Stob Coire Sgreamhach i Bidean nam Bian

Nr 2, Stob Coire Sgreamhach

Wymowa: stob kori skrijah

Znaczenie nazwy: peak of the fearful corrie , szczyt przerażającego kotła

Wysokość: 1072m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 65.

Data wejścia: 17.06.07

Nr 3, Bidean nam Bian

Wymowa: bitien nam bią

Znaczenie nazwy: pinnacle of the mountains, szczyt szczytów

Wysokość: 1150m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 23.

Data wejścia: 17.06.07

Potężny, o ciężkiej sylwetce Bidean nam Bian razem ze swymi trzema satelitami (Stob Coire Sgreamhach, Stob Coire nan Lochan i Stob Coire nam Beith) rozsiada się majestatycznie pomiędzy Glencoe a Glen Etive. Zaliczany do Glencoe hills, z głównej doliny jest jednak praktycznie niewidoczny (trzeba wiedzieć, gdzie i kiedy patrzeć). Z trzech położonych opodal szczytów tylko SCS uznany został za dostatecznie wyodrębniony, by zaliczono go do munros, pomimo iż gabarytowo na listę łapią się wszystkie sąsiadujące wierzchołki. Osobiście uważam że Stob Coire nan Lochan, zresztą wyższy od SCS, jak najbardziej powinien być munro. No ale jak lista, to lista, trudno.

Wędrówkę rozpoczęliśmy przy czwartym parkingu w Glencoe (patrząc od strony Bridge of Orchy). Wybiega stamtąd wyraźna ścieżka, która początkowo wspina się lekko, wyprowadzając do doliny. Szlak biegnie po płaskim, wzdłuż potoku Allt Lairig Eilde, po prawej stronie mając poszarpaną grań Beinn Fhady, po lewej zaś ścianę Buachaille Etive Beag z piramidą Stob Dubh (958m n.p.m.).

Nie bardzo mieliśmy pomysł, jak iść – wiedzieliśmy tylko, że przed nami powinien się znajdować SCS, no i skoro jest szlak, to pewnie nas GDZIEŚ wyprowadzi. Nasza droga, jak się okazało, miło i spacerowo łączy Glencoe z Glen Etive, co tłumaczyłoby, że spotkaliśmy na niej trochę ludzi i psów (potem, do samego końca wycieczki, tylko raz w ogóle widzieliśmy człowieka). Istotnie wyprowadziła nas bez pudła, bo pod samą grań SCSa.   

Grań Stob Coire Sgreamhach zamyka dolinę. Jest to sam początek, zasłonięty zboczami Beinn Fhady szczyt znajduje się o wiele wyżej

Postanowiliśmy wbić się na przełęcz i kontynuować marsz po grani. Innych bezpiecznych możliwości zresztą nie było.

Przełęcz (741m n.p.m.)

Wspinaczka ma przełęcz była niedługa, ale strasznie mozolna z powodu znacznego nachylenia. Na szczęście przewyższenie w tym miejscu wynosi zaledwie circa 300 metrów.

Grań Buachaille Etive Beag, najbardziej po prawej Stob Dubh

Widoki z przełęczy na dolinę, choć piękne, nie mogły równać się z tym, co zobaczyliśmy po drugiej stronie: lśniącym w słońcu Loch Etive i jego wspaniałym otoczeniem. Dla czegoś takiego warto żmudnie brnąć pod górę, przeklinając wczorajsze używkowe ekscesy:

Ku wierzchołkowi SCS pięliśmy się bardzo szeroką granią, z jednej strony płynnie przechodzącą w łagodne zbocze, z drugiej opadającą urwiskami. Ten odcinek jest mniej męczący, denerwuje tylko, że przez dłuższy czas nie widać szczytu, przed nami tylko trawa i kamienie. Za to widoki z boków i tyłu z każdym krokiem zyskują na bogactwie – na północnym zachodzie błyszczy Loch Linnhe, po przeciwnej stronie Blackwater, naokoło morze wzniesień:

Nareszcie widać szczyt

W kierunku szczytu

Na wierzchołku Stob Coire Sgreamhach stanęliśmy po mniej więcej godzinie od ruszenia z przełęczy (ale można ten odcinek przejść szybciej, nie robiąc długich postojów na pikniki i robienie zdjęć:>). Widoki wzbogacają się o kierunek północny, ale z panoramy da się dostrzec tylko fragment (za to z grzbietem Ben Nevisa) – plan pierwszy zasłaniają masywne sylwety Bideana i Stob Coire nan Lochan, rozdzielone głębokim siodłem.

Przełęcz między BnB a SCnL

Zwłaszcza Bidean robi wrażenie.

Bidean nam Bian – widok z przełęczy łączącej go z SCS

Żeby dostać się na Bideana, musieliśmy zejść na mocno wciętą przełęcz i uwaga! W razie niedyspozycji, załamania pogody czy innych niesprzyjających okoliczności tu można zacząć schodzić – z przełęczy opada stromy, ale bezpieczny szlak do Lost Valley i dalej do Glencoe.

Na szczyt wiedzie wyraźna i wygodna ścieżka. Do końca prowadzi granią, miejscami wąską i nieco eksponowaną, jednak bez żadnych trudności technicznych. Po pół godzinie marszu w towarzystwie biegnącej kilkadziesiąt metrów niżej owcy indywidualistki, osiągnęliśmy niższy wierzchołek Bideana. Warto się tam zatrzymać na kilka chwil – już tu mamy przedsmak tego, co czeka nas na górze – dookolna panorama szczytów uległa cudownemu rozmnożeniu, a za Loch Linnhe widać otwarte morze.

W tle właściwy wierzchołek BnB

Na szczyt już tylko chwilka.

Stob Coire nan Lochan i Stob Coire nam Beith wydają się być na wyciągnięcie ręki.

Stob Coire nam Beith, 1107m n.p.m.

Za to zejście na przełęcz jest średnio przyjemne. Idzie się po stromym kamiennym usypisku, które przejawia spore tendencje do mobilności – dziewięć na dziesięć kamulców trzyma się ściśle siebie nawzajem, a ostatni wyjeżdża ci spod nóg. Zdecydowanie ostrożność jest tu wskazana. Bokiem usypiska biegnie co prawda ścieżka, ale wypatrzyliśmy ją nad samą przełęczą, tak że nie wiem w którym punkcie się zaczyna.

Na przełęczy po raz pierwszy w życiu widziałam widmo Brockenu.

Zejście z Bideana

Na SCnL wchodzi się szybko, w wejściu atrakcji brak, jest nawet słabo widoczna dróżka. Szczyt jest rozległy, za to ku Glencoe opada stromymi ścianami, u podnoża których widnieje rogalik utworzony przez dwie z Three Sisters, Aonach Dubh i Gearr Aonach.

Po lewej Aonach Dubh, po prawej Gearr Aonach. Środkiem biegnie ten szlak

Na grani SCnL

SCS, przełęcz i zbocze Bideana wznoszące się nad Lost Valley

Zdecydowaliśmy się schodzić w kierunku Gearr Aonach i szukać miejsca, gdzie będzie można zejść na dzika do Zagubionej Doliny. Próbę zejścia podjęliśmy w dolnych partiach grani SCnL – zbocze, choć bardzo strome, spełniało nasze kryteria bezpieczeństwa (nachylenie mniejsze niż 90 stopni, przyczepne podłoże: trawa). Choć się powiodło, uważam, że zrobić głupiej się po prostu nie dało. Przyjemne trawiaste zbocze okazało się cholernie długie i usiane kamulcami, kamieniami, kamykami, kamyczkami oraz żwirkiem. Przy potężnej stromiznie oznaczało to dupozjazdy, uwagę natężoną dziesięć razy powyżej normy i nadwerężenie mięśni pleców podczas prób utrzymania równowagi. Do Zagubionej Doliny zeszliśmy zmordowani, źli i ze sztywnymi łydkami. Od tego momentu każdy zaczął czuć w nogach zrobione kilometry – dobrze, że chociaż można było się napić: dnem płynie, tworząc malownicze wodospadziki, Allt Coire Gabhail.

Lost Valley naprawdę mnie zachwyciła. Jest to dolina wisząca, obrywająca się do Glencoe stromym progiem, z którego z hukiem spada potok. Węższa od swojej sąsiadki którą zaczynaliśmy trasę, w cieniu Bideana nam Bian i Stob Coire nan Lochan, jest też mniej surowa dzięki ilości flory: rosną tu drzewa i krzewy. W ogóle COŚ tu rośnie:) Szlak puszczony został w górnych partiach dnem doliny, w niższych sporo powyżej. Można podziwiać potok daleko w dole.

Tuż przed skalnym progiem otoczenie wygląda sielsko i niewinnie, śliczny lasek po prostu zaprasza… Tymczasem ten ostatni odcinek dopiero dał nam popalić!:D W lasku zaczyna się szaleństwo, scenografia do filmu fantasy: plątanina wiatrołomów, skałek, wodospadów, ogromnych głazów, wykrotów; szlak co chwila się gubi albo naprawdę znika, trzeba przeciskać się pod pniami, szukać zejścia ze ścianek, przekraczać po śliskich kamieniach rwący potok. Coś cudownego, a zarazem strasznie irytującego człowieka, któremu po ciężkim zejściu dygocą łydki i który zrobił po górach potężny dystans. Na ten szlak wybierzemy się kiedy indziej, tylko dla podelektowania się wszystkimi pułapkami i zakątkami, ale wypoczęci i z naładowanymi bateriami w aparatach – będzie oddzielna sesja i oddzielna notka. 

Glencoe pożegnało nas cudownym zachodem słońca, w którego ostatnich promieniach toczyliśmy się złachani do parkingu. Podczas dyskusji podsumowującej już w samochodzie wyprawę uznano zgodnie za absolutnie fantastyczną.

Trasę po wyciągnięciu średniej oceniam na **. Spora część jest banalna, ale kilka odcinków (droga ze szczytu Bideana na przełęcz, grań Stob Coire nan Lochan, wreszcie nasze dzikie zejście oraz końcowy lasek) zasługuje na ***. Droga jest długa i męcząca, przy czym chyba więcej schodzenia niż wchodzenia. Jako szlak zejściowy z SCnL zdecydowanie rekomenduję trasę przez Gearr Aonach i niżej Coire nan Lochan, pomiędzy Siostrami. Przy czym prawdziwych trudności technicznych – tzn. takich, do których potrzeba więcej niż przeciętnej sprawności fizycznej – brak, wystarczy iść ostrożnie.

Bardzo polecam 🙂

PS (03. 01. 2008): dopiero po którymś z kolei kontrolnym czytaniu połapałam się, że to nie wynika jasno z tekstu – na odcinku pomiędzy pierwszą przełęczą a przełęczą między Stob Coire Sgreamhach i Bideanem ścieżki NIE MA. W przewodnikach / na mapach jako rekomendowane wejście i zejście z Bideana zaznaczona jest trasa Glencoe – Zagubiona Dolina – SCS – BnB – SCnL – Coire nan Lochan – Glencoe. Na całej jej długości biegnie szlak, oczywiście w rozumieniu szkockim, bo nie jest w żaden sposób oznaczony, za to wyraźny.

Naszą "autorską" opcję ogromnie polecam, jest fajna, nie chcę po prostu wprowadzać nikogo w błąd. 

Beinn Dorain

Nr 1, Beinn Dorain

Wymowa: ben doren

Znaczenie nazwy: hill of the streamlet, wzgórze strumyczków

Wysokość: 1076m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 64.

Data wejścia: 2.06.07

W BD zakochałam się od pierwszego wejrzenia, zobaczywszy go z okna samochodu w drodze do Glencoe. Trasę tę robiliśmy później jeszcze wiele razy, a mój apetyt stawał się coraz większy. Góra jest po prostu przepiękna – widziana z drogi stanowi niezwykle kształtną, aż nienaturalnie regularną piramidę, poznaczoną od wierzchołka po podnóża falistymi żlebkami (może to są właśnie trasy tych "streamletów"), co mnie skojarzyło się z bałtycką muszelką.

