcze parę minut do dziewiątej, na co tamten podziękował i powiedział że jadą nad Loch Ness… Face palm jak do Kornwalii bo Loch Ness jest dokładnie w przeciwną stronę, a właścicieli tak wypasionego campera raczej powinno być stać na nawigację. Swoją drogą gdyby nie zostali uświadomieni że to NIE JEST droga nad Loch Ness, pewnie dojechali by do końca doliny gdzie zaczyna się piękne Loch Monar i byliby by przekonani że są u celu. I na dobre by im to wyszło bo to o wiele piękniejsze miejsce niż prawdziwe Loch Ness…

Za bramą jedzie się jeszcze kilkanaście kilometrów w głąb doliny, aż po prawej – północnej stronie pojawia się polana, a na zboczu ponad nią można zobaczyć wyjeżdżoną terenówką drogę – to na tej polanie należy zaparkować, a droga to początek trasy. Wkrótce osiągamy położoną wyżej odnogę doliny, otoczoną przez trzy munrosy. 

My wchodzimy na ramię stanowiące wschodnie obramowanie doliny, a kulminujące w munrosie Sgurr na Ruaidhe. Umęczyliśmy się tam choć nie jest to jakieś ekstremalnie ostre podejście. Klimat był jednak niesprzyjający: gorąco, parno, powietrze stało, generalnie pogoda przedburzowa. Kiedy osiągnęliśmy szczyt i było wiadomo że najdłuższe dzisiejsze podejście za nami, ulżyło mi tak że złapałam drugi bieg.

Na poniższym zdjęciu widać kolejne dwa munrosy. Gdzieś na tym etapie zaczęło grzmieć, na południe od nas niebo pociemniało oraz widać było że tam leje. Niby zrobiło się chłodniej i szło się dużo lepiej ale miałam paskudnego stracha że ta burza się przesunie w naszym kierunku. Przeżyłam już raz burzę w górach (na Kopie Kondrackiej) i jest to dość ekstremalne doświadczenie. Ustaliliśmy na szybko plan działana jak przyjdzie co do czego (wyłączamy elektronikę i siadamy na plecakach) i cisnęliśmy dalej. Na szczęście burza została tam gdzie była.

W tle Sgurr na Ruaidhe. Zejście i wejście na Sgurr nan Gobhar zajęło nam niecałą godzinę. 

Po drodze mało nie zdeptaliśmy pardwy, która wysiadywała jajka na ścieżce. Była zakamuflowana tak świetnie że z odległości paru metrów po prostu znikała. Zimą te cwaniaki zmieniają upierzenie na śnieżnobiałe.

Na Carn nan Gobhar widoczność drastycznie spadła oraz zaczęło siąpić.

Sgurr a’Choire Ghlais nie był co prawda widoczny w całości ale widać było że jest znacznie wyższy i kształtniejszy niż dwa pierwsze munrosy. 

Carn nan Gobhar w tle:

To morze zieleni zaczyna się zwykle na początku czerwca i trwa do końca sierpnia. Przez resztę roku góry są rudawe. Ta ilość zieleni nieco oszałamia. Jakby chodzić po wielkim powybrzuszanym stole bilardowym.

Na podłużnym, flankowanym stromiznami wierzchołku Sgurr a’Choire Ghlais stoją dwa kurhany które z daleka wyglądają jak sutki (z mapy nie wynika który z nich wyznacza właściwy szczyt więc wlazłam na oba) oraz trianguł. To bardzo ładny wierzchołek i bardzo ładna góra. Pierwsze dwa munro są raczej kopami, zaś kolejne dwa to już bardzo przyjemny kawałek trasy.

Kolejnego munrosa nie było widać, kryło go mleko. Wiadomo było jednak że na przełęcz schodzi się od kurhanu północno-wschodniego. Dopiero dużo niżej zaczęło nam się coś odsłaniać ale nie był to munros właściwy, a piękny szczycik Creag Ghorm a’Bhealaich, przy wysokości 1030 m n.p.m. mający status munro top. 

Zejście ze Sgurr a’Choire Ghlais:

Moje ulubione zdjęcie i początek spektaklu wydawanego tego popołudnia przez chmury i mgły:

Creag Ghorm a’Bhealaich. Warto na niego wejść (to moment) i pooglądać sobie kocioł opadający do Glen Orrin.

Z tego przedszczytu wreszcie ujrzeć można właściwy wierzchołek Sgurr Fuar-Thuill, wyższy o 10 metrów:

Jeszcze rzut oka na kocioł:

Już pokonana trasa, co prawa Sgurr na Ruaidhe się chowa, ale widać Carn nan Gobhar i Sgurr a’Choire Ghlais:

Wreszcie zaczęło być coś widać, i to całkiem sporo. Na mgnienie oka pokazały się Fannichsy, wypatrzyłam też kontur Liathach oraz Maol Chean-dearg. Ben Wyvis, Lurg Mhor, Cheesecake oraz jeszcze nie zdeptany Maoile Lunndaidh były widoczne bez problemu, podobnie jak sąsiednie munrosy nad po trzykroć przeklętym Loch Mullardoch.

Rzeczone Mullardoch munros, samego jeziora na szczęście nie widać (wolałabym iść Mordoru ryzykując rendez vous z Szelobą niż jeszcze raz wybrać się nad Loch Mullardoch):

Wiadomo było że aparat nie odda tego w pełni, ale było po prostu cudownie!

Za ostatnim munrosem podeszliśmy jeszcze na ostatni tego dnia szczycik Sgurr na Fearstaig, kolejny munro top, i można było zacząć schodzić stalkerską ścieżką.

Sgurr na Lapaich:

Po osiągnięciu drogi pozostaje jeszcze 6-kilometrowy marsz do parkingu. Nasz nowy znajomy którego poznaliśmy na tej trasie poradził sobie tak że rano podrzucił tam rower, który teraz na niego czekał. Pojechał nim na parking, po czym wrócił samochodem po Mariusza (zmieścić się mogła tylko jedna osoba), żeby ten mógł z kolei podjechać po mnie. Czyli oboje zaoszczędziliśmy jakieś trzy kilometry a i tak telefon twierdzi że przeszliśmy ich 29, o 3 więcej niż podaje dla całej trasy Walkhighlands.

Wyrobiliśmy się na 19.25 więc gdyby nie ta ostatnia podwózka bylibyśmy pewnie dokładnie na styk 🙂

>>LINK<< do opisu trasy

>>LINK<< do mapy