Tom a Choinich i Toll Creagach

Nr 233, Tom a’Choinich; nr 234, Toll Creagach

Wymowa: tom ahonih; tol kregah

Znaczenie nazwy: hill of the moss; the rocky hollow (za MunroMagic)

Wysokość: 1112 m n.p.m.; 1054 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 41.; 77.

Data wejścia: 29.9.18

Ta wycieczka miała być naszą pierwszą do Glen Affric: doliny słynącej z urody i dzikości, gdzie znajduje się aż osiem munrosów, w tym dwa najwyższe po zachodniej stronie Great Glen oraz cztery inne wyjątkowo trudno dostępne. Najłatwiejszymi są te położone w jej wschodniej części Tom a’Choinich oraz Toll Creagach, jako że trasa zaczyna się bardzo niedaleko od parkingu oraz jest dość krótka (16.5 km). Dla naszych aktualnych potrzeb, jak i na pierwszy kontakt z doliną, sprawiała wrażenie idealnej.

Nowy parking znajduje się nad brzegami Loch Bheinn a’Mheadoinn i ciężko go przegapić. Za parkingiem kierujemy się dosłownie parę kroków szosą po czym skręcamy w szutrową drogę, z początku ostro do góry.

Na drugim planie widać Sron Garbh, szczyt o statusie munro top który standardowo pokonuje się podczas zdobywania następnych w dolinie trzech munrosów. Po prawej widać natomiast Tom a’Choinich i w zasadzie całą drogę wejściową: kawałek dnem doliny, potem w górę po lewej stronie strumienia, oraz dalej szeroką granią tak jak idzie pas skałek.

Po lewej Sgurr na Lapaich (nie mylić z górą tej samej nazwy nad Loch Mullardoch), w głębi Mam Sodhail. Wyglądają niepozornie ale to złudzenie wywołane częściowo przez to że Gleann nam Fiadh którą podchodzilismy leży stosunkowo wysoko. Mam Sodhail i sąsiedni Carn Eige są odpowiednio na 14. i 12. miejscu munro-listy. 

W dolinie jest, jak to w Highlandzie, niemożliwie mokro, a ostatnia paskudna pogoda nie poprawiała sytuacji. Trzeba uważać na dziury w których można złamać nogę albo takie z błotem, które potrafi zassać buta.

Podchodzenie granią Creag na h-Inghinn okazało się najładniejszym kawałkiem drogi, z widokami na Gleann nam Fiadh i – niżej – położone w Glen Affric jezioro. Widać było niektóre szczyty Glen Shiel (a konkretnie, w różnych momentach, Sgurr nan Conbhairean, Mullach Fraoch-coire i Ciste Dubh) ale bez szału, bo cały dzień panowała tam paskudna pogoda. 

Tutaj widać sporą część trasy na Mam Sodhail i Carn Eige, ten pierwszy w kadrze acz zasłonięty chmurką. Same góry wyglądały obiecująco ale to raczej trasa na wiosnę/lato ponieważ liczy sobie 28km.

Sam Toll Creagach wyglądał jak stóg siana i charakterem zdecydowanie odstawał zarówno od swojego sąsiada jak i reszty otoczenia.

Partie szczytowe Tom a’Choinich (samego wierzchołka nie widać). Jest to całkiem ładna góra czego nie można powiedzieć o Toll Creagach który wygląda jak kopiuj-wklej z Glen Shee i okolic.

Góry Glen Affric, o czym łatwo zapomnieć jako że atakuje się je od południa, także leżą nad przeklętym Loch Mullardoch. Jezioro w końcu się odsłoniło. Munrosy z odległości nie wyglądały na tak charakterne jak je zapamiętałam, ale było widać jak niemożliwie długa jest to trasa, zwłaszcza część nad jeziorem. Jestem dumna że zrobiliśmy ją na sportowo tzn. nie korzystając z motorówki, ale powrót wspominam jako coś okropnego.

Chwilowe załamanie pogody przyszło kiedy osiągaliśmy wierzchołek Tom a’Choinich.

Ścieżka zejściowa biegnie grańką opadającą ze szczytu (kolejny malowniczy kawałek), która wyprowadza na wypłaszczenie wysoko pomiędzy munrosami, skąd na Toll Creagach jest już dosłownie moment.

Widać kopiec na szczycie Tom a’Choinich oraz zejście wymuszone ukształtowaniem terenu:

Podchodzenie na Toll Creagach jest tak łagodne że praktycznie bezwysiłkowe. Na szerokiej kopule szczytowej znajduje się punkt triangulacyjny, ale wierzchołek właściwy jest oznaczony kopcem (to jeden z tych szczytów gdzie prawidłowe oznaczenie najwyższego punktu jest kluczowe).

Poniżej widać niemal całą drogę zejściową. Ukształtowanie terenu jest łagodne, w wyższych partiach grunt jest częściowo kamienisty – problemy zaczynają się niżej gdzie mamy typową highlandzką roślinność (trawy i wrzosy) która chłonie wodę jak gąbka. Ponownie, trzeba uważać na ukryte dziury (niektóre tak głębokie że wchodzi cały kijek trekkingowy) oraz bagienka których głębokości woleliśmy nie sprawdzać, od kiedy w jednym odcinku swoich przygód Bear Grylls o mało się w takim nie utopił.

Ciężko było się skupić na bezpiecznym schodzeniu kiedy Obcy włączyli szperacze:

Trasa była piękna, sąsiednie munrosy wyglądały zachęcająco i generalnie wrażenia z wycieczki wszyscy mieliśmy więcej niż pozytywne, ale mam z Glen Affric taki problem że totalnie nie kupuję jej jako najpiękniejszej szkockiej doliny. Za spektakularne uważam niezmiennie takie miejsca jak Glencoe, Glen Shiel z południowymi przyległościami, rejon Nevis-Mamores, Torridon, wreszcie znane póki co ze zdjęć Fisherfieldsy. Żeby to przebić trzeba prawdziwej petardy, miejsca które urywa dupę – nie widzę by Glen Affric miała taki potencjał. Oczywiście czas na formułowanie miarodajnych opinii przyjdzie kiedy poznamy całą dolinę a nie tylko skrawek, ale nie sądzę żebym zmieniła wtedy zdanie. Konkurencja jest za duża i zbyt silna.

Mapka z Walkhighlands:>>LINK<<

Opis z Walkhighlands:>>LINK<<

Neist Point, Skye

Neist Point to najbardziej na zachód wysunięty cypelek Skye, znajdujący się w północnej części półwyspu Duirinish nad zatoką Moonen. To jeden z klasycznych widoków jakie figurują na kalendarzach i pocztówkach dzięki czemu jest bardzo popularny wśród turystów. Ale chciałabym zaznaczyć że Skye, jak i całe zachodnie wybrzeże, pełne jest podobnych miejsc, i zamiast traktować przewodniki jak religię warto (jeśli ma się możliwość) zrobić sobie po prostu objazdówkę/ki nadbrzeżnymi drogami. Można wtedy odkryć perełki których nie znajdzie się w książkach: miniaturowe zatoczki, białe plaże za małe żeby konkurować z tymi najbardziej znanymi, skupiska wystających z morza skał i wysepek, oraz oczywiście widoki na Hebrydy Zewnętrzne. Popularne atrakcje są oblegane nie bez powodu ale bardzo polecam powłóczenie się samemu od czasu do czasu! 

Jako że Neist Point to atrakcja szeroko znana, jest przy nim pokaźny parking (w czwartkowe popołudnie był prawie pełen), oraz nawet jakaś buda bodaj z suwenirami i żarciem nieopodal (ta akurat zamknięta). 

