Carn na Caim i A’Bhuidheanach Bheag

 Nr 235, Carn na Caim; nr 236, A’Bhuidheanach Bheag

Wymowa: karn na kejm; a wujanah weg

Znaczenie nazwy: cairn like peak of the curve; little yellow place (za MunroMagic)

Wysokość: 941 m n.p.m.; 936 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 232.; 240.

Data wejścia: 15.10.18

Kolejną trasę zrobiliśmy w Drumochterach i po ostatnich górskich przygodach było to doświadczenie dosyć szczególne. Drumochtery razem z płaskowyżem Mounth to, jak wiele razy już wspominałam, największa naleśnikownia w Highlandzie a że ostatnio wyprawialiśmy się raczej na Zachód, zdążyliśmy się odzwyczaić. 

Start z parkingu po zachodniej stronie A9, jakiś kilometr na południe od Dalwhinnie. Należy przekroczyć A9 (ostrożność wskazana, ruch jest pioruński) i po przejściu kawałka lasem kierować się „autostradą” na płaskowyż. Płaskowyż ten charakteryzuje się tym że dwa jego punkty mają (nie)szczęście sięgać powyżej 914m n.p.m. a w dodatku przewyższenie pomiędzy nimi to więcej niż 500 stóp, dlatego otrzymały status munro.



Poniżej początkowe partie podejścia z Dalwhinnie (widoczny budynek destylarni) w tle:



Kiedy osiągamy płaskowyż krajobraz robi się taki:



No Glen Shiel to to nie jest. „Grań” w kontekście tych, ekhm, gór, to pojęcie abstrakcyjne. Mimo to, jeśli wrzucić na luz i po prostu cieszyć się spacerem oraz obserwowac tundrową przyrodę, może być całkiem przyjemnie. Widzieliśmy np. multum zajęcy bielaków, które w tym momencie roku mają białe podwozia oraz łapy, a góra pozostaje brunatna.

Po drugiej stronie drogi, za wałem Drumochterów, piętrzą się o ileż bardziej charakterne szczyty grupy Aldera z przyległościami. Beinn Bheoil oraz Alder po lewej, dalej kawałek Lancet Edge:



Beinn a’Chlachair:



A w lewym górnym rogu, Geal Charn.



Poszliśmy tak jak sugerowało Walkhighlands, to znaczy po wyjściu na płaskowyż po osiągnięciu rozwidlenia dróg najpierw w lewo, na munrosa Carn a Caim. Płaskowyż nie jest rzecz jasna faktycznie płaski, roluje się w obłe wybrzuszenia, podchodzimy a to do góry a to w dół. Sam munros jest tak plaskaty że bez GPSa w słabszych warunkach pogodowych zlokalizowanie szczytu mogłoby być niemożliwe. Poniżej zaś ostatni z Drumochter Hills, jeszcze przez nas nie zdeptany Meall Chuaich. Już widać że emocje będą jak na grzybach:



Tu zaś sam wierzchołek Carn a Caim AKA Strzelistej Turni nr 1:

Na najdalszym planie Cairngormsy. I bardzo dobrze widać czemu Drumochter Pass od najdawniejszych czasów miała takie znaczenie, a i dziś przebiega przez nią główna droga na Północ oraz linia kolejowa: to jedyne miejsce gdzie takowe można było przeprowadzić, cały okoliczny teren to jeśli nie góry to takie właśnie poryte wąwozami płaskowyże, bariera dla komunikacji z użyciem pojazdów wbrew pozorom równie skuteczna, co gdyby piętrzył się tu spektakularny łańcuch górski. 



Co świetnie widać także poniżej.



Z Carn a Caim należy się wrócić do rozwidlenia, po czym zacząć zasuwać na A’Bhuidheanach Bheag. Odległość jest mniej więcej taka sama ale to podejście jest nieco żmudniejsze ze względu na większą liczbę i wysokość garbów przez które przechodzimy. 



Jak podaje Walkhighlands, jakieś 500 metrów od tego wierzchołka A’Bhuidheanach Bheag na którym stoi trianguł znajduje się kolejny o identycznej wysokości. Oczywiście przy tym ukształtowaniu terenu absolutnie nie jest to ewidentne a na tym drugim nie ma nawet kopczyka. Szukanie go można zatem pozostawić purystom jako że i tak 99,9% munrobaggerów zalicza tylko ten z triangułem (co wystarczy żeby uznać munrosa za zdobyty). Myśmy nawet nie wiedzieli o tym bliźniaczym wierzchołku więc nie było dylematu.

