Stob Dearg: Lagangarbh Buttress & Crowberry Tower

Tym razem mieliśmy iść z nowymi znajomymi którzy chcieli spróbować jakiegoś scramblingu. Wyszperałam w książkach trasę na Stob Dearg (masyw Buachaille Etive Mor) przez Lagangarbh Buttress. Na Stob Dearg w Glencoe byliśmy już trzykrotnie (ja – raz tradycyjnie, dwa razy przez Curved Rigde) i czterokrotnie (Mariusz – to samo, plus dodatkowe CR na zimowym kursie), ale nigdy nie mieliśmy z niego widoków. Gdyby tym razem wreszcie udało się coś zobaczyć, byłoby fantastycznie. Samo wejście miało nie przedstawiać specjalnych trudności ale kryterium scramblingu spełniało, czyli powinno być fajną opcją jak na pierwszy raz. Start z tego samego parkingu z którego prowadzą wszystkie trasy na Stob Dearg. Lagangarbh Buttress na poniższym zdjęciu to ten pas skałek w centrum.

Dosłownie po paru minutach opuszczamy ścieżkę by zacząć podchodzenie. Skała na tej górze jest rewelacyjna, daje niesamowite tarcie. Właściwość tę szczególnie dało się odczuć na pierwszych kilkudziesięciu metrach, prowadzących przez mutonopodobne formacje.

Mariusz stwierdził że stworzyłam nowa dyscyplinę, gramoling. Nie mogę za bardzo z tym polemizować, faktycznie zdarza mi się tworzyć nawet na całkiem nieproblemowych momentach jakieś dziwaczne figury, z reguły kiedy mam mało energii 😛

Wysokości nabiera się bardzo szybko i z tego powodu wariant ten stanowi poważną konkurencję dla trasy tradycyjnej – jest trudniejszy ale krótszy.

Momenty scramblingowe przypominały Curved Ridge, z tą różnicą że tu mniej było skały i nie było prawdziwej lufy za plecami, ale szło się fajnie.

Widoki były, w dość smętnej aurze ale były. Miałam nadzieję graniczącą z pewnością, iż sytuacja ta jest stabilna i z wierzchołka też coś zobaczymy. Poniżej góry od the Mamores, poprzez uciętego chmurą w połowie Ben Nevisa i Grey Corries, po munrosy nad Loch Treig.

Ściana poniżej tylko wydaje się być tuż za mną, w rzeczywistości oddzielał ją od nas spory żleb. Mariusz chciał tamtędy włazić ale nie pozwoliłam – nadal byłby to technicznie nietrudny scrambling, bo skała tam jest niesamowicie rzeźbiona, ale z taką lufą, dziękuję bardzo – drapałabym się tam tylko z asekuracją. Może nie jestem najodważniejsza, ale mam dzięki temu szansę dożyć końca kolekcjonowania munros :/

Jak sobie człowiek pomyślał, że jeszcze niedawno przechodził obok tego małego białego  domku w dolinie, nogi momentalnie zaczęły się wydawać znacznie cięższe…

Ostatni scramblingowy fragment był najfajniejszy, bo bez tych cholernych trawek, pionowy, a tak ukształtowany że wchodziło się jak po drabinie.

W dole widać ścieżkę turystyczną:

Kiedy scrambling się skończył a do szczytu pozostał jeszcze kawałek, zakryła nas chmura. Po raz kolejny zanosiło się że nic nie zobaczymy :(. Wobec powyższego, zamiast kierować się bezpośrednio w górę, postanowiliśmy przetrawersować zbocze tak żeby dotrzeć do Crowberry Tower nie przechodząc przez niepotrzebny już wierzchołek. Trawersowanie trzeba było zakończyć kiedy kolejną przeszkodą okazał się głęboki Great Gully. Wyszliśmy na górę, na ostatnich -nastu metrach łącząc się z normalną trasą wejściową.

Na szczycie panowało tradycyjne mleko, mimo to postanowiliśmy poszukać Crowberry Tower, w którym to celu należało się obniżyć na wschód o ok. 100 metrów. W mleku szukaliśmy na czuja, co w górnych partiach Stob Dearg nie było przedsięwzięciem do końca odpowiedzialnym, ale w końcu wyłoniła się z mgły. Jako że na wieży już byłam a widoków i tak byśmy z niej nie mieli, zaproponowałam że usiądę na zboczu naprzeciwko i porobię chłopakom zdjęcia.

Wejście na Wieżę technicznie nie jest skomplikowane – pionowa ścianka plus eksponowany ale łatwy trawersik.

Chłopakom bardzo się podobało, bo kiedy w drodze do Glencoe pokazałam im zdjęcie Wieży robione z innego kierunku i zapowiedziałam że dzisiaj tam wejdą, byli przekonani że żartuję. Tymczasem bez problemu weszli i zeszli.

Wracając ponownie przeszliśmy przez wierzchołek, by zejść ścieżką turystyczną.
Pomijając moje usprawiedliwione chyba rozczarowanie brakiem widoczności, uważam wycieczkę za bardzo udaną, a najbardziej cieszę się że byliśmy w stanie pokazać komuś jakie fajne miejsca można tu znaleźć przy odrobinie chęci by nie leźć tak jak wszyscy :))

Curved Ridge ponownie

Na Curved Ridge już byliśmy. Z przewodnikiem. Nasze doświadczenie scramblingowe było wtedy jeszcze w powijakach, podobnie jak moja pewność siebie. Ponieważ przez te parę lat rozwinęliśmy się nieco, postanowiliśmy przejść tę trasę ponownie i skonfrontować wspomnienia z aktualnymi wrażeniami. Linę zabraliśmy, mając jednak nadzieję że nie trzeba będzie jej wyciągać (ja co prawda byłam raczej pewna że w najtrudniejszym miejscu o nią poproszę). Dojściówka w końcowych partiach, już za Waterslide Slab, okazała się mniej oczywista niż zapamiętaliśmy. Na szczęście przed nami szło sporo luda więc nawigacyjnie daliśmy radę. Początek, tak jak zapamiętałam, był łatwy, choć przyznam że już na pierwszym kawałku na chwilę się zastopowałam, bojąc się wykonać prosty ruch na śliskiej ściance. Zadziałało tu zapewne prawo początkowego nierozruszania, bo później znacznie trudniejsze momenty przechodziłam bez żadnych kłopotów.
Grań składa się z odcinków stających dęba oraz z zupełnie poziomych, tworząc coś w rodzaju olbrzymich stopni:

Skała jest wspaniała, urzeźbiona tak rewelacyjnie że momentami trudno uwierzyć że nie ingerowała tam ludzka ręka. Technicznie scrambling jest prosty i przyjemny. Na pierwszej eksponowanej ściance z początku miałam trochę stracha, bo pamiętałam że podczas poprzedniego przejścia zrobiła na mnie wrażenie. Okazała się jednak banalna. W jednym miejscu, gdzie trochę mi się nie podobało iść bezpośrednio w górę, po prostu sobie przetrawersowałam w lewo i znalazłam fajniejszy wariant, chyba słusznie bo chłopaki też z niego skorzystały.

Poniżej ekipa szykuje się do atakowania Crowberry Ridge:

Scrambling tak jak napisałam był wspaniały. Bodaj w jednym miejscu poprosiłam Marcina o podanie ręki, obawiając się dać kroka na eksponowanych półeczkach.

Widoczność tego dnia nie była za rewelacyjna, pomimo ogólnie niezłej pogody. I tak jednak odsłoniło nam się dużo więcej niż za pierwszym razem, kiedy od samej podstawy góry szliśmy w mleku. Za mną River Coe i szosa A82:



To miejsce gdzie poprosiłam Marcina o rękę (hehe) jest gdzieś w rejonie ścianki widocznej na poniższym zdjęciu.

Z najtrudniejszego fragmentu zdjęć nie ma, bo zwyczajnie nie dało się go zmieścić w kadrze stojąc na półce poniżej. Faktycznie poprosiłam tam o linę. Ponadto użyłam pierwszej kości jako chwytu na początkowym zupełnie gładkim kawałku, więc w mojej ocenie asekuracja bardzo się przydała. Choć okazało się, że miejsce to jest w 100% omijalne: para, która szła za nami, strawersowała je od lewej, bardzo stromym, ale łatwiejszym niż nasz wariantem.

Natomiast ostatniego trudnego miejsca które zapamiętałam tym razem w ogóle nie zauważyłam. Może dlatego że teraz drogę wybieraliśmy sami.

W miejscu, gdzie Curved Ridge się kończy, zrobiliśmy odpoczynek i podzieliliśmy się wrażeniami. Moje były takie, że trasa jest łatwa, scrambling piękny, a ekspozycja momentami daje sporo adrenaliny. Zdecydowanie nie zaklasyfikowałabym tej drogi jako hardkor. Stopień trudności porównałabym do szlaku na Kazalnicę – przynajmniej w wejściu, bo w zejściu myślę byłoby znacznie trudniej (najtrudniejsze fragmenty kazalnicowe, tj. te usiane klamrami, można spokojnie przeleźć dupą do skały, tu piony były większe i w większości miejsc taki numer by nie przeszedł).
Jako że do szczytu został jeszcze ładny kawałek, postanowiliśmy obadać możliwości wejścia na Crowberry Tower. Weszliśmy na przełączkę u jej stóp, pany zostawiły plecaki na ziemi i zaczęły się drapać do góry. Po chwili zniknęli za załomem a minutę później pokazali mi się na wierzchołku. Mariusz zszedł kawałek i zachęcił żebym dołączyła, bo jest łatwo. Najpierw należało pokonać pionową scramblingową ściankę (zdjęcie poniżej), a potem łatwym trawersem, z dużą lufą po lewej, już tylko kilkanaście metrów do szczytu pinakla. Niestety widoków nie mieliśmy żadnych bo wyższe partie góry przykrywała chmura, ale i tak euforia ze zdobycia Crowberry Tower była wielka, ponieważ patrząc na tę kozacką turnię z doliny nie przypuszczaliśmy w najśmielszych marzeniach, że da się na nią wleźć tak łatwo.
W zejściu Mariusz trochę mi pomógł na tej pionowej ściance, ale dla kogoś kto nie ma problemu psychicznego z wyszukiwaniem stopni na oślep byłaby to łatwizna.

Z przełączki wbijaliśmy się na rympał po stromiźnie, aż teren znacznie się położył, zobaczyliśmy w oddali ludzi i wkrótce okazało się, że to już szczyt. Pod spodem za nami Crowberry Tower:

Na wierzchołku Stob Dearg stanęliśmy trzeci już raz i trzeci raz widać było jedynie mleko. Widoki zaczęły się dopiero kiedy obniżyliśmy się popod chmurę, niewiele powyżej przełęczy oddzielającej nasz szczyt od reszty masywu Buachaille Etive Mor. Na szczęście ściany Stob Dearg oferują tyle wariantów wejścia, że na pewno prędzej czy później staniemy tam w piękną pogodę.

Widok zdjęty już poniżej przełęczy, ze ścieżki zejściowej:

Glencoe wyglądało przepięknie.

Poniżej udało się uchwycić Crowberry Tower, kiedy chmura na chwilę ją odsłoniła – przełączka z której wchodziliśmy znajduje się po jej prawej stronie i niestety jest zakryta:

Reasumując, nasza (a zwłaszcza moja) obecna percepcja tej trasy wskazuje iż nasze możliwości znacznie się rozwinęły, co jest bardzo budującą konkluzją. Curved Ridge polecam każdemu miłośnikowi scramblingu – dzięki temu że w ogóle nie ma tam zejść jest łatwiejsze od Aonach Eagach na przykład.

