Stob Ban

 

 

Nr 210, Stob Ban

Wymowa: stob ban

Znaczenie nazwy: white peak (zaWalkhighlands)

Wysokość: 977 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 178.

Data wejścia: 18.3.18

 

Stob Ban jest częścią grupy The Grey Corries acz jako jedyny z ichniejszych munrosów nie leży w głównej grani, jest też znacznie niższy niż pozostałe i przechodzenie go razem z resztą grupy może być dla baggera o przeciętnych możliwościach nieco problematyczne, gdyż znacznie wydłuża i tak już konkretną trasę. Stąd właśnie weszliśmy na niego wczoraj choć na Grey Corries byliśmy w 2016 roku: >LINK<.

W Spean Bridge należy skręcić w drogę prowadzącą do Coirechoille Farm. Za farmą można jeszcze kawałek podjechać i zostawić samochód w zatoczce za drugą z bram dla bydła. Stamtąd, ignorując ostry skręt w prawo, kontynuujemy główną odnogą drogi która będzie wkrótce wkraczać w dolinę obramowaną przez The Grey Corries od Zachodu a korbety Cruach Innse i Sgurr Insse od Wschodu. Odcinek doliną to ok 7 km, bardzo łagodnie wznoszącym się terenem (zyskujemy ok. 220 metrów wysokości). Poniżej munro Stob Choire Claurigh, którego z początku wzięliśmy za Stob Bana i perspektywa podchodzenia nieco nas zdetonowała:



Kiedy dochodzimy do Lairig Leacach bothy warto zrobić przerwę, bo od tego momentu już będzie do góry. Bothy jest maleńkie, wyposażone w piętrowe prycze gdzie mogłoby się ścisnąć myślę osiem osób. Jest też całkiem ciepłe dzięki grubym ścianom. Można wpisać się do zeszytu albo podpisać na drewnie pryczy jak większość. 

Za bothy jest już podnóże Stob Bana. To bardzo ładna mała góra. Choć w sąsiedztwie swoich braci Grey Corries oraz bliźniaczych munro The Easains po drugiej stronie wydaje się mikra, ma ładny trójkątny wierzchołek i jest szalenie fotogeniczna. Jak widać najpierw należy podejść na garb, za którym teren się wypłaszcza by wkrótce znów spiętrzyć w bryłę szczytu właściwego.



Raki założylismy wkrótce po wyjściu z bothy, śnieg był idealny – lekko zmrożony, nie przepadający.



Uwielbiam zimę w górach i zimowe zdjęcia, stąd tak duża ich liczba przy stosunkowo niedługim wpisie. Tegoroczna zima jest w Szkocji jak na lokalne warunki sroga i wyjątkowo długa, stąd udało się załapać na takie warunki – przeważnie o tej porze (pomijając Cairngormsy czy północną Ben Nevisa) jest już mocno wiosennie.



Stob Ban z garbu – eleganckie linie charakterystyczne dla The Grey Corries i sąsiednich The Mamores. W lecie wierzchołek jest (z tego co pamiętam z wycieczki w Corries) pokryty szarymi kamiennymi osypiskami.



Spotkaliśmy około 10 osób, w tym trzech szybkich Billów w kaskach którzy jako jedyni poszli gdzieś dalej, na logikę na Corries chociaż kto ich tam wie, odkąd na Walkhighalds widziałam relację gościa który jednego dnia zaliczył osiem munrosów które my przechodziliśmy na cztery razy, spodziewam się wszystkiego.



Szłoby się świetnie gdyby nie wiało. Przy co silniejszych podmuchach nie byłam w stanie iść.



Fragment The Grey Corries:



Dzięki temu że szło z nami sporo luda (jak na lokalne warunki) mamy zdjęcia takie jak lubię najbardziej, gdzie widać proporcje człowieka i góry. 



Poniżej widać dwa Pasterze Glencoe, Buachaille Etive Mor oraz Buachaille Etive Beag. Bryła pomiędzy nimi to chyba Ben Starav.



Ostatnie podejście, to na trójkąt wierzchołka, jest dość strome i daje popalić. Dlatego ukryta pod śniegiem ścieżka biegnie zygzakami.



Tu dobrze widać The Easains, munrosy graniczne: na wschód od nich kończą się charakterystyczne dla West Highlands góry o lekkich subtelnych liniach i małych wierzchołkach a zaczynają się już takie w typie bardziej naleśnikowym (choć nie znaczy to że nudne i nie trzeba ich brać serio, vide m. in. nie zdeptana jeszcze przez nas grupa Aldera):



Brawurowy atak szczytowy 😉



Rzut oka na The Mamores. Żal że w tej grupie już wszystko mamy porobione, ale to jeden z tych kilku rejonów gdzie zdecydowanie warto będzie wracać po odhaczeniu wszystkich munrosów.



Zdjęcie z wierzchołka. Wiało tak że ewakuwowaliśmy sie po góra trzech minutach.



Powrót rzecz jasna tą samą trasą, ze wsparciem grawitacji wypadł zaskakująco szybko 😉 Bez raków można było tu dobrze pojechać, zwłaszcza pod wierzchołkiem.



Plusem tego upierdliwego wiatru była konieczność założenia gogli, dzięki której mogło powstać np. takie zdjęcie:



Schowanie raków i czekanów, krótki postój w bothy, i można było rozpocząć siedmiokilometrowy powrót, który razem z dziewięciokilometrową resztą czuję dzisiaj w całym ciele.



Ostatni widok na Stob Bana, jakże inny niż poranny:



Jak łatwo obliczyć trasa miała 18 km.

Jestem bardzo zadowolona że tego munrosa udało się zdobyć w stuprocentowo zimowych warunkach, co dodało pieprzu wycieczce która poza tym ani długa, ani specjalnie ciężka nie była. Stob Ban to maleństwo które znajduje się na piątym od końca miejscu munro-listy, a dostarczył nam bardzo przyjemnych wrażeń. Szybkobiegaczom polecam rozważyć połączenie go z resztą The Grey Corries (granią można przejść na Stob Choire Claurigh).


Beinn Dearg

 

Nr 203, Beinn Dearg

Wymowa: bin dierek

Znaczenie nazwy: red hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1008m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 124.

Data wejścia: 18.3.17

 

Po ostatniej niezwykle malowniczej wycieczce na Zachód powróciliśmy do Naleśnikowej Krainy. Wczoraj akceptowalna (tzn. nie „dobra”, ale od biedy umożliwiająca outdoor) pogoda była tylko nad wschodnią częścią Grampianów. Czyli rejonem który eksplorujemy od jesieni, głównie właśnie ze względu na sprzyjające warunki bo przecież nie miłość do plaskaczy.

Na Beinn Dearg idzie się z parkingu w Old Bridge of Tilt nieopodal Blair Atholl. Żadna z tych miejscowości metropolią nie jest za to są bardzo malownicze. Jest to potężna wyrypa – liczy sobie 29 kilometrów.

Idzie się po niekończących się wrzosowiskach z których co chwila wylatują z furkotem pardwy. Cały czas powolutku nabieramy wysokości – dlatego na finałowym podejściu przewyższenia będzie jedynie 200 metrów.



Pogoda nie rozpieszczała. Prawie cały czas mżyło. Tę konkretną wycieczkę, w tych warunkach, zdecydowanie można zaklasyfikować jako „dla koneserów”.



Bothy Allt Sheicheachan okazało się całkiem przytulne w środku. Oczywiście podkreślić należy że szkockie bothies nie oferują takich luksusów jak prąd, gaz czy umeblowanie (choć tu stół i ławy się znalazły) – niby to oczywiste ale może warto podkreślić. To skorupa do której można się skryć przed żywiołami, która nic poza tym nie ma wspólnego ze schroniskiem.



Pomimo warunków byliśmy zadowoleni. Było wszystko czego potrzeba do resetu: dzicz, pustka, bardzo niewiele oznak ludzkiej ingerencji. Poniżej Janek i ciasteczko demonstrują jak bardzo są zadowoleni:



Po lewej widać ścieżkę – Janek siedział na rozwidleniu dróg (jedną przyszliśmy, drugą mieliśmy wracać) a właśnie od rozwidlenia zaczyna się podchodzenie na Beinn Dearga. Stromizn tu nie ma, a jednak to munros i to wcale nie mały – dlatego ta trasa jest tak długa.



Z dalszego podchodzenia zdjęć brak, raz że mżyło a dwa że nie bardzo było co uwieczniać. Ot, połacie śnieżno – wrzosowych łagodnych zboczy, nie różniące się wiele od tego co na poprzednich fotkach. Szczytowe jednak tradycyjnie zostało zrobione.



Na wierzchołku zabawiliśmy góra dziesięć minut. Schodzenie było równie ekscytujące jak wchodzenie, acz sytuacja się nieco poprawiła kiedy wyszliśmy z najgorszej chmury i coś niecoś zaczęło być widać. Poniżej bothy z ciekawej perspektywy:



Tak natomiast wyglądał początek wariantu zejściowego, tego za rozwidleniem. Swoją drogą czy dało by się wymyślić bardziej różniące się pod każdym względem szkockie klimaty niż te z tej i poprzedniej notki?



Kolejne parę kilometrów przeszliśmy właśnie w takiej scenerii. Plusem jest że kiedy nie ma czym się zachwycać kwitną ciekawe rozmowy i w rezultacie takie wycieczki odprężają mentalnie nie mniej niż te kiedy całą uwagę pochłania piękno otoczenia.

Pierwszym i jedynym mniej burym akcentem okazała się Glen Tilt:



Jest to bardzo malownicza dolina którą parę lat temu szliśmy na munrosa Carn a’Chlamain. Tym razem końcówka trasy biegła zboczami wysoko ponad jej dnem.



Bryła po lewej zaś to właśnie masyw Carn a’Chlamain:



Na końcówce szłam już z niejakim trudem. 29 kilosów nawet w większości po prawie płaskim to jest konkret…



Nie jestem niestety w stanie ocenić na ile widowiskowa była trasa ponieważ widoków prawie nie mieliśmy. Sam munros wrażenia nie robi. Cel raczej tylko dla baggerów albo świrów pokroju mojego brata którzy lubią biegać po górach. Oraz miłośników dziczy, surowych klimatów i atmosfery totalnego odludzia – ci na pewno nie będą zawiedzeni.

 


Geal Charn



Nr 202, Geal Charn

Wymowa: gel karn 

Znaczenie nazwy: white hill (za MunroMagic)

Wysokość: 926m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 260.

Data wejścia: 21.1.17

 

Geal Charn leży w grupie Monadliath, należącej do płaskowyży na wschód od Great Glen. Monadliath, płaskowyż Mounth, Drumochtery – to wszystko jedna rozległa naleśnikowata rodzina flankująca od zachodu i południa również naleśnikowate, ale imponujące i monumentalne Cairngormsy. Dni jednak są wciąż krótkie więc szukamy po prostu munrosów które można urwać podczas jednodniowej wycieczki, niekoniecznie wstając o czwartej rano.

Na Geal Charn idzie się z parkingu przy starym moście w Garva Bridge w środku niczego. Jadąc od południa, za Dalwhinnie należy skręcić w A899, a potem na metropolię Laggan (nie mylić z Kinloch Laggan) i dalej w single track road aż do punktu startowego.

Geal Charn i prawie całą drogę wejściową widać z początku trasy, chowa się jedynie płaski odcinek już w rejonie samego wierzchołka.

Droga z początku idzie bardzo łagodnie wznoszącym się terenem. Normalnie musi tu być typowe highlandzkie bagno ale nam się upiekło jako że błota były w większości pozamarzane. Poniżej widok na mniej więcej połowę trasy: niewidoczny parking znajduje się parę minut drogi od oświetlonego słońcem lasku. Na tym etapie największym wyzwaniem była konieczność przekroczenia potoku po zalodzonych kamieniach. 

Pogodę mieliśmy bajkową (choć było bardzo, bardzo zimno), widoczność również – z pominięciem kierunku południowego nad którym stały jakieś opary.



W środku widać grupę obejmującą munrosy Ben Aldera, Loch Laggan i Rannoch Moor: potęga która skutecznie przesłaniała większość panoramy południowego zachodu. Tym razem nie było widać Ben Nevisa. Ta gromada munrosów stanowi obecnie największą białą plamę na naszej osobistej mapie i pod tym względem zdetronizowała Glen Affric.



Poniżej natomiast, najbardziej po prawej – co prawda przy tym rozmiarze zdjęcia ledwo widoczna – grupa Creag Meagaidh z przełęczą The Window.



Ponieważ teren tak bardzo przypomina położone znacznie bardziej na południe Glen Shee, łatwo zapomnieć że jesteśmy już nie tylko całkiem daleko na północ ale i – w porównaniu – na zachód. To już wysokość Glen Shiel i szczyty Gór Kaledońskich pięknie się lansują ponad obniżeniem Great Glen. Mojej radości nie było końca kiedy wypatrzyłam charakterystyczną piramidkę Sgurr na Ciche:



Jeszcze co do trasy. Po wpomnianym przekroczeniu potoku teren zaczyna sie spiętrzać (warto trzymać się dość wyraźnej ścieżki żeby nie wleźć w bagno) aż do finalnego wypłaszczenia wyprowadzającego na plaskaty wierzchołek. Wszystkiego 6-6,5 km w jedną stronę.



Poniżej masyw Cairngormsów. Tegoroczna zima jest szokująca. Gdzie jak gdzie ale w Cairngormsach śnieg zawsze był i to na masę, co roku ludzie giną tam w lawinach (nie żebym się cieszyła z tego tragicznego faktu ale uświadamia powagę warunków śniegowych) a tym razem – proszę spojrzeć:



Ponieważ munros jest jak wspomniałam plaskaty wybraliśmy się jakieś pięćset metrów na wschód żeby obejrzeć sobie kocioł opadający do Glen Markie. Faktycznie jest piękny i trochę zrehabilitował w moich oczach tę górę.





Góry poniżej przypominają przeklęte przez bogów Mullardoch Munros ale pewności nie mam – może to być również Strathfarrar Four. Albo w ogóle coś innego ;P



Te dwa szczyciki na horyzoncie to znowuż wypisz wymaluj Lurg Mhor i Bidein a’Choire Sheasgaich, ale założyć bym się nie zakładała.



Ten pagór to jednakowoż z pewnością Ben Wyvis!



Powrót – tą samą drogą. Walkhighlands podaje że trasa liczy sobie 12,5 kilometra.

Geal Charn, co widać aż nadto, nie jest munrosem spektakularnym pod żadnym względem (no dobra, ma kocioł, ale takich kotłów w Highlandzie jest jak meszek w torridońskich krzaczorach). Dla nie-baggerów taki sobie cel. Dla mnie, mimo wszystko, kolejne fantastyczne doświadczenie. Odkrywanie nowych zakątków, oglądanie tych samych rzeczy z nowej perspektywy, zgadywanki a czasem spory co właściwie widać, a potem ślęczenie nad mapą – to jest to co sprawia że wracam w Highland kiedy tylko jest możliwość, pomimo iż rzadko kiedy mam czas na późniejszą porządną regenerację.

 


Beinn Mhanach

 

Nr 201, Beinn Mhanach

Wymowa: bin wanah

Znaczenie nazwy: monk’s hill (za wikipedią)

Wysokość: 953m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 211.

Data wejścia: 26.11.16

 

 

Jadąc z Tyndrum na północ ciężko przeoczyć spektakularny widok na piramidę Beinn Doraina o południowych zboczach opadających w malowniczą dolinę Auch Glen, którą przecina wiadukt kolejowy. Widok highlandzki z tych najbardziej klasycznych. Gdzie w tym wszystkim Beinn Mhanach? Ano, jest to taka sobie kopka na trzecim planie widoczna w głębi wspomnianej doliny. 

Zjechaliśmy kawałek w kierunku Auch Estate (jest znak) i zaparkowaliśmy na skraju mijanki dla ciężarówek. Kiedy miniemy Estate ta sama droga będzie nas prowadziła już do końca, więc problemów z nawigacją być nie powinno, przynajmniej zanim rozpocznie się włażenie do góry.

Poranek:

Wiadukty są dwa. Linia kolejowa ciągnie się dalej przez Rannoch Moor (przez środek którego nie ma żadnej drogi, A82 jedynie ścina skrawek), by przez z kolei Glen Spean osiągnąć Fort William, a potem Mallaig. Mariusz kiedyś się tak przejechał do FW, ja jeszcze nigdy.

Masyw Beinn Mhanach wygląda jak cycki ewentualnie wypięta dupa składa się bowiem z dwóch kop połączonych płytką przełęczą. Bliższa kopa to Beinn a’Chuirn która munrosem nie jest, ma bowiem tylko 923m n.p.m.

W dolinie jedynym problemem był potok Kinglass, który meandruje niczym Mississipi i trzeba było go przekraczać około ośmiu razy. Nalało mi się do butów i pierwsze wyjście tej zimy zaliczyłam na mokro, co w skarpach jeszcze mi się nie zdarzyło :/

Poniżej wyłaniający się w tle Ben Lui:

Przez Auch Glen idzie się poza tym przyjemnie, teren wznosi się prawie niezauważalnie ale jednak widać, że zyskujemy wysokość. 

Beinn Dorain (nasz pierwszy munro!) i Beinn an Dothaidh:

Na Beinn Mhanachu ścieżek próżno szukać. Poszliśmy tak jak nakazywała logika: po osiągnięciu sporego żlebu którym spływał strumień, zaczęliśmy włazić jego prawym ograniczeniem. A dalej to już tak jak było najwygodniej ze względu na ukształtowanie terenu oraz oblodzenia.

Osobiście zawsze fascynował mnie korbet Beinn nan Fuaran (kopulasty szczyt na zdjęciu), o którym zresztą przez długi czas sądziłam iż to właśnie jest Beinn Mhanach. Niestety sam Beinn Mhanach niczym się nie wyróżnia jeśli chodzi o linie.

Zbliżenie na Ben Lui, jedną z moich ulubionych gór chociaż byłam tam tylko raz:

W tle Beinn Dorain, z którego niczego nie widzieliśmy a mimo to wycieczka utwierdziła nas w postanowieniu że będziemy eksplorować Highland:

Jak widać, trochę śniegu było. Póki co niewiele i mokry, przepadający, trochę lodu. 

Zbliżenie na Koronę czyli Cruachana z satelitami. To góra na którą trzeba będzie jeszcze wejść, tylko tym razem zamiast trawersu całej podkowy zaliczyć przedwierzchołek po prawej.

Kiedy zbocze zaczyna się kłaść oznacza to że jesteśmy blisko szczytu. Może i Beinn Mhanach jest wyjątkową kapustą ale widoki z niego są zacne. Tu w centrum widać grupę Lawersa:

Tu natomiast Ben Nevisa i The Mamores (czy jest w Highlandzie jakiś munros z którego nie widać Ben Nevisa?):

A poniżej Shiechallion i sąsiadujące z nim, a niedawno przez nas zaliczone munrosy.

Podziwiać można było także Rannoch Moor, grupę Ben Aldera, wypatrzyłam nawet Drumochtery chociaż to naprawdę była sztuka bo ciężko o większe naleśniki. 

Uwielbiam światło o tej porze roku.

Zeszliśmy w drugą stronę, w dolinkę pomiędzy Beinn a’Chuirn a wspólne zbocza Beinn Achaladaira i Beinn an Dothaidh, od pewnego momentu drogą która zbiega do Auch Glen. Ścięliśmy w ten sposób nieco odległości tak że powrotny marsz doliną był nieco krótszy niż rano.