Pięknie wyglądają położone nieco dalej na południe klify Waterstein Head (296m n.p.m.):

Klasyczny pocztówkowy kadr. Wzniesienie w centrum zwie się An t-Aigeach czyli Głowa Ogiera (piękna nazwa!). Nie umiem znależć żadnej info o jego wysokosci ale z poziomic na mapie wynika że to mniej więcej 60m n.p.m. Jako że cała Skye to jeden wielki plan filmowy, ten widok pojawia się jakoby w „Przełamując fale” Von Triera (nie potwierdzam, nie oglądałam).

Tu nieco przesunięty widok (bo ileż można oglądać te same klasyczne ujęcia):

Klif An t-Aigeach naprawdę budzi szacunek.

Wejście na wierzchołek było sprawą oczywistą, zajmuje zresztą nie więcej niż pięć minut.

Mazio jak zwykle darł się, że mam nie podchodzić za blisko krawędzi. Tak jakbym kiedykolwiek miała na to ochotę z moim pseudo vertigo ;P

Latarnia została zbudowana w 1909 roku, i wygląda typowo dla szkockiego zachodniego wybrzeża (nie mówię że te na wschodnim na pewno czymś się różnią, po prostu rzadko tam bywam).

Pagóry w tle to Hebrydy Zewnętrzne ale nie umiem powiedzieć czy na Harris czy na North Uist.

Poniżej latarni znajduje się wielkie pole kopczyków, które skojarzyło mi się z „cmentarzyskiem świstaków” bodajże na Rohaczach. Był też jeden dramatyczny apel:

Widok od drugiej strony. To samego końca cypla zabrakło nam może 200 metrów już czysto kamienistego wybrzeża.

Neist Point jest niewątpliwie wart odwiedzenia, ale niekoniecznie ze względu na walory krajobrazowe choć te są niewątpliwe (przypominam to co napisałam na początku, takich miejsc jest więcej) lecz na łatwość dotępu – nie trzeba się martwić gdzie zostawić samochód, jest wygodna droga itp. Na wycieczkę z rodziną idealne miejsce, miłośnikom przygód polecam jednak także samodzielną eksplorację.

Opis z Walkhighlands: >>LINK<<

Mapa: >>LINK<<


The Strathfarrar Four

Nr 220, Sgurr na Ruaidhe; nr 221, Carn nan Gobhar; nr 222, Sgurr a’Choire Ghlais; nr 223, Sgurr Fuar-Thuill

Wymowa: skur na ruje; karn nan gołer; skur a hoje glasz; skur fuar hoil

Znaczenie nazwy: rocky peak of redness; carn like hill of the goats; rocky peak of the grey corrie; rocky peak of the cold hollow (za MunroMagic)

Wysokość: 993 m n.p.m.; 992 m n.p.m.; 1083 m n.p.m.; 1049 m m.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 151.; 153.; 60.; 82.

Data wejścia: 9.6.18

Te cztery munrosy miały być nieco problematyczne logistycznie. Otóż niemal cała ziemia w Szkocji jest prywatna (a konkretnie w rękach kilkuset ludzi, swoją drogą bardzo ciekawy temat ale nie będę go w tym miejscu rozwijać) ale tego się nie czuje ponieważ (inaczej niż np. w Anglii) obowiązuje right of way. Właściciel Glen Strathfarrar nie był w stanie tego prawa przeskoczyć, ale zrobił co mógł, a mianowicie bardzo ograniczył dostęp do doliny. W malutkim Struay dalszą drogę w dolinę zagradza brama, a w nieodległym Milton Cottage siedzi sobie pani która ją otwiera i wręcza nam bilet. Gdzie tu hak? Jest kilka. Raz, brama jest otwarta tylko przez określoną ilość godzin, najdłużej teraz latem – od 9 rano do 8 wieczorem, i trzeba się wyrobić ponieważ w dolinie nie wolno parkować na noc.W niektóre dni wjazd jest w ogóle zabroniony. Zimą akces uzyskać mogą jedynie członkowie Scottish Mountaneering Club. I wisienka na torcie: dziennie jest wpuszczanych max 25 samochodów. Szczegóły tutaj: >>LINK<<

Żeby być pod bramą przed dziewiątą Mariusz zabrał mnie w piątek wieczorem z pracy i do celu zaczęliśmy dobijać koło 23.00. Kiedy do bramy zostało dosłownie niecały kilometr, przy szosie ujrzeliśmy mały hotelik. Wrodzony sybarytyzm zwyciężył i zamiast rozkładać namiot przy świetle latarek spędziliśmy noc w The Cnoc Hotel, płacąc za pokój i śniadanie całkiem rozsądną cenę 90 funtów. Hotelik jest uroczy, czysty, personel miły. Więcej info pod >>LINKIEM<<. Kiedy rano stawiliśmy się pod bramą byliśmy wypoczęci, pełni entuzjazmu i ogólnie szczęśliwi 😉

Było może za pięć dziewiąta kiedy przed bramą ustawił się wielki camper van na niemieckich numerach. Uznając że faktycznie już czas, ustawiliśmy się za nim. Wtedy z vana wyleciała babka i zaczęła dramatycznie gestykulować, pokazując, że nie, że brama się nie otwiera. Z drugiej strony po chwili dołączył kierowca. Mariusz wysiadł i zaczął mu tłumaczyć że wszystko jest w porządku, po prostu jest jeszcze parę minut do dziewiątej, na co tamten podziękował i powiedział że jadą nad Loch Ness… Face palm jak do Kornwalii bo Loch Ness jest dokładnie w przeciwną stronę, a właścicieli tak wypasionego campera raczej powinno być stać na nawigację. Swoją drogą gdyby nie zostali uświadomieni że to NIE JEST droga nad Loch Ness, pewnie dojechali by do końca doliny gdzie zaczyna się piękne Loch Monar i byliby by przekonani że są u celu. I na dobre by im to wyszło bo to o wiele piękniejsze miejsce niż prawdziwe Loch Ness…

Za bramą jedzie się jeszcze kilkanaście kilometrów w głąb doliny, aż po prawej – północnej stronie pojawia się polana, a na zboczu ponad nią można zobaczyć wyjeżdżoną terenówką drogę – to na tej polanie należy zaparkować, a droga to początek trasy. Wkrótce osiągamy położoną wyżej odnogę doliny, otoczoną przez trzy munrosy. 

My wchodzimy na ramię stanowiące wschodnie obramowanie doliny, a kulminujące w munrosie Sgurr na Ruaidhe. Umęczyliśmy się tam choć nie jest to jakieś ekstremalnie ostre podejście. Klimat był jednak niesprzyjający: gorąco, parno, powietrze stało, generalnie pogoda przedburzowa. Kiedy osiągnęliśmy szczyt i było wiadomo że najdłuższe dzisiejsze podejście za nami, ulżyło mi tak że złapałam drugi bieg.

Na poniższym zdjęciu widać kolejne dwa munrosy. Gdzieś na tym etapie zaczęło grzmieć, na południe od nas niebo pociemniało oraz widać było że tam leje. Niby zrobiło się chłodniej i szło się dużo lepiej ale miałam paskudnego stracha że ta burza się przesunie w naszym kierunku. Przeżyłam już raz burzę w górach (na Kopie Kondrackiej) i jest to dość ekstremalne doświadczenie. Ustaliliśmy na szybko plan działana jak przyjdzie co do czego (wyłączamy elektronikę i siadamy na plecakach) i cisnęliśmy dalej. Na szczęście burza została tam gdzie była.

W tle Sgurr na Ruaidhe. Zejście i wejście na Sgurr nan Gobhar zajęło nam niecałą godzinę. 

Po drodze mało nie zdeptaliśmy pardwy, która wysiadywała jajka na ścieżce. Była zakamuflowana tak świetnie że z odległości paru metrów po prostu znikała. Zimą te cwaniaki zmieniają upierzenie na śnieżnobiałe.

Na Carn nan Gobhar widoczność drastycznie spadła oraz zaczęło siąpić.