Powrót po własnych śladach.

Wycieczka ekscytująca nie była, ale że dzień był piękny na pewno nie będę tej eskapady wspominać źle. Choć nie są to munrosy na które planujemy kiedykolwiek wrócić.

Trasa liczy sobie 19km i udało się nam ją ogarnąć w niecałe 6 godzin (na pewno mozna szybciej).

Opis z Walkhighlands:>>LINK<<

Mapka z Walkhighlands:>>LINK<<


Ben Alder Munros

Nr 224, Beinn Bheoil; nr 225, Ben Alder; nr 226, Beinn Eibhinn; nr 227, Aonach Beag; nr 228, Geal-Charn; nr 229, Carn Dearg

Wymowa: ben wiaol; ben older; bin ejwin; unah beg; gal harn; karn dierek

Znaczenie nazwy: hill of the mouth; hill of rock and water; delightful hill; little ridge; white peak; red cairn like peak (za MunroMagic)

Wysokość: 1019 m n.p.m.; 1148 m n.p.m.; 1102 m n.p.m.; 1116 m m.p.m.; 1132 m n.p.m.; 1034 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 112.; 25.; 48.; 37.; 26.; 98.

Data wejścia: 7-8.7.2018

Do „Alderów” zalicza się sam właściwy masyw połączonych Ben Aldera i Beinn Bheoil, oraz sąsiednią czteromunrosową grań. Jest to dość trudno dostępna grupa górska do której dojść można na trzy sposoby: dojechać pociągiem do Corrour Station i dalej z buta; z Glen Spean z buta, oraz z Dalwhinnie (niespodzianka!) z buta, w tym wypadku 15 km. Podobna odległość występuje zresztą w każdej z wymienionych opcji. Dlatego postanowiliśmy poświęcić cały weekend i zaliczyć wszystkie sześć munrosów a zmęczyć się dojściem i powrotem tylko raz. 

Wybraliśmy najbardziej popularną opcję dojścia z Dalwhinnie do Culra Bothy, przenocowanie tam, następnego dnia wejście na Beinn Bheoila i Aldera po czym wbicie się na drugą grań, zdobycie minimum jednego munrosa (acz jakby się udało więcej to super), biwak na grani, ostatniego dnia dokończenie jej i powrót. Założenie ambitne acz latem jak najbardziej wykonalne. Problematyczny był fakt iż w piątek pracowałam do 19.30. Mariusz zabrał mnie prosto z pracy, w Dalwhinnie byliśmy po ok. dwóch godzinach, trochę czasu zajęło znalezienie parkingu z którego nas nie odholują (trwają prace leśne i najbliższy początkowi trasy parking jest zarezerwowany dla ciężkiego sprzętu), do Culry doszliśmy przed północą. Zdjęcie poniżej zrobione po 23 pokazuje jak wyglądają letnie noce w Szkocji: 

Bothy jest oficjalnie nieczynne ze względu na obecność azbestu ale otwarte. Azbest jest podobno w ścianach ale że nie zamierzaliśmy ich skrobać i się sztachać bothy było nasze. Spało się cudownie a poranek okazał się obiecujący:



Fajnie było zobaczyć na żywo klasyczny widok pt. Culra z Alderem po jednej stronie a Lancet Edge po drugiej. Grań ta, kulminująca w pomniejszym szczycie Sgor Iutharn, opada z munrosa Geal-Charn, przedostatniego w grani. Do wejścia się zatem nie za bardzo tym razem nadawała ale jeśli kiedykolwiek tu wrócimy to właśnie po to żeby ją przejść.



Dolinę przecina trochę ścieżek, ale w warunkach jakie mieliśmy nawigacja była dość oczywista.



Profil Lancet Edge z każdej perspektywy wyglądał ciekawie, widać że jest tam jedno trudniejsze miejsce już całkiem wysoko:



Loch Pattack a naleśniki w tle to masyw Monadliath aka Szare Góry.