Curved Ridge (Buachaille Etive Mor)

Na Wielkim Pasterzu Glen Etive już byliśmy, ale ścieżką turystyczną. Tymczasem rozpoczynające masyw Stob Dearg najbardziej znane jest ze swoich północno – wschodnich ścian, którymi prowadzą interesujące drogi scramblingowe (wspinaczkowe też) o różnym stopniu zaawansowania. W Ratho (>>LINK<<) zabukowaliśmy sobie wycieczkę przez – w zależności od pogody – Northern Buttress albo właśnie Curved Ridge, z zamiarem dowiedzenia się jak najwięcej o asekuracji na tego typu przejściach.
Już w Glencoe nasz mentor Nic zaproponował jednak Curved Ridge, raz z powodu pogody, dwa bo na trudniejszym NB nie bardzo jest jak się zatrzymywać i pokazywać "jak to się robi".

Skorzystałam z naszej starej mapki – CR zaznaczyłam (na oko) na zielono. Startujemy z tego samego miejsca co szlak popularny. Po prawej wysoko na tle nieba widać dwa pionowo stojące głazy – to ultra charakterystyczny początek drogi przez Northern Buttress. My idziemy dalej, by przy również niemożliwym do przeoczenia Waterslide Slab, wielkiej skale z której cieknie woda, zacząć się wbijać do góry.

Nic związał nas liną od razu, co było bez sensu bo początek to przyjemny i łatwy scrambling. Za to po pierwszych progach zaczęłam być zadowolona, że mam zabezpieczenie – wspinaczka sama w sobie nie była szczególnie trudna, ale teren bardzo wystromiał, momentami po kilkanaście – dziesiąt metrów szło się w zupełnym pionie. Po drodze Nic pokazywał nam podstawowe węzły, oraz demonstrował zakładanie punktów asekuracyjnych.

Większość trasy to dość prosty scrambling. Skała jest rewelacyjnie wyrzeźbiona i nie trzeba specjalnie kombinować z szukaniem chwytów. Jest jednak kilka miejsc, ktore stawiają CR wyżej od Aonach Eagach na przykład.
Są to fragmenty, gdzie rzeźba skały jest o wiele gładsza, stopnie i chwyty minimalne, a za plecami całkiem sporo powietrza. W tych miejscach asekuracja dała mi spory komfort psychiczny. Niezabezpieczona byłabym pewnie tak speniana, że wydałyby mi się niesamowicie trudne. Przywiązana, mogłam nie zawracać sobie dupy strachem tylko skupić się na faktycznym stopniu trudności, a ten nie był porażający. Ale noga może tam się bardzo łatwo omsknąć, więc jeśli iść na żywca, to tylko przy suchej skale.

Niestety pogoda była niefotkowa, i po raz drugi ze Stob Dearg nie zobaczyliśmy nic.

Bardzo nam się podobało i sporo wynieśliśmy z tego wypadu. Pewne plany stały się o wiele bardziej realne – nie napiszę co, aby nie zapeszać, ale mamy już 100% pewności co do kolejnych celów, tym razem ogarniętych całkowicie własnym sumptem. Na Stob Dearg też na pewno jeszcze wrócimy.
Poniżej fotka która pokazuje, jak tam jest fajnie jak nie ma chmur:
>>LINK<<

Buachaille Etive Mor

Nr 7, Stob Dearg:

Wymowa: stob dyerek

Znaczenie nazwy: red peak, czerwony szczyt

Wysokość: 1021m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 110.

Data wejścia: 8.09.07

Nr 8, Stob na Broige:

Wymowa: stob na bruka

Znaczenie nazwy: znalazłam dwie wersje, absolutnie rozbieżne i obie brzmiące dość głupawo – lively peak bądź peak of the shoe, jeszcze poszukam; 

Wysokość: 956m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 207.

Data wejścia: 8.09.07

Grań Buachaille (czyt. bukal) Etive Mor, Wielkiego Pasterza Glen Etive, jest jakoby w pierwszej piątce najpopularniejszych celów Highlandu. Faktycznie, stopniem zatłoczenia przypomina szlaki tatrzańskie. Powody nie są trudne do odgadnięcia: położenie w Glencoe, dwa munrosy po drodze, zapewne widowiskowość (my mieliśmy pecha pod tym względem, ale biorąc pod uwagę położenie masywu, przy lepszej pogodzie wrażenia muszą być takie, że proszę siadać), wreszcie łatwość techniczna i stosunkowo niewiele podchodzenia do góry.

Szlak zaczyna się tradycyjnie koło parkingu, chyba drugiego w dolinie. Nawet jeśli się mylę, nie powinno być żadnych problemów z właściwym zlokalizowaniem go – kiedy już wypatrzymy szczyt Stob Dearg, który rozpoczyna Buachaille Etive Mor, nazwijmy w skrócie BEM…

… i zaczniemy go okrążać… 

Po lewej Stob Dearg

… wkrótce ukaże się przełęcz, na którą wspina się nasz szlak – a zaczyna się on dokładnie na parkingu.

Przełęcz jest położona na wysokości 902m. n.p.m.

Szlak jest dość stromy, dzięki czemu bardzo szybko zyskujemy wysokość. Wejście na grań zajmuje (z postojami) około godziny.

Ostatni odcinek pokonuje się po pięknie wyrzeźbionych skałach – niestety, tylko z parkingu wygląda to ciekawie, w rzeczywistości ani na trudności, ani na ekspozycję nie ma co liczyć. Cały czas idziemy po wygodnych i bezpiecznych schodkach.

Z przełęczy można się udać w obu kierunkach: na wierzchołek Stob Dearg bądź dalej wzdłuż grani. Większość turystów łączy obie opcje – Stob Dearg jest najwyższym punktem BEM, a wejście na niego zajmuje zaledwie ok. 20 min i nie jest szczególnie forsowne. Góra znajduje się u wylotów Glencoe i Glen Etive, z wierzchołka musi się zatem roztaczać wspaniały widok na obie doliny oraz cudownie posępne przestrzenie Rannoch Moor. Niestety, chmury towarzyszyły nam tego dnia permanentnie.

Końcowy odcinek tuż przed szczytem Stob Dearg to jedyne miejsce całej trasy, gdzie momentami występuje chociaż cień sugestii ekspozycji:

Po zdobyciu munrosa wróciliśmy na przełęcz i kontynuowaliśmy marsz po grani. Absolutnie nie przypomina ona Aonach Eagach, jest spłaszczona, szeroka i bezpieczna. Z początku szliśmy po płaskim, mając jednak świadomość, że przed nami jeszcze trzy znaczące wzniesienia, z czego pierwsze, Stob na Doire, jest zaledwie o 10m niższe od Stob Dearg. Widoczność była słaba, zaledwie na kilkadziesiąt metrów, więc w tej kwestii musieliśmy całkiem zaufać mapie. We mgle człowiek głupieje, więc zaniepokoiliśmy się trochę, kiedy chmury nieco się przerzedziły i tuż przed nami na moment pokazało się coś, co wyglądało jak wielka i bardzo stroma góra:

Tymczasem wejście na Stob na Doire okazało się stosunkowo łagodne, chociaż istotnie podejść kawałek trzeba było. Szczyt nie ma statusu munro ze względu na zbyt małą wybitność, ale jest drugim co do wysokości punktem trasy – 1011m n.p.m.

Były to już ostatnie momenty, kiedy przynajmniej na krótko dało się coś dostrzec poprzez mgłę.

Schodząc ze Stob na Doire zgubiliśmy szlak. Nie od razu zdaliśmy sobie z tego sprawę. Ścieżka, do szczytu wyraźna, po drugiej stronie rozmyła się, we mgle nie było widać, które z opadających z wierzchołka zboczy przechodzi w grań, a które sięgają w doliny. Schodziliśmy jakimś kosmicznie stromym żlebem, pełnym żwiru, aż w końcu M. stwierdził, że chyba złazimy do Glen Etive i musimy spróbować przetrawersować jeszcze kawałek zbocza po czym wrócić na grań, do szlaku. W tym momencie wielki szacun, ponieważ mój wewnętrzny kierunkowskaz mówił mi wyraźnie, że schodzimy na stronę dokładnie przeciwną, i również w przeciwnym kierunku powinniśmy wchodzić. Tymczasem po chwili okazało się, że M. ma 100% racji.

