Sgurr a’Mhadaidh i Sgurr a’Ghreadaidh

 

 Nr 177, Sgurr a’Mhadaidh; nr 178, Sgurr a’Ghreadaidh

Wymowa: skur a wa-te; skur a grede/skur a kryty (przesłuchiwałam obie nazwy na MunroMagic i Walkhighalnds i wciąż nie jestem pewna jak je zapisać fonetycznie – o ile spółgłosek jestem mniej więcej pewna to samogłoski brzmią jak coś czego w języku polskim nie ma)

Znaczenie nazwy: rocky peak of the fox; rocky peak of the torment (za MunroMagic)

Wysokość: 918 m n.p.m.; 973 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 277.; 185.

Data wejścia: 1.6.2016

 

Kolejne wyjście udało się zrobić w Cuilinach. Najtrudniejszego – In Pinna – zostawiamy sobie na koniec, planujemy też zrobić go za jednym razem ze Sgurr Mhic Choinnich, czyli jeśli plan się powiedzie oznacza to że przed nami jeszcze tylko jedna munrosowa wycieczka na Skye.

Jak to w Cuilinach, wypad był krótki bo dużo podchodzenia tu nie ma. Te dwa munrosy drogą turystyczną atakuje się od zachodu z Coire a’Ghreadaidh. Start z hostelu w Glen Brittle.

Na tym zdjęciu widać praktycznie całą trasę. Połogie zbocza z dobrą ścieżką, potem coraz bardziej stromiejący kocioł – większość podchodzenia kotłem to piargi, skały dopiero na końcówce.

Trasa turystyczna wyprowadza na wąską przełęcz An Dorus. Wszystkie opisy podkreślały że jedyną trudnością będzie wyjście z tej przełęczy w obu kierunkach. Walkhighlands sugerowało też że może być potrzebna lina – no to ją zabraliśmy, żeby mieć gwarancję że jakiekolwiek trudności by nie wystąpiły, na 100% zrobimy te munrosy.

An Dorus

Do przełęczy jest niesamowita kruszyzna. Polecam tu założyć kask jeśli ktoś idzie przed nami, bo i telewizory i mniejsze kamienie tam latają.

Na przełęczy okazało się że z wyjściem z niej na Sguirr a’Mhadaidh problemu nie będzie, ot prosty scrambling. Druga strona wyglądała trudniej. Para, którą sfotografowaliśmy, nie miała żadnych problemów, poza momentem zastanowienia w środkowej części kominka.

An Dorus

An Dorus

An Dorus

Póki co mieliśmy jednak wejść na Sgurr a’Mhadaidh. Z bliska kopuła szczytowa wyglądała jak… kupa kamieni. Większość ludzi trawersowała na różne sposoby od strony Coire a’Ghreadaidh. 

Wejście na szczyt z przełęczy to może kwadrans. Po Sgurr na Banachdich jest to chyba najłatwiejszy munros na Skye.

Najlepsze zdjęcie wierzchołka jakie mamy (co prawda dopiero się na niego gramolę):

Tak prezentuje się za to Sgurr a’Ghreadaidh. Widać że faktycznie wyjście z An Dorusa będzie chyba jedynym problematycznym miejscem:

Poniżej munro który jak dotąd dał mi popalić najbardziej, czyli Sgurr Dubh Mor. Na żadnym innym szczycie Cuillinów nie umęczyłam się tak fizycznie i psychicznie.

Zeszliśmy na przełęcz i zdecydowałam że jednak chcę być zaasekurowana liną. To że jestem tchórzem i już dawno rozwiały się moje iluzje o rozwinięciu się do poziomu jeśli nie wspinacza to przynajmniej kompetentnego scramblera, to jedno. Jestem z tym pogodzona. Czytelnikowi należy się jednak słowo wyjaśnienia.

Wyjście z przełęczy prezentowanym wcześniej kominkiem naprawdę nie jest trudne technicznie. W połowie wysokości jest jeden niezręczny moment (problematyczny raczej w zejściu) ale dla doświadczonego tatrzańskiego turysty nie powinien to być wielki problem (choć w Tatrach wisiał by tam sobie zapewne łańcuch i załatwieł sprawę). Wchodziłam i schodziłam na żywca trudniejszymi wariantami. Natomiast typowy scenariusz byłby w tym momencie taki: Mariusz wchodzi przede mną, zapewne podaje mi rękę, ja zapewne mam problem z psychą na tym trudniejszym momencie, prawdopodobnie irytujemy się na siebie, możliwe że któreś podnosi głos. W zejściu on ustawia mi nogi a reszta jak wyżej. Słaba atmosfera i widowisko dla turystów na grani Sgurr a’Mhadaidh. Powiem szczerze, to już łatwiej było wyjąć tę linę, poświęcić 10 minut na założenie stanowiska i pozwolić mi po prostu wejść i zejść. Bo przyasekurowana problemu z żadną z tych czynności nie miałam. 

Sgurr a’Mhadaidh, który trochę niesprawiedliwie nazwałam kupą kamieni, a który z każdej innej strony wcale nie jest taki łatwey do zdobycia:

Szczelina Eag Dubh. Opada z grani nieco powyżej An Dorusa i po inspekcji stwierdziliśmy że mogłaby stanowić niezłą alternatywę do zejścia jeśli ktoś chce go ominąć, ponieważ jej wylot znajduje się już na piargach w kotle. Niżej będzie zdjęcie od drugiej strony.

Eag Dubh

Eag Dubh

Przez Eag Dubh nie trzeba skakać, omija się ją bez problemu. 

Grań na Sgurr a’Ghreadaidh jest do samych partii szczytowych szeroka, połoga i nigdzie nie ma lufy. Są momenty scramblingu ale prostego, oczywiście zależnie od tego jak kto pójdzie.

The Wart czyli Brodawkę omija się bezproblemowo po prawej stronie.

Za Brodawką otwiera się wreszcie grań szczytowa.

Kawałek za wierzchołkiem znajduje się najwęższy kawałek grani na całych Wyspach (okazało się że nie mamy niestety żadnego zdjęcia) – rodzaj atrakcji która zupełnie ale to zupełnie mnie nie kusi. Wejście na szczyt mnie usatysfakcjonowało dostatecznie 😉

Ten po lewej to Sgurr Mhic Choinnich, jedyny obok In Pinna który nam pozostał na Skye.

Sgurr Mhic Choinnich i Sgurr Alasdair

Hostel w Glen Brittle i gdzieś tam nasz samochód:

Zeszliśmy tą samą drogą gdyż alternatywą było ciśnięcie granią na Sgurr na Banachdich.

Eag Dubh z zejścia, żeby pokazać iż faktycznie dałoby się nią i wejść i zejść. Nie mówię że polecam ale dobrze wiedzieć jakie są alternatywy.

Oraz tradycyjna kąpiel w potoku. Tym razem chętnych było więcej choć nie zmieścili się w kadrze.

Trasa liczy sobie 7,5 kilometra w obie strony chociaż łażenie po piargach, zwłaszcza schodzenie, daje w kość niewspółmiernie do jej długości.

 

 

 

Sgurr na Sgine

 

 Nr 165, Sgurr na Sgine

Wymowa: skur na skine

Znaczenie nazwy: rocky peak of the knife (za MunroMagic)

Wysokość: 946 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 223.

Data wejścia: 16.4.16.

 

Tym razem plan zakładał że przejdziemy znaną już trasę przez Forcan Ridge na munrosa The Saddle, po czym pójdziemy na nie zdobytego poprzednim razem Sgurr na Sgine. Tu >>LINK<< do poprzedniej wycieczki z lata 2008 roku.

Poranne Rannoch Moor:

Topografii nie będę szczegółowo opisywać ponieważ mapka jest w dużej skali i dobrze wszystko pokazuje, ponadto nie jest to skomplikowana orientacyjnie trasa. Co muszę napisać to to że Glen Shiel, jak zawsze, powaliła mnie swoją potęgą. Jest chyba nawet bardziej monumentalna od Glencoe.

Na zdjęciu kolejno: grań wyprowadzająca na Sgurr nan Forcan, grań pomiędzy nim a The Saddle oraz wierzchołek munrosa. Nazwę „Forcan Ridge” rezerwuje się (wyjątkiem zdaje się być Walkhighlands) jedynie na odcinek pomiędzy Sgurr nan Forcan a The Saddle. Całość w półzimowych warunkach wyglądała mniej niewinnie niż zapamiętałam z poprzedniego razu.

Zwłaszcza końcowe podejście na Forcana budziło respekt:

Południowa grań Glen Shiel:

Fragment Pięciu Sióstr:

Na pierwszym odcinku grani, do wypłaszczenia, scrambling jest w miarę prosty i bez ekspozycji.

Widoczne po prawej wypłaszczenie jest już z kolei dość eksponowane ale bez trudności. Finałowe podejście wyglądało za to dość groźnie. Z tego co pamiętałam była tam ścieżka którą można było omijać ostrze grani w cięższych momentach… Ale ogólnie po sześciu latach wspomnienia dość mocno się zatarły.

Okazało się że jest dużo trudniej niż zapamiętałam, momentami spora ekspozycja, gdyby nie chłopaki nie poradziłabym sobie. Trudno mi ocenić na ile wzrost trudności wynikał z zimowych warunków, choć nie wiem z czegóż by w sumie innego: przez te sześć lat trochę po górach połaziłam, nawet się lekko powspinałam ze trzy razy, nie powinno być tak że w mojej percepcji trudności nastąpił totalny regres. A jednak odebrałam tę trasę jako dużo cięższą niż poprzednim razem! Było na przykład jedno miejsce gdzie miałam dylemat: dać bardzo niezręcznego pojedynczego kroka nad lufą, albo schodzić po nieco tylko mniej eksponowanej gładkawej płycie, obie opcje niefajne. Zupełnie takiego miejsca ani dylematów nie kojarzę z pierwszego razu.

Było i suwanie okrakiem po koniu skalnym, i inne atrakcje obiektywnie nietrudne ale takie których naprawdę nie pamiętałam. Jak myśmy szli poprzednio? 

Finałowe podejście na kopułę szczytową Forcana uskuteczniliśmy po twardym jak beton polu śnieżnym. Do przejścia pozostała nam jeszcze „tylko” Forcan Ridge. Też pamiętałam ją jako nietrudną ale na tym etapie już raczej nie ufałam swoim wspomnieniom.

Tu widać szczyt Forcana a dalej Forcan Ridge po The Saddle. Staliśmy u wylotu żlebu opadającego spod wierzchołka i wtedy mnie olśniło, że możemy równie dobrze nim zejść – miałam już dosyć. 

Zejście żlebem okazało się niewiele mniej emocjonujące niż dotychczasowa trasa. Na pewno było to jedno z bardziej stromych zejść jakie kiedykolwiek zaliczyłam. Ostrożność i koncentracja konieczne przez cały czas, zwłaszcza na odcinkach pokrytych śniegiem, na których czułam się zresztą jak na drabinie.

Fizycznie ten stresujący odcinek dał mi popalić najbardziej. Cudownie było wreszcie usiąść na dole i zagrzać sobie wodę na herbatę. Musieliśmy tylko jeszcze podjąć decyzję: kontynuujemy na Sgurr na Sgine czy nie?

Oczywiście byłam za. Nie darowałabym sobie zrezygnowania z tej góry po raz kolejny.

Żeby wejść na munrosa najpierw należało się wdrapać na przeciwległy wał górski (znaleźliśmy ścieżkę więc poszło szybko), skąd na wierzchołek było już niedaleko – to garbik po lewej:

Tu już atrakcji nie było, uważać należało jedynie na płatach betonowego śniegu. Raki zdjęliśmy po zejściu żlebem i nikomu już nie chciało się z nimi pieprzyć.

Widoki ze Sgurr na Sgine powalały, ale najwspanialej przezentował się jednak masyw The Saddle. Pięknie widać nasze zejście: z Forcana opadają dwa śnieżne żleby tworząc literę V; ten po prawej jest nasz. Aż mnie zmroziło jak go zobaczyłam z tej perspektywy.

Żeby zacząć schodzić należało przejść przez widoczne poniżej ramię wyprowadzające na szczycik Faochag, który pięknie przezentuje się z dna doliny. Konkretnie to wygląda na niemal niemożliwy do wejścia ze względnu na stromiznę. Podejrzewam że to „ostrze noża” w nazwie munrosa mogło się wziąć właśnie od jego kształtu.

Faochag – stąd trzeba było jeszcze tylko zejść 900 metrów w dolinę.

Przyjemnym momentem było rozdziewiczanie snieżnej grańki:

Zejście było bardzo strome, ale jeśli na odcinku dwu i pół kilometra obniża się o 900 metrów trudno się spodziewać czegoś innego. Dla kolan – zabójstwo, ale na pewno piękne i spektakularne zwieńczenie trasy.

Wycieczka cudowna, ale bardzo dała mi w kość. No i cały czas zastanawiam się skąd różnica w moich wspomnieniach z obecną percepcją tej trasy. Mariusz twierdzi, że po prostu trudności wzrastają w zimowych warunkach i o nic więcej tu nie chodzi. Przyznaję uczciwie – grań wejściowa na Forcana była dla mnie tym razem wyzwaniem, a żleb zejściowy okazał się nieoczekiwaną wisienką na torcie. 

Sgurr nan Eag i Sgurr Dubh Mor

Nr 144, Sgurr nan Eag; nr 145, Sgurr Dubh Mor

Wymowa: skur nan ek; skur du mor

Znaczenie nazwy: rocky peak of the notches; big black rocky peak (za MunroMagic)

Wysokość: 924m n.p.m.; 944m n.p.m

Pozycja na liście munrosów: 265.; 228.

Data wejścia: 17.7.14

Na ostatnie dwa dni wróciliśmy na Skye. Plan był taki że pierwszego dnia wchodzimy na Sgurr nan Eag i Sgurr Dubh Mor, ostatnie munrosy Cuillinów od południa. Nie byłam pewna czego się spodziewać w kategoriach trudności, ale miałam przeczucie że będzie ciekawie.

Trasa prowadzi przez znany już nam z wycieczki na Sgurr Alasdaira Coire Ghrunnda. Ten tatrzański w charakterze kocioł wymaga skupienia przy wybieraniu drogi: przechodzi się przez kilka wielkich progów i jest tam sporo scramblingu, w części po mutonach, i ktoś mniej wprawny może się zapchać. 

Poniżej, ludzie pod ścianą dla uzmysłowienia skali:

Co jest fajne w tym kotle, to to że kiedy już pokona się ostatni próg i osiągnie staw, większość roboty jest odwalona. Zrobiliśmy prawie całą wysokość. Na okoliczne szczyty jest już bardzo blisko.

Po prawej początek grani Sgurr nan Eag. Na przełęcz wyprowadza ścieżka zygzakująca rumowiskiem. Znad jeziora moment.

Widok z przełęczy na Blavena:

Oraz na kolejny cel tego dnia. Cypek po lewej to Caisteal a Garbh, a wygląda zza niego Sgurr Dubh na Da Bheinn, przez którego szczyt mieliśmy przechodzić na Sgurr Dubh Mor. Sam munros we mgle po prawej. Wyglądało to raczej ok.

Sgurr Sgumain, Sgurr Alasdair i Sgurr Thearlaich. Byliśmy na pierwszych dwóch właśnie od tej strony. Tylko Alasdair jest munrosem – najwyższym w paśmie.

Podejście na Sgurr nan Eag nie wymaga wyciągania rąk z kieszeni, choć jeśli ktoś ma ochotę się pobawić to na ostrzu grani jest trochę konkretnego scramblingu, jednakowoż w całości omijalnego od prawej strony. Grań szczytowa jest dość długa, a kopiec duży i widoczny z daleka – i bardzo dobrze, bez kopca nie wiem czy byłabym w stanie precyzyjnie określić która skałka stanowi najwyższy punkt.

Z wierzchołka powala widok na ostatnie góry w paśmie, Sgurr a Choire Bhig i Gars-bheinn. Na pewno wspaniały i obowiązkowy cel, choć nie są munrosami!

Obowiązkowa fotka szczytowa:

O ile na Sgurr nan Eag orientacyjnie było bezproblemowo, o tyle po zejściu na przełęcz należało się już nieco zastanowić. Okazało się że z trawersowaniem Caisteal a Garbh nie ma najmniejszego problemu, teren był łatwy i wydeptana ścieżka. Trochę klucząc, wspięliśmy się na grań Sgurr Dubh na Da Bheinn i zaczęliśmy się wznosić, uważnie szukając drogi tak jak puszczało. 

Tak jak szliśmy nie było trudno. Konkretny, uczciwy scrambling w dobrej skale, który spokojnie pokonałabym też w drugą stronę. 

Przeszliśmy przez mały wierzchołek, i zaczęliśmy schodzić granią na przełęcz za którą był już munros. Znów, fajny scrambling, trochę ekspozycji, ręce konieczne, ale generalnie bez hardkorów.

Sgurr Dubh Mor wyglądał dość niewinnie, byliśmy pewni że nie będzie sprawiał żadnych kłopotów. 

Zaczęliśmy go trawersować od prawej strony, i okazało się że jest gorzej niż myśleliśmy. Przede wszystkim za Chiny nie mogliśmy znaleźć ewidentnej drogi w górę. Zbocze od tej strony składa się z sekcji skalnych poprzedzielanych trawiastymi półeczkami. Próbowaliśmy na różne sposoby, by za każdym razem się wycofać. Najpierw zapchaliśmy się w super kruchy żleb, potem w kominek który byłby spokojnie do wejścia gdyby nie to że płynęła nim woda i był pieruńsko śliski, a wymagał pójścia na tarcie. Nie mogliśmy sobie pozwolić na szarżowanie i przechodzenie trudności którą nie byłabym w stanie się wycofać. 

Wspomniany kominek:

Mariusz wyszukiwał drogę pod moim kątem, jak zwykle w trudniejszym terenie. Jakoś brnęliśmy przez półeczki do góry, nie mając pewności czy wyprowadzi nas na szczyt. Już bardzo wysoko były dwa wyjątkowo niefajne miejsca: gładkie płyty bez dobrych chwytów, do wejścia na tarcie. Jakoś wpełzłam, nie bez pomocy Mariusza. Wiedziałam, że jeżeli się wycofamy, i tak trzeba będzie tu wrócić, więc równie dobrze mogłam cisnąć!

I pomyśleć że Sgurr nan Eag był taki bezproblemowy:

Pomiędzy momentami scramblingu (nie mamy zdjęć z tych najtrudniejszych miejsc, ale jak znam życie i tak by nie oddały o co cho) była ścieżka, a w zasadzie ścieżki. Gdyby była jedna, mielibyśmy chociaż pewność że jesteśmy na dobrej drodze…

Gdyby to był szlak tatrzański, wszelkie problemy rozwiązałyby – oprócz rzecz jasna znakowania – po jednym łańcuchu i ewentualnie klamrze w tych cięższych miejscach. I wtedy byłaby to łatwizna. Ale w Szkocji obowiązuje inna filozofia.

W końcu jakoś dodrapaliśmy się na ten szczyt. Właściwy wierzchołek to ten pierwszy, z kopczykiem. Drugi wyglądał na minimalnie wyższy, więc weszliśmy i na niego, ale wg GPSa kopczykowy jest prawidłowy. 


Schodzenie zaczęliśmy po drodze wejściowej, bo nie bardzo było jak inaczej. Musiałam znowu pokonać te dwa wredne miejsca. Niżej przetrawersowaliśmy na drugą stronę grani, gdzie było łatwo acz masakrycznie krucho, i bez większych problemów wbiliśmy się na wierzchołek Sgurr Dubh na Da Bheinn. Stamtąd z początku skierowaliśmy się w kierunku Sgurr Alasdaira, szukając najdogodniejszego miejsca na zejście: 

Tu jeszcze dwa munrosy które powodują u mnie dreszczyk na plecach, to jest In Pin i Sgurr Mhic Choinnich. Wejdę na oba, co do tego nie ma wątpliwości. Nie ma też wątpliwości że mało się tam nie po***m.

Jakoś udało nam się zejść do Coire Ghrundda zachowując maksymalną ostrożność na rumowisku z głazów pomiędzy które mogłaby wpaść nie tylko noga, ale gdzieniegdzie cały człowiek. Starłam sobie opuszki na obu dłoniach a nogami ruszałam już na autopilocie… A jeszcze przed nami było schodzenie tym cholernym kotłem.

Wyspy Eigg, Rum i Soay:

Sgurr nan Eag z naszego zejścia:

Coire Ghrunnda poszedł dość sprawnie, udało się nim zejść w ok. 40 minut. 

Po powrocie z wyjazdu odpaliłam kompa i sprawdziłam co na temat tej trasy piszą portale górskie oraz sami baggerzy. Okazuje się że nasze doświadczenie ze Sgurr Dubh Mor jest absolutnie typowe! Przykład pierwszy z brzegu z Walkinghighlands:

The normal route is to head round to the right a little before finding a way up from ledge to ledge until the summit is reached. Either way, the ascent is a hard scramble and involves very tricky route finding (…).

Przyznam że trochę mnie poczesała ta wycieczka – zdecydowanie była to prawdziwa górska przygoda! Pomimo momentów kiedy miałam stracha podobało mi się bardzo. W gruncie rzeczy trudność techniczna nie była wcale duża a na pewno nie kluczowa, najgorszy by stres związany z szukaniem drogi, brakiem pewności czy dobrze idziemy, ciągłym martwieniem się czy uda się w razie czego wycofać. Ktoś kto chodzi tylko po szlakach tego nie zrozumie, offroadowcy rozumieją aż za dobrze 🙂

Am Basteir i Bruach na Frithe


Nr 136, Am Basteir; nr 137, Bruach na Frithe

Wymowa: am bastier; bruah na fri

Znaczenie nazwy: the executioner; slope of the deer forest (za MunroMagic)

Wysokość: 934m n.p.m.; 958m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 242.; 200.

Data wejścia: 11.7.14

Poniżej klasyczny, znany z pocztówek i kalendarzy, widoczek ze Sligachan. Trzej muszkieterowie Sgurr nan Gillean, Am Basteir, i… a tu się okazało że jednak nie Bruach. Bruacha zaczyna być widać jak podjedzie się bardziej na wschód. To poniżej to Sgurr a’Basteir, boczna odnoga grani. Ale trzeba przyznać ze we trójkę wyglądają wdzięcznie i symetrycznie. Tylko Gillean traci na drapieżności ponieważ poszarpańce Pinnacle Ridge zlewają się ze ścianą.

Droga spod Sligachan Hotel była nam już znana z wycieczki na Sgurr nan Gillean przez West Ridge. Jakieś trzy czwarte po połogim terenie, wyraźną ścieżką, i jedna czwarta skalisto-piarżystym kotłem.
Pinnacle Ridge. Może kiedyś ją tu opiszę:
A tu West Ridge, której (a właściwie wariantu której) opis się tu znajduje: >>LINK<<. Rany jak mi wtedy łydki latały. Ech, wspomnienia.
Nie Gillean jest bohaterem tej notki, ale jest taki śliczny że nie mogę się powstrzymać. Tu jakieś lepsze zawodniki schodzą z ostatniego przed szczytem pinakla, Knight’s Peak.
Z przełęczy pomiędzy Gilleanem a Basteirem grań tego ostatniego (w sensie to co widać) prezentuje się bezproblemowo, ale myśmy planowali, jak większość, trawersować niesławnego Bad Stepa. Opis naszego wariantu wg przewodnika Walkinghighlands wygląda następująco (piszę po części z pamięci, po części ze strony internetowej Walkinghighlands):
zacznij ostrzem, ale przed pierwszym znaczącym spiętrzeniem grani zacznij trawersować ją od lewej strony, do charakterystycznej pomarańczowo znaczonej płyty. Wespnij się tą płytą po czym kontynuuj trawersowanie ściany aż do skalistej znaczonej fioletowo rampy. Nią z powrotem na grań powyżej Bad Stepa i dalej już na luzie do szczytu.
…(podczas gdy publika wstrzymuje oddech przerywnik w postaci Sgurr na h-Uamha)…
No więc co się okazało. Z pomarańczową płytą nie było problemów (patrz niżej). Gorzej że kiedy po niej weszliśmy po krótkim czasie okazało się że wyszliśmy tuż na Bad Stepa.
Bad Step (będzie parę zdjęć niżej) może i jest do wejścia, ale do zejścia się średnio nadaje, więc trzeba było się obniżyć i szukać alternatywnego przejścia. To zbocze to nie jest jakaś ściana, ale wystarczająco strome i kruche żeby się sturlać, więc staraliśmy się iść z głową.
Początek trawersu:
Jeszcze raz pomarańczowa płyta:
Fioletowej rampy czymkolwiek ona jest niestety nie zlokalizowano.

Jeśliby zdarzyła się komuś identyczna sytuacja z Bad Stepem najlepsza rada jaką mogę dać jest taka by z góry wypatrzeć szeroką półę która trawersuje popod BS, a potem schodzić na nią jak puszcza, i na póle już dać się poprowadzić terenowi. Jeśli Mazio ma jakieś uwagi zapraszam do wpisania w komentarzach :p

Poniżej półeczki, przez które prowadzi to co uznaliśmy za prawidłową drogę:
A tu Bad Step. Wysokości dwóch dorosłych mężczyzn, najgorsza jest nie lufa a niewiele chwytów i, kiedy się schodzi, pochowane, niewidoczne stopieńki. Część przechodzi to na żywca, część się asekuruje, a największa część omija tak jak i my.
Kiedy dochodzimy do miejsca u podnóża Bad Stepa do szczytu jest tylko niewielki spacerek granią. Niestety chmury które przylazły znad środkowych Cuillinów przesłoniły całe pasmo, tak że podziwiać mogliśmy tylko stronę północną.
Ząb ginie w chmurze, Bruach też, widać jedynie ludzi na przełęczy:
Zejście po własnych śladach nie nastręczało już problemów orientacyjnych, więc wydało się dużo łatwiejsze. Postanowiliśmy pocisnąć na Bruacha. Z początku nie był uwzględniony ponieważ tym co nas interesowało był Am Basteir i zwyczajnie nie pamiętaliśmy że tuż obok znajduje się sąsiad-munros. W przeddzień wycieczki oświeciło nas przy ponownej lekturze przewodnika.

W celu dojścia na przełęcz skąd już blisko na Bruacha należy przetrawersować piargi pod północną ścianą Am Basteira, skąd przerażające wrażenie robi podwójnie przewieszony Ząb: 
Na wierzchołek z przełęczy wyprowadza łatwa i krótka grań – gdybyśmy nie zrobili tego munrosa razem z Am Basteirem bylibyśmy cieciami. Idzie się moment. Niewątpliwie jak na standardy Cuilinów łatwy munro, ale i tak bardziej charakterny niż 99% całej listy. Niestety nie mogę oddać Bruachowi pełnej sprawiedliwości: chmury zakryły nas już tak, że widoków nie było żadnych. 
Spontanicznie, nie chcąc się wracać przez piargi, zdecydowaliśmy się schodzić wysuniętą na północny wschód granią. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę: grań okazała się malownicza, skalista acz bez jakichkolwiek trudności, a odcinek którym już w dole musieliśmy nadrobić przesunięcie na wschód okazał się wręcz sielankowy; ścieżka biegła wzdłuż rzeki z licznymi wodospadami i wąwozikami. Było tak ładnie że zdjęcia z tego fragmentu planuję zamieścić w oddzielnej notce, gdzie będą fotki z urlopu które nie zmieściły mi się w notkach wycieczkowych a są zbyt ładne by je pominąć.
Podsumowując: jeśli omija się Bad Stepa, na Am Basteira trzeba wchodzić przytomnie a nie napierać jak dzik. Sensowna droga jest do znalezienia acz niekoniecznie musi być ewidentna. Jest to jednak tak krótki odcinek że można sobie pozwolić na chwilę zastanowienia. 

Po tej nadzwyczaj udanej turze wynieśliśmy się ze Skye do Gairloch. Był zamiar powrotu, ale najpierw mieliśmy w planach trochę hardkoru innego rodzaju niż rozorywanie palców na cuillińskim granicie…

(Mapka będzie jak będzie ;p)

A’Chralaig i Mullach Fraoch-choire

Nr 121, A’Chralaig i nr 122, Mullach Fraoch-choire

Wymowa: a kralah; mulah fruah kori

Znaczenie nazwy: the basket;  summit of the heathery corrie (za MunroMagic)

Wysokość: 1120m n.p.m.; 1102m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 33.; 49.

Data wejścia: 14.09.13

Te dwa munrosy zdobywa się z Glen Shiel, choć Mullach leży już właściwie w Glen Affric. Parkujemy trochę przed Cluanie Inn. Góry są wysokie ale przynajmniej nie startujemy z poziomu morza, a z ok. 250m n.p.m. 

To zachodnie wybrzeże – góry mają tu znacznie więcej charakteru niż ich naleśnikowate rodzeństwo z centrum kraju, może nie ma tu wiele skały ale wierzchołki są kształtne i strzeliste, granie gdzieniegdzie wąskie, płaskowyżów brak. Ponadto szczyty Glen Shiel są łatwo dostępne gdyż doliną biegnie A87. Z Glen Affric jest pod tym względem ciężej.

Na A’Chralaig Walkinhighlands zaleca wchodzić ramieniem opadającym na parking. My weszliśmy kawałek w dolinę licząc że po zboczach będzie biegła na szczyt jakaś ścieżka, ale że żadnej nie znaleźliśmy, zaczęliśmy wchodzić tak jak było nam najwygodniej z uwagi na rzeźbę terenu. Podchodzenie było średnio przyjemne: mokra wysoka trawa oraz zbocze które nie chciało się skończyć.

Wszystkim nam ulżyło kiedy w końcu osiągnęliśmy grań. Z miejsca na które wyszliśmy na szczyt było jedynie krótkie podejście. Mogliśmy też po raz pierwszy obejrzeć sobie nasz cel nr. 2, Mullacha Fraoch-choire:
Wreszcie mieliśmy widoki na drugą stronę, na Gleann na Ciche oraz Glen Affric z jej jeziorem. Praktycznie ostatnia tegoroczna szansa żeby obejrzeć sobie ten krajobraz w zieleni. Trawy zaczynają już rudzieć.
Jako że miałam jeszcze sporo energii, musiałam zdobyć szczyt pierwsza 😀
A także wejść na najwyższy punkt ;D
Jak widać na Mullacha nie jest daleko, choć po drodze będziemy przechodzić przez jeszcze jedną górę, Stob Coire na Craileig (to ten szczycik w słońcu). Choć ma 1008m n.p.m. nie jest munrosem ze względu na zbyt małą wybitność.
Z A’Chralaig schodzimy miejscami kamienistą granią – przyjemny odcinek, idzie ekspresowo, a widoki powalają. Najciekawiej wyglądał fragment przed szczytem Mullacha, wąska grańka z licznymi turniczkami:
Pogoda była w kratkę, chmury przychodziły i odchodziły, pokapywał deszcz. W niczym nie odbierało to jednak uroku krajobrazowi, powiedziałabym wręcz że wprost przeciwnie:
Schodzić mieliśmy ścieżką opadającą z przełęczy pomiędzy Stob Coire na Craileig a Mullachem, co oznaczało że grańkę będziemy przechodzić dwukrotnie. Zaczęła się niewinnie:

Niestety jak to bywa przyszedł moment który mi się nie spodobał. Chodzi o powyższego pinakla. Na górze trzeba wykonać jeden średnio trudny eksponowany manewr i cofnęłam się, pokonana obustronną ekspozycją. Trochę jak krótszy Rohacki Koń. W jakimś stopniu usprawiedliwia mnie fakt że moje wysłużone braschery mocno się na tej skale ślizgały. Ale w gruncie rzeczy nie przeszłam tego bo nie musiałam, taka prawda 😦 Chłopaki nie mieli problemów.
Tak to miejsce wyglądało – zdjęcie robione w dół – niby tylko kilka ruchów, ale…
Dalej podobno było już bezproblemowo:
Ja natomiast po cofnięciu się wpadłam na genialny pomysł schodzenia z grani prosto na omijankę, po bardzo stromych mokrych trawach. Po kilku metrach kiedy tylko złapanie się kamienia uratowało mnie przed pojechaniem na dupie pacnęłam się w głowę i (nie bez pewnych akrobacji) zdjęłam spodnie przeciwdeszczowe, które działały jak folia albo jabłuszko pod tyłkiem. Gdybym faktycznie na nich pojechała, zatrzymałabym się pewnie dopiero w Gleann na Ciche. Już bez większych problemów zsunęłam się na ścieżkę – poniżej widać jak wracam nią na grań:
Po drodze był jeszcze jeden grzebień skalny. Mariusz wspiął się na niego po czym kazał nam go ominąć ze względu na eksponowany i wymagający podciągnięcia się kawałek na górze.
Za grzebieniem pozostał już tylko króciutki odcinek na szczyt.
Para która szła za nami na zdjęciu przymierza się do przejścia feralnego pinakla. Oni jednak także się wycofali.
Pogoda z biegiem dnia robiła się coraz lepsza i kiedy wyszliśmy na szczyt zdążyła się już ustalić. Pięknie było. Cudny, dziki, tajemniczy rejon, jeden z ciekawszych w Szkocji. Fajnie że mamy tu jeszcze tyle munrosów do zdeptania.
Na ten kopiec nie weszłam, bo był luźny 😛 Ale dotknęłam, więc się liczy ;P
Zejście z przełęczy było… mokre. Trzeba było się trochę nagimnastykować żeby nie przemoczyć butów (mnie się to nie do końca udało). Na dole to samo: klasyczne highlandzkie całoroczne pół-bagno. Nie mogliśmy się doczekać kiedy wątła ścieżka przejdzie w utwardzaną drogę i nie będzie trzeba skakać z kępy na kępę żeby ocalić buty.
Trasa liczy ok. 14 km i nie jest bardzo męcząca z wyjątkiem tego pierwszego podejścia. Ponieważ scrambling jest w pełni opcjonalny wycieczka nadaje się polecenia każdemu. Bardzo mi się podobało i mam nadzieję na w miarę szybki powrót w ten rejon. Korci mnie też żeby coś tu zdeptać zimą – cóż to musi być za widok, te wszystkie piękne góry w śniegu.
 
No i w porównaniu z Walią jaki niesamowity spokój: spotkaliśmy tylko dwie osoby, z daleka widzieliśmy kolejne dwie. Rozumiem że te akurat dwa munrosy nie są aż tak oczywistym celem jak Ben Nevis, ale pamiętam wycieczkę sprzed lat na najsłynniejsze w tym rejonie The Saddle: również dwie czy trzy osoby. Rok temu na Pięciu Siostrach nieco więcej (lampa!) ale nadal żaden tłum. Można odetchnąć od ludzi, co zwłaszcza w takiej scenerii jest bezcenne.

The Snowdon Horseshoe

Po rozgrzewce na Tryfanie postanowiliśmy przejść lokalną klasykę, the Snowdon Horseshoe. Masyw Snowdona wywarł na mnie duże wrażenie. Jest wielki: rozległy i mocno rozgałęziony, wysyłający macki grani we wszystkich kierunkach. Na Snowdona można zatem wejść na bardzo wiele sposobów (samych turystycznych ścieżek naliczyłam 8), a nawet wjechać kolejką. Choć góra nie jest wysoka (1085m n.p.m.) sprawia wrażenie konkretu i niewątpliwie zasługuje na swoją popularność. W Highlandzie podobnie przytłaczające wrażenie wywierają na mnie the Mamores oglądane z Kinlochleven albo Nevis Range spod pomnika komandosów.


Nasza trasa miała prowadzić następująco: wspin na grań Crib Goch – odcinek granią – za podejście na Garnedd Ugain – finalny atak na wierzchołek Snowdona – powrót przez Y Lliwedd:

Przyznam że miałam pietra przed granią Crib Goch, ponieważ nie lubię obustronnej ekspozycji, co udowodniłam chociażby na Lodowym Koniu. Z drugiej strony był to wg wszystkich przewodników łatwy scrambling, w skali angielskiej jedynkowy (na 3. Skala szkocka jest bardziej szczegółowa: ma pięć poziomów, więc angielska jedynka to byłaby chyba zarówno nasza jedynka jak i dwójka).

Start z malowniczej przełęczy Pen-y-Pass położonej na 360m n.p.m. Jest tu hostel i kafejka oraz parking, za który zdzierają jak za zboże: 10 funtów!

Pass of Llanberis i przebiegająca przez nią A4086 z początku trasy:

Image Hosted by ImageShack.us
Crib Goch aka Czerwony Grzebień to góra po prawej (widok z Pen-y-Pass), czyli samo gęste mamy zaraz na starcie. Z przełęczy idziemy kamiennym chodnikiem by na ramieniu góry dojść do rozstaju szlaków: w lewo odchodzi tu Pyg Track, czyli lokalna ceprostrada, najłatwiejsza i najbardziej popularna trasa na Snowdona, a w prawo ścieżka podchodząca pod zbocza Grzebienia.
Image Hosted by ImageShack.us
Podejście na Crib Goch skojarzyło nam się mocno z Zawratem, a konkretnie z początkowym odcinkiem podejścia, przed łańcuchami, ewentualnie z kawałkiem pod Kazalnicą przed klamrami. Skała cudnie rzeźbiona, lita, wiele wariantów wejścia. 
Image Hosted by ImageShack.us
Ten fragment to raczej szkocka dwójka, ponieważ ręce zdecydowanie były potrzebne:
Image Hosted by ImageShack.us
Pogoda była nieco denerwująca. Wiatr się wzmagał i przywiewał chmury, momentami podmuchy były całkiem mocne i miałam wizje jakaż to wichura rozpęta się na grani – a potrafi, nie raz i nie dwa wiatr mnie przewracał albo skądś spychał. Na wierzchołku okazało się że jednak nie jest tak źle.
Image Hosted by ImageShack.us
Grań okazała się znacznie mniej przerażająca niż to sobie wyobrażałam. Przede wszystkim lufy w rozumieniu tatrzańskim tam nie ma. Po jednej stronie owszem (nie pion ale konkret), ale po drugiej jest zaledwie strome zbocze. Crib Goch opisywana jest w przewodnikach jako dosłownie ostrze noża, i może się taka wydawać w lokalnych warunkach, ale kto chociażby widział (już nawet nie przechodził) ostrą tatrzańską grań tego to określenie raczej by rozśmieszyło. Nie chcę brzmieć protekcjonalnie: tak jak było bardzo mi odpowiadało ponieważ do śmigania po tych ostrych się średnio nadaję. Niemniej z tym "ostrzem noża" trochę pojechali po bandzie.
Image Hosted by ImageShack.us
Można iść górą, można po lewej stronie, wedle upodobania:
Image Hosted by ImageShack.us
To wielkie w tle to sam Snowdon – 163m wyższy od Grzebienia.
Image Hosted by ImageShack.us
Tu dobrze widać iż grań faktycznie jest dość wąska ale kąt nachylenia zbocza po prawej stronie nieco psuje efekt:
Image Hosted by ImageShack.us
Grzebień finiszuje w trzech pinaklach, które na pierwszy rzut oka wyglądają trochę przerażająco. Tymczasem dwa pierwsze bez najmniejszych problemów trawersuje się od lewej (trochę ścieżki, trochę łatwego scramblingu):
Image Hosted by ImageShack.us
Ostatni pinakiel wygląda jakby ktoś skopiował go i wkleił z Aonach Eagach. Na tego dla odmiany wchodzi się od prawej. Za plecami jest trochę lufy ale trudność techniczna żadna, włazi się po pięknych półach, z mnóstwem chwytów i stopni.
Image Hosted by ImageShack.us
Za tym odcinkiem okazuje się, że to już… Grzebień jest króciutki. Miłośnicy używania czterech kończyn nie powinni jednak czuć się rozczarowani. Za płytką przełęczą rozpoczyna się podejście na przedwierzchołek Snowdona, Garnedd Ugain, na którego prowadzi grańka Crib-y-Ddysgl. Nie jest tak efektownie wąska jak Crib Goch i spokojnie można ją strawersować, ale fajniej jest wbijać skałą:

Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Rzut oka za siebie na pinakle Crib Goch:
Image Hosted by ImageShack.us
Wierzchołek Snowdona:
Image Hosted by ImageShack.us
Tu natomiast widać końcówkę Pyg Track. Jedyną zaletą tej trasy zdaje się być to że jest krótka, jako że również wychodzi z Pen-y-Pass. 
Image Hosted by ImageShack.us
Na kolejkę czekaliśmy ponad kwadrans – Mariusz był zdeterminowany ją obfotografować. Niby fajna rzecz, ale generuje straszne tłumy na szczycie.
Image Hosted by ImageShack.us
Kolejka wywozi praktycznie na sam wierzchołek. W stacji znajduje się bar i sklep. I znów, niby fajnie, ale klimat totalnie jak na Kasprowym. 
Na szczycie nie zabawiliśmy długo, był dosłownie oblepiony ludźmi. Odzwyczaiłam się już od tłumów w górach. 