To zdjęcie jest o tyle istotne że pokazuje drogę zejściową z ostatniego munrosa – dość upiorne wrzosowe zbocze pozbawione ścieżek. 



Droga na Beinn Bheoil wygląda tak: najpierw umiarkowanie strome zbocze, potem wypłaszczenie, potem podejście na garb (Sron Dreineach) który jest długi i wznosi się jedynie nieznacznie, oraz szczytowy „final push” widoczny na zdjęciu. Nie jestem pewna czy tam wszędzie jest ścieżka bo my naszą w pewnym momencie zgubiliśmy. Przy dobrej widoczności nie miało to oczywiście większego znaczenia, poza tym od garbu nawigacja jest oczywista.



Widok z wierzchołka Beinn Bheoil na trzy popularne scramblingowe granie: Short Leachas (Alder), Long Leachas (Alder) i Lancet Edge. Ta ostatnia wygląda na najbardziej eksponowaną.



Loch Ericht, zaś na tle nieba widać kolejno Ben Lawersa z satelitami, czterowierzchołkowy Meall nan Tarmachan oraz trójkątny Meall Ghaordaidh. „Aldery” są położone w centralnym highlandzie, stąd widać z nich także Glencoe, Nevis Range, The Mamores, i dalej aż do Glen Shiel. Zaraz za Loch Ericht naleśnikują zaś Drumochtery. Nie wrzuciłam zbyt wiele zdjęć szerokich planów bo to z racji ilości munrosów wyjątkowo długa notka i wyjątkowo dużo zdjęć, a nie chcę żeby strona ładowała się godzinę.



Kolejny szczyt w masywie Beinn Bheoil, mający status munro top Sron Coire na h-lolaire (też uwielbiam te nazwy). Bardzo ładny szczyt ale z bólem zdecydowaliśmy się go strawersować żeby zaoszczędzić trochę energii.



Zeszliśmy na przełęcz o wysokości 833 m n.p.m. skąd na zbocza Aldera wchodzi się wolną amerykanką, ta strona góry jest stosunkowo połoga, klify są tylko od północy i wschodu. Na zdjęciu wierzchołek po prawej stronie.



Loch a’ Bhealaich Bheithe oraz Beinn Bheoil. Dobry moment żeby przypomnieć że zbitkę „bh” w gaelic czyta się jak polskie „w” 😉


Na wierzchołku. Alder to taka typowo „cairngormska” góra: wielkie to, plaskate, acz rehabilituje się kotłami oraz opadającymi do nich graniami. Mimo tego Beinn Bheoil, choć znacznie niższy, jakoś bardziej przypadł mi do gustu.

Pierwszy widok na kolejne do zdobycia dwa munrosy, Beinn Eibhinn i Aonach Beag:

 

Z Aldera zeszliśmy w dolinę oddzielającą nas od kolejnej grani (momentami stromawo ale pamiętam dużo bardziej męczące zejścia) i ukazał nam się w całej okazałości kolejny etap, to jest podejście na przełęcz pomiędzy munrosami. Jak widać na Beinn Eibhinn trzeba się kawałek cofnąć. Byliśmy już zmęczeni (słońce czasem chowało się za chmurami ale kiedy grzało to na full) ale na grań trzeba było się wspiąć, ponieważ kolejny dzień miał być wystarczająco ciężki i bez tego podejścia. W dolinie uzupełniliśmy też wodę która w tym upale zdążyła się skończyć.



Ten kawałek mnie trochę dobił, przyznaję.



W okolicach przełęczy zdecydowaliśmy że na ten dzień wejście na Beinn Eibhinn wystarczy. Z przełęczy w górę wyprowadza dobrze zdefiniowana grańka na której poziomej części postanowiliśmy zabiwakować. 



Poniżej można wypatrzeć nasz namiocik. Widać też jak gwałtownie zaczęła się zmieniać pogoda. Zostawiliśmy plecaki w namiocie i w dziesięć minut byliśmy na wierzchołku Beinn Eibhinn (wierzchołki są dwa, ten dalszy jest właściwy) – każde stanęło tam dosłownie na kilka sekund i zaczęliśmy wiać z powrotem żeby zdążyć się schować przed deszczem.

Nasz namiot to kropka na grani w miejscu gdzie kończą się jasne piargi. W tle Aonach Beag oraz Geal-Charn.

