The Fannaichs 1.0

Nr 139, Beinn Liath Mhor Fannaich; nr 140, Sgurr Mor; nr 141, Meall Gorm; nr 142, An Coileachan

Wymowa: ben lia wor fanah; skur mor; mil gorm, an kiljahen

Znaczenie nazwy: big grey hill of Fannaich; big rocky peak; blue rounded hill; the little cock (za MunroMagic)

Wysokość: 954m n.p.m.; 1110m n.p.m.; 949m n.p.m.; 923m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 209.; 43.; 215.; 266.

Data wejścia: 13.7.14

Nazwa "the Fannaichs" odnosi się do grupy górskiej nad Loch Fannich położonego w North-West Highlands, trochę na południe od Ullapool. Munrosów jest tam dziewięć i można je zaliczać w różnych kombinacjach. Mariusz pokombinował z mapą i przewodnikiem i wymyślił że zrobimy cztery, co pozwoliło by nie tylko dotrzeć do półmetka ale nawet rozpocząć drugą połowę. Z Gairloch nie mieliśmy daleko.

Start z parkingu na końcu Loch Glascarnoch przy drodze na Ullapool (A835). Należy stamtąd przejść kawałek szosą w kierunku przeciwnym do owego miasta seksu i biznesu, by osiągnąć początek szerokiej drogi (do pokonania przez terenowy samochód) i nią kontynuować, z początku przez rachityczny lasek. 

Dawno nie zaczynałam trasy w podobnie zniechęcających warunkach: szaro, mokro, g**** widać a tu w perspektywie 24 km i cztery munrosy, a jeszcze Mariusz chciał cisnąć żeby zdążyć na wiadomy finał. No masakrycznie mi się nie chciało.

W końcu (po dobrych paru kilometrach) doszliśmy do rozejścia. Połamany drogowskaz potwierdzał że w prawo na Beinn Liath Mhor Fannaich. Niestety za chwilę luksusy się skończyły, weszliśmy bowiem w torfowe półbagno i zniknęła nam ścieżka. Gdyby nie GPS chyba trzeba by było zawrócić. Brnęliśmy tym półbagnem jeszcze trochę aż teren zaczął się wypiętrzać. Wzniesienie przed nami wg GPSa miało poprzedzać pierwszego munrosa, acz na sam szczyt był jeszcze kawał. Przynajmniej wraz ze stromieniem terenu podłoże zrobiło się nieco bardziej suche.

Oblicze entuzjazmu:

Na pierwszym munrosie mieliśmy zjeść hit mojego górskiego menu czyli mielonkę, a że mnie ssało nie mogłam się doczekać i jakoś parłam do przodu.

Na tym pierwszym wzniesieniu okazało się że kolejne, które wydawało się jedynie niewiele wyższym garbem, to już munros. Wizja mielonki wręcz mnie uskrzydliła, i z entuzjazmem rozpoczęłam wspinanie po zboczu.

Jak to zwykle bywa, okazało się że tak dobrze to nie ma. To co widzieliśmy z mniejszej górki było jedynie początkiem zboczy munrosa. W praktyce nie dość ze niemożebnie się one ciągnęły to jeszcze doszły pola kamulców śliskich od jakichś glonów czy cholera wie czego. Niby taki niepozorny pagór, ale napracowaliśmy się na nim.

Wredne kamulce:

No ok były i pozytywy – chmury sporo się uniosły i widokowo zrobiło się całkiem ciekawie:

Że powitałam szczyt Beinn Liath Mhor Fannaich z ulgą to mało powiedziane. Obydwa główne powody zaczynały się na m.

Bardzo chciałam zobaczyć z daleka An Teallacha >>LINK<<, i to marzenie się spełniło, choć pinakle Corrag Bhuidhe stały w chmurze. Ale było widać że w tym masywie drzemie moc. Poniżej An Teallach po lewej, Loch Broom (ullapoolska zatoka) po prawej:

I na zoomie:

Kolejny munros, Sgurr Mor, wydawał się z dystansu znacznie kształtniejszy. Istotnie okazał się być jedyną samą w sobie ciekawą górą z całej czwórki, oraz jedynym który zajmuje przyzwoitą lokatę na munro-liście. Zresztą wyższy także od reszty Fannaichs.

Podejście jest – mierząc standardami tej konkretnej wycieczki – dość ostre, ale niedługie. Niewielki (nie Świnica ale i nie plateau) szczyt musi być genialnym punktem widokowym, nam niestety trafił się mało widokowy dzień.

Jak widać na kopcach szczytowych zaliczałam kolejne zgony:

Poniżej Beinn Liath Mhor Fannaich. Chociaż kopa, tu całkiem wdzięcznie wyszedł.

Widok na pozostałą część trasy:

Na trzeciego munrosa, Meall Gorm, jest już łatwizna. Niewygodnie schodzi się ze szczytowych partii Sgurr Mora, gdzie teren jest ukształtowany w multum mini tarasów, ale dalej jest już przyjemnie plaskato. Narastała w nas summit fever – za chwilę mieliśmy osiągnąć wymarzony półmetek.

Już za moment… Smakuj tę chwilę, smakuj…

JEST! Teraz to już z górki, drugą połowę trzepniemy w parę sezonów, ojej, trzeba się przygotować psychicznie na pustkę jaka zostanie po osiągnięciu ostatniego munrosa… 😉 

Niby się nabijam, a jednak takie właśnie myśli przeleciały mi przez głowę kiedy stałam na wierzchołku Meall Gorm. To o górce to oczywiście wynik euforii, ale z tą pustką… Coś jest na rzeczy. 

Kolejne dwa zdjęcia nie pochodzą z mojego nekrologu: postanowiłam jedynie zaeksperymentować z czarną winietką ponieważ bardzo mnie denerwuje kiedy białe tło zdjęcia zlewa się z identycznym tłem bloga.

Z Meall Gorm na An Coileachan – the little cock – jest obiektywnie blisko i lekko, subiektywnie już miałam po prostu dość. W dodatku widoczność spadła znacząco. No ale trzeba było rozpocząć tę drugą połowę.

Zgon 4.0:

Jeśli do tej pory narzekałam, to powrót i tak przebił wszystko. W dole zaczęło się znów pół, a gdzieniegdzie całe bagno, plus błotne dziury i migdesy. Tu już i Mariusz zaczął tracić cierpliwość. Buty oczywiście przemoczone. Marsz do samochodu odczuwany jak w filmie The Way Back.

Wycieczkę munrobaggerom paradoksalnie polecam. Lepiej zaliczyć w tej grupie większą ilość munrosów od jednego machu niż pieprzyć się z tym bagnem więcej razy niż to absolutnie. Nie baggerom polecam Sgurr Mora w ładny dzień – jestem pewna ze cudne wrażenia gwarantowane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s