Sgurr a’Choire Ghlais nie był co prawda widoczny w całości ale widać było że jest znacznie wyższy i kształtniejszy niż dwa pierwsze munrosy. 

Carn nan Gobhar w tle:

To morze zieleni zaczyna się zwykle na początku czerwca i trwa do końca sierpnia. Przez resztę roku góry są rudawe. Ta ilość zieleni nieco oszałamia. Jakby chodzić po wielkim powybrzuszanym stole bilardowym.

Na podłużnym, flankowanym stromiznami wierzchołku Sgurr a’Choire Ghlais stoją dwa kurhany które z daleka wyglądają jak sutki (z mapy nie wynika który z nich wyznacza właściwy szczyt więc wlazłam na oba) oraz trianguł. To bardzo ładny wierzchołek i bardzo ładna góra. Pierwsze dwa munro są raczej kopami, zaś kolejne dwa to już bardzo przyjemny kawałek trasy.

Kolejnego munrosa nie było widać, kryło go mleko. Wiadomo było jednak że na przełęcz schodzi się od kurhanu północno-wschodniego. Dopiero dużo niżej zaczęło nam się coś odsłaniać ale nie był to munros właściwy, a piękny szczycik Creag Ghorm a’Bhealaich, przy wysokości 1030 m n.p.m. mający status munro top. 

Zejście ze Sgurr a’Choire Ghlais:

Moje ulubione zdjęcie i początek spektaklu wydawanego tego popołudnia przez chmury i mgły:

Creag Ghorm a’Bhealaich. Warto na niego wejść (to moment) i pooglądać sobie kocioł opadający do Glen Orrin.

Z tego przedszczytu wreszcie ujrzeć można właściwy wierzchołek Sgurr Fuar-Thuill, wyższy o 10 metrów:

Jeszcze rzut oka na kocioł:

Już pokonana trasa, co prawa Sgurr na Ruaidhe się chowa, ale widać Carn nan Gobhar i Sgurr a’Choire Ghlais:

Wreszcie zaczęło być coś widać, i to całkiem sporo. Na mgnienie oka pokazały się Fannichsy, wypatrzyłam też kontur Liathach oraz Maol Chean-dearg. Ben Wyvis, Lurg Mhor, Cheesecake oraz jeszcze nie zdeptany Maoile Lunndaidh były widoczne bez problemu, podobnie jak sąsiednie munrosy nad po trzykroć przeklętym Loch Mullardoch.

Rzeczone Mullardoch munros, samego jeziora na szczęście nie widać (wolałabym iść Mordoru ryzykując rendez vous z Szelobą niż jeszcze raz wybrać się nad Loch Mullardoch):

Wiadomo było że aparat nie odda tego w pełni, ale było po prostu cudownie!

Za ostatnim munrosem podeszliśmy jeszcze na ostatni tego dnia szczycik Sgurr na Fearstaig, kolejny munro top, i można było zacząć schodzić stalkerską ścieżką.

Sgurr na Lapaich:

Po osiągnięciu drogi pozostaje jeszcze 6-kilometrowy marsz do parkingu. Nasz nowy znajomy którego poznaliśmy na tej trasie poradził sobie tak że rano podrzucił tam rower, który teraz na niego czekał. Pojechał nim na parking, po czym wrócił samochodem po Mariusza (zmieścić się mogła tylko jedna osoba), żeby ten mógł z kolei podjechać po mnie. Czyli oboje zaoszczędziliśmy jakieś trzy kilometry a i tak telefon twierdzi że przeszliśmy ich 29, o 3 więcej niż podaje dla całej trasy Walkhighlands.

Wyrobiliśmy się na 19.25 więc gdyby nie ta ostatnia podwózka bylibyśmy pewnie dokładnie na styk 🙂

>>LINK<< do opisu trasy

>>LINK<< do mapy


The Central Fannaichs

 



Nr 213, Meall a’Chrasgaidh; nr 214, Sgurr nan Clach Geala; nr 215, Sgurr nan Each

Wymowa: (uzupełnić)

Znaczenie nazwy: hill of the crossing; peak of the white stones; peak of the horses (za Munromagic)

Wysokość: 934 m n.p.m.; 1093 m n.p.m.; 923 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 243.; 53.; 267.

Data wejścia: 12.5.18

 

Fannichsy nazywają sie tak od Loch Fannich. Ta piękna grupa górska liczy sobie dziewięć munrosów leżących w jednej poskręcanej jak Mississipi grani, tak że hardkorowcy mogą je trzasnąć na jeden raz. Zwykli ludzie rozbijają jednak grań na więcej wycieczek. Cztery najbardziej wschodnie munrosy przeszliśmy już parę lat temu, tym razem mieliśmy zaliczyć trzy środkowe.

Fannichsy są fantastycznie położone pomiędzy Inverness a Ullapool – to już ten rejon Szkocji że czuć Północ. Wszystkie są ponadto łatwo dostępne z dróg, nie ma nie wiadomo jak długiego podchodzenia ani konieczności nocowania w bothies. 

Trasę rozpoczyna się z parkingu leżącego po zachodniej stronie A832. Należy stamtąd przejść kilkadziesiąt metrów w kierunku na Inverness, do drogowskazu. Dalej drogą i na pierwszym rozwidleniu skręcić w lewo. Za mostem są dwie opcje – kontynuować wyraźną ścieżką (opcja krótsza ale będzie trzeba przechodzić przez rzekę) bądź w lewo błotnistym szlakiem wyjeżdżonym przez quady. Ten prowadzi do kolejnego mostku nie zaznaczonego na mapach a używanego przez quadowców. Opcja zalecana przy dużym stanie wody! Oba warianty wyprowadzają w dolinę utworzoną od lewej przez środkowe, a od prawej zachodnie Fannichsy.



Na pierwszego munrosa nie ma ścieżek i od nas tylko zależy kiedy zaczniemy się wbijać do góry. Myśmy kierowali się GPSem. Poniżej pięknie widać czym różni się typowe chodzenie po szkockich górach od chodzenia znakowanymi szlakami:



Z początku zbocze jest bardzo strome i można się tam serio umęczyć. Im bliżej kopuły szczytowej tym bardziej jednak teren się kładzie.

Zachodnie Fannichsy a konkretnie Sgurr Breac:



W panoramie rządzi An Teallach a zwłaszcza pinakle Corrag Bhuidhe oraz The Lord Berkeley’s Seat pięknie widoczne poniżej. 



Strzelisty szczyt za Sgurr Breac to zaś wspaniały Fionn Bheinn z poprzedniej notki.



W panorami w kierunku południowym najładniej wygląda Cheescake, czyli Bidein a’Choire Sheasgaich. Umordowaliśmy się tam nieludzko w 2015, w kopnym śniegu.



Na Meall a’Chrasgaidh. Jest to jeden z mniej spektakularnym Fannichsów (zdjęcie z odległości będzie później) ale wchodzenie na niego jest wyjątkowo upierdliwe. Nie na podium ale w pierwszej dziesiątce.



Dalsza droga na Sgurr nan Clach Geala wiedzie po grani:



Po jej lewej stronie są piękne krzesanice. Ten munros ma najładniejszy kocioł w całych Fannichsach i uważam że również najwięcej charakteru, mimo że wysokościowo przegrywa z liderem Sgurr Morem.



Wierzchołek:



To małe to Sgurr nan Each, ładna mikra góra niestety całkowicie przytłoczona przez potężnego sąsiada.



Zapowiedziany widok na Meall a’Chrasgaidh. Totalny stóg siana. Dalej widać szczyty i szczyciki Dalekiej Północy:



Grań od drugiej strony a w lewej górnej części zdjęcia Beinn Dearg. Po prawej jeszcze przez nas nie zdeptany Am Faogahach.



Po prawej oczywiście An Teallach a jezioro obok to Loch na Sealga.



Na wierzchołku:



Podziwiając Sgurr Mora. On tylko z tej strony jest taki obły, z drugiej również posiada fajny kocioł, acz z tego co pamiętam nie robiący takiego wrażenia jak ten opadający ze Sgurr nan Clach Geala.



Sgurr Breac i a’Chailleach, a za nimi Slioch:



Sfotografowaliśmy jednego z tych dzików dla których ogarnięcie całej grani Fannaichs na raz jest wykonalne. Gość na większości odcinków biegł, nie miał żadnego plecaka, wody, totalny light & fast. 



Sgurr nan Each wydaje się tak maleńki przy swym sąsiedzie że trudno uwierzyć w jego status munro. Ich miejsca na munro-liście to odzwierciedlają: Sgurr nan Clach Geala jest pięćdziesiąty trzeci, Sgurr nan Each dwieście sześćdziesiąty siódmy. Z Fionn Bheinna wydawało się że Sgurr nan Each to nie tyle samodzielna góra ile wybrzuszenie w grani. 



Rzut oka na Sgurr nan Clach Geala. Przełęcz z tej strony jest bardzo głęboka ale na ostatniego munrosa już tylko kawałek. Tamtemu biegaczowi wystarczyło może z 15 min od jednego munro do drugiego 🙂



Dwa najbardziej dramatyczne szczyty Fannaichsów, czyli Sgurr nan Clach Geala i Sgurr Mor. Ten drugi jest o 17 metrów wyższy.



Szczytowe ze Sgurr nan Each z widokiem na Loch Fannich. Tam właśnie zdałam sobie sprawę że z żadnego dziesiejszego wierzchołka nie zdołałam wypatrzeć Ben Nevisa – doszliśmy do wniosku że musiały go zasłaniać munrosy znane jako Strathfarrar Four – to te cztery prominentne góry kawałek w lewo od mojego kolana.



Ze Sgurr nan Each zeszliśmy w dolinę pomiędzy centralną a zachodnią odnogą grani Fannaichs. Teren typowy, podmokły, w inną pogodę zapewne trudny do pokonania suchą nogą. Niżej pojawia się ścieżka – tym razem nie szliśmy przez wariant dla quadów lecz znaleźliśmy miejsce gdzie dało się przekroczyć rzekę bez większej gimnastyki. Ta opcja jest nieco – może o jakiś kilometr? – krótsza. 

Trasa liczy sobie 18 km jest więc jaki na highlandzkie warunki przeciętnej długości. Popracować trzeba głównie na pierwszym podejściu. 


Fionn Bheinn

 

Nr 212, Fionn Bheinn

Wymowa: fion-wen

Znaczenie nazwy: white hill (za Munromagic)

Wysokość: 933 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 246.

Data wejścia: 11.5.18

 

Chcąc z Inverness dojechać do Kinlochewe i Torridonu, zaraz za Garve musimy skręcić z A835 w A832. Jedną z miejscowości (mini-mikro miejscowości) na tej trasie jest Achnasheen, samo w sobie warte wzmianki jedynie o tyle, że można tam skręcić do lokalnej metropolii Lochcarron. Kiedy przejeżdżamy przez Achnasheen, połogie zbocze po północnej stronie drogi to właśnie Fionn Bheinn. 



Cameron McNeish twierdzi iż jedynym interesującym faktem odnośnie tego munro jest wymienienie go w przepowiedni Brahana Seera. Brahan Seer aka Kenneth McKenzie żył w Highlandzie w XVII wieku i był jakoby wieszczem, chociaż mnie się raczej wydaje że żarł grzyby, albowiem przepowiednia która nas interesuje brzmi :

„The day will come when a raven, attired in plait and bonnet, will drink his fill of human blood on Fionn-bheinn, three times a day, for three successive days”.

Czyli: dzień nadejdzie, gdy kruk z warkoczem i w czepku będzie pił ludzką krew na Fionn-bheinnie, trzy razy dziennie przez trzy dni z rzędu. Grzyby i bad trip jak nic. 

W Achnasheen można zostawić samochód na parkingu koło opuszczonej stacji benzynowej, gdzie też spotkaliśmy miejscowych:



Należy stamtąd przejść na drugą stronę szosy, przekroczyć strumień po mostku i koło budki telefonicznej (tak mówi Walkhighlands >>LINK<< i mapa choć ja szczerze mówiąc żadnej budki nie pamiętam) kontynuować w stronę zboczy szeroką wyjeżdżoną drogą (zaraz na początku jest brama). 

Poniżej korbet Sgurr a’Mhuillin, całe 879 m n.p.m.:



Widok na zasadniczo całe Achnasheen. Może są gdzieś tam jeszcze jakieś domy, ale generalnie to taki bardziej przysiółek niż faktycznie miejscowość.



Drogą wzdłuż strumienia pniemy się łagodnymi zboczami, aż po prawej nie odsłoni się kopa szczytowa. Należy wówczas skręcić w prawo i kontynuować już wg uznania, bo ścieżki/ścieżek nie ma. Przy dobrej widoczności nie powinno to sprawiać problemów nawigayjnych bo teren jest wizualnie dość oczywisty. We mgle bez GPSa zdecydowanie nie polecam.

Dość szybko zaczynają być widoczne bliskie szczyty Torridonu, Liathach i Beinn Eighe:



An Teallach pod nieoczywistym kątem:



Niestety tym razem nie wstawiam fotki szczytowej ponieważ moje dwa zdjęcia z wierzchołka są totalnie nieostre. Jest tam w każdym razie trianguł.

Fionn Bheinn może i jest kopą, kapustą et caetera ale szczerze mówiąc to samo można powiedzieć o bardzo wielu munrosach, zwłaszcza na wschodzie. A z wielu tych wschodnich kapust widok jest jedynie na inne kapusty. Fionn Bheinn jest natomiast położony tak rewelacyjnie, że tuż obok mamy torridońskie olbrzymy, Sliocha, Fisherfield Six, piękną grupę The Fannichs, po drugiej stronie szosy Moruisg, nieco dalej Ben Wyvisa, Strathfarrar Four, oraz munrosy nad Loch Monar i Loch Mullardoch. To wspaniały punkt widokowy i naprawdę szkoda że dzień był taki szary i nie było zbyt fotogenicznie. 



Slioch i Lochan Fada:

Slioch solo – góra fotogeniczna i majestatyczna z każdej strony:



Fragment The Fannichs i zarazem część trasy planowanej na kolejny dzień. Munro po prawej to najwyższy z Fannichsów, Sgurr Mor, na którym już byliśmy. Po lewej znajdują się Sgurr nan Clach Geala i mały Sgurr nan Each o których (i jeszcze jednym) będzie w kolejnej notce.



Na wierzchołku siedzieliśmy bardzo krótko ze względu na trudny do zniesienia wiatr. Zejście wypadło innym ramieniem góry i tam już ścieżka była. Początkowo szliśmy wzdłuż kotła – choć nieprzesadnie spektakularny, jest jedynym rysem Fionn Bheinna o którym można powiedzieć że ma jakiś charakter:



Dość szybko należy skręcić w prawo i kierować na zieloną plantację iglaków przez którą na przestrzał biegnie scieżka. Znów, w jasny nie mglisty dzień nie powinno być najmniejszego problemu, jako że Achnasheen leży pod nami jak na talerzu. Cała pętla to 12 km z czego ostatni idzie się już po szosie.



Kruka nie spotkaliśmy choć go wypatrywałam. Zapewne już dawno zrezygnował, gdyż Fionn Bheinn nie jest bynajmniej górą obleganą i jakkolwiek może od biedy znalazły by się trzy dni z rzędu kiedy jest odwiedzany przez baggerów – ale na pewno nie trzy razy dziennie. Kruk po prostu nie zdzierżył.

 

Ben Wyvis

 

Nr 211, Ben Wyvis

Wymowa: ben ływis

Znaczenie nazwy: terrible hill albo awesome hill (Munromagic, Walkhighlands)

Wysokość: 1046 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 85.

Data wejścia: 29.4.18

 

Ben Wyvis leży w Easter Ross, dominując nad nizinnymi rejonami Moray Firth i Black Isle. Widać to szczególnie kiedy jedzie się A9 do Inverness i jego potężna bryła zamyka horyzont. Na wschód od Ben Wyvisa nie ma już żadnych munrosów, na północy (jeśli rozumieć to jako „na północy w linii z grubsza prostej”) najbliższymi munrosami będą Ben More Assysnt i Ben Klibreck. Za sąsiadów należy wobec tego uznać położone na północnym zachodzie The Fannaichs oraz Beinn Dearg munros. 

Start z parkingu przy drodze A835 niedaleko Garve. Parking jest oznaczony jako „Ben Wyvis car park” a więc idiotproof. Wybiega stamtąd fantastycznie utrzymana ścieżka, wytrasowana tak by ominąć bagna, która prowadzi na sam wierzchołek munrosa więc o ile nie ma głębokiego śniegu na tej trasie nie ma prawa być problemów nawigacyjnych.

Ben Wyvis z podejścia wygląda jak wyrzucony na brzeg wieloryb. Kopa z prawej to An Cabar i tamtędy idzie trasa.



An Cabar – można wypatrzeć ścieżkę:

Z podejścia na An Cabar doskonale widać kontynuację A835, biegnącą pomiędzy grupą The Fannaichs a grupą Beinn Dearga. Poniżej fragment The Fannaichs, w kadrze zmieściły się cztery z widocznych pięciu munrosów ( w grupie jest ich dziewięć).



Loch Glascarnoch oraz An Teallach:



Dalej na zachód widoczny był także Slioch, góry Torridonu, oraz górski bajzel pomiędzy Glen Torridon a Glen Affric, czyli to największe zaglębie munrosów i jedno z największych pustkowi w Szkocji.



Jeszcze raz Loch Glasgarnoch, tym razem z widoczną tamą oraz zajazdem Altguish Inn:



Na poniższym zdjęciu rozpoznaję Liathach, „tył” Beinn Eighe oraz Beinn Alligin. Widać też fragment Loch Maree i ośnieżony wierzchołek Sliocha.



Wspinaczka na An Cabar – wszystkiego 2 km –  jest dość żmudna, kilkakrotnie mylnie wydaje się że zaraz osiągniemy wypłaszczenie.



Poniżej punkt z którego będzie już łatwo. Za An Cabar zaczyna się Glas Leathad Mor, bardzo lekko wznoszący się grzbiet wyprowadzający na wierzchołek, długi na niecałe 3 km.



Widoczność w stronę Inverness była kiepska, miasto ledwo było widać i zdjęcia robione w tamtym kierunku wyszły słabo. Góry natomiast wyglądały wspaniale chociaż poniżej Torridonu ciężko było rozpoznać poszczególne szczyty.



Glas Leatchad Mor pokonaliśmy ekspresowo, nachylenie jest tam minimalne:



Część Highlandu o której napisałam że ciężko rozpoznać co jest co: to po prostu za duże zatrzęsienie wierzchołków, a nie są one tak charakterystyczne jak Black Cuillins, Five Sisters w Glen Shiel czy Sgurr na Ciche. Z daleka raczej obłe, choć przy bliższym poznaniu okazuje się że część z nich ma spory charakter. 



Na wierzchołku:



Poniżej można wypatrzeć sylwetki-widma Ben Hope’a, Ben Loyala oraz Ben Klibrecka.



Powrót oczywiście po własnych śladach.



Trasa liczy sobie ok. 7 km, z jedynie czego dwukilometrowy odcinek na An Cabar może zmęczyć. Ścieżka jest fantastyczna i utrzymana tak jak w bardzo niewielu miejscach w Highlandzie (przychodzi do głowy Ben Lawers no i oczywiście Pony Track). Widoki są spektakularne ze względu an wyizolowane położenie Ben Wyvisa chociaż ja osobiście preferuję być „w centrum zamieszania”. Last but not least, ze względu na bliskość drogi i parking komplikacji logistycznych po prostu nie ma. Gdybym mieszkała w Inverness miałabym tę górę pozaliczaną we wszystkich porach roku. 



Błękit, zieleń i złoto czyli trzy dni na Północy

 

Ostatni wypad nie był górski lecz objazdowy, ponieważ wybraliśmy się z Ernestem i Olą którzy mieszkają w Polsce. Plan noclegowy – pierwsza noc na Skye, druga w Lochinver – nie pozostawiał dużo miejsca na improwizację: wiadomo że przy takich odległościach główną atrakcją będzie sama jazda przez Highland. 

Nocleg mieliśmy w Portree Hotel >>LINK<<. Było bardzo czysto, pokoje przytulne, sympatyczny personel, śniadanie rewelacja: bogaty bufet „kontynentalny” oraz kilka solidnych opcji na ciepło z karty. Jedyne do czego mogę się przyczepić to akustyka – pomiędzy naszymi poddaszowymi pokojami było jedynie przepierzenie co na dłuższą metę byłoby wybitnie krępujące. Jedną noc jakoś jednak przetrwaliśmy.

Przed wieczorną eskapadą do hotelowego baru wyskoczyliśmy popod The Storr, najwyższe (719m n.p.m.) i najbardziej południowe z pasma Trotternish Hills, popularne głównie z powodu wyrastającego u jego podnóża obelisku Old Man of Storr. To tu kręcono np. otwierającą sekwencję Prometeusza (i pewnie coś jeszcze jak znam życie, filmowcy uwielbiają wyspę Skye). Poniżej wszystko elegancko widać: 



Napisałam że wybraliśmy się „popod” Storra, bo nikt też nie zamierzał na niego wchodzić. Do samego Old Mana też zresztą nie doszliśmy zadowalając się widokiem z dołu. Jeśli o mnie osobiście chodzi to perspektywa wiszących nade mną osiemdziesięciu munrosów – oraz świadomość że pracowicie wdrapałam się na dzieście dwa – sprawia iż czerpię radość z rzadkich okazji kiedy mogę w Highlandzie wrzucić bardziej luźny tryb. Żeby było jasne, nadal kocham munrosowanie, tyle że to jest przy naszym pracowitym trybie życia i napiętym grafiku naprawdę wielkie i wymagające samozaparcia przedsięwzięcie.



Światło tego wieczoru było jak marzenie fotografa i musiałam się mocno zastanowić które zdjęcia wybrać.



Pamiętam że patrzyliśmy na Cuilliny i zastanawialiśmy się ile osób będzie się niedługo szykować do noclegu na grani – początek weekendu, pogoda nie z tej ziemi, wspaniała okazja żeby zrobić grań główną w warunkach zimowych.



Kolejnego dnia musieliśmy się przemieścić do Lochinver, ale przed rozpoczęciem podróży wyskoczyliśmy jeszcze na Quirang po drugiej stronie Trotternish Hills. Pod >>LINKIEM<< relacja z mojej i Mariusza poprzedniej wycieczki lata temu (niestety imageshack zeżarł część zdjęć ale wciąż polecam).

Tym razem coś nam się pomerdało i nie poszliśmy wzdłuż krawędzi klifów podziwiać leżący w dole park skalny, a jakimś cudem zabrnęliśmy na najwyższy punkt wzniesienia, Meall na Suiramach (543m n.p.m.). Z kolei wracając również nie weszliśmy pomiędzy skalne formacje a obeszliśmy je dołem – miało to o tyle sens że w parku skalnym zeszło by nam o wiele dłużej. No ale fakty są takie że najciekawszą część opuściliśmy.



A propos kinematografii, fragment krajobrazu na zdjęciu poniżej pojawia się w „Gwiezdym pyle”.



Było bardzo zimno a niektóre miejsca pokryte warstewką lodu – Mariusz się nieco stresował jak któreś z towarzystwa podchodziło za blisko klifu 😉



Poniższe zdjęcie zaispirowało nieco bardziej niż zwykle poetycki tytuł notki:



W takiej minimalistycznej bez-scramblingowej wersji wycieczka zajęła około dwóch godzin ale jak ktoś chce na Quiraing można się bawić cały dzień.



Podróż ze Skye do Lochinver w taką pogodę była sama w sobie wielką przyjemnością. Nie starczyło czasu żeby napierać przez Applecross ale za to przejechaliśmy przez Torridon:



Kiedy zaś wyjeżdżaliśmy z Ullapool zaczynał się jeden z tych przepięknych zachodów słońca kiedy człowiek zawsze żałuje że nie ma aparatu, albo jest w pracy i nie może wyjść na zewnątrz popstrykać. No więc tym razem było wszystko, także bajkowa sceneria.





Jak zwykle będąc w Assynt nie mogliśmy nie zahaczyć o knajpę Am Fuaran w Altandhu. Mariusz miał intuicję żeby zadzwonić do nich z drogi i upewnić się że będzie stolik – udało się choć prawie wszystko było już zarezerwowane. Na zadupiu jakim jest półwysep Coigach, gdzie można dotrzeć tylko single track road i oprócz krajobrazu nie ma żadnych atrakcji turystycznych. Poza sezonem. To wiele mówi o tej miejscówce. Info pod >>LINKIEM<<



Langustynki kosztowały wprawdzie 17 funtów ale kiedy składaliśmy zamówienie były jeszcze żywe. Do świeżego pysznego żarcia dochodzi przemiła obsługa oraz fakt że bar jest okupowany przez miejscowych więc można poczuć się częścią lokalnego kolorytu.



Noc spędziliśmy w bed & breakfast Hillside w Lochinver – nie mają własnej strony więc podaję linka do info z Booking.com: >>LINK<<. Bardzo przytulna miejscówka, idealna na dłuższy pobyt. Klimat bardziej jak w (dobrym!!) hostelu bo co prawda w ofercie nie ma ciepłego śniadania (są produkty do śniadania „kontynentalnego” – zawsze biorę to określenie w cudzysłów ponieważ brytyjska wizja tego co „kontynent” jada jest tak raczej średnio adekwatna), za to jest w pełni wyposażona kuchnia gdzie można sobie samemu pichcić.

Z Lochinver ukochaną nadbrzeżną drogą – wariatką pojechaliśmy na północ. Poniżej tradycyjny postój przy punkcie widokowym w Drumbeg nad zatoką Edrachillis:



Jak zwykle, kierowaliśmy się do Durness – jest to chyba najbardziej ulubione moje i Mariusza miejsce w całej Szkocji, choć paradoksalnie gór tu nie ma (najbliższy jest masyw Foinavena ale zdecydowanie nie w odległości spacerowej). Spokój, Atlantyk, poczucie że od zabieganej codzienności oddziela cię potężna masa lądu oraz sześć godzin jazdy mnie osobiście resetują idealnie. Oraz zawsze lubię pokazywać znajomym i rodzinie którzy nie odwiedzali Szkocji wcześniej jak piękne są północne plaże. Ten fragment Europy raczej z nich nie słynie a wizualnie nie ustępują śródziemnomorskim, chociaż kąpać się oczywiście raczej nie da, chyba że w piankach, co zresztą ludzie robią.



Nie zapomnę nigdy imprezy jaka na plaży Sango urządziliśmy sobie z dwójką przyjaciół w 2013 roku… 🙂 Those were the days! 😉



Wspinanie się po skałkach także należy do tradycji. 



Po plaży wybraliśmy się do niedalekiej jaskini Smoo. W sezonie można ją zwiedzać pontonem z przewodnikiem, poza sezonem pieszo dostępna jest jedna komora. Smoo Cave jest bardzo popularna i jak widać niektórzy uważają że to idealne miejsce na podzielenie się swoim światopoglądem:



Do zwiedzania nie ma wiele ale jeśli już i tak jest się w okolicy, warto zajrzeć.



Wracaliśmy pustkowiami przez Altnaharrę i Bonar Bridge. Po drodze nie mogliśmy się nie zatrzymać żeby nie ustrzelić Ben Loyala, pięknego korbeta który jeszcze czeka na zdeptanie:



Im dalej na południe się kierowaliśmy tym bardziej pogarszała się pogoda, co miało tę zaletę iż przestaliśmy czuć przymus zatrzymywanie się na zdjęcia w związku z czym do domu udało się dotrzeć o ludzkiej porze a nie w środku nocy. 

Jak widać zaczęłam dodawać informacje o miejscach gdzie można przenocować czy coś zjeść – to krok który zamierzam kontynuować. Nie chcę się bawić w szczegółowe recenzje tym bardziej że podaję linki do konkretnych informacji m.in. o cenach, bardziej chodzi mi o przekazanie ogólnego wrażenia na temat miejsca i jakości serwisu. Jeśli komuś się to przyda to wspaniale 🙂

The Ullapool munros

 

Nr 189, Cona’ Mheall; nr 190, Meall nan Ceapraichean; nr 191, Eididh nan Clach Geala

Wymowa: kona-wel; mil nan kjaprihan; edżi nan klah gjala

Znaczenie nazwy: adjoining hill; hill of the stubby hillocks; web of the white stones (za MunroMagic)

Wysokość: 978 m n.p.m.; 977 m n.p.m.; 927 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 176.; 177.; 257.

Data wejścia: 27.8.16

 Do tej docelowo czteromunrosowej trasy przymierzaliśmy się kilka lat temu, ale udało się wówczas zrobić jedynie Beinn Dearga. Zresztą wyłącznie dlatego iż jest to główny i najbardziej znany munros grupy, prowadzi zatem na niego wyraźna droga którą jakoś odnaleźliśmy pomimo mgły i ulewy. Widoczność była wtedy na kilkanaście metrów. Odhaczenie Beinn Dearga pozwoliło zaoszczędzić jakieś półtora kilometra – niewiele ale przy dość kobylastej trasie, every little helps.

Po lewej Meall nan Ceapraichean i Beinn Dearg zdjęte z portu w Ullapool:

Start z parkingu przy drodze A835 nieco na południe od Inverlael Bridge (zwracać uwagę na czerwoną budkę telefoniczną która zdecydowanie widziała lepsze czasy). Po może trzykilowym marszu przez las ścieżka zaczyna się wznosić zboczem ponad doliną (Gleann na Sguaib). 

Kolejne kilka kilometrów to spokojny, nieforsowny marsz. Wysokość nabiera się bezboleśnie. W którymś momencie w lewo będzie się odgałęziała nasza późniejsza ścieżka zejściowa.

Na przełęczy pomiędzy Beinn Dearg i Meall nan Ceapraichean widać już, że większość roboty została zrobiona. Plateau ma tu wysokość niewiele poniżej 900 m n.p.m., oba munrosy są stąd w zasięgu spacerowym, a i na Cona’ Mheall nie jest bynajmniej daleko. Ten właśnie munros okazał się najładniejszy i najbardziej widokowy z wszystkich trzech. Raz, że jako jedyny miał trochę charakteru w postaci południowych, skalistych zboczy; dwa, widok na Coire Ghranda jest urzekający:

Tak pięknie prezentuje się Beinn Dearg, z którego poprzednim razem nie widzieliśmy absolutnie nic:

Po raz kolejny Coire Ghranda i Loch Glascarnoch w tle:

Widok na wspomnianą przełęcz z podszczytowych partii Cona’ Mheall. Po lewej początek kopuły Beinn Dearga, po prawej Meall nan Ceapraichean. 

Wierzchołek Cona’ Mheall to najdalszy punkt tej trasy od samochodu.

Seana Braigh na której umordowaliśmy się rok temu. Wierzchołek po lewej, foremna piramidka zaś to Creag an Duine, zwieńczenie scramblingowej grani.

Jedna z najpiękniejszych gór Szkocji czyli An Teallach:

Na Meall nan Ceapraichean naprawdę jest spacer. Poniżej niemal pełen przegląd wzgórz Coigach i Assyntu, od Ben Mor Coigach po Suilvena:

Ullapool, Loch Broom i ledwo widoczne Summer Isles:

(Od prawej) An Teallach oraz Fisherfield Six, wyrypa która mnie przeraża niewiele mniej niż Inn Pinn choć z innych powodów:

Zejście z drugiego munro i podejście na Eididh nan Clach Geala również nie należy do szczególnie forsownych. Sam Eididh jest najbardziej kopiasty z całej dominującej nad płaskowyżem piątki.

Bardzo tęsknię za tą najdalszą północą Szkocji na której nie byliśmy już od roku. 

Zoom na turnie Torridonu:

Ścieżka która sprowadza z Eididha to ta która była wspomniana na początku. Niestety z tego ostaniego munrosa jest jeszcze odległościowo spory kawał. plusem jest to że niemal całą trasę zejściową widać, poza ostatnim kawałkiem już najniżej w lesie. 

Właściwie jedynym mankamentem tej wycieczki dla ludzi z pasa centralnego jest odległość, która praktycznie wymusza nocleg na miejscu. Ponieważ postanowiliśmy nieco rozszerzyć tematykę bloga, wkrótce zaczniemy wrzucać subiektywne opinie na temat miejsc gdzie przyszło nam nocować – oraz rzecz jasna koszty. Mam nadzieję że takie informacje okażą się przydatne.

Tura liczy ok. 24 kilometry. 

 


 

 

The Loch Mullardoch munros

 

Nr 179, Carn nan Gobhar; nr 180, Sgurr na Lapaich; nr 181, An Riabhachan; nr 182, An Socach

Wymowa: karn nan goer; skur na lapih; an riwakan; an sokah

Znaczenie nazwy: cairn like hill of the goats; rocky peak of the bog; the streaked one; the snout (za MunroMagic)

Wysokość: 992m n.p.m.; 1150 m n.p.m.; 1129 m n.p.m.; 1069 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 152.; 24.; 29.; 67

Data wejścia: 2.6.2016

 

Następnego dnia po Skye przyszedł czas na prawdziwy quest. Wyprawę do Mordoru. Otóż tym razem postanowiliśmy porwać się na cztery odległe od cywilizacji munrosy nad leżącym w środku chyba największego szkockiego zadupia jeziorem Mullardoch a jest to autentyczna kobyła. Raz że trzydzieści kilometrów, ale da się, na Ben Avona i Beinn a’Bhuird było dłużej. Tyle że tu mamy aż cztery wcale niemałe munrosy oraz sumę podejść 1826 metrów. Plus podobno wyjątkowo nieprzyjemny powrót. Do plecaków poszło dwa razy więcej lukozady niż zwykle, na nogi najwygodniejsze skarpety, jasno jak to w czerwcu prawie do północy, prognoza niezła – lepszych warunków nie będzie. Było już za późno żeby ogarniać kwestię motorówki którą w cenie 25 funtów od osoby można się przeprawić przez jezioro by skrócić trasę o połowę. Taka opcja jednak jest: >>LINK<< i warto ją moim zdaniem rozważyć.

Ostatnim bardziej cywilizowanym miejscem przez które przejeżdżamy jest miejscowość Cannich. Potem wjeżdżamy single track road w Glen Cannich i coraz bardziej zanurzamy w górskie pustkowie.

Samochód można zostawić przy tamie nad Loch Mullardoch. Z początku idziemy drogą (nad jeziorem aktualnie coś budują i jeździ dużo ciężkiego sprzętu), by po przekroczeniu mostku na Allt Mullardoch zacząć wspinać się na ramię pierwszego munrosa. Ten początkowy kawałek po bagnie i wrzosach był dość męczący. Polepszyło się kiedy grunt wyżej zrobił się mniej zarośnięty i bardziej suchy. Munrosy po drugiej stronie jeziora należą do Glen Affric.

Carn nan Gobhar – typowa kopa, najniższy i najmniej interesujący z czwórki – po prawej:

Klimaty jak we wschodniej Glen Shee aka Glen Pancake a przecież nie jesteśmy daleko od usianego charakternymi szczytami Kintail.

Kopiec w tle, chociaż sporo większy od szczytowego, znajduje się na przedwierzchołku.

Patrząc na północ, na Strathaffar i Loch Monar: 

Kolejny munro Sgurr na Lapaich przezntuje się dużo ładniej i bardziej charakternie. Widać już pierwszą tendencję tej trasy: przełęcze między munrosami są tu głębokie że nie ma zmiłuj. To nie casus Grey Corries i trzeba popracować. Lapaich w dodatku jest całkiem stromy w wyższych partiach.

Wchodzi się ramieniem w centrum:

Na wierzchołku wiedziałam już że ta trasa faktycznie mnie poczesze.

Przełęcz i munrosy na których w kwietniu tak dramatycznie walczyliśmy z warunkami pogodowymi, Sgurr Choinnich i Sgurr a’Chaoraichean:

Południowa strona Torridonu czyli Fuar Tholl, Sgurr Ruadh i Beinn Liath Mhor:

An Riabhachan okazał się być oddzielony od Lapaicha jeszcze głębszą przełęczą. Wobec powyższego postój gastronomiczny, który mieliśmy zrobić na Lapaichu, został przeplanowany na kolejnego munrosa. Czas gonił.

Sgurr na Lapaich z partii podszczytowych An Riabhachan:

Podejście na szczyt An Riabhachan jest wyżej bardzo ładne, po dobrze zdefiniowanej trawiastej grani. Na wierzchołku dotarło do mnie że kiedy ukończymy tę trasę do zdobycia zostanie nam okrągła stówa!

Po wspomnianym postoju gastronomicznym ruszyliśmy atakować An Socacha. Ten odcinek okazał się najbardziej urozmaiconym fragmentem trasy: wijąca się grań, trochę skałek, jedno bardzo strome zejście i świadomość że tyle już przeszliśmy, zmęczenie się pogłębia a z punktu widzenia całej trasy nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie drogi.

Niebo poszarzało ale widoczność pozostała wspaniała – nie pamiętam drugiego takiego fartownego wyjazdu pod względem pogody.

Na An Socach ulżyło mi że osiągnęliśmy najdalszy punkt na trasie i odtąd będziemy się już tylko zbliżać do samochodu. Sam szczyt bardzo mi się spodobał, tworzy go pozioma stosunkowo wąska grań z kotłami po stronie wschodniej.

Zejście z początku jest bardzo przyjemne, po trawiastym ramieniu góry.

Dolny odcinek pomiędzy ramieniem a jeziorem to już inna bajka – typowe bagno, dziury, osunięcia terenu, potok w bonusie.

Sądziliśmy że niedogodności się skończą kiedy osiągniemy brzegi jeziora… nic bardziej mylnego. Plażą iść się nie dało (miękki przepadający, bo w bardziej mokrych sezonach ukryty pod wodą, grunt). Pozostała ścieżka w zboczach, jakieś dwa, może trzy metry nad kamienistą plażą. W momentach gdy była wyraźna szło się ok, ale często ginęła i należało piąć się do góry żeby znaleźć kontynuację (na co jak na co ale na pięcie się do góry to już nie miałam ochoty). Poniżej ścieżki grunt w wielu miejscach się poobsuwał i groził dalszym obsuwaniem czy wręcz urwaniem się pod nogami i upadkiem na kamcory z tym paru metrów. Tamy nie widać niemal do samego końca jeziora bo za każdym kolejnym, na pewno ostatnim ramieniem góry znajduje się następne ramię. Do tego mieliśmy już w nogach multum kilometrów a całe to zejście jest niemożebnie długie. Mariusz straszy mnie teraz że jak nabroję przegoni mnie jeszcze raz tą trasą i brzegami Loch Mullardoch.

Kiedy w końcu ukazuje się tama, za tym naprawdę ostanim górskim ramieniem, nie ma jednakowoż powodów do euforii. Ostatnie trzy kilometry to znowu bagno i przekraczanie rzeki a mamy już w nogach naprawdę kawał. Daliśmy radę bo nie było wyjścia (chyba że się położyć i umrzeć) ale tak sobie wtedy z miłością myślałam o tej motorówce, która pozwoliłaby mi tych mąk uniknąć. 

Kolejny dzień oczywiście przeznaczyliśmy na regenerację, nie dało się inaczej. Tym bardziej że na mecie w Glenelg byliśmy grubo po północy. Sama nie wiem co było większe, satysfakcja czy zmęczenie. Myślę jednak że ból nóg tej nocy przebijał oba.

Niestety w Highlandach czeka nas jeszcze kilka podobnych wyryp 😉

 

 

 

 

Sgurr Choinnich i Sgurr a’Chaoraichean

 

Nr 168, Sgurr Choinnich; nr 169, Sgurr a’Chaorachain

Wymowa: skur konih; skur a korahen

Znaczenie nazwy: rocky peak of the moss; rocky peak of the rowan tree (za MunroMagic)

Wysokość: 999 m n.p.m.; 1053 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 139.; 78.

Data wejścia: 30.4.16

 

Na Sgurr Choinnich i Sgurr a’Chaorachain idzie się z Glen Carron. Parking znajduje się (jadąc od strony Inverness) parę kilometrów przed stacyjką kolejową w Achnashellach (po lewej stronie drogi stoi charakterystyczny biały domek). Należy przekroczyć tory kolejowe a dalej już idzie się drogą jezdną.

Wrażenie robi skalna wschodnia ściana korbeta Sgurr nan Ceannaichean. Korbet ów jeszcze parę lat temu znajdował się na liście munrosów, dopóki dokladniejsze pomiary nie ujawniły, że brakuje mu jednego metra. Kiedyś powiedziałabym, że mimo to warto go odwiedzić, dziś kiedy uświadomiłam sobie jak ciężkim zadaniem jest zebranie wszystkich munrosów (pracując do 60h w tygodniu, mając jakieś życie towarzyskie oraz chcąc jednak podróżować także za granicę), powiem że dobrze, że lista się skróciła 😉

Do munrosów docelowych dochodzi się dopiero po siedmiu kilometrach. Ta grupa górska położona nad Loch Monar jest jedną z trudniej dostępnych ze względu na odleglość od dróg. Mieliśmy tego próbkę rok temu na sąsiednich szczytach >>LINK<<

Jak widać zima, która w tym roku już zdążyła sobie pójść, wróciła i to spektakularnie. Sgurr Choinnich jest po prawej. Po przekroczeniu potoku wątła ścieżka wyprowadza na przełęcz skąd startuje ramię góry. Teren był potwornie mokry a ścieżką plynął wręcz strumyczek.

Przełęcz i ramię Sgurr Choinnich. Na przełęczy zaczęło wiać, dużo mocniej niż zapowiadały prognozy. Zaczęłam przeczuwać że ta wycieczka to jednak nie będzie piknik w parku.

Ramię którym wchodzimy. Stromizna jest większa niż wydaje się z odległości. Tu wiatr zaczął już naprawdę pokazywać co potrafi. Nie było to jeszcze absolutne ekstremum takie jak parę lat temu przeżyliśmy na Conivalu i Ben More Assyncie, ale momentami niewiele brakowało. Podmuchy ciskały też w twarz drobnym gradem – bez gogli musielibyśmy chyba się wycofać. Ogólnie rzecz biorąc na tym obiektywnie nietrudnym odcinku pomiędzy przełęczą a wierzchołkiem musieliśmy stoczyć całkiem konkretną walkę.

Nasze munrosy z linka, Lurg Mhor i Bidein a’Choire Sheasgaich. „Cheescake” pośród okolicznych gór prezentuje się jak mini-mini Matterhorn 😀 Poprzednim razem zdobywaliśmy go bez widoczności ale pod koniec byla ciężka robota ze względu na stromiznę – to już teraz wiem dlaczego.

Wiatr tak mnie dobijał, że miałam wielką ochotę zawrócić. Za każdym razem kiedy już już mialam zamiar to wykrzyczeć coś mnie powstrzymywało. 

Po pewnym czasie podjęłam decyzję że na tego pierwszego jakoś wejdę, skoro już jestem tu gdzie jestem, ale zaraz potem zawrócimy. 

Sgurr nan Ceannaichean:

Na odcinku podszczytowym wiatr hulał aż miło. Grańkę przeszliśmy w bezpiecznym oddaleniu od nawisów jakie wytworzyły się na podszczytowych zerwach. Śnieg zrobil się kopny i głęboki po kolana. Trzeba było stąd spieprzać a że w sumie na tym etapie w obie strony było mniej więcej tyle samo, uznałam że możemy równie dobrze napierać na drugiego munrosa. W pewnym momencie Mariusz stwierdził że wg GPSa szczyt już przeszliśmy. Dlatego nie ma tradycyjnego zdjęcia. Niebieska linia naszej trasy na GPSie potwierdza jednak że na wierzchołku byliśmy, zresztą ciężko byłoby przez niego nie przejść. 

Zejście na przełęcz pomiędzy munrosami poszlo ekspresowo. Ponieważ tu nie wiało, mogliśmy odpocząć – głównie psychicznie. Mariusz co prawda miał także dość spory fizyczny kryzys (ja zresztą też byłam już zmęczona) ale nie było opcji awaryjnego zejścia – alternatywą były albo opadające z przełęczy skały albo pustkowie nad Loch Monar z którego do cywilizacji mielibyśmy minimum trzydzieści parę kilometrów. Trzeba było cisnąć.

Na Sgurr a’Chaorachain wyprowadza szeroka acz dobrze zdefiniowana grań. Wiatr na tym etapie zelżał – pojedyncze silne podmuchy nadal się zdarzały ale byla to już inna liga – śnieg był momentami po uda, widoczność zero. Na szczęście na szczyt biegły ślady które ułatwiły nam życie, wskazując którędy lawirować między skałkami jak najmniejszym kosztem energetycznym.

Tym razem wierzchołek był oczywisty: z rozleglych przestrzeni kopuły szczytowej wystawal jedynie w dwóch trzecich zasypany kamienny schron.

Bez GPSa byłoby dużo ciężej i ryzykowniej.

Schodziliśmy na północ ramieniem munrosa, z początku po dość płaskim, potem już znacznie stromiejącym terenie. Widok na przełęcz:

Zejście po stromiźnie w miękkim śniegu wymagało sporo ostrożności toteż ciągnęło się jak smród za pielgrzymką. 

Na szczęście mieliśmy spektakularne widoki na masywy Torridonu: poniżej Liathach.

Beinn Eighe:

Oraz Slioch:

Kiedy w końcu udalo się zejść do drogi, miałam ochotę całować grunt.

Siedem kilometrów powrotu poszło sprawnie jako że nie trzeba już było uważać na każdy krok. Zaczynam mieć na poważnie dość śniegu. Przezimowałam się górsko. Na osłodę mieliśmy też widok na Coulin (nie mylić z Cullinami) Hills, to jest Fuar Tholl, Sgurr Ruadh oraz Beinn Liath Mhor:

Wycieczka była… konkretna. Ze względu na warunki zdecydowanie nie był to spacer. Zapewne ktoś kto szedł tamtędy w słoneczny letni dzień miałby diametralnie różne odczucia ale nas natura naprawdę sponiewierala. 

Calość to 20 km.