Wycieczka była przyjemna ale odczułam ją jako pewne obniżenie standardów – pomijając Mount Keen które miało być pojedyncze żeby dobić do numeru 200, ostatnimi czasy robiliśmy raczej trzy- i czteromunrosówki. Oczywiście narzekam dla sportu bo wybór trasy był gruntownie przemyślany i odpowiedni na obecne krótkie dni. 


Sgurr Choinnich i Sgurr a’Chaoraichean

 

Nr 168, Sgurr Choinnich; nr 169, Sgurr a’Chaorachain

Wymowa: skur konih; skur a korahen

Znaczenie nazwy: rocky peak of the moss; rocky peak of the rowan tree (za MunroMagic)

Wysokość: 999 m n.p.m.; 1053 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 139.; 78.

Data wejścia: 30.4.16

 

Na Sgurr Choinnich i Sgurr a’Chaorachain idzie się z Glen Carron. Parking znajduje się (jadąc od strony Inverness) parę kilometrów przed stacyjką kolejową w Achnashellach (po lewej stronie drogi stoi charakterystyczny biały domek). Należy przekroczyć tory kolejowe a dalej już idzie się drogą jezdną.

Wrażenie robi skalna wschodnia ściana korbeta Sgurr nan Ceannaichean. Korbet ów jeszcze parę lat temu znajdował się na liście munrosów, dopóki dokladniejsze pomiary nie ujawniły, że brakuje mu jednego metra. Kiedyś powiedziałabym, że mimo to warto go odwiedzić, dziś kiedy uświadomiłam sobie jak ciężkim zadaniem jest zebranie wszystkich munrosów (pracując do 60h w tygodniu, mając jakieś życie towarzyskie oraz chcąc jednak podróżować także za granicę), powiem że dobrze, że lista się skróciła 😉

Do munrosów docelowych dochodzi się dopiero po siedmiu kilometrach. Ta grupa górska położona nad Loch Monar jest jedną z trudniej dostępnych ze względu na odleglość od dróg. Mieliśmy tego próbkę rok temu na sąsiednich szczytach >>LINK<<

Jak widać zima, która w tym roku już zdążyła sobie pójść, wróciła i to spektakularnie. Sgurr Choinnich jest po prawej. Po przekroczeniu potoku wątła ścieżka wyprowadza na przełęcz skąd startuje ramię góry. Teren był potwornie mokry a ścieżką plynął wręcz strumyczek.

Przełęcz i ramię Sgurr Choinnich. Na przełęczy zaczęło wiać, dużo mocniej niż zapowiadały prognozy. Zaczęłam przeczuwać że ta wycieczka to jednak nie będzie piknik w parku.

Ramię którym wchodzimy. Stromizna jest większa niż wydaje się z odległości. Tu wiatr zaczął już naprawdę pokazywać co potrafi. Nie było to jeszcze absolutne ekstremum takie jak parę lat temu przeżyliśmy na Conivalu i Ben More Assyncie, ale momentami niewiele brakowało. Podmuchy ciskały też w twarz drobnym gradem – bez gogli musielibyśmy chyba się wycofać. Ogólnie rzecz biorąc na tym obiektywnie nietrudnym odcinku pomiędzy przełęczą a wierzchołkiem musieliśmy stoczyć całkiem konkretną walkę.

Nasze munrosy z linka, Lurg Mhor i Bidein a’Choire Sheasgaich. „Cheescake” pośród okolicznych gór prezentuje się jak mini-mini Matterhorn 😀 Poprzednim razem zdobywaliśmy go bez widoczności ale pod koniec byla ciężka robota ze względu na stromiznę – to już teraz wiem dlaczego.

Wiatr tak mnie dobijał, że miałam wielką ochotę zawrócić. Za każdym razem kiedy już już mialam zamiar to wykrzyczeć coś mnie powstrzymywało. 

Po pewnym czasie podjęłam decyzję że na tego pierwszego jakoś wejdę, skoro już jestem tu gdzie jestem, ale zaraz potem zawrócimy. 

Sgurr nan Ceannaichean:

Na odcinku podszczytowym wiatr hulał aż miło. Grańkę przeszliśmy w bezpiecznym oddaleniu od nawisów jakie wytworzyły się na podszczytowych zerwach. Śnieg zrobil się kopny i głęboki po kolana. Trzeba było stąd spieprzać a że w sumie na tym etapie w obie strony było mniej więcej tyle samo, uznałam że możemy równie dobrze napierać na drugiego munrosa. W pewnym momencie Mariusz stwierdził że wg GPSa szczyt już przeszliśmy. Dlatego nie ma tradycyjnego zdjęcia. Niebieska linia naszej trasy na GPSie potwierdza jednak że na wierzchołku byliśmy, zresztą ciężko byłoby przez niego nie przejść. 

Zejście na przełęcz pomiędzy munrosami poszlo ekspresowo. Ponieważ tu nie wiało, mogliśmy odpocząć – głównie psychicznie. Mariusz co prawda miał także dość spory fizyczny kryzys (ja zresztą też byłam już zmęczona) ale nie było opcji awaryjnego zejścia – alternatywą były albo opadające z przełęczy skały albo pustkowie nad Loch Monar z którego do cywilizacji mielibyśmy minimum trzydzieści parę kilometrów. Trzeba było cisnąć.

Na Sgurr a’Chaorachain wyprowadza szeroka acz dobrze zdefiniowana grań. Wiatr na tym etapie zelżał – pojedyncze silne podmuchy nadal się zdarzały ale byla to już inna liga – śnieg był momentami po uda, widoczność zero. Na szczęście na szczyt biegły ślady które ułatwiły nam życie, wskazując którędy lawirować między skałkami jak najmniejszym kosztem energetycznym.

Tym razem wierzchołek był oczywisty: z rozleglych przestrzeni kopuły szczytowej wystawal jedynie w dwóch trzecich zasypany kamienny schron.

Bez GPSa byłoby dużo ciężej i ryzykowniej.

Schodziliśmy na północ ramieniem munrosa, z początku po dość płaskim, potem już znacznie stromiejącym terenie. Widok na przełęcz:

Zejście po stromiźnie w miękkim śniegu wymagało sporo ostrożności toteż ciągnęło się jak smród za pielgrzymką. 

Na szczęście mieliśmy spektakularne widoki na masywy Torridonu: poniżej Liathach.

Beinn Eighe:

Oraz Slioch:

Kiedy w końcu udalo się zejść do drogi, miałam ochotę całować grunt.

Siedem kilometrów powrotu poszło sprawnie jako że nie trzeba już było uważać na każdy krok. Zaczynam mieć na poważnie dość śniegu. Przezimowałam się górsko. Na osłodę mieliśmy też widok na Coulin (nie mylić z Cullinami) Hills, to jest Fuar Tholl, Sgurr Ruadh oraz Beinn Liath Mhor:

Wycieczka była… konkretna. Ze względu na warunki zdecydowanie nie był to spacer. Zapewne ktoś kto szedł tamtędy w słoneczny letni dzień miałby diametralnie różne odczucia ale nas natura naprawdę sponiewierala. 