Crib Goch ze Snowdona:
Image Hosted by ImageShack.us
Oraz Y Lliwedd, piękna góra przez którą prowadziła nasza trasa zejściowa:
Image Hosted by ImageShack.us
Na pierwszy rzut oka, jak dla mnie, Tatry Zachodnie pełną gębą:
Image Hosted by ImageShack.us
Ostatnie ujęcie Czerwonego Grzebienia – knife-edged czy nie, to był niezwykle malowniczy odcinek drogi. 
Image Hosted by ImageShack.us
Zejście było niesamowicie zerodowane i parę razy mało brakowało a wywinęłabym kozła na piargu. Na szczęście nie jest długie. 

Na Y Lliwedd można wchodzić lekko scramblingowo (jak już to już ;P), należy w tym celu trzymać się blisko krawędzi:
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Na opadających do dna podkowy krzesanicach wypatrzyliśmy wspinaczy:
Image Hosted by ImageShack.us
Obniżając się z wierzchołka Y Lliwedd warto jak najdłużej trzymać się grani. Na zdjęciu poniżej widok z tejże na Blwch a Sathenau, czyli szerokie siodło pomiędzy Y Lliwedd i Snowdonem, gdzie jakoby pochowany jest olbrzym którego zaciukał król Artur.  
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
W dół sprowadza ścieżka która na dole przechodzi w nieomal autostradę i na Pen-Y-Pass dochodzimy nie musząc patrzeć pod nogi.

Trasa jest przefantastyczna i polecam ją z całym przekonaniem, zwłaszcza wejście przez Crib Goch. Osobie z prawdziwym lękiem wysokości mogłoby być ciężko ale przeciętny cykor spokojnie przejdzie. Długość drogi to zaledwie 10,5 km. W piękny dzień, marzenie. W kafejce na Pen-y-Pass rano można zjeść śniadanie a po powrocie się odświeżyć, słowem francja-elegancja. Gdyby ktoś preferował jednak alternatywę, to choć ekspertem po tym jedynym pobycie nie jestem, wiem jedno – wszystko tylko nie zawalony ludźmi Pyg Track. Wariantów jest tak dużo że na pewno da radę wybrać jakiś ciekawszy.

Tryfan

Ponieważ w Highlandzie nastąpiło załamanie pogody, postanowiliśmy wybrać się w odwrotnym kierunku. Walia chodziła nam po głowach od dawna.
Nasze pierwsze wrażenia z dalekiego południa były takie, że jest tu niesamowicie dużo drzew. Taki Sutherland albo Hebrydy są praktycznie bezdrzewne. Zupełnie inny typ krajobrazu, bardziej kojarzący się z polskimi górami.
No a właśnie, góry – piękne. Z rzeźbą i z charakterem. Może nie do końca Czarne Cuilliny, ale i zdecydowanie nie Drumochtery. Jeśli już to Tatry Zachodnie w wersji bonsai, takie porównanie momentami aż się narzucało.

Kilka fotek z uroczego Llanberis – bardzo przyjemne miasteczko, dobrze zaopatrzone sklepy outdoroowe i jest gdzie dobrze i tanio zjeść:
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Na pierwszy ogień poszedł Tryfan, śliczna i kształtna miniaturowa góra (917,5 metra, czyli łapała by się na munrosa, ale otoczona przez wyższych sąsiadów jest taka właśnie… Drobna i skowyrna ;)). Zdecydowaliśmy się na trasę przez North Ridge, łatwą i najbardziej popularną lecz w przeciwieństwie do alternatywnej "ceprostrady" pozwalającą przypomnieć sobie, czym jest scrambling.
Start z drogi A5, z parkingu nad jeziorem Ogwen. Parking pierwszy, jeśli jedziemy ze wschodu, a ostatni gdy od strony przeciwnej.

Z parkingu drogą wzdłuż kamiennego murku. Gdy droga murek przekracza by odbić w prawo, my kontynuujemy w lewo. Teraz będzie należało wbić się na grań. Nie jest to grań w rozumieniu tatrzańskim, raczej skaliste ramię. Ścieżek lud wydeptał multum, ludzie wchodzą różnymi wariantami. Nie jestem w stanie dokładnie opisać drogi tak jak my ją wybieraliśmy, mogę jedynie udzielić kilku rad:
– nie wbijać się na ramię za wcześnie, bo na Milestone Buttress można się pięknie zapchać – to już impreza wspinaczkowa. Ocenić teren, patrzeć czy na skale są ślady raków, i generalnie napierać z głową. Wspomniałam o zapchaniu, ale można też i na odwrót, zrezygnować z bardzo fajnych scramblingów, o co łatwo jeśli będzie się szło tylko ścieżką. Generalnie, gdy po ominięciu Milestone Buttress zauważymy po prawej jakieś ROZSĄDNE opcje, wbijać się.
Teren w dolnych partiach to takie nie to, ni sio, trochę skały a trochę trawek:
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Trochę mi to przypominało Curved Ridge – tzn. tam jest lita skała, konkret i trochę lufy, ale klimat, zbocza, droga w dole…
Image Hosted by ImageShack.us
To powyżej to kopuła szczytowa, i tam już scrambling nie jest opcjonalny. Wierzchołka nie widać, od najwyższego widocznego punktu dzieli go płytka przełęcz.
Image Hosted by ImageShack.us
Ten głaz to słynna Armata (the Cannon). To że przechodziliśmy koło niego dowiodło iż znajdowaliśmy się na dobrej drodze, gdyż wszystkie opisy North Ridge o nim wspominają.
Image Hosted by ImageShack.us
Oraz Mariusz w klasycznym ujęciu. Podobne zdjęcie mają w swoich albumach tysiące brytyjskich górołazów:
Image Hosted by ImageShack.us
Za Armatą jeszcze króciutka wspinaczka, i wychodzimy na wypłaszczenie pod kopułą szczytową. Fajne miejsce na odpoczynek.

Image Hosted by ImageShack.us
Mama koza i koźlęta też mają relaks:
Image Hosted by ImageShack.us
Scrambling w partiach szczytowych to najfajniejszy etap trasy. Możliwości jest trochę, stopnie trudności różne. Drogę którą wybrałam mogę w najcięższych miejscach przyrównać do momentów na Kościelcu, czyli dupy nie urywa, ale dla mnie w sam raz ;D Jak widać skała jest znakomicie urzeźbiona. Jak zawsze, nie należy ufać jej na 100% ale generalnie nie jest zbyt zerodowana, na chwytach można (w granicach rozsądku) polegać.
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Krajobraz jest niewiele mniej dziki niż w Szkocji. To park narodowy, więc odbiega klimatem od sielskiego, totalnie zagospodarowanego Lake District.
Image Hosted by ImageShack.us
Na wierzchołku Tryfana znajdują się dwa głazy, Adam i Ewa. Wejść nie jest tak prosto, lecz każdy szanujący się zdobywca musi je zaliczyć. Ja pozostawiam tego typu zadania Mariuszowi, który spełnia je z entuzjazmem. Zresztą ktoś musi w takich chwilach stać za obiektywem.
Image Hosted by ImageShack.us
Tu jeszcze finalne momenty przed-szczytowania:
Image Hosted by ImageShack.us
Wierzchołek – jak widać, bardzo popularny cel (choć zawsze może być gorzej, o czym przekonaliśmy się następnego dnia).
Image Hosted by ImageShack.us
Biedy Mariusz musiał skakać pięć razy, zanim udało mi się uchwycić moment lotu 😀
Image Hosted by ImageShack.us
W ogóle z tym Tryfanem to była śmieszna sprawa. Rano pogoda była taka sobie, chmury nisko, mgły itp. Zdecydowaliśmy że ta trasa jest tak krótka iż możemy ją przejść nawet po południu, spokojnie pojechaliśmy do Llanberis na śniadanie, pojeździliśmy po okolicy (ogólnie relaks). Około południa zgodnie z prognozami rozpogodziło się, więc wyszliśmy na szlak po 12 i czasu bez problemu wystarczyło na dojście, podelektowanie się widokami ze szczytu oraz zejście, a nawet późniejsze zakupy i konsumpcję piwa. W góry naprawdę nie zawsze warto się zrywać skoro świt.
Image Hosted by ImageShack.us
Jedynym minusem późnego wyjścia był fakt iż nie daliśmy rady kontynuować na Glyder Fach, choć wejście wyglądało obiecująco (fotka poniżej). Nadrobimy to zapewne następnym razem.
Image Hosted by ImageShack.us
Ze szczytu rumowiskami zeszliśmy na przełęcz, a stamtąd już sprowadza ścieżka, w dolnej partii wręcz chodnik. Zejście nie jest długie. Z samego dołu pięknie widać całą trasę wejścia, w górnej części zdjęcia lansuje się Armata:
Image Hosted by ImageShack.us

