Blencathra (Lake District)

Lakeland odwiedzamy okazjonalnie i raczej musimy mieć ku temu szczególny powód, np. tak jak ostatnio bardzo słabe prognozy dla Highlandu (nie do końca się sprawdziły ale to inna sprawa). Niby odległość w linii prostej niewiele większa niż do Glencoe, ale zupełnie inny klimat: zamiast dzikich wrzosowisk pola i malownicze miasteczka, na szlakach mnóstwo ludzi, niemal tyle co w Tatrach. Nieliczne góry powyżej 3000 ft nie zaliczają się do munros bo ta nazwa przysługuje tylko szkockim szczytom. Dlatego bywamy tam rzadko, co nie znaczy że kiedy już się na to decydujemy, nie jest fajnie.
Tym razem postanowiliśmy odwiedzić położoną na północnym skraju Lakelandu Blencathrę, wchodząc scramblingową grańką Sharp Edge która jest jakoby najfajniejszą opcją wejścia.

Blencathra (w tłumaczeniu "łysa góra w kształcie krzesła/siedzenia") to rozległy masyw o wielu graniach i kilku szczytach, z których najwyższym jest Hallsfell Top, 868m n.p.m.

Parking startowy nie jest zaznaczony na mapie ale znajduje się on przy szosie mniej więcej na wysokości Scales. Uwaga – trudno o wolne miejsce!
Tu jeszcze pierwszy widok Blencathry z drogi:
Image Hosted by ImageShack.us
Podchodzenia jest zaskakująco niewiele! Najpierw należy się przebić przez wał grani Scales Fell:
Image Hosted by ImageShack.us
A kiedy już się na niego wespniemy, Sharp Edge z jej zwieńczeniem Foule Crag ukazuje się praktycznie od razu:
Image Hosted by ImageShack.us
Od tego miejsca jeszcze kawałek po płaskim, i ostatnie podejście do Scales Tarn i stamtąd popod grań: idzie ekspresowo.
Z dołu:
Image Hosted by ImageShack.us
Sama Sharp Edge jest… króciutka. Odcinek od początku scrambligu do szczytu Foule Crag może mieć góra 300m. Niemniej faktycznie jest to bardzo ładny kawałek trasy.
Image Hosted by ImageShack.us
Trudności jako takich tu nie ma, atrakcją jest sama ostrość grani, która może być deprymująca dla nieprzyzwyczajonych. Ja też nie przepadam za obustronną ekspozycją więc pewnie w jednym czy dwóch momentach serce biło mi nieco szybciej niż Mariuszowi. 
Image Hosted by ImageShack.us
Większość ostrza można strawersować – na zdjęciu widać omijankę – ale to opcja na nagłe pogorszenie pogody, kiedy jest sucho nie ma sensu.
Image Hosted by ImageShack.us
Wygląda na to iż niezależnie od stopnia trudności każda scramblingowa trasa na Wyspach musi mieć swój Bad Step 😀 Na Sharp Edge to miano zostało przypisane płytkiej przerwie w grani za charakterystycznym pinaklem Pillar Box. Tego niewielkiego fragmentu nie da się strawersować i jeśli ktoś do tej pory szedł omijanką, tu na odcinku paru metrów musi się zmierzyć z ekspozycją. Miejsce faktycznie może być niebezpieczne, ale tylko przy mokrej bądź zalodzonej skale.
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Podczas podejścia na Foule Crag prawie udało mi się zabić ponieważ poszłam w lewo zamiast środkiem i mało nie wpieprzyłam się w niefajne miejsce, na szczęście Mariusz zorientował się co robię i kazał mi wracać. Scrambling jest tam łatwy, grade 2 czyli najlepszym wypadku 0+, tylko lepiej nie zapędzać za bardzo na boki.
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Ostatni widok na Sharp Edge:
Image Hosted by ImageShack.us
Kiedy dotarliśmy na szczyt było jeszcze bardzo wcześnie, więc podreptaliśmy na kolejny wierzchołek, oddalony o kilkanaście minut:
Image Hosted by ImageShack.us
Widok w kierunku Keswick i Derwent Water:
Image Hosted by ImageShack.us
Zdecydowaliśmy się na schodzenie opadającą z samego wierzchołka granią Hallsfell i była to bardzo słuszna decyzja!
Image Hosted by ImageShack.us
Ta widokowa grań przypominała mi bardzo niektóre szlaki Tatr Zachodnich. Było również dużo opcjonalnego i całkiem fajnego scramblingu:
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Na dole poputaliśmy drogę i skończyło się przełażeniem przez czyjeś pole, i trzymetrowy murek co w Anglii, gdzie nie obowiązuje prawo przejścia, może mieć czasem niefajne konsekwencje. W końcu udało nam się trafić na drogę nieniepokojoną przez tubylczych farmerów. Stamtąd pomaszerowaliśmy wzdłuż szosy prosto na parking.
Image Hosted by ImageShack.us
Po fakcie byliśmy oboje bardzo zadowoleni, Blecathra jest fajną górą, charakterniejszą niż wiele munrosów oraz oferującą bardzo wiele wariantów wejścia o różnym stopniu trudności.
Randka z Lake District jak zwykle okazała się udana, tym niemniej kolejna dopiero za jakiś czas, a my wiernie wracamy w nasz ukochany Highland 🙂

Helvellyn


Po raz drugi wybraliśmy się do Lake District, na trzecie najwyższe wzgórze Anglii, Helvellyna. Prowadzi na nie wiele ścieżek, ja wybrałam najciekawszy wariant tak do wejścia, jak i zejścia. Niestety, Lake District tym się różni od Highlandu, że na popularniejszych drogach są tłumy nie mniejsze niż na tatrzańskich szlakach.

Startujemy z miasteczka Glenridding. Leży ono u samych podnóży masywu Helvellyna, więc obywa się bez długich podchodzeń. Do góry zaczynamy się wbijać praktycznie od razu. Długość całej pętli to jedynie 12 km – zdecydowanie nie są to cairngormskie dystanse.
Poniżej widok na urocze Ullswater. Do Glenridding dojeżdżamy drogą prowadzącą wzdłuż krętego brzegu jeziora i stanowczo nie jest to fragment dla osób z chorobą lokomocyjną.

Z początku wędrujemy zboczami, z widokami tylko po lewej ręce, w bardzo szybkim tempie zyskując wysokość.

Kiedy w końcu osiągamy początek grani Striding Edge, póki co jeszcze łagodny i szeroki, ukazuje się sam Helvellyn. Nie wygląda zbyt spektakularnie, linie ma raczej klockowate, ale nie o sam szczyt tu chodzi, a o prowadzące nań i z niego granie: wspomnianą Striding Edge i Swirral Edge.

Poniżej właściwa Striding Edge, wąski i skalisty odcinek grani. Taką masę ludzi, jaka nim wędruje, w Highlandzie widziałam tylko na Ben Lomondzie i oczywiście Nevisie.

Wreszcie osiągamy samo gęste – staram się cały czas iść ostrzem grani. Nie jest trudno, w większości miejsc ręce nie są potrzebne, choć przyznaję że silny wiatr zmusza mnie do korzystania z nich w wielu miejscach, które normalnie po prostu bym przeszła. Cholerny wiatr odbiera nam sporo przyjemności z pokonywania tego odcinka – bo jakkolwiek jest łatwo, w miejscach gdzie grań najbardziej się zwęża nie uśmiecha mi się stracić równowagi.

Można iść po ostrzu grani, można też trawersować ją od strony stawu, ale że naprawdę nie jest trudno, za to widokowo, nie bardzo widzę sens.

Jedyne trudniejsze – i całkowicie nieomijalne – miejsce, to zejście na przełęcz z której rozpoczyna się atak szczytowy – dwójkowy scrambling w jednym z kilku, przypominających tatrzańskie, kominków.

Zaraz potem mamy fragment podejścia po świetnej skale, kojarzący mi się z łatwiejszymi partiami Czerwonej Ławki – jego również można ominąć, ale nie ma do tego żadnych powodów, wspinaczka jest banalna a daje dużo więcej radości niż marsz ścieżką.

Na szczytowym plateau nie zabawiamy długo – zbyt mocno wieje. Widoki na drugą stronę masywu są sympatyczne, niestety nic nam jeszcze nie mówią – nie umiemy zlokalizować nawet Scafell Pike’a, to dopiero nasza druga wizyta w Lake District.

Początek Swirral Edge wyznacza kamienny kopiec. I bardzo dobrze, inaczej byłaby trudna do znalezienia – opada z plateau tak gwałtownie, iż trzeba podejść do samej krawędzi żeby zobaczyć gdzie się zaczyna. W pierwszej chwili efekt jest mocny, bo wydaje się, że będziemy schodzić po Bóg wie jakiej stromiźnie, ale wrażenie mija w miarę jak się obniżamy. Swirral Edge jest podobna w charakterze do Striding Edge, ale o ile tamta była z grubsza pozioma, ta opada dość mocno w dół. Ponieważ jest położona na większej wysokości, zalegało tam jeszcze sporo lodu i śniegu. Jako że nie mieliśmy raków (a nawet gdybyśmy mieli, raczej nie opłacało by się ich zakładać na tak krótki fragment) szliśmy bardzo ostrożnie. Odcinek gęstego szybko się kończy, i można iść dalej granią na Catstye Cam albo od razu obniżać się do Czerwonego Stawu – wybraliśmy ten drugi wariant.

Powrót, jak widać na mapce, już bez mocnych wrażeń, za to jest co podziwiać po drodze – ładne lasy, tak rzadko spotykane w Highlandzie, i urocze domki z kamienia, jakich w tej miejscowości (a pewnie i w całym regionie) pełno, idealnie komponujące się z otoczeniem.
Trasa jest niezbyt forsowna i bardzo ładna. Dobra dla początkujących scramblerów, bo bez wielkich trudności pozwala trochę się obyć ze skałą. Na Helvellyna nie radziłabym wchodzić inną drogą. Te dwie granie jedyne w całym masywie mają charakter.

>>LINK DO ZDJĘĆ<<

Scafell Pike

Po raz pierwszy odwiedziliśmy Anglię. Lake District leży w podobnej odległości od nas jak Glencoe, ale że tamtejsze trzytysięczniki nie liczą się do munros, jakoś nigdy nie wpadliśmy żeby je pozwiedzać. Aż do teraz, kiedy to (szac za pomysł Marcinie) postanowaliśmy przyatakować od razu najwyższego – Scafell Pike’a, i zrobić zarazem jakiś ciekawy scrambling.

Masyw Scafell jest konkretny. W sensie rozległości, bo wysokością, choć najwyższy w Anglii, nie imponuje. Nasz Pike to najwyższy z kilku wierzchołków, o wysokości 978m n.p.m. Dróg jest tam masa, my zdecydowaliśmy się na opcję zaproponowaną w piśmie Trail, co prezentuję poniżej:

Start z parkingu w Seathwaite, a potem tak jak pokazuje mapka, do połączenia z Corridor Route wygodnie i bez emocji.

Za połączeniem – tam gdzie na mapce szlak rozwidla się – wbijamy do Skew Gill, wąskiego i stromego wąwozu, który z dystansu wygląda tak:

Wąwóz nie zapraszał. Powiedziałabym, że wręcz odwrotnie. Byliśmy jednak tym bardziej podekscytowani, bo nareszcie miało się zacząć samo gęste. Zwłaszcza iż panowała dupówa pogodowa i wobec braku widoków trudności miały być jedyną atrakcją.

W wąwozie można było albo próbować wspinać się wzdłuż jego zboczy, albo machnąć ręką i walić środkiem, po strumieniu. Druga opcja była technicznie łatwiejsza, ale pierwsza nieco bardziej sucha (nieco, bo jaka była pogoda i warunki widać aż nadto wyraźnie). Ślizgawica, jak można się było spodziewać, niezła, ale skała przypominająca tatrzański granit (a co to faktycznie było, nie wiem, nie znam się) mimo wszystko dawała jakąś tam pewność.

Klimaty, głównie dzięki pogodzie, były jak z filmu fantasy względnie horroru:

W niektórych miejscach nie było wyboru i trzeba było dawać strumieniem.

Im wyżej, tym scrambling stawał się ambitniejszy. W najtrudniejszym miejscu, z którego zdjęć nie mamy (znajdowało się powyżej tego co pod spodem) było naprawdę nieźle – myślę, że na warunki tatrzańskie byłaby to I. Kilkumetrowa ścianka gdzie trzeba było się podciągnąć, stopnie i chwyty wyraźne, acz mikre, spływająca zewsząd woda i śliskość, plus ryzyko spadnięcia do strumienia. Bardzo emocjonujące miejsce, ale wszyscy daliśmy radę, każdy po swojemu.

Za tym najcięższym miejscem czekał nas jeszcze odcinek kruchym żlebem, po czym teren się wypłaszczył.


Zgodnie z opisem z Traila mogliśmy stąd pójść dwojako. Albo jeszcze konkretniejszym scramblingiem przez Custs Gully, albo znacznie łatwiej żlebem i zboczem przez tzw. The Band. Obie opcje wyprowadzają na początek rejonu szczytowego, The Great End. Zależało nam oczywiście na przejściu przez Custs Gully. Mapa nie do końca pokrywała się jednak z poglądowym, "przestrzennym" rysunkiem z pisma. Nie byliśmy pewni, którędy dalej, zwłaszcza że widoczność była słaba. Przed nami widniało w każdym razie coś takiego:

Jedyne co było wiadomo to to, że gdzieś tam w górze jest Great End. Daliśmy zatem prosto w jego kierunku, na przełaj, przez bulderki a potem przez żleb:

… po którego przejściu stało się jasne, że wzorowo odtworzyliśmy trasę, tyle że przez The Band. Nasz scramblingowy target mogliśmy sobie teraz popodziwiać z góry, na tyle na ile było cokolwiek widać. Niestety, przeciwko cofnięciu się przemawiało zbyt wiele argumentów i pomaszerowaliśmy w kierunku szczytu.

Z Great Endu na wierzchołek jest jeszcze trochę, głównie po płaskim ale jest też kilka podejść. Na górze stały chmury, nie spędziliśmy tam zatem ani minuty dłużej niż było konieczne. Zdjęć też nie daję, bo oprócz naszej dzielnej drużyny nic tam nie ma ;P 

Wracaliśmy przez Corridor Route i nawet przy mocno ograniczonej widoczności oczywiste było, iż jest to droga piękna. Prawie cały czas trawersująca zbocza masywu, z efektownymi wąwozami co jakiś czas, a formacje terenu, choć tego samego typu co w większości znanych nam szkockich grup górskich, wydały mi się jednak bardziej charakterne niż ich szkockie odpowiedniki. Oczywiście mówię o tym konkretnym typie rzeźby, bo Cuiliny, Torridon czy Assynt to zupełnie inna bajka. No i tym bardziej nie wysuwam daleko idących wniosków odnośnie ogółu Gór Kumbryjskich po zapoznaniu się z pojedynczym masywem. Mówię tylko jakie wrażenie zrobiło na mnie samo Scafell Range.

Wycieczka, nawet pomimo braku widoków, była świetna. Do Lake District będziemy wracać regularnie, zwłaszcza że jest tam całkiem sporo celów scramblingowych, no i wiadomo – urok nowości (chociaż jako absolutnie zakochana w Lochaber zawsze będę uznawać wyższość gór Szkocji) 😉

Zdjęcia pod >>LINKIEM<<