Calość to 20 km.

 

 

Sgurr na Sgine

 

 Nr 165, Sgurr na Sgine

Wymowa: skur na skine

Znaczenie nazwy: rocky peak of the knife (za MunroMagic)

Wysokość: 946 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 223.

Data wejścia: 16.4.16.

 

Tym razem plan zakładał że przejdziemy znaną już trasę przez Forcan Ridge na munrosa The Saddle, po czym pójdziemy na nie zdobytego poprzednim razem Sgurr na Sgine. Tu >>LINK<< do poprzedniej wycieczki z lata 2008 roku.

Poranne Rannoch Moor:

Topografii nie będę szczegółowo opisywać ponieważ mapka jest w dużej skali i dobrze wszystko pokazuje, ponadto nie jest to skomplikowana orientacyjnie trasa. Co muszę napisać to to że Glen Shiel, jak zawsze, powaliła mnie swoją potęgą. Jest chyba nawet bardziej monumentalna od Glencoe.

Na zdjęciu kolejno: grań wyprowadzająca na Sgurr nan Forcan, grań pomiędzy nim a The Saddle oraz wierzchołek munrosa. Nazwę „Forcan Ridge” rezerwuje się (wyjątkiem zdaje się być Walkhighlands) jedynie na odcinek pomiędzy Sgurr nan Forcan a The Saddle. Całość w półzimowych warunkach wyglądała mniej niewinnie niż zapamiętałam z poprzedniego razu.

Zwłaszcza końcowe podejście na Forcana budziło respekt:

Południowa grań Glen Shiel:

Fragment Pięciu Sióstr:

Na pierwszym odcinku grani, do wypłaszczenia, scrambling jest w miarę prosty i bez ekspozycji.

Widoczne po prawej wypłaszczenie jest już z kolei dość eksponowane ale bez trudności. Finałowe podejście wyglądało za to dość groźnie. Z tego co pamiętałam była tam ścieżka którą można było omijać ostrze grani w cięższych momentach… Ale ogólnie po sześciu latach wspomnienia dość mocno się zatarły.

Okazało się że jest dużo trudniej niż zapamiętałam, momentami spora ekspozycja, gdyby nie chłopaki nie poradziłabym sobie. Trudno mi ocenić na ile wzrost trudności wynikał z zimowych warunków, choć nie wiem z czegóż by w sumie innego: przez te sześć lat trochę po górach połaziłam, nawet się lekko powspinałam ze trzy razy, nie powinno być tak że w mojej percepcji trudności nastąpił totalny regres. A jednak odebrałam tę trasę jako dużo cięższą niż poprzednim razem! Było na przykład jedno miejsce gdzie miałam dylemat: dać bardzo niezręcznego pojedynczego kroka nad lufą, albo schodzić po nieco tylko mniej eksponowanej gładkawej płycie, obie opcje niefajne. Zupełnie takiego miejsca ani dylematów nie kojarzę z pierwszego razu.

Było i suwanie okrakiem po koniu skalnym, i inne atrakcje obiektywnie nietrudne ale takie których naprawdę nie pamiętałam. Jak myśmy szli poprzednio? 

Finałowe podejście na kopułę szczytową Forcana uskuteczniliśmy po twardym jak beton polu śnieżnym. Do przejścia pozostała nam jeszcze „tylko” Forcan Ridge. Też pamiętałam ją jako nietrudną ale na tym etapie już raczej nie ufałam swoim wspomnieniom.

Tu widać szczyt Forcana a dalej Forcan Ridge po The Saddle. Staliśmy u wylotu żlebu opadającego spod wierzchołka i wtedy mnie olśniło, że możemy równie dobrze nim zejść – miałam już dosyć. 

Zejście żlebem okazało się niewiele mniej emocjonujące niż dotychczasowa trasa. Na pewno było to jedno z bardziej stromych zejść jakie kiedykolwiek zaliczyłam. Ostrożność i koncentracja konieczne przez cały czas, zwłaszcza na odcinkach pokrytych śniegiem, na których czułam się zresztą jak na drabinie.

Fizycznie ten stresujący odcinek dał mi popalić najbardziej. Cudownie było wreszcie usiąść na dole i zagrzać sobie wodę na herbatę. Musieliśmy tylko jeszcze podjąć decyzję: kontynuujemy na Sgurr na Sgine czy nie?

Oczywiście byłam za. Nie darowałabym sobie zrezygnowania z tej góry po raz kolejny.

Żeby wejść na munrosa najpierw należało się wdrapać na przeciwległy wał górski (znaleźliśmy ścieżkę więc poszło szybko), skąd na wierzchołek było już niedaleko – to garbik po lewej:

Tu już atrakcji nie było, uważać należało jedynie na płatach betonowego śniegu. Raki zdjęliśmy po zejściu żlebem i nikomu już nie chciało się z nimi pieprzyć.

Widoki ze Sgurr na Sgine powalały, ale najwspanialej przezentował się jednak masyw The Saddle. Pięknie widać nasze zejście: z Forcana opadają dwa śnieżne żleby tworząc literę V; ten po prawej jest nasz. Aż mnie zmroziło jak go zobaczyłam z tej perspektywy.

Żeby zacząć schodzić należało przejść przez widoczne poniżej ramię wyprowadzające na szczycik Faochag, który pięknie przezentuje się z dna doliny. Konkretnie to wygląda na niemal niemożliwy do wejścia ze względnu na stromiznę. Podejrzewam że to „ostrze noża” w nazwie munrosa mogło się wziąć właśnie od jego kształtu.

Faochag – stąd trzeba było jeszcze tylko zejść 900 metrów w dolinę.

Przyjemnym momentem było rozdziewiczanie snieżnej grańki:

Zejście było bardzo strome, ale jeśli na odcinku dwu i pół kilometra obniża się o 900 metrów trudno się spodziewać czegoś innego. Dla kolan – zabójstwo, ale na pewno piękne i spektakularne zwieńczenie trasy.

Wycieczka cudowna, ale bardzo dała mi w kość. No i cały czas zastanawiam się skąd różnica w moich wspomnieniach z obecną percepcją tej trasy. Mariusz twierdzi, że po prostu trudności wzrastają w zimowych warunkach i o nic więcej tu nie chodzi. Przyznaję uczciwie – grań wejściowa na Forcana była dla mnie tym razem wyzwaniem, a żleb zejściowy okazał się nieoczekiwaną wisienką na torcie. 

Glas Tulaichean

 

Nr 164, Glas Tulaichean

Wymowa: glas tulahen

Znaczenie nazwy: grey-green hillocks (za MunroMagic)

Wysokość: 1051 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 79.

Data wejścia: 19.3.16

 

W sobotę dzień był jak jeden na milion. Chociaż obydwoje jesteśmy przepracowani nie dało rady nie pójść w góry. Celem były dwa munrosy nieopodal Glen Shee, ale daliśmy radę zdeptać tylko jednego. 

Rejon płaskowyżu Mounth do którego zalicza się Glen Shee jest wybitnie naleśnikowaty, niewiele tu kotłów i skalnych formacji charakterystycznych dla położonych nieco na północ Cairngormsów, jest jednak bardzo fotogeniczny. W tych rolujących się wzgórzach bez charakterystycznych punktów jest jakiś wielki spokój.

Start z parkingu w Spittal of Glenshee, skąd należy się kierować w stronę Dalmunzie House Hotel. Za hotelem asfalt się kończy i wchodzimy w wąską Glen Lochsie.

Nie poszliśmy drogą dnem doliny ponieważ płynie nim rzeka, a teraz podczas roztopów wszystkie górskie rzeki i strumienie szaleją. Wspięliśmy się do ścieżki biegnącej równolegle do zboczy i nią doszliśmy suchą nogą do ruin Glenlochsie Lodge, gdzie dołączyliśmy do drogi. Od tego miejsca biegnie już ona w górę, łagodnym wałem opadającym z plateau szczytowego Glas Tulaicheana.

 

Patrząc z wału, jedynym charakterystycznym punktem krajobrazu jest masyw Beinn a’Ghlo, wielki i mniej naleśnikowaty niż reszta:

 

Oraz – widoczne ponad ramieniem sąsiedniego Carn an Righ, na którego nie weszliśmy – Cairngormsy, które jeszcze pokażę na zbliżeniu.

 

Plateau szczytowe (wciąż nie mogę wyjść z szoku nad tym jaka pogoda nam się trafiła):

I typowy dla Mounth krajobraz. Tych zdjęć mamy całą serię, i wszystkie wyglądają niemal identycznie. Ale taki obraz mogłabym mieć na ścianie. Zawsze w Glen Shee mam malarskie skojarzenia. Tym razem również kulinarne – ja tu widzę wielkiego murzynka posypanego cukrem pudrem.

Obiecane Cairngormsy, a konkretnie otoczenie Lairig Ghru. Po lewej ciemny Devil’s Point, za nim Cairn Toul, Angel’s Peak i Braeriach. Po prawej Cairn a’Mhaim przechodzący w masyw Ben Macdui. Z tego zdjęcia byliśmy na wszystkich wierzchołkach.


Schodziliśmy krawędzią kotłów które stanowią jedyny ciekawszy rys Tulaicheana – nawisy są jeszcze całkiem spore.

Dupozjazd po tym zboczu okazał się jednym z głupszych pomysłów. Bardzo głupim wręcz. Dobrze że nikomu nic wielkiego się nie stało.

Po podjęciu decyzji o niekontynuowaniu na Carn an Righ rozpoczęliśmy powrót przepiękną Glen Taitneach. Zresztą nie wiem czy faktycznie była przepiękna czy to ta niesamowita pogoda sprawiała że wszystko wydawało mi się być jak nie z tej ziemi. 

To zdjęcie ma jedynie lekko podniesiony kontrast i jest podostrzone. Przy kolorach nic nie było majstrowane. 

Takie niebo zdarza się w Szkocji może kilkanaście razy w roku, więc sami sobie odpowiedzcie jakie są szanse że akurat będzie to nasza wspólna wolna sobota. 

 

Zanim Glen Taitneach się wypłaszczy, opada stromym progiem. Ścieżka biegnie wzdłuż potoku tworzącego gdzieniegdzie malownicze wodospadziki. Mimo ograniczonych widoków był to IMO najładniejszy odcinek trasy.  

 

Przyznaję w pewnym zażenowaniem że choć zrobiliśmy zaledwie niecałe 25 km i to w dużej mierze po płaskim, koniec trasy powitałam z wielką ulgą. Miało w tym na pewno udział to że na asfalcie pomiędzy parkingiem a Dalmuznie House scarpy mnie zniszczyły, choć nie był to długi odcinek.

Trochę mnie boli że nie zaliczyliśmy tego Carn an Righ. Głównie dlatego, że mieliśmy szansę to zrobić w pogodę, która już się nam tam raczej nie trafi. Dziwnie będzie wbijać się tam w najbardziej prawdopodobnym klimacie pt. „Kapusty we mgle” pamiętając jak to było poprzednim razem.

Póki co bez mapki bo mam z nią problem techniczny.

 


Gairich

 

Nr 163, Gairich

Wymowa: ga-rih

Znaczenie nazwy: noisy hill (za MunroMagic)

Wysokość: 919 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 272.

Data wejścia: 9.01.16

Gairich jako cel „wybrał się” sam. W tym rejonie miało być okienko pogodowe, trasa jest krótka, a Glen Garry bardzo nam się spodobała kiedy ją odkryliśmy wyprawiając się na Sgurr a’Mhaoraich w czerwcu. Nie było nad czym kombinować. Pobudka o 3.30, modlitwa do Absolutu o niezasypane drogi i o siódmej mogliśmy szczękać zębami szykując się do wyruszenia w trasę.

Poranna inwersja nie zawiodła. Szczyt Gairicha odbija się w Loch Quoich.

Już na samym początku oczywiste było że raki i czekany nie będą robiły jedynie za balast. Śniegu nie było zbyt wiele, za to lodu pod dostatkiem.

 

Munrosy Gleouriach i Spidean Mialach, jeszcze niezrobione:

Na Gairicha idzie się dłuuugim łagodnym ramieniem, a kiedy teren zaczyna stromieć i robi się skalisty to znak że osiągamy kopułę szczytową. Były dwa momenty scramblingowe: pierwszy banalny, acz o tyle niekomfortowy że nie lubię scramblingu w rakach. Drugi, pod wierzchołkiem, w lecie przeszedł by być może nawet niezauważony, ale w śniegu i lodzie sprawił mi problem i Mazio musiał mi podać czekan jako chwyt. W drodze powrotnej obeszliśmy to miejsce żlebem – po lisich śladach. Lis też nie miał ochoty rzeźbić 😉

Fota szczytowa:

Tu zaś wspomniany żleb:

Poranne warunki wzbudziły w nas nadzieję że będą widoki, błękitne niebo i munro porn ale wierzchołek tkwił w chmurze. Wielka szkoda, bo Gairich musi być wspaniałym punktem widokowym.