Ponadto BD, jak wszystkie wgórza w okolicy (grupa Bridge of Orchy hills), nie należy do żadnego pasma, a jest zupełnie samodzielnym wzniesieniem, co dla osoby przyzwyczajonej do specyfiki Tatr, gór o zupełnie innej konstrukcji, jest dodatkową gratką. Nie musisz robić kilkugodzinnych podejść, zanim w ogóle zobaczysz docelową ścianę – ot, jest płasko, i nagle wystrzela do góry ostrosłup, którego budowę możesz prześledzić "od stóp do głów".

Na BD wybraliśmy się drugiego czerwca. Poranek był lekko pochmurny, ale ekipa (sztuk cztery) wyszła z optymistycznego założenia, że pogoda może się zmienić na lepsze, a w ogóle to do Bridge of Orchy mamy ponad 100km i nie ma się co łamać, że nad Livingston jest marnie. Trasa podróży wiodła standardowo: kierunek Bathgate – Falkirk – Stirling – i faktyczna brama do Highlandu, czyli Callander. Już w Callander stało się jasne, że jeśli chodzi o pogodę, jesteśmy w głębokiej dupie – nawet co poniektóre niższe szczyty niknęły w chmurach – ale ponieważ nie padało, uznano zgodnie że warto zaryzykować.

Kiedy dojechaliśmy do Bridge of Orchy, miasteczka straszliwie zadupiastego, ale przepięknie położonego, wciąż było marnie. Szczyty BD i sąsiedniego, bliźniaczego munro Beinn an Dothaidh ginęły w chmurze. Niezrażeni zaparkowaliśmy koło dworca (o tej linii kolejowej będę musiała kiedyś napisać, ponieważ jest to coś niesamowitego), i zaczęliśmy wypatrywać, którędy najlepiej naszego bena przyatakować. W szkockich górach szlaków jako takich nie ma, w każdym razie nie w polskim rozumieniu. Są ścieżki, ale tylko na niektórych odcinkach poumacniane, w wielu miejscach nie ma ich wcale i ludność wchodzi "na dzika", jakichkolwiek oznaczeń brak. Tym razem problemu nie było – zbocze przecinała dość wyraźna wydeptana droga, wspinająca się aż na przełęcz łączącą naszego munrosa ze swoim bliźniakiem.

Po lewej Beinn an Dothaidh, po prawej Beinn Dorainn

Wspięcie się na przełęcz zajęło nam około półtorej godziny. Trasa była bardzo monotonna – po lewej ściany jednego bena, po prawej drugiego, w oddali siodło przełęczy, pod nogami niezbyt stromo, za to mnóstwo żwiru i kamieni (opcja lepsza) bądź błocka i torfu zasysającego buty. Za to patrząc wstecz można było podziwiać rozszerzającą się panoramę zielonej Glen of Orchy – i to były już ostatnie widoki tego dnia.

Glen Orchy

Jeśli przedtem byliśmy w głębokiej dupie, to na przełęczy głębszej już być nie mogło. Widoczność spadła do zera – w lepszych momentach sięgała może 20m. Po drugiej stronie siodła, skąd powinien rozpościerać się fantastyczny widok na dzikie połacie Rannoch Moor i sąsiednie szczyty, widniała zwarta ściana mgły. Piździło i mżyło ponadto straszliwie. Już wiadomo było, że krajobrazów nie popodziwiamy, ale chcieliśmy przynajmniej zaliczyć pierwszego munro.

Przełęcz

Droga z przełęczy na szczyt prowadzi terenem niezbyt mocno nachylonym i nie jest szczególnie męcząca. Później sprawdziłam na mapie, że długość tego odcinka jest niemal identyczna jak długość drogi z Bridge of Orchy na siodło, ale dzięki twardemu podłożu pokonuje się ją dużo szybciej. Krajobraz góry – na ile można to było ocenić we mgle – jest urozmaicony: minęliśmy kilka jeziorek, co i rusz z chmury wyłaniały się jakieś skały i skałki, podłoże raz było trawiaste, raz skaliste. Kontur ścieżki rysował się "na słowo honoru", przez co zresztą zgubiłam się na jakiś kwadrans;).