I cała North Ridge, z Milestone Buttress na pierwszym planie.
Image Hosted by ImageShack.us
Trasa jest bardzo przyjemna, ponieważ pomimo braku hardkorów (tzn. jak ktoś się uprze, to i takie sobie znajdzie) pozwala na użycie rąk i nóg i pogimnastykowanie się trochę. O krótkości wspomniałam. Jest też opcja wydłużenia drogi i przejścia całej podkowy przez sąsiedni szczyt Glyder Fach, znów z elementami scramblingu. W razie załamania się pogody wycof jest jak najbardziej możliwy praktycznie z każdego miejsca.

Pierwsze spotkanie z Walią wypadło bardzo obiecująco, a takie atrakcje jak zdumiewająca pogoda oraz znacznie mniejsza niż w Highlandzie ilość midgesów tylko umocniły nas w przekonaniu, iż trzeba tu wrócić. Tymczasem mieliśmy jeszcze jedną wycieczkę w planach – ale o tym w kolejnej notce.


Blencathra (Lake District)

Lakeland odwiedzamy okazjonalnie i raczej musimy mieć ku temu szczególny powód, np. tak jak ostatnio bardzo słabe prognozy dla Highlandu (nie do końca się sprawdziły ale to inna sprawa). Niby odległość w linii prostej niewiele większa niż do Glencoe, ale zupełnie inny klimat: zamiast dzikich wrzosowisk pola i malownicze miasteczka, na szlakach mnóstwo ludzi, niemal tyle co w Tatrach. Nieliczne góry powyżej 3000 ft nie zaliczają się do munros bo ta nazwa przysługuje tylko szkockim szczytom. Dlatego bywamy tam rzadko, co nie znaczy że kiedy już się na to decydujemy, nie jest fajnie.
Tym razem postanowiliśmy odwiedzić położoną na północnym skraju Lakelandu Blencathrę, wchodząc scramblingową grańką Sharp Edge która jest jakoby najfajniejszą opcją wejścia.

Blencathra (w tłumaczeniu "łysa góra w kształcie krzesła/siedzenia") to rozległy masyw o wielu graniach i kilku szczytach, z których najwyższym jest Hallsfell Top, 868m n.p.m.

Parking startowy nie jest zaznaczony na mapie ale znajduje się on przy szosie mniej więcej na wysokości Scales. Uwaga – trudno o wolne miejsce!
Tu jeszcze pierwszy widok Blencathry z drogi:
Image Hosted by ImageShack.us
Podchodzenia jest zaskakująco niewiele! Najpierw należy się przebić przez wał grani Scales Fell:
Image Hosted by ImageShack.us
A kiedy już się na niego wespniemy, Sharp Edge z jej zwieńczeniem Foule Crag ukazuje się praktycznie od razu:
Image Hosted by ImageShack.us
Od tego miejsca jeszcze kawałek po płaskim, i ostatnie podejście do Scales Tarn i stamtąd popod grań: idzie ekspresowo.
Z dołu:
Image Hosted by ImageShack.us
Sama Sharp Edge jest… króciutka. Odcinek od początku scrambligu do szczytu Foule Crag może mieć góra 300m. Niemniej faktycznie jest to bardzo ładny kawałek trasy.
Image Hosted by ImageShack.us
Trudności jako takich tu nie ma, atrakcją jest sama ostrość grani, która może być deprymująca dla nieprzyzwyczajonych. Ja też nie przepadam za obustronną ekspozycją więc pewnie w jednym czy dwóch momentach serce biło mi nieco szybciej niż Mariuszowi. 
Image Hosted by ImageShack.us
Większość ostrza można strawersować – na zdjęciu widać omijankę – ale to opcja na nagłe pogorszenie pogody, kiedy jest sucho nie ma sensu.
Image Hosted by ImageShack.us
Wygląda na to iż niezależnie od stopnia trudności każda scramblingowa trasa na Wyspach musi mieć swój Bad Step 😀 Na Sharp Edge to miano zostało przypisane płytkiej przerwie w grani za charakterystycznym pinaklem Pillar Box. Tego niewielkiego fragmentu nie da się strawersować i jeśli ktoś do tej pory szedł omijanką, tu na odcinku paru metrów musi się zmierzyć z ekspozycją. Miejsce faktycznie może być niebezpieczne, ale tylko przy mokrej bądź zalodzonej skale.
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Podczas podejścia na Foule Crag prawie udało mi się zabić ponieważ poszłam w lewo zamiast środkiem i mało nie wpieprzyłam się w niefajne miejsce, na szczęście Mariusz zorientował się co robię i kazał mi wracać. Scrambling jest tam łatwy, grade 2 czyli najlepszym wypadku 0+, tylko lepiej nie zapędzać za bardzo na boki.
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Ostatni widok na Sharp Edge:
Image Hosted by ImageShack.us
Kiedy dotarliśmy na szczyt było jeszcze bardzo wcześnie, więc podreptaliśmy na kolejny wierzchołek, oddalony o kilkanaście minut:
Image Hosted by ImageShack.us
Widok w kierunku Keswick i Derwent Water:
Image Hosted by ImageShack.us
Zdecydowaliśmy się na schodzenie opadającą z samego wierzchołka granią Hallsfell i była to bardzo słuszna decyzja!
Image Hosted by ImageShack.us
Ta widokowa grań przypominała mi bardzo niektóre szlaki Tatr Zachodnich. Było również dużo opcjonalnego i całkiem fajnego scramblingu:
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Na dole poputaliśmy drogę i skończyło się przełażeniem przez czyjeś pole, i trzymetrowy murek co w Anglii, gdzie nie obowiązuje prawo przejścia, może mieć czasem niefajne konsekwencje. W końcu udało nam się trafić na drogę nieniepokojoną przez tubylczych farmerów. Stamtąd pomaszerowaliśmy wzdłuż szosy prosto na parking.
Image Hosted by ImageShack.us
Po fakcie byliśmy oboje bardzo zadowoleni, Blecathra jest fajną górą, charakterniejszą niż wiele munrosów oraz oferującą bardzo wiele wariantów wejścia o różnym stopniu trudności.
Randka z Lake District jak zwykle okazała się udana, tym niemniej kolejna dopiero za jakiś czas, a my wiernie wracamy w nasz ukochany Highland 🙂

Beinn Sgulaird (porażka)


Beinn Sgulaird jest ładną górą niedaleko Oban, zaliczaną jeszcze do Glen Etive. Jest zatem położony "na tyłach" Glencoe; od Sgor na h-Ulaidh, "the Lost Munro of Glencoe" >>LINK<< dzieli go bodaj jeden munros. Beinn Sgulaird jest długi, jego szeroka grań szczytowa liczy sobie ponad trzy kilometry i słynie jako niezwykle widokowa. Wydawało się że będzie to pod każdym względem dobry cel na otworzenie ostatniej dwudziestki munrosów – ostatniej w pierwszej setce, rzecz jasna.