Przed nami wędrowało trzech miejscowych, którzy altruistycznie wysłali jednego w tył, żeby nas ogarnął i doprowadził na szlak. Też zabłądzili na wierzchołku Stob na Doire, ale mieli GPSa, kompasy i wszystko, więc kiedy zdali sobie sprawę, że poszli źle, wiedzieli dokładnie którędy dostać się na właściwą drogę.

Moje wewnętrzne poczucie kierunku było już jednak całkiem rozregulowane, i aż do końca trasy mówiło mi, że idziemy w stronę przeciwną niż powinniśmy. Ciekawe że obaj koledzy mieli tak samo, jeden M. wykazał się intuicją.

Napotkana ekipa była bardzo sympatyczna, a munrosy BEM okazały się być ich sto piętnastym i sto szesnastym. My też pochwaliliśmy się, że parę mamy już na rozkładzie. Próbowałam nauczyć się prawidłowej wymowy Aonach Eagach – to jest AFAIR coś w stylu ionak’ ieegak’, ze zmiękczeniami jak w rosyjskim – ogólnie wymowa w gaelic jest strasznie popieprzona. Dowiedziliśmy się też, którędy schodzić – z najgłębszej (820m) przełęczy na trasie, pomiędzy Stob na Doire a kolejnym szczytem, opada ścieżka do doliny Lairig Gartain, która (to wiedzieliśmy) odchodzi od Glencoe. Początek ścieżki jest oznaczony kopczykiem z kamieni.

Na przedostatnim wzniesieniu, Stob Coire Altruim (941m n.p.m.) spotkaliśmy nietypowego turystę:

Jest tam gdzieniegdzie nawet trochę przepaściście, ale o trudnościach można zapomnieć:

Chmury robiły się coraz gęstsze, wilgoć coraz większa, wiatr silniejszy. Gdyby nie chęć zaliczenia ostatniego munro, pewnie byśmy zawrócili, bo ani widoków, ani trudności – dupa, panie.

Stob Coire Altruim

Munro Stob na Broige liczy sobie 956m wysokości i zamyka grań BEM, która dalej opada już do Glen Etive.

Schron na szczycie Stob na Broige

Z munrosa wycofaliśmy się do przełęczy, z której w dolinę sprowadza wzdłuż potoku stroma ścieżka – bądź w formie chodniczka, bądź po łatwych, naturalnie wyrzeźbionych skałach.

Do Lairig Gartain schodzi się szybko, nie więcej niż 40 min. dość urozmaiconym terenem. Sama dolina to jedno wielkie torfowisko, podmokłe, błotniste, pełne dziur, w które można wpaść po kolano, usiane zielonymi kępami, po których fajnie jest przeskakiwać dopóki odległość pomiędzy naszą a najbliższą kępą nie będzie tak duża, że pluśniemy w błoto.

Zwłaszcza dziury są wyjątkowo wredne, bo zamaskowane i ciężko wydostać z nich nogę bez pomocy. A i potem nie chcą cię wpuścić do samochodu dopóki nie pozbędziesz się butów i skar;P

Odcinek doliną do parkingu w Glencoe to jakaś godzina – mogłoby być krócej, gdyby nie konieczność szukania suchej (w zasadzie to mniej mokrej) drogi w torfowisku.

Szlak jest średnio długi, łatwy, taki na *. Z tym, że orientacyjne trudności jak widać wystąpić mogą, w rejonie szczytu Stob na Doire droga nie jest ewidentna. Na tym odcinku, zwłaszcza we mgle, należy bardzo uważać.

Żałuję, że nie jestem w stanie powiedzieć niczego o widokach, przez co opis wypadł dość zdawkowo. Sama będę chciała za jakiś czas powtórzyć tę trasę przy pięknej pogodzie, bo pomimo zaliczenia dwóch munrosów czuję niedosyt. Myślę, że szlak jest wart polecenia nawet w ciemno – jak wspomniałam, BEM jest tak położone, że przy dobrej widoczności musi tam być pięknie, a że trudności nie ma żadnych i męcząco też jakoś bardzo nie jest, warto spróbować się o tym przekonać.

Kiedy powtórzymy wycieczkę w bardziej sprzyjających warunkach, oczywiście wrzucę zdjęcia.