W pewnym momencie dwaj nasi panowie, którzy ostro wybili się na przód, zawrócili z wiadomością iż właśnie przed chwilą byli na szczycie, ale tak wiało że zaraz wrócili – i żebyśmy teraz my z M. weszli, a oni tu na nas poczekają w osłoniętym miejscu. Szczęśliwi, że to już (ręce prawie mi odpadły z zimna), wspięliśmy się na wskazane miejsce. Potencjalny szczyt, niewielkie przewyższenie, istotnie wydawał się najwyższym punktem w okolicy, ale jak dla mnie był jakiś niepozorny. Taki kawał góry nie powinien kończyć się pypkiem, na którym zmieścić się mogą trzy osoby naraz. Ponadto w żaden sposób nie był oznaczony, a spodziewałam się przynajmniej kopczyka z kamieni. Zawołaliśmy resztę i zaczęliśmy iść dalej.

Po krótkiej przeprawie lekko wznoszącym się terenem (tu już wszyscy przyznali mi rację) weszliśmy na – przynajmniej mam taką nadzieję – faktyczny szczyt Beinn Dorain, bo kopczyk był, a jakże – i to po byku. Ha, kopiec:D

Ponieważ do podziwiania mieliśmy oprócz kopca co najwyżej siebie, po chwili zdecydowaliśmy się schodzić. Kierunek obraliśmy odwrotny w stosunku do poprzedniego – jakaś dróżka znalazła się bez problemu.

Ledwo przeszliśmy po względnie płaskim kilkadziesiąt metrów, a tu surprajs. Drugi identyczny kopiec, chyba nawet większy. Uznaliśmy, że musi to być alternatywny wierzchołek BD, bo trudno sobie wyobrazić inny powód do stawiania czegoś takiego. Trochę nas to w pierwszej chwili zbiło z tropu, tym bardziej że przy zerowej widoczności byliśmy dość ogłupiali.

Od tego punktu droga zaczęła prowadzić w dół i trawersować zbocze – po przeciwnej stronie było dość przepaściście. Wąska ścieżka wiła się łatwym terenem, głównie po śliskim żwirze, momentami tylko było stromiej. Nagle ponad nami ukazała się głowa górskiego diabła.

W tym momencie wielkie gratulacje dla wszystkich panów, którzy uznali zgodnie, że diabeł jest kozicą. Nawet, kiedy już ukazał się w całej okazałości. A przepraszam – padła jeszcze opcja "muflon". Jakoś nikt nie mógł uwierzyć, że w naszej munroistycznej przygodzie towarzyszą nam zwykłe…

Owce:DDD

Owieczki szły za nami jeszcze przez długi czas – trzy dorosłe i jeden maluch (panowie: kebab! Kebab!). Dla skubańców, jak widać, munros to małe miki.

Droga była długa. Po mniej więcej godzinie (raczej więcej niż mniej) skończyliśmy trawersowanie zbocza i znaleźliśmy się na bardziej płaskim i rozległym terenie, bardzo przypominającym początkowe partie ścieżki nad przełęczą. Wkrótce okazało się, że była to ta sama – najwyraźniej zrobiliśmy pętlę. Znanym już odcinkiem drogi zeszliśmy na siodło i z niego do Bridge of Orchy – tym co poprzednio nudnym szlakiem pomiędzy potężnymi bryłami dwóch munrosów.

Trasę oceniam na *. Trudności nie napotkaliśmy żadnych – jeśli już, to orientacyjne, ale niewielkie i wyłącznie z powodu mgły. Droga była dość monotonna, zwłaszcza do przełęczy, ale niezbyt męcząca. Nachylenie nawet w najbardziej stromych miejscach nie było znaczne. Atutem tej trasy byłaby niewątpliwie widowiskowość, gdyby warunki pogodowe pozwoliły się nią cieszyć.

No niestety, trzeba będzie się tam wybrać jeszcze raz. Munro niby zaliczony, ale niedosyt pozostaje.

http://leisure.ordnancesurvey.co.uk/leisure