Coś tam na szczęście się odsłaniało.

Ben Nevis, the North Face:

Patrzę na otoczenie Glen Kingie, póki co przez nas nie eksplorowanej:

Temperatura na wieczór zaczęła się obniżać, poranne pokryte szedzią błota zmieniły się w ślizgawkę. Ścieżka wyglądała tak:

Raki zdjęliśmy już całkiem nisko, do końca nie będąc pewni czy jednak lepiej w nich nie zostać.

Szarówka nadeszła zbyt gwałtownie, za wcześnie. Znikąd pojawiły się chmury z których zaczął sypać śnieg. Mariusz stwierdził, że musimy lecieć, bo jeśli zacznie sypać mocniej nie damy rady wygrzebać się z Glen Garry samochodem. Trzeba było prawie biec – próbowaliście kiedyś biec po lodzie? 

Ostatnie spojrzenie na Gairicha:

Te finałowe cztery kilometry dały nam popalić. Lecieliśmy po tym lodowisku jak wariaci, to że mam wszystkie zęby świadczy jedynie o tym iż miałam więcej szczęścia niż rozumu. Doliny nam nie zasypało, acz i tak rozwaliliśmy oponę i rozpoczęły się inne przygody… Ale to już do tej relacji nie należy. 

Trasa liczy sobie 15 km i w bardziej sprzyjających warunkach jest to jak mniemam spacer.

Mapka z Walkhighlands:

 

Lurg Mhor i Bidein a’Choire Sheasgaich



Nr 151, Lurg Mhor i nr 152, Bidein a’ Choire Sheasgaich

Wymowa: luarg wor; bidżyn a kori sziskah

Znaczenie nazwy: big ridge; summit of the corrie of the fallow cattle (za MunroMagic)

Wysokość: 986m n.p.m.; 945m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 163.; 224.

Data wejścia: 3.4.15


Na naszą rocznicę chcieliśmy zrobić coś wyjątkowego, przeżyć przygodę. Zaplanowaliśmy dwa odległe od cywilizacji munrosy – cała pętla to trzydzieści osiem kilometrów, czyli nie do zrobienia jednego dnia (trasa jak trasa, ale sama jazda samochodem w jedną stronę to cztery godziny). Na szczęście po drodze znajduje się bothy a nocleg na pustkowiu jak najbardziej spełniał kryteria przygody, zwłaszcza że w ten sposób jeszcze nigdy nie nocowaliśmy.

Cała kobyła na mapie skopiowanej z >>Walkhighlands<<:

Pierwszego dnia dojechaliśmy do Lochcarron, miejscowości dobrze nam znanej i lubianej, gdzie zjedliśmy konkretny obiad mając świadomość że potem będziemy się kontentować zawartością plecaków. Po posiłku przemieściliśmy się do położonego po drugiej stronie jeziora Attadale, gdzie znajduje się duży parking i początek trasy.

Lochcarron i Beinn Bhan (tamtędy biegnie droga do Applecross) ze wschodniego wybrzeża jeziora:

Niestety byliśmy zmuszeni zabrać wory, ponieważ zachodziła konieczność wzięcia śpiworów (letnich, więc po dwa na głowę), maszynki, raków i czekanów, dwudniowych zapasów jedzenia, a także wieczornych czasoumilaczy tj. książek i piwa. W moim przypadku także kosmetyczka mieszcząca płyn do soczewek, pudełko i etui na okulary – niby nic, ale dodane do reszty też waży.

Droga przez pierwsze 2,5 km idzie po płaskim. Przechodzimy koło Attadale Gardens do których niestety nie było czasu zajrzeć (a korciło, bo kilkanaście metrów od wejścia rósł sobie pierwszy kwitnący, w dodatku na ciemno-różowo, rododendron! Te dzikie dopiero mają pąki), mijamy sympatyczne domki do wynajęcia. Wreszcie zaczyna się podchodzenie – zygzaki ścieżki wspinają się na swojego rodzaju "wyżynę":

Ta "wyżyna" to bardzo urozmaicony, wysoko wyniesiony i mocno pofałdowany teren, którym wędrujemy cały czas się wznosząc, ale raczej delikatnie.

Po kolejnych 3 kilometrach z hakiem osiągamy nie tyle przełęcz, co rodzaj wąskiego korytarza pomiędzy dwoma masywami po ok. 460m n.p.m. każdy. Dopiero z tego rejonu, gdzieś mniej więcej w połowie drogi do bothy ukazuje się widok na docelowe munrosy: Bidein a"Choire Sheasgaich, zwany przez baggerów Cheescake, oraz Lurg Mhor po prawej.

Tak czuliśmy po prognozach że to nasza nie tylko pierwsza ale i ostatnia szansa żeby je sobie popodziwiać.

Droga, choć od korytarzo-przełęczy biegła już lekko w dół, zaczęła się nieziemsko dłużyć od kiedy wreszcie ujrzeliśmy cel – chałupinka była natenczas oddalona o jeszcze jakieś 6 km i wcale nie chciała się powiększać!

Pod koniec trasy niespodziewana atrakcja – taki bajerancki mostek wisi sobie nad przełomem Uisge Dubh, czyli Czarnej Wody: 

Bothy – Bendronaig Lodge – należy do Attadale Estate. Większy budynek obok to cottage do wynajęcia, z bothy natomiast korzystać może każdy, choć rekomendowany czas to nie dłużej niż 48 godzin. Zresztą nie byłoby skąd wziąć wystarczającej ilości drewna na opał.

W środku – duża główna izba ze stołem na wiktuały, trzy mini-pokoiki z kominkami, i kibel który trzeba spłukiwać wodą ze strumienia, który na szczęście płynie tuż koło chatki. Dla chętnych – książka wpisów 🙂 Estate zapewnia pewną ilość drewna (stos za chałupą – warto przynieść nieco do środka żeby było suche dla następnych użytkowników), które trzeba sobie porąbać na szczapy (kartka na ścianie informuje że nie należy używać progu jako pieńka drwalskiego). Siekiera jest, nie trzeba taszczyć 😀

Napalić zdecydowanie trzeba było, temperatura wewnątrz była zbliżona do na zewnątrz tyle że bez wiatru. Przedsenna lektura przy kominku raczący się piwem nie tylko spełniła, ale wręcz przebiła nasze wizje rocznicowego wieczora.

Sielanka skończyła się w nocy kiedy ogień zgasł i obudziło nas zimno. Zdecydowanie trzeba zainwestować w wytrzymalsze śpiwory.

Rano pogoda była taka jak mówiły prognozy, czyli słaba. Tak miało być więc się nie przejęliśmy.

Pierwszym etapem wycieczki było dostanie się nad Loch Calavie, skąd dopiero mieliśmy zacząć podchodzenie na przełęcz pomiędzy munrosami.

Śnieg był mokry, przepadający, w dodatku zaczęło mżyć. Na przełęczy wszystkie ciuchy miałam już z lekka wilgotne. Tam mżawka zmieniła się w śnieg, czyli panowały temperatury około zerowe. W mokrawych ciuchach raczej średnia przyjemność, ale przynajmniej nie robiliśmy specjalnych postojów bo ząb zaczynał wtedy uderzać o ząb.

Niestety ta sama chmura która zapewniła opady wyłączyła też widoki. Szliśmy po czyichś śladach co umożliwiało nie patrzenie na GPS co trzy minuty. W chmurze mało nie wpakowaliśmy się do kotła. Zdjęcie szczytowe – i jak najszybszy powrót na przełęcz.

Na pierwszego munrosa jest z przełęczy około kilometra, na drugiego 800 metrów, czyli odległość niewielka. A jednak na Cheescake’u się umęczyliśmy. Ostatnie 200 (?) metrów biegło stromym polem śnieżnym, gdzie ze względu na nachylenie dobrze by było użyć raków ale kondycja śniegu na to nie pozwalała. 

To cholerne pole wyprowadziło na szczęście na samą grańkę szczytową, skąd do wierzchołka były trzy minuty.

O ile do tego momentu mieliśmy luksus podążania za śladami, teraz musieliśmy już radzić sobie sami!

Schodziło się upierdliwie, bo baaaardzo szerokim ramieniem góry, gdzie we mgle ciężko było trzymać właściwy kierunek. GPSa należało sprawdzać niemal non stop, a że potrzebował czasu żeby się ustawić, dosyć nas to spowalniało. Choć sama munrosowa pętelka to zaledwie 10 kilometrów, do chatki dotarliśmy już nieźle zmęczeni.

Po posiłku czekał nas 14-kilometrowy powrót. Nie będę wchodzić w detale, ale trochę nas poskładał 😀 Zwłaszcza paradoksalnie fragmenty całkiem równe gdzie scarpy dobitnie udowadniały że są butami pod raki, a nie na spacery. Niestety zabranie podejściówek oznaczałoby dalsze obciążenie worów więc nawet nie rozważaliśmy tego…

Wycieczka udała się fantastycznie (zwłaszcza ze później mieliśmy cały weekend na regenerację), ale najbardziej jestem zadowolona że zrobiliśmy w końcu jakieś "survivalowe", wymagające logistycznie munrosy. Jest ich w Szkocji pewna ilość ale na ogół zostawiamy je na kiedyś tam, wybierając łatwiejsze opcje – a przecież mamy zamiar wejść na wszystkie. Uważam że zrobiliśmy bardzo dobry początek.

Beinn a’Chroin


Nr 150, Beinn a’Chroin

Wymowa: bin a kroin

Znaczenie nazwy: hill of the sheepfold (za MunroMagic)

Wysokość: 940m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 233.

Data wejścia: 14.3.15

Na Beinn a’Chroin idzie się z Glen Falloch, doliny przez którą przebiega droga A82 pomiędzy Loch Lomond a Crianlarich. W bezpośredniej okolicy zrobiliśmy już wszystkie munrosy, w tym dwa które spokojnie można byłoby połączyć z Beinn a’Chroinem w jedną ambitniejszą wycieczkę: Beinn Chabhair i An Caisteal. Rzeźba terenu jest typowa dla gór w okolicy Loch Lomond: strzelistych wierzchołków w większości brak, najwyższe punkty czasem trudno zlokalizować, ale rejony szczytowe to bynajmniej nie płaskowyże, ale wysoko wyniesione mocno pofałdowane tereny z mnóstwem dziwacznych formacji skalnych, jeziorek itp.

Start z parkingu przy A82 tuż za Crainlarich. Zaczynamy spacer łagodnie się wznoszącą drogą wzdłuż rzeki Falloch.

Bryła Beinn a’Chroina zamyka dolinkę. Wchodzić będziemy tak jak najlogiczniej, pofałdowanym ramieniem po lewej stronie.

Kiedy droga się kończy mamy jeszcze do przejścia około dwóch kilometrów zanim będzie trzeba przekroczyć "rzekę" i zacząć się wznosić na ramię. Dolinka, jak to w Szkocji bywa, jest niemożebnie bagnista i marne są szanse uchowania się z suchymi skarpetami. 

Na podejściu na ramię znaleźliśmy ścieżkę. Ten odcinek, miejscami dość stromy, to bardzo przyjemny kawałek trasy. 

Niestety okazało się że jednak nie będziemy mieć widoczności na wierzchołku. Na górze przez cały czas siedziała chmura. Okazało się że prognozę BBC należało potraktować dosłownie: nad Crianlarich miało być pełne słońce, i owszem przez większość czasu było… Nad miasteczkiem widniała wielka dziura przez którą widać było błękit. Okazało się że pozornie sprzeczne prognozy MWiSa (20% szans na widoczność na munrosach w tym rejonie) i BBC (słoneczne Crianlarich) nie kłamały.

W wyższych partiach znaleźliśmy się w innym świecie, gdzie wciąż panowała prawdziwa zima. Wrzuciliśmy po cztery warstwy na górę i najgrubsze rękawice a zimno mimo to dokuczało. Nałożyliśmy też raki bo pełno było lodu oraz twardego, zmrożonego śniegu.

Przy rzeźbie terenu takiej jak opisana na początku notki i wobec braku widoczności bardzo łatwo było się zgubić, co też zrobiliśmy. Zaczęliśmy napierać w kierunku przełęczy między Beinn a’Chroinem i An Caistealem, i z błędu wyprowadził nad dopiero GPS. Bez niego tego dnia na 99% nie znaleźlibyśmy szczytu.

Wierzchołek niespecjalnie wyróżnia się w terenie: ot jeszcze jedno niewielkie przewyższenie, nawet kopczyk jest raczej symboliczny. We mgle nie czuć że to najwyższy punkt.

Zeszliśmy tą samą drogą, tyle że tym razem nie było potrzeba GPSa, wystarczyły własne ślady.

Na zejściu pogoda, jak to często bywa pod wieczór, zaczęła się poprawiać. Chmura nie opuściła szczytu całkowicie ale przerzedziła się na tyle iż niewykluczone że dałoby radę mieć stamtąd jakieś widoki. Sytuacja od początku do końca taka sama jak mieliśmy na sąsiednim Beinn Chabhairze.

Wycieczkę oceniam zdecydowanie bardziej jako munro-rzemieślnictwo ale też i o nic więcej nie chodziło po tak długiej przerwie.