Rozpoczęliśmy z miejsca zwanego Elleric. Z dołu Beinn Sgulaird nie prezentował się jakoś bardzo spektakularnie, zresztą nie jest zbyt wysoki (zaledwie 937m n.p.m.). Mapka u McNeisha jest mało precyzyjna, postanowiliśmy więc iść tak jak prowadzi nas ukształtowanie terenu. Okrążyliśmy zabudowania farmy i weszliśmy kawałek w dolinę Ure pod północnymi zboczami munrosa, by tam zdecydować w którym momencie zacząć wbijać się w górę.

Zdecydowaliśmy się wchodzić łagodnie wznoszącym się garbem, którego lewe obramienie stanowił głęboki wąwóz, zaś charakterystycznym punktem było dziwaczne drzewo, wznoszące się tuż nad jego zboczem. Ponad drzewem teren na moment się wypłaszczał by znowu lekko spiętrzyć, i powyżej spiętrzenia zaczął się już śnieg.

Do szczytu było jeszcze bardzo daleko.
Coraz bardziej białym zboczem dość żmudnie wbijaliśmy się wyżej i wyżej, myśląc (ja na pewno) że to już do końca będzie taki dość uciążliwy, monotonny marsz.

Tymczasem zaczęło się robić coraz bardziej stromo, coraz więcej skałek trzeba było omijać. Nie pomagał fakt, że z powodu zerowej temperatury śnieg był mokry i obsuwał się odsłaniając śliskie kamulce, równie śliskie trawki i lód.



Właśnie ten osuwający się śnieg był najgorszy, bo nie było jak zakładać raków, i jeździliśmy się na maksa na co stromszych fragmentach.

Kiedy w końcu osiągnęliśmy partię zbocza jeszcze bardziej stromą, ale za to z całkiem związanym śniegiem, na którym raki miały już zastosowanie, Daniel wyrwał do przodu na rekonesans, jak daleko jest do wierzchołka. Ponieważ grzebaliśmy się (a zwłaszcza ja) niemiłosiernie, było już po drugiej po południu. Chłopaki uznali, że jeśli na szczyt będzie za daleko odpuścimy sobie dalsze wchodzenie, żeby nie walczyć w takich warunkach po ciemku.

Mieliśmy na Daniela poczekać, ale po chwili znudziło nam się i ruszyliśmy za nim. Ja i Mariusz już w rakach, Ernest bez, momentami więc nie było mu łatwo jedynie z pomocą czekana i Mariusz trzymał się blisko, gotów zaasekurować jakby co.

Kiedy znowu spotkaliśmy się z Danielem pokazał nam filmik nakręcony z miejsca, skąd było wreszcie widać szczyt. Odcinek końcowy miał już być całkiem łagodny, niemniej był to jeszcze spory kawałek, do przejścia tam i z powrotem gdyby było południe, a nie grubo po drugiej. Niestety pozostało jedynie zawrócić.

Nie bardzo mieliśmy ochotę schodzić po własnych śladach, postanowiliśmy znaleźć przyjemniejsze zejście. I tak oto Mariusz wpuścił nas w żleb 😀

Najtrudniej mi było przejść ze zbocza do dna żlebu. Śnieg osuwający się ze skał nie dawał rakom żadnego oparcia (a jedna osoba i tak raków nie miała). W żlebie to samo, tak że jedynym rozsądnym sposobem były kontrolowane, kilkumetrowe dupozjazdy. Podarłam na tę okoliczność moje nowe przeciwdeszczowe spodnie. Wszystkie moje przeciwdeszczowe spodnie bardzo szybko zyskują dziury na dupie :/

Żlebem nie bardzo nam się uśmiechało na sam dół, kawałek ogarnęliśmy zboczami, ale wszędzie była ta sama wujnia z coraz bardziej, im niżej, miękkim śniegiem. Raz pojechałam zupełnie bez kontroli, i Mariusz mnie złapał, gdyby nie to w rakach połamałabym nogi – z drugiej strony na tym etapie jeszcze sporo ułatwiały, ze względu na lód. No za gładko to schodzenie nie szło i dolną granicę śniegu osiągnęliśmy, kiedy już szarzało – dopiero wtedy odważyliśmy się zrobić postój.

Tu teren zabawy, początek żlebu widać u góry:

Kiedy zeszliśmy w dolinę, było już zupełnie ciemno.
Byłam zła, bo nie zaliczyliśmy munrosa i trzeba będzie wracać i poprawić. Z drugiej strony, było dużo bardziej emocjonująco niż ktokolwiek z naszej czwórki się spodziewał. Dlatego wycieczkę zaliczam mimo wszystko do udanych.
Co do mapki i detali topograficznych, na razie sobie daruję, bo "po Bożemu" raczej wejdziemy nieco innym wariantem.


Zdjęcia: >>LINK<<

Castle Ridge

Castle Ridge to najbardziej wysunięta na zachód grań Ben Nevisa – czyli najdalsza od wierzchołka. Na zdjęciu poniżej po prawej. Ma scramblingową wycenę 4, choć niektóre źródła oceniają jej trudności na 5, i niższa gradacja wynika tylko z faktu iż droga ta jest raczej krótka i nie można jej porównywać z np. o wiele dłuższą piątkową Tower Ridge. Wyceny scramblingowe nie zależą od najtrudniejszego miejsca trasy, a od całokształtu, co bywa mylące.

(Gorsza jakość niektórych zdjęć wynika z faktu, iż były robione telefonem)



Dzięki temu że Castle Ridge leży na samym skraju północnej ściany, droga z wyższego parkingu zlatuje szybko. Podejście pod skały również się nie dłuży. Przy braku mgły topograficznie jest oczywiste, skąd i którędy podchodzimy:

Scrambling z początku jest dość łatwy, ale fajny i urozmaicony.



Trochę przeszkadzała ślizgawica, ale taka już uroda północnych ścian.

Po drodze są dwa kluczowe kominki. Pierwszy, widoczny poniżej, nie jest eksponowany ani bardzo trudny technicznie, ale trójka z nas wolała wchodzić z asekuracją. W kominku tym nie ma rewelacyjnych stopni, z chwytami AFAIR jest nieco lepiej. Nie miałam w nim żadnych problemów, ale wykonałam kilka manewrów na które absolutnie bym się nie odważyła bez protekcji liny.

Za tym miejscem jest fragment bardzo łatwy, aż osiągamy drugi kominek, najtrudniejsze miejsce na trasie. W przeciwieństwie do pierwszego jest eksponowany, natomiast wydaje mi się że stopnie i chwyty są, zwłaszcza w górnej partii, nieco lepsze. Tu zdecydowanie asekuracja jest wskazana.

Poniżej ta partia zdjęta wiosną z Ledge Route, a kluczowym kominkiem wspina się osoba w czerwonej kurtce:

Po pokonaniu tego miejsca, które Mariusz ocenił na tatrzańskie II (a nie jak sugerowałaby scramblingowa czwórka, na I), czeka nas już tylko łatwy – średni scrambling. W pewnym momencie grań znacznie się zwęża, trochę jak na Ledge Route. Liny wyjmować już jednak nie trzeba.



Za Danielem Fort William i Loch Eil:

Za tym wąskim fragmentem jeszcze tylko kawałek, i grań przechodzi w zbocze – znak, że jesteśmy już w rejonie plateau. Na wierzchołek oczywiście się nie fatygowaliśmy, do przejścia mielibyśmy ponad 3 kilometry. Zboczem zeszliśmy na rympał do doliny, nawet nam się nie chciało rozszpejać póki nie osiągnęliśmy trawki, tak bardzo chcieliśmy już wydostać się z cholernego, śliskiego i sypiącego się, rumowiska.

Trasa bardzo się wszystkim podobała. Nie jest ekstremalna, ale można poczuć dreszczyk emocji. Ja się przyznam że w drugim kominku przez chwilę miałam, pomimo liny, konkretnego stracha. Polecam takim jak my, scramblerom i "niedzielnym wspinaczom", dla których tatrzańska dwójka to w sam raz 😉
Natomiast alternatywa dla Pony Tracka to zdecydowanie nie jest!

Zdjęcia: >>LINK<<