Kiedy już byliśmy w namiocie zerwało się takie wietrzysko że dotarło do nas iż rozbicie się na grani nie było najmądrzejszym pomysłem. Klnąc zwinęliśmy namiot na pół, z matami i śpiworami w środku, i znieśliśmy go poniżej przełęczy (mieliśmy szczęście że go nam wiatr nie porwał). Potem musieliśmy się jeszcze wspiąć po plecaki. Naprawdę mieliśmy już dość jak na jeden dzień. 

Spało nam się słabo, wiatr tak dął że baliśmy się że połamie nam namiot. Rano wszędzie były kotłujące się chmury, jak widać coś tam się odsłaniało ale jedynie na krótkie momenty. Jakoś udało się zwinąć majdan i wyruszyć – dzień zapowiadał się średnio ale nie mieliśmy już wyjścia, powrót i tak wypadał przez kolejne trzy munrosy.

Ze względu na warunki nie bardzo było czemu robić zdjęcia. Na Aonach Beag wyprowadza również nieźle zdefiniowana grań, a podejście z przełęczy jest nieco tylko dłuższe niż na Beinn Eibhinn. 

Przełęcz pomiędzy Aonach Beag i Geal-Charn jest położona wyżej niż poprzednia. Na tym etapie wiatr zmalał i do szczęścia zaczęło brakować tylko widoków. Zdjęć szczytowych nie wrzucam bo pokazują tylko mnie, kopczyki i szarość. Warto natomiast spojrzeć na plateau w rejonie szczytowym Geal-Charn – bez GPSa pewnie błąkali byśmy się tam 40 lat jak Żydzi po pustyni. Z tego rejonu można kontynuować na nieodległy Sgor Iutharn i zejść sobie Lancet Edge acz nie wiem czy to byłby najlepszy pomysł.

Z północno-wschodniej strony Geal-Charn opadają klify i jedyną opcją do zejścia jest grańka Aisre Ghobhainn. Tpo ładny kawałek trasy po którego obu stronach mieszczą się kotły a w każdym jest jezioro. Kocioł wschodni jest głębszy i bardziej efektowny, głównie dlatego że zamyka go Lancet Edge:

Ten przyjemny fragment szybko się jednak kończy, za pzrełęczą grań zaczyna się rozlewać w zbocze i dość łagodnie wznosi się na ostatniego munro Carn Dearg, oddalonego o ok. 2 km. Ponownie, munros ten ma dwa wierzchołki, i wrzucam zdjęcie z niższego ponieważ jest bardziej efektowne. Z drugiej strony gdyby ten dzień był tak piękny jak poprzedni, musiałabym tę notkę rozbić na dwie części z powodu ilości zdjęć. 

Z Carn Dearg ponownie sprowadził nas GPS. Ścieżek jako takich nie ma, ale proponowana trasa z Walkhighlands, na rympał zboczem, sprowadza prosto do bothy. To zejście do przyjemnych nie należy, bo raz że strome a dwa że porośnięte wrzosami i jagodami wśród których zieją poukrywane dziury i można wpaść po udo. Poniżej Beinn Bheoil i Alder w chmurach:

Końcówka zbocza, widać prywatne Culra Lodge (to większe) i bothy (to mniejsze):

Po dojściu do bothy zrobiliśmy jedynie krótki postój gastronomiczny, starając się za bardzo nie ekscytować ukończoną misją a raczej kontynuować w trybie zadaniowym, jako że byliśmy już dobrze wytrzepani a do samochodu zostało ok. 16 km. Klasyczny alderowy widok po raz drugi, w jakże innych warunkach:

Powrót, jak można było przewidzieć, przypominał odwrót spod Moskwy aczkolwiek ja osobiście umordowałam się nieco mniej niż po Loch Mullardoch – jednak co szutrowa droga to szutrowa droga. Kiedy dobrnęliśmy do parkingu miałam jednakowoż ochotę ucałować samochód. 

Podczas tego weekendu zrobiliśmy ok. 60 km, ale zdecydowanie było warto ogarnąć wszystkie te sześć munrosów od jednego strzału. Jeśli jednak będziemy kiedykolwiek wracali do Culry, chociażby na Lancet Edge, to tylko na rowerach. Większość ludzi tak właśnie robi a my nie skorzystaliśmy z tej opcji ponieważ mój niemiłosiernie eksploatowany pojazd już ledwo zipie, a potrzebuję go na jeżdżenie do pracy. Uskutecznianie Alderów z buta, choć jak widać możliwe, to jednak trochę hardcore. 

Linki do map i tras na Walkhighlands wrzucę później.


Beinn a’Chlachair, Geal Charn & Creag Pitridh

 

 

Nr 207, Beinn a’Chlachair; nr 208, Geal Charn; nr 209, Creag Pitridh

Wymowa: ben ahlahar; gal harn; kreg pitri

Znaczenie nazwy: hill of the stonemason; white peak; Petrie’s crag (za MunroMagic)

Wysokość: 1087 m n.p.m.; 1049 m n.p.m.; 924 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 56.; 81.; 264.

Data wejścia: 2.9.17

 

Na te trzy munrosy startuje się z Glean Spean, z parkingu przy trasie A86 położonego dokładnie pomiędzy dwiema częściami Loch Laggan. Części te łączy rzeka Laggan którą przekraczamy po moście, by zaraz za nim napotkać rozstaje, gdzie musimy skręcić maksymalnie w lewo (podkreślam bo z mapy wynika że tam schodzą się trzy drogi, ja pamiętam dwie). Więcej wyzwań nawigacyjnych nie będzie, dobra droga prowadzi przez całą płaską część, dopiero kiedy musimy zacząć się wspinać trzeba porzucić ścieżkę. Beinn a’Chalchair prezentuje się tak (zdjęcie z powrotu, bo rano było szaro i niefotogenicznie):



Wchodzi się lewym, łagodniejszym ramieniem góry, i też nie na przełaj, tylko od jego lewej strony – tak jest najmniej męcząco a na tej trasie katować bez potrzeby się nie warto, ponieważ liczy sobie ona 26 km. Ścieżki nie ma bo teren nie wymusza, i początek włażenia był dość nieprzyjemny gdyż wytracaliśmy sporo energii zapadając się w miękkie podłoże.

Poniżej po prawej Geal Charn a wyprztyk po lewej to Creag Pitridh. Jest to wbrew pozorom przyjemna górka, tylko ma pecha być jednym z niższych munrosów i leżeć pośród znacznie wyższych sąsiadów, co redukuje ją wizualnie do przedwierzchołka a nie suwerennego szczytu.



Im dalej wspinaliśmy się na pierwszego munrosa tym bardziej suche robiło się podłoże i końcówka była już bardzo przyjemna. Finałowy kocioł musi być bardzo malowniczy zimą.



Zbliżenie na Geal Charn (właściwy wierzchołek to ten z lewej):



Finałowe podejście z Beinn a’Chlachair:



I jeszcze raz, wierzchołek. Beinn a’Chlachair nie należy może do czołówki najbardziej spektakularnych munrosów ale to jednak jest niezły kawał góry, tak wzdłuż jak i wszerz.



Na wierzchołku:



Po lewej Chno Dearg, a w centrum bliźniacze szczyty the Easains – wszystko zaliczone.



Panorama Glencoe: Buachaille Etive Mor, Buachaille Etive Beag, Bidean nam Bian, Aonach Eagach, a ten ostatni to już the Mamores, chociaż nie jestem pewna czy Am Bodach czy Binnein Mor:



Po prawej ładnie i z detalami widać grań Aonach Eagach na którą trzeba będzie się w końcu wybrać po raz trzeci:



Poniżej zaś dalsza droga na Geal Charn. Ładnych parę kilometrów i głęboka przełęcz w pakiecie. 



Na poniższym zdjęciu rozpoznaję Gulvaina, Sgurr na Ciche, Garbh Chioch Mhor, Sgurr nan Coireachan i Sgurr Mor. 



Podejście na Geal Charn ze wspomnianej głębokiej przełęczy wydało mi się dużo mniej problematyczne niż się zapowiadało, albo byłam już bardzo rozchodzona. Poniżej Creag Pitridh z podejścia. Ta góra naprawdę nie ma szczęścia. A przecież jest wyższa niż budzący szacunek, tatrzański w kształtach Sgurr nan Gillean na Skye, w porównaniu z którym jej więksi sąsiedzi to plaskacze. Pewnie zresztą tak się pociesza.



Wierzchołka Geal Charn nie sposób przegapić! 



Kiedy staliśmy na szczycie pogoda była już piękna. Wydawało mi się że na dalekim planie rozpoznaję grupę Beinn Dearga koło Ullapool (acz pokroić się nie dam). Bardziej na wschód było widać Ben Wyvisa, a dalej Cairngormsy, Drumochtery, Schiechalliona, grupę Lawersa, zaraz obok nas kolosy z grupy Aldera, dalej (ale wciąż bardzo blisko) Beinn na Lap z poprzedniej wycieczki, a za nim Glencoe, the Mamores, Grey Corries, Ben Nevis i Aonachs, oraz munrosy rejonu Glenfinnan i Loch Arkaig. Wspaniały punkt widokowy i tylko szkoda że nie dało się tego wszystkiego oddać na zdjęciach!

A Creag Pitridh tkwi ponuro gdzieś w dole i zawija:



Na drugim planie Beinn a’Chlachair:



Kolejno: Easains, Grey Corries i obowiązkowo The Ben.



A tu moja najpiękniejsza góra, Bidean nam Bian:



Już więcej nie będę się znęcać nad Creag Pitridh poza tym iż powiem że owszem, wchodzi się na niego ekspresowo. Końcowe podejście jest jednak dość strome a wierzchołek, choć do turni mu daleko, jest stosunkowo dobrze zdefiniowany (na pewno nie jest to płaskowyż). Kiedy można oddać sprawiedliwość, należy to zrobić.



No i jest to jedyny z tych trzech munrosów z którego otwiera się widok na urocze Lochan na h-Earba.



Schodzimy bez ścieżki (oprócz drogi w dolinie na tej trasie nigdzie nie ma ścieżek) wychodząc kawałek za miejscem gdzie rano rozpoczęliśmy pierwsze podchodzenie do góry na ramię Beinn a’Chlachaira. Warunki pogodowe sprawiły że powrót wypadł znacznie bardziej malowniczo.



Trasa nie jest jakaś ekstremalnie ciężka (nie ma porównania do liczącej jedynie dwa kilometry więcej masakry nad Loch Mullardoch) ale jak wspomniałam jest to jednak 26 km. W razie czego Beinn a’Chlachair można zdeptać osobno. Myślę że ze względu na malowniczość te trzy munrosy to opcja nie tylko dla baggerów! 

 

The west Drumochter hills

 

Nr 196, Geal Charn; nr 197, A’Mharconaich; nr 198, Beinn Udlamainnr 199, Sgairneach Mhor

Wymowa: gel karn; a warkonah; ben udlaman; skarnah wor

Znaczenie nazwy: white peak; place of the horse; gloomy hill; big scree (za MunroMagic)

Wysokość: 917 m n.p.m.; 975 m n.p.m.; 1011 m n.p.m.; 991 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 279.; 179.; 119.; 155.

Data wejścia: 2.10.16

 

Do osiągnięcia numeru 200 zostało nam po ostatniej wycieczce pięć munrosów. Piątka od jednego machu to sporo, poza tym nie mamy raczej takich tras w zasięgu jednodniowej wycieczki – postanowiliśmy zastępczo ogarnąć jakąś czwórkę żeby na kolejnej wycieczce już na sto procent można było celebrować dwójkę z przodu.

Drumochtery flankują Drumochter Pass, szczelinę w płaskowyżach która od najdawniejszych czasów używana była do przeprawiania się z południa na północ. Dlatego biegnie nią zarówno bardzo ruchliwa A9 jak i linia kolejowa. Od kolejnego słabego punktu którym można było poprowadzić drogę (A93 przez Glen Shee) dzieli ją lotem wrony 51 km (odległość pomiędzy Drumochter Pass a Cairnwell Pass). 

Po zachodniej stronie A9 znajdują się cztery munrosy, po wschodniej trzy. Zachodnie postanowiliśmy ogarnąć za jednym razem zgodnie z sugestią McNeisha (Walkhighlands proponuje rozbić tę trasę na dwie wycieczki). Start z parkingu obok B&B Balsporran Cottages. Po przekroczeniu torów droga zaczyna się wspinać na łagodne ramię pierwszego munro, Geal Charn. Dla takich poranków uwielbiam jesień:

Widać parking, B&B oraz linię kolejową. Sezon porannych przymrozków został niniejszym oficjalnie otwarty.

Drumochtery mają słabą prasę – zarówno u McNeisha jak i SMC są opisane jako wyjątkowo nudne i pozbawione charakteru pagóry. Nie bardzo rozumiem dlaczego, ponieważ pod tym względem absolutnie nie odbiegają na niekorzyść od wielu innych szkockich gór w tej części kraju, chociażby płaskowyżu Mounth czy totalnie plaskatego Monadhliath. Tak to po prostu w tym zakątku Highlandu wygląda i wszak nie dla adrenaliny się tam chodzi. 

A’Mharconaich

Atutem Drumochterów jest bezpornie ich centralne położenie. Widać z nich (co częściowo pokażą fotki) zarówno Cairngormsy z przyległościami jak i munrosy Glen Lyon/Rannoch Wall, leżącą po sądziedzku grupę Aldera, a nawet fragmenty Glencoe i Grey Corries.

To co z podejścia na Geal Charn wydaje się być wierzchołkiem jest dopiero początkiem grzbietu wyprowadzającego na widoczny poniżej szczyt. W krajobrazie do końca będa dominowały Loch Ericht oraz monumentalna grupa Ben Aldera, jednego z trudniej dostępnych munrosów (ze względu na zakamuflowanie głęboko w dziczy gdzie trzeba się dostać z buta).

Daleko za jeziorem widoczne są munrosy Rannoch Wall a trójkącik który wyłania się po lewej to Meall Ghaordaidh:

The Grey Corries:

A tu Ericht Estate. Jeśli ktoś ma plus minus pięć tysięcy funtów do wydania na tydzień, to mają nawet kryty basen i lądowisko dla prywatnych helikopterów. 

Przewyższenia pomiędzy munrosami są na tej trasie umiarkowane, nachylenie terenu łagodne. Poniżej grzbiet wyprowadzający na szczyt A’Mharconaich.

Najciekawiej – bo raz że blisko, a dwa że dzięki charakterystycznym kształtom są łatwe do identyfikacji – prezentują się murosy Glen Lyon plus Shiechallion (poniżej):

Ben Lawers i satelity:

Niestety większość Glencoe, The Mamores oraz Nevis Range jest zasłonięta mamucimi bryłami munrosów z grupy Ben Aldera.

Aczkolwiek z najwyższego z Drumochterów, Beinn Udlamain, udało się dostrzec sam czubek Ben Nevisa!! 

Najdłuższe podejścia są na pierwszego i drugiego munrosa. Kolejne dwa zdobywa się już spacerowo.

Buachaille Etive Mor oraz masyw Bideana nam Bian z podejścia na Sgairneach Mhor:

Ze Sgairneach Mhor należy jeszcze „tylko” dojść do Balsporran Cottages – biały domek można dostrzec w centrum zdjęcia.

Niżej grunt zrobił się paskudnie bagnisty, a ścieżka niemal znikła. Przy widoczności nie jest to problem, należy po prostu kierować się na most na Allt Coire Dhomhain za którym zaczyna się już konkretna droga. Nią kontynuujemy pomiędzy pomniejszymi wzniesieniami określanymi malowniczo (i nie do końca formalnie) jako Boar of Badenoch oraz Sow of Atholl, przechodzimy pod torami oraz wychodzimy na biegnące wzdłuż A9 resztki starej wojskowej drogi która obecnie służy jako ścieżka rowerowa. Nią do parkingu jest jeszcze ok. 5,5 kilometra.

Poniższa tablica zaznacza początek administracyjnego, nie geograficznego, rejonu Highlands. Czego tu nie ma. Jest i wiernie odwzorowany kontur Aonach Eagach, i błękitny loch a nawet Nessie, chyba na wczasach bo gdzie Aonach Eagach a gdzie Loch Ness. 

Drumochtery okazały się bardzo sympatycznym i widokowym celem. Dzięki zrobieniu tej trasy dobiliśmy do 199 munrosów więc na kolejną wycieczkę wybierzemy jakąś pojedynczą górę, żeby godnie świętować rozpoczęcie ostatniej setki.

PS. Wiem że ostatnio odpuściłam z mapkami – postaram się wrzucić niedługo wszystkie których brakuje.