Carn Ghluasaid, Sgurr nan Cobhairean i Sail Chaorainn

 

Nr 174, Carn Ghluasaid; nr 175, Sgurr nan Conbhairean; nr 176, Sail Chaorainn

Wymowa: karn kluaszid; skur nan koniweyren; sal kuu-ran

Znaczenie nazwy: cairn like hill of movement; rocky peak of the hound keeper; rounded hill of the rowan tree (za MunroMagic)

Wysokość: 957 m n.p.m.; 1109 m n.p.m.; 1002 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 203.; 44.;

Data wejścia: 30.5.2016

 

Na te trzy munrosy idzie się z Glen Shiel, z miejsca zwanego Lundie. Nie wiem czym to Lundie miało by być bo na pewno nie miejscowością – żadnych budynków tam nie ma. Jest za to spory parking.

Muszę się do czegoś przyznać: do tej pory byłam święcie przekonana że munrosy Glen Shiel kończą się na masywie A’Chralaig i Mullach Fraoch-coire (choć przecież byłam na obu tych szczytach i widziałam jak okolica wygląda). Jakoś kompletnie ominął mnie fakt istnienia w tej dolinie kolejnych trzech munrosów. Trochę usprawiedliwia mnie to że kiedy wjeżdżamy do Glen Shiel efektownie po tej stronie drogi zaczyna się robić kiedy pojawia się Brothers Ridge, przedtem widać tylko jakieś połogie zbocza. Tak czy inaczej, być w okolicy tyle razy i wykazać się taką ignorancją, to jest wyczyn 😛

Kiedy zaczynaliśmy nie było zbyt efektownie, wszędzie chmury. Zgodnie z prognozami miały się podnieść więc mogliśmy jedynie mieć nadzieję że nastąpi to zanim osiągniemy szczyty munrosów.

Na Carn Ghluasaid wchodzi się niezłą ścieżką, z początku łagodnie (przechodzi się koło masztu telefonii komórkowej więc to jedno z nielicznych miejsc w okolicy gdzie nie ma problemu z zasięgiem), potem teren stromieje. Na tym etapie widoków nie mieliśmy prawie żadnych.

Loch Cluanie:

Sam Carn Ghluasaid za wiele charakteru nie ma. Wierzchołek jest po prostu kulminacją płaskowyżu, dobrze chociaż że położoną tuż na krawędzi kotła – gdyby nie kotły ten munros byłby po prostu kopą. Jak widać, cały czas nie mieliśmy widoczności acz było widać że wastwa chmur jest cienka, miejscami prześwitywało niebieskie niebo i ogólnie wydawało się jest nadzieja.

Nie pamiętam czy to moje drugie czy trzecie górskie widmo Brockenu (samolotowych nie liczę):

Na Sgurr nan Conbhairean idzie się z początku po płaskim, dopiero na finisz teren znacznie się spiętrza. W związku z czym trochę nie rozumiem jakim cudem Carn Ghluasaid załapał się na munrosa – przełęcz pomiędzy nimi jest wyjątkowo płytka.

Na etapie podchodzenia mieliśmy jeszcze chmury, ale coś tam się odsłaniało. W pewnym moemncie odsłoniło się pole snieżne pod wierzchołkiem Sgurr nan Conbhairean i aż mnie zmroziło jak niesamowicie wysoko zdawało się ono być, dużo wyżej niż się spodziewałam. Różnica wysokości pomiędzy munrosami to 152 metry więc faktycznie trochę wspiąć się trzeba.

Wierzchołek Sgurr nan Conbhairean okazał się zaskakująco nieobszerny, z ładnymi kotłami z obu stron (fakt że można się było tego domyśleć z samej nazwy, „sgurr” oznacza górę nie będącą kopą) – milion razy więcej charakteru niż Carn Ghluasaid. Wreszcie pojawiły się widoki, choć chmur jak widać wciąż trochę było, głównie niestety nad kolejnym munrosem toteż nie mam dobrego zdjęcia ilustrującego dalszą drogę.

Sail Chaorainn jest przed nami we mgle:

Ramię którym mieliśmy wracać do Glen Shiel:

Taki góra trzyosobowy (chociaż to pewnie zależy od gabarytów) schron znajduje się nieco poniżej wierzchołka:

Ta dolina na mapie figuruje jako kocioł: Coire Sgreumh. 

Ze szczytu obniżamy się łagodnym ramieniem, potem nieco ostrzej ale bez wielkiej stromizny na przełęcz, skąd na Sail Chaorainn jest dosłownie spacer.

Różnica wysokości pomiędzy drugim a trzecim munrosem to 107 metrów na korzyść drugiego. Uwaga: za ostatnim munrosem znajduje się kolejne wzniesienie oddzielone płytką przełęczą, które wydaje się być tej samej wysokości co Sail Chaorainn. W rzeczywistości jest o 1 metr niższe. Jeśli ktoś ma energię spacer może sobie oczywiście zrobić, tym niemniej wierzchołek właściwy to ten wcześniejszy.

A’Chralaig i Mullach Fraoch-choire, bardzo piękna trasa:

Jak widać, wracając nie trzeba ponownie wchodzić na Sgurr nan Conbhairean, szczyt można strawersować chociaż trawers wypada i tak sporo powyżej wierzchołka Sail Chaorainn więc włażenia pod górę się nie uniknie:

Na drugim planie początek Brothers Ridge, dalej południowa grań Glen Shiel z charakterystycznymi sylwetkami masywów The Saddle oraz Sgurr na Sgine – ten ostatni z ramieniem kulminującym w szczyciku Faochag, schodzenie z którego było katorgą a wchodzenia nawet nie chcę sobie wyobrażać 😛

Ścieżka zejściowa, na pzredostatnim planie munrosy Glen Quoich które też wystąpią w relacjach z tego urlopu.

Im niżej schodzimy tym bardziej Sgurr nan Conbhairean traci swoje śmiałe linie i zaczyna wyglądać jak kopa. Co trochę usprawiedliwia moją ignorancję opisaną na początku 😉

Pod koniec można zdecydować – iść ścieżką biegnącą zboczami ponad szosą czy też samą szosą. Zdecydowaliśmy się na to ostatnie. Wg Where’s the path odległość odcinka po szocie to dwa i ćwierć kilometra więc jesli nie jest się w zimowych scarpach można się porywać 😉

Trasa liczy sobie tyle samo co poprzednia: 17 km. Tyle że tym razem zaliczamy trzy munrosy. Swoją drogą dwa z nich są na tyle łagodne że jest to relatywnie mało forsowna trójmunrosówka. 

Mapka z Walkhighlands:

 

Beinn Fhada

 

Nr 173, Beinn Fhada

Wymowa: bin fada

Znaczenie nazwy: long hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1032 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 100.

Data wejścia: 29.5.2016

 

Na tegoroczny (pierwszy z dwóch) highlandzki urlop wybraliśmy się znowu w Kintail a konkretnie na półwysep Glenelg, niezłą bazę wypadową w rejon Glen Shiel a nawet na Skye. Wadą tej lokalizacji była konieczność przejeżdżania przez przełęcz Mam Ratagan za każdym razem kiedy chcieliśmy się wydostać z Glenelg (wyjątkiem był wypad na Skye kiedy popłynęliśmy promem). Nie da się jednak zaprzeczyć że widok z przełęczy jest spektakularny. Na zdjęciu po lewej jest A’ Ghlasbheinn, dalej fragment Beinn Fhady (konkretnie Hunter’s Ridge) a na bliższym planie początek grani Pięciu Sióstr Glen Shiel.

Na Beinn Fhadę wchodziliśmy częściowo znaną nam drogą przez Gleann Choinneachain, którą rok wcześniej wracaliśmy z A’Ghlas-bheinna. Start jak poprzednio z miejscowości Morvich. 

Poniżej Bealach an Sgairne, przełęcz pomiędzy A’Ghlas-bheinnem a masywem Beinn Fhady. Całkiem niedaleko od tego miejsca ścieżki rozdzielają się i zaczynamy się piąć zboczami w kierunku szczytowego plateau.

Ścieżka jest wyraźna, wije się przyjaznymi zygzakami, żadnych bagien – jak na Highland to są prawdziwe luksusy.

Hunter’s Ridge jest najciekawszym elementem masywu, który poza tym bardziej by pasował w Cairngormsach niż w Kintail, gdzie góry są strzeliste i mają zdefiniowane granie. Mieliśmy nim schodzić ale spasowałam. Nie czułam się podczas tego wyjazdu nastawiona na żadne, nawet stosunkowo niewielkie przygody czy wyzwania (będzie to widoczne także w notce ze Skye). 

Pogoda była najsłabsza właśnie tego dnia. Przez resztę wyjazdu już nie mieliśmy już powodów do narzekań.

Tu dobrze widać „cairngormskość” Beinn Fhady. To na swój sposób imponujący masyw ale oglądany z innych gór w rejonie po prostu ginie, nie będąc ani najwyższym ani nie dysponując kształtem rozpoznawalnym z daleka.

Widoki ze szczytu (położonego w południowo-wschodniej części masywu) także nieco tracą jako że na pierwszym planie w każdym kierunku wyjąwszy Glen Affric, widzi się przede wszystkim kawał płaskowyżu. 

Droga do Hunter’s Ridge:

Fragment grani sióstr z bardzo charakterystycznym Beinn Sgritheall na ostatnim planie. Nie mam pojęcia jakim cudem ta góra praktycznie z każdego miejsca wygląda na tak wysoką mając zaledwie 974m n.p.m. – ok, wyrasta dosłownie z morza ale wszystkie okoliczne munrosy są blisko morza, większość ma powyżej 1000m a to Beinn Sgritheall robi wrażenie giganta. Ot zagadka.

Poniżej Mullach Fraochchoire i A’Chralaig zaś pomiędzy nimi czubek Sgurr nan Conbhairean, o którym jeszcze nie wiedziałam że wejdę na niego kolejngo dnia.

Jako że zrezygnowaliśmy z Hunter’s Ridge powrót wypadł tą samą drogą a zatem bez przygód. Beinn Fhada zdobyta w ten sposób okazała się dobra na rozruch – 17km po dobrej ścieżce, w sporej części w nieznacznym nachyleniu, pozwoliło się rozgrzać przed kolejnym nieco konkretniejszym dniem.

 

 


The Grey Corries

 

 Nr 170, Stob Choire Claurigh ; 171, Stob Choire an Laoigh; 172, Sgurr Choinnich Mor

Wymowa: stob kori klori; stob kori an lauh; skur konih mor

Znaczenie nazwy:  peak of corrie of brawling; peak of the corrie of the calf; big rocky peak of the moss (za MunroMagic)

Wysokość:  1177 m n.p.m.; 1116 m n.p.m.; 1094 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów:  15 .; 38.; 52.

Data wejścia: 14.5.16

 

The Grey Corries to klasyka, jedna z najbardziej znanych i popularnych tras w Szkocji. Raz ze wzgędu na swoją urodę, dwa centralne położenie oraz generalnie umiejscowienie w rejonie bardzo „outdoorowym”, jako że należą do Nevis Range – graniami da się przejść na sam czubek Benny’ego. Odkładaliśmy tę turę świadomie, ponieważ od jakiegoś czasu celujemy w trasy dalsze i często mniej oczywiste pod względem atrakcyjności. Większość klasyki obskoczyliśmy na samym początku przygody z munrobaggingiem i pozostałe resztki trzeba teraz dozować, żeby nie pozostały nam w końcu same smutne kapusty. Odpychało też to iż pan McNeish, któremu do pewnego momentu ufaliśmy bez zastrzeżeń, polecał tę trasę jako czteromunrosową a to jednak spory wysiłek. Obecnie korzystamy raczej z sugestii na Walkhighlands (przy całej sympatii dla McNeisha do którego mam wielki sentyment), a tam opcje często są jak na nasz gust rozsądniejsze. Tak było i tym razem: Walkhighlands sugeruje żeby położonego na uboczu Stob Bana zostawić na oddzielną wycieczkę. Mieliśmy zatem zrobić trzy munrosy na odcinku 21,5 km, co nie jest jakimś ekstremum.

Ze Spean Bridge należy skręcić na Corriechoille. Mały parking (bardziej zatoczka) znajduje się niecały kilometr za zabudowaniami farmy. Przechodzimy przez plantację iglaków a kiedy ta się kończy, jest to znak że można zacząć się wspinać na ramię góry wzdłuż którego (mając je po prawej stronie) cały czas szliśmy. Ścieżki nie ma ale przy widoczności nie powinno być żadnych problemów nawigacyjnych.

Tym oto ramieniem będziemy się teraz żmudnie wspinać na pierwszego munrosa, mając za plecami widok na Glean Spean, Great Glen, grupę Meall na Teanga i całe mnóstwo szczytów zachodniego Highlandu.

Udręka kończy się w momencie kiedy osiągamy garbik Stob Coire Gaibhre, gdzie zaczyna się grań. Pierwszy widok na Grey Corries robi wrażenie – nagle roztacza się przed nami stado szczytów połączonych graniami, a wszystkie wydają się być na wyciągnięcie ręki.

Z tego miejsca na Stob Choire Claurigh wchodzi się szybko (mnie sceneria tak oszołomiła że wrzuciłam drugi bieg). Na zdjęciu munros to ten w głębi. 

Grey Corries, podobnie jak sąsiednie Mamores, to góry klasyczne – takie jak mógłby narysować przedszkolak. Trójkątne, z uczciwymi spadami z obu stron. Szczyty są tu raczej nieobszerne, granie dobrze zdefiniowane i miejscami wąskie – owszem, to nie Tatry wysokie z ich skałami i lufą ale zdecydowanie mountains, nie hills czy gables. 

Podobnie jak w Mamoresach, jak się już wejdzie na grań to można trzaskać szczytów ile dusza zapragnie 😉 Pomiędzy pierwszym a ostanim munrosem jest ich dokładnie siedem. A można kontynuować w obie strony.

Na Claurighu:

Nawiasem Grey Corries to zdecydowanie płeć żeńska. Ben Nevis i Aonachs z ich byczą kubaturą i topornymi kształtami to faceci, Corriesy za to mają eleganckie i rasowe linie:

Trochę nam zajęło uświadomienie sobie że czwarty grejkorisowy munros, Stob Ban, to to małe po prawej (jest dokładnie 200 m niższy od Claurigha). Mimo niskorosłości wyglądał na ładną górę przypominającą położonego w Mamoresach uroczego kurdupla Binnein Beag.

Widok na Stob Choire an Laoigh z Aonach Beag i bonusowym wierzchołkiem Ben Nevisa z widoczną kopułką Great Tower.

Klasyczny kadr (to się kiedyś urwie. Kwestia czy z turystą).

Marsz granią jest tak luźny że na drugim munrosie jeszcze w ogóle nie czuliśmy zmęczenia. W tle numer trzy, Sgur Choinnich Mor. Najniższy z trójki, przezentował się najkształtniej (a żaden z celów tego dnia plaskaczem nie był).

Tu na zbliżeniu, z Devil’s Ridge oraz Sgurr a’Mhaim na drugim planie (część mamoresowego Ring of Steall który przeszliśmy), oraz Beinn a’Bheithir planie ostatnim (Glencoe. Również zaliczone).

Za drugim munro przechodzimy przez przedostatnie wzniesienie trasy, Stob Coire Easain. Schodzi się z niego dla odmiany po rumowisku, całym błyszczącym od miki. Nie mam zacięcia geologicznego ale niektóre skały wydawały się bardzo ciekawe.

Z przełęczy na munrosa jest z początku ostrzej, potem bardziej horyzontalnie, ale generalnie moment.

Sgurr Choinnich Mor nie zawiódł. To faktycznie najładniejsza góra w grupie. Szczyt i granie podszczytowe są nieobszerne, śmiało zarysowane, powietrzne – ok, brak faktycznej lufy ale jest poczucie przestrzeni, wspaniała odmiana po tutejszych płaskowyżach. 

Na wierzchołku spędziliśmy najwięcej czasu. Kompletnie nie chciało się schodzić. Mogłabym tam zamieszkać.

No ale zejść trzeba było. Na początku wdrapać się znów na Stob Coire Easain a potem już bezpośrednio z niego, ramieniem w dół.

Trasa robi się nieco skomplikowana na dole, kiedy zejdziemy wreszcie do lasu (my na tym etapie mieliśmy już nogi zmasakrowane zimowymi butami – na kolejną wycieczkę wjadą już letnie). Jest to teren robót leśnych więc krzyżuje się tam sporo dróg. Mam nadzieję że mapka wyjaśni sprawę. Wrzucę ją jutro.

Trasa dorównała swej reputacji. Grey Corries powinny być IMO punktem obowiązkowym każdego górołaza w Szkocji. Bardzo udana wycieczka, o czym świadczy fakt że miałam prawdziwą wenę podczas pisania tej notki, a zazwyczaj miewam tak tylko w przypadku jakichś przygód na trasie. Tym razem było „nudno”, a i tak siadłam do klawiatury z wielką przyjemnością.

 



Sgurr Choinnich i Sgurr a’Chaoraichean

 

Nr 168, Sgurr Choinnich; nr 169, Sgurr a’Chaorachain

Wymowa: skur konih; skur a korahen

Znaczenie nazwy: rocky peak of the moss; rocky peak of the rowan tree (za MunroMagic)

Wysokość: 999 m n.p.m.; 1053 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 139.; 78.

Data wejścia: 30.4.16

 

Na Sgurr Choinnich i Sgurr a’Chaorachain idzie się z Glen Carron. Parking znajduje się (jadąc od strony Inverness) parę kilometrów przed stacyjką kolejową w Achnashellach (po lewej stronie drogi stoi charakterystyczny biały domek). Należy przekroczyć tory kolejowe a dalej już idzie się drogą jezdną.

Wrażenie robi skalna wschodnia ściana korbeta Sgurr nan Ceannaichean. Korbet ów jeszcze parę lat temu znajdował się na liście munrosów, dopóki dokladniejsze pomiary nie ujawniły, że brakuje mu jednego metra. Kiedyś powiedziałabym, że mimo to warto go odwiedzić, dziś kiedy uświadomiłam sobie jak ciężkim zadaniem jest zebranie wszystkich munrosów (pracując do 60h w tygodniu, mając jakieś życie towarzyskie oraz chcąc jednak podróżować także za granicę), powiem że dobrze, że lista się skróciła 😉

Do munrosów docelowych dochodzi się dopiero po siedmiu kilometrach. Ta grupa górska położona nad Loch Monar jest jedną z trudniej dostępnych ze względu na odleglość od dróg. Mieliśmy tego próbkę rok temu na sąsiednich szczytach >>LINK<<

Jak widać zima, która w tym roku już zdążyła sobie pójść, wróciła i to spektakularnie. Sgurr Choinnich jest po prawej. Po przekroczeniu potoku wątła ścieżka wyprowadza na przełęcz skąd startuje ramię góry. Teren był potwornie mokry a ścieżką plynął wręcz strumyczek.

Przełęcz i ramię Sgurr Choinnich. Na przełęczy zaczęło wiać, dużo mocniej niż zapowiadały prognozy. Zaczęłam przeczuwać że ta wycieczka to jednak nie będzie piknik w parku.

Ramię którym wchodzimy. Stromizna jest większa niż wydaje się z odległości. Tu wiatr zaczął już naprawdę pokazywać co potrafi. Nie było to jeszcze absolutne ekstremum takie jak parę lat temu przeżyliśmy na Conivalu i Ben More Assyncie, ale momentami niewiele brakowało. Podmuchy ciskały też w twarz drobnym gradem – bez gogli musielibyśmy chyba się wycofać. Ogólnie rzecz biorąc na tym obiektywnie nietrudnym odcinku pomiędzy przełęczą a wierzchołkiem musieliśmy stoczyć całkiem konkretną walkę.

Nasze munrosy z linka, Lurg Mhor i Bidein a’Choire Sheasgaich. „Cheescake” pośród okolicznych gór prezentuje się jak mini-mini Matterhorn 😀 Poprzednim razem zdobywaliśmy go bez widoczności ale pod koniec byla ciężka robota ze względu na stromiznę – to już teraz wiem dlaczego.

Wiatr tak mnie dobijał, że miałam wielką ochotę zawrócić. Za każdym razem kiedy już już mialam zamiar to wykrzyczeć coś mnie powstrzymywało. 

Po pewnym czasie podjęłam decyzję że na tego pierwszego jakoś wejdę, skoro już jestem tu gdzie jestem, ale zaraz potem zawrócimy. 

Sgurr nan Ceannaichean:

Na odcinku podszczytowym wiatr hulał aż miło. Grańkę przeszliśmy w bezpiecznym oddaleniu od nawisów jakie wytworzyły się na podszczytowych zerwach. Śnieg zrobil się kopny i głęboki po kolana. Trzeba było stąd spieprzać a że w sumie na tym etapie w obie strony było mniej więcej tyle samo, uznałam że możemy równie dobrze napierać na drugiego munrosa. W pewnym momencie Mariusz stwierdził że wg GPSa szczyt już przeszliśmy. Dlatego nie ma tradycyjnego zdjęcia. Niebieska linia naszej trasy na GPSie potwierdza jednak że na wierzchołku byliśmy, zresztą ciężko byłoby przez niego nie przejść. 

Zejście na przełęcz pomiędzy munrosami poszlo ekspresowo. Ponieważ tu nie wiało, mogliśmy odpocząć – głównie psychicznie. Mariusz co prawda miał także dość spory fizyczny kryzys (ja zresztą też byłam już zmęczona) ale nie było opcji awaryjnego zejścia – alternatywą były albo opadające z przełęczy skały albo pustkowie nad Loch Monar z którego do cywilizacji mielibyśmy minimum trzydzieści parę kilometrów. Trzeba było cisnąć.

Na Sgurr a’Chaorachain wyprowadza szeroka acz dobrze zdefiniowana grań. Wiatr na tym etapie zelżał – pojedyncze silne podmuchy nadal się zdarzały ale byla to już inna liga – śnieg był momentami po uda, widoczność zero. Na szczęście na szczyt biegły ślady które ułatwiły nam życie, wskazując którędy lawirować między skałkami jak najmniejszym kosztem energetycznym.

Tym razem wierzchołek był oczywisty: z rozleglych przestrzeni kopuły szczytowej wystawal jedynie w dwóch trzecich zasypany kamienny schron.

Bez GPSa byłoby dużo ciężej i ryzykowniej.

Schodziliśmy na północ ramieniem munrosa, z początku po dość płaskim, potem już znacznie stromiejącym terenie. Widok na przełęcz:

Zejście po stromiźnie w miękkim śniegu wymagało sporo ostrożności toteż ciągnęło się jak smród za pielgrzymką. 

Na szczęście mieliśmy spektakularne widoki na masywy Torridonu: poniżej Liathach.

Beinn Eighe:

Oraz Slioch:

Kiedy w końcu udalo się zejść do drogi, miałam ochotę całować grunt.

Siedem kilometrów powrotu poszło sprawnie jako że nie trzeba już było uważać na każdy krok. Zaczynam mieć na poważnie dość śniegu. Przezimowałam się górsko. Na osłodę mieliśmy też widok na Coulin (nie mylić z Cullinami) Hills, to jest Fuar Tholl, Sgurr Ruadh oraz Beinn Liath Mhor:

Wycieczka była… konkretna. Ze względu na warunki zdecydowanie nie był to spacer. Zapewne ktoś kto szedł tamtędy w słoneczny letni dzień miałby diametralnie różne odczucia ale nas natura naprawdę sponiewierala. 

Calość to 20 km.

 

 

Stob Coir’an Albannaich i Meall nan Eun

 

 Nr 166, Stob Coir’an Albannaich; nr 167, Meall nan Eun

Wymowa: stob koran alpa-na; mil nan ain

Znaczenie nazwy: peak of the scotsman’s corrie; hill of the bird (za MunroMagic)

Wysokość: 1044 m n.p.m.; 928 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 90.; 254.

Niżej opisaną wycieczką zakończyliśmy zdobywanie munrosów Glen Etive. Do samej doliny się wróci bo jest wybitnie biwakowa oraz stanowi imponujący matecznik rododendronów 😉

Start z tego samego parkingu co na Ben Starava oraz Glas Bheinn Mhor, początek trasy również zbieżny. Za każdym razem atrakcją jest przekraczanie mostu nad bardzo przejrzystą i bardzo głęboką rzeką gdzie można na poważnie nurkować (widzieliśmy).

Poniżej Glas Bheinn Mhor i grań w kierunku Ben Starava, nasz pierwszy munros leży po lewej stronie, nie jest widoczny z drogi chyba że liczyć ramię góry na pierwszym planie. 

W dolinie jest ścieżka ale ukształtowanie terenu i tak prowadzi samo. Łagodnie wspinamy się na przełęcz pomiędzy Stob Coir’an Albannaich a Glas Bheinn Mhor.

Z przełęczy wierzchołka munrosa nadal nie widać, otwiera się za to widok na Rannoch Wall i grupę Ben Lui (zdjęć nie daję bo akurat w tamtej stronie padało). Początkowe podejście z siodła przełęczy jest w miarę strome, aż osiągamy relatywne wypłaszczenie z którego widać finałowe podejście oraz szczyt. Z tej perspektywy szału raczej nie robi:

Glas Bheinn Mhor ze Staravem wyglądają za to dość monumentalnie, spokojnie dałyby radę w Tatrach Zachodnich:

Wchodząc wyżej możemy w końcu popodziwiać eleganckie linie masywu Cruachana, moim zdaniem jednej z najpiękniejszych gór Szkocji choć nie mam do niej osobistego sentymentu.

Wierzchołek Stob Coir’an Albannaich pozytywnie rozczarowuje: jest nieduży a od północy opadają ładne zerwy. Na tym etapie bylismy przekonani że Meall nan Eun to góra w cieniu na ostatnim planie i morale nam siadło. Okazało się jednakowoż że Eun to kopa na planie drugim a „ciemna góra” to zdeptany już przez nas munro Stob Gabhar, do którego należałoby zejść w położoną niemal na poziomie morza dolinę.

Najpiękniej prezentowało się Glencoe z moim ukochanym Bideanem nam Bian:

A także góra, której przedstawiać nie trzeba.

Wierzchołek Stob Coir’an Albannaich z perspektywy zejścia ma całkiem przyjemne i niekapuściane linie. Stwierdziłam że to ładna góra, nawet jeśli nie stanowi wyzwania nie jest jednakowoż nudnym plackiem.

Glencoe od zadu strony:

Ze szczytu obniżamy się nieco by za chwilę zacząć wspinać na poślednie wzniesienie pomiędzy munrosami. Na tym etapie wciąż byliśmy przekoani że nasz cel to góra która finalnie okazała się Stob Gabharem, więc nastroje były zdeterminowane acz mocno fatalistyczne ;P

Kiedy w pewnym momencie uświadomiliśmy sobie że munros jest tuż tuż, uldze nie było końca.

Szczytowe:

Jak widać wierzchołek Meall nan Eun jest z tych obszerniejszych, AKA jak to mój brat raczył określić, bulwiacz.

Zejście było tyleż proste nawigacyjnie co męczące: brakiem ewidentnej ścieżki, mokrością, na początku nachyleniem itd. Highlandzka klasyka 🙂

Dokończenie Glen Etive powoduje że liczba munrosów blisko domu skurczyła się jeszcze bardziej i teraz przeważająca większość tych niezrobionych to już konkretne wyprawy, w każdym razie pod względem odległości.

 

Mapka jak znajdę czas.

 

 

 

 

Sgurr na Sgine

 

 Nr 165, Sgurr na Sgine

Wymowa: skur na skine

Znaczenie nazwy: rocky peak of the knife (za MunroMagic)

Wysokość: 946 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 223.

Data wejścia: 16.4.16.

 

Tym razem plan zakładał że przejdziemy znaną już trasę przez Forcan Ridge na munrosa The Saddle, po czym pójdziemy na nie zdobytego poprzednim razem Sgurr na Sgine. Tu >>LINK<< do poprzedniej wycieczki z lata 2008 roku.

Poranne Rannoch Moor:

Topografii nie będę szczegółowo opisywać ponieważ mapka jest w dużej skali i dobrze wszystko pokazuje, ponadto nie jest to skomplikowana orientacyjnie trasa. Co muszę napisać to to że Glen Shiel, jak zawsze, powaliła mnie swoją potęgą. Jest chyba nawet bardziej monumentalna od Glencoe.

Na zdjęciu kolejno: grań wyprowadzająca na Sgurr nan Forcan, grań pomiędzy nim a The Saddle oraz wierzchołek munrosa. Nazwę „Forcan Ridge” rezerwuje się (wyjątkiem zdaje się być Walkhighlands) jedynie na odcinek pomiędzy Sgurr nan Forcan a The Saddle. Całość w półzimowych warunkach wyglądała mniej niewinnie niż zapamiętałam z poprzedniego razu.

Zwłaszcza końcowe podejście na Forcana budziło respekt:

Południowa grań Glen Shiel:

Fragment Pięciu Sióstr:

Na pierwszym odcinku grani, do wypłaszczenia, scrambling jest w miarę prosty i bez ekspozycji.

Widoczne po prawej wypłaszczenie jest już z kolei dość eksponowane ale bez trudności. Finałowe podejście wyglądało za to dość groźnie. Z tego co pamiętałam była tam ścieżka którą można było omijać ostrze grani w cięższych momentach… Ale ogólnie po sześciu latach wspomnienia dość mocno się zatarły.

Okazało się że jest dużo trudniej niż zapamiętałam, momentami spora ekspozycja, gdyby nie chłopaki nie poradziłabym sobie. Trudno mi ocenić na ile wzrost trudności wynikał z zimowych warunków, choć nie wiem z czegóż by w sumie innego: przez te sześć lat trochę po górach połaziłam, nawet się lekko powspinałam ze trzy razy, nie powinno być tak że w mojej percepcji trudności nastąpił totalny regres. A jednak odebrałam tę trasę jako dużo cięższą niż poprzednim razem! Było na przykład jedno miejsce gdzie miałam dylemat: dać bardzo niezręcznego pojedynczego kroka nad lufą, albo schodzić po nieco tylko mniej eksponowanej gładkawej płycie, obie opcje niefajne. Zupełnie takiego miejsca ani dylematów nie kojarzę z pierwszego razu.

Było i suwanie okrakiem po koniu skalnym, i inne atrakcje obiektywnie nietrudne ale takie których naprawdę nie pamiętałam. Jak myśmy szli poprzednio? 

Finałowe podejście na kopułę szczytową Forcana uskuteczniliśmy po twardym jak beton polu śnieżnym. Do przejścia pozostała nam jeszcze „tylko” Forcan Ridge. Też pamiętałam ją jako nietrudną ale na tym etapie już raczej nie ufałam swoim wspomnieniom.

Tu widać szczyt Forcana a dalej Forcan Ridge po The Saddle. Staliśmy u wylotu żlebu opadającego spod wierzchołka i wtedy mnie olśniło, że możemy równie dobrze nim zejść – miałam już dosyć. 

Zejście żlebem okazało się niewiele mniej emocjonujące niż dotychczasowa trasa. Na pewno było to jedno z bardziej stromych zejść jakie kiedykolwiek zaliczyłam. Ostrożność i koncentracja konieczne przez cały czas, zwłaszcza na odcinkach pokrytych śniegiem, na których czułam się zresztą jak na drabinie.

Fizycznie ten stresujący odcinek dał mi popalić najbardziej. Cudownie było wreszcie usiąść na dole i zagrzać sobie wodę na herbatę. Musieliśmy tylko jeszcze podjąć decyzję: kontynuujemy na Sgurr na Sgine czy nie?

Oczywiście byłam za. Nie darowałabym sobie zrezygnowania z tej góry po raz kolejny.

Żeby wejść na munrosa najpierw należało się wdrapać na przeciwległy wał górski (znaleźliśmy ścieżkę więc poszło szybko), skąd na wierzchołek było już niedaleko – to garbik po lewej:

Tu już atrakcji nie było, uważać należało jedynie na płatach betonowego śniegu. Raki zdjęliśmy po zejściu żlebem i nikomu już nie chciało się z nimi pieprzyć.

Widoki ze Sgurr na Sgine powalały, ale najwspanialej przezentował się jednak masyw The Saddle. Pięknie widać nasze zejście: z Forcana opadają dwa śnieżne żleby tworząc literę V; ten po prawej jest nasz. Aż mnie zmroziło jak go zobaczyłam z tej perspektywy.

Żeby zacząć schodzić należało przejść przez widoczne poniżej ramię wyprowadzające na szczycik Faochag, który pięknie przezentuje się z dna doliny. Konkretnie to wygląda na niemal niemożliwy do wejścia ze względnu na stromiznę. Podejrzewam że to „ostrze noża” w nazwie munrosa mogło się wziąć właśnie od jego kształtu.

Faochag – stąd trzeba było jeszcze tylko zejść 900 metrów w dolinę.

Przyjemnym momentem było rozdziewiczanie snieżnej grańki:

Zejście było bardzo strome, ale jeśli na odcinku dwu i pół kilometra obniża się o 900 metrów trudno się spodziewać czegoś innego. Dla kolan – zabójstwo, ale na pewno piękne i spektakularne zwieńczenie trasy.

Wycieczka cudowna, ale bardzo dała mi w kość. No i cały czas zastanawiam się skąd różnica w moich wspomnieniach z obecną percepcją tej trasy. Mariusz twierdzi, że po prostu trudności wzrastają w zimowych warunkach i o nic więcej tu nie chodzi. Przyznaję uczciwie – grań wejściowa na Forcana była dla mnie tym razem wyzwaniem, a żleb zejściowy okazał się nieoczekiwaną wisienką na torcie. 

Glas Tulaichean

 

Nr 164, Glas Tulaichean

Wymowa: glas tulahen

Znaczenie nazwy: grey-green hillocks (za MunroMagic)

Wysokość: 1051 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 79.

Data wejścia: 19.3.16

 

W sobotę dzień był jak jeden na milion. Chociaż obydwoje jesteśmy przepracowani nie dało rady nie pójść w góry. Celem były dwa munrosy nieopodal Glen Shee, ale daliśmy radę zdeptać tylko jednego. 

Rejon płaskowyżu Mounth do którego zalicza się Glen Shee jest wybitnie naleśnikowaty, niewiele tu kotłów i skalnych formacji charakterystycznych dla położonych nieco na północ Cairngormsów, jest jednak bardzo fotogeniczny. W tych rolujących się wzgórzach bez charakterystycznych punktów jest jakiś wielki spokój.

Start z parkingu w Spittal of Glenshee, skąd należy się kierować w stronę Dalmunzie House Hotel. Za hotelem asfalt się kończy i wchodzimy w wąską Glen Lochsie.

Nie poszliśmy drogą dnem doliny ponieważ płynie nim rzeka, a teraz podczas roztopów wszystkie górskie rzeki i strumienie szaleją. Wspięliśmy się do ścieżki biegnącej równolegle do zboczy i nią doszliśmy suchą nogą do ruin Glenlochsie Lodge, gdzie dołączyliśmy do drogi. Od tego miejsca biegnie już ona w górę, łagodnym wałem opadającym z plateau szczytowego Glas Tulaicheana.

 

Patrząc z wału, jedynym charakterystycznym punktem krajobrazu jest masyw Beinn a’Ghlo, wielki i mniej naleśnikowaty niż reszta:

 

Oraz – widoczne ponad ramieniem sąsiedniego Carn an Righ, na którego nie weszliśmy – Cairngormsy, które jeszcze pokażę na zbliżeniu.

 

Plateau szczytowe (wciąż nie mogę wyjść z szoku nad tym jaka pogoda nam się trafiła):

I typowy dla Mounth krajobraz. Tych zdjęć mamy całą serię, i wszystkie wyglądają niemal identycznie. Ale taki obraz mogłabym mieć na ścianie. Zawsze w Glen Shee mam malarskie skojarzenia. Tym razem również kulinarne – ja tu widzę wielkiego murzynka posypanego cukrem pudrem.

Obiecane Cairngormsy, a konkretnie otoczenie Lairig Ghru. Po lewej ciemny Devil’s Point, za nim Cairn Toul, Angel’s Peak i Braeriach. Po prawej Cairn a’Mhaim przechodzący w masyw Ben Macdui. Z tego zdjęcia byliśmy na wszystkich wierzchołkach.


Schodziliśmy krawędzią kotłów które stanowią jedyny ciekawszy rys Tulaicheana – nawisy są jeszcze całkiem spore.

Dupozjazd po tym zboczu okazał się jednym z głupszych pomysłów. Bardzo głupim wręcz. Dobrze że nikomu nic wielkiego się nie stało.

Po podjęciu decyzji o niekontynuowaniu na Carn an Righ rozpoczęliśmy powrót przepiękną Glen Taitneach. Zresztą nie wiem czy faktycznie była przepiękna czy to ta niesamowita pogoda sprawiała że wszystko wydawało mi się być jak nie z tej ziemi. 

To zdjęcie ma jedynie lekko podniesiony kontrast i jest podostrzone. Przy kolorach nic nie było majstrowane. 

Takie niebo zdarza się w Szkocji może kilkanaście razy w roku, więc sami sobie odpowiedzcie jakie są szanse że akurat będzie to nasza wspólna wolna sobota. 

 

Zanim Glen Taitneach się wypłaszczy, opada stromym progiem. Ścieżka biegnie wzdłuż potoku tworzącego gdzieniegdzie malownicze wodospadziki. Mimo ograniczonych widoków był to IMO najładniejszy odcinek trasy.  

 

Przyznaję w pewnym zażenowaniem że choć zrobiliśmy zaledwie niecałe 25 km i to w dużej mierze po płaskim, koniec trasy powitałam z wielką ulgą. Miało w tym na pewno udział to że na asfalcie pomiędzy parkingiem a Dalmuznie House scarpy mnie zniszczyły, choć nie był to długi odcinek.

Trochę mnie boli że nie zaliczyliśmy tego Carn an Righ. Głównie dlatego, że mieliśmy szansę to zrobić w pogodę, która już się nam tam raczej nie trafi. Dziwnie będzie wbijać się tam w najbardziej prawdopodobnym klimacie pt. „Kapusty we mgle” pamiętając jak to było poprzednim razem.

Póki co bez mapki bo mam z nią problem techniczny.

 


Gairich

 

Nr 163, Gairich

Wymowa: ga-rih

Znaczenie nazwy: noisy hill (za MunroMagic)

Wysokość: 919 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 272.

Data wejścia: 9.01.16

Gairich jako cel „wybrał się” sam. W tym rejonie miało być okienko pogodowe, trasa jest krótka, a Glen Garry bardzo nam się spodobała kiedy ją odkryliśmy wyprawiając się na Sgurr a’Mhaoraich w czerwcu. Nie było nad czym kombinować. Pobudka o 3.30, modlitwa do Absolutu o niezasypane drogi i o siódmej mogliśmy szczękać zębami szykując się do wyruszenia w trasę.

Poranna inwersja nie zawiodła. Szczyt Gairicha odbija się w Loch Quoich.

Już na samym początku oczywiste było że raki i czekany nie będą robiły jedynie za balast. Śniegu nie było zbyt wiele, za to lodu pod dostatkiem.

 

Munrosy Gleouriach i Spidean Mialach, jeszcze niezrobione:

Na Gairicha idzie się dłuuugim łagodnym ramieniem, a kiedy teren zaczyna stromieć i robi się skalisty to znak że osiągamy kopułę szczytową. Były dwa momenty scramblingowe: pierwszy banalny, acz o tyle niekomfortowy że nie lubię scramblingu w rakach. Drugi, pod wierzchołkiem, w lecie przeszedł by być może nawet niezauważony, ale w śniegu i lodzie sprawił mi problem i Mazio musiał mi podać czekan jako chwyt. W drodze powrotnej obeszliśmy to miejsce żlebem – po lisich śladach. Lis też nie miał ochoty rzeźbić 😉

Fota szczytowa:

Tu zaś wspomniany żleb:

Poranne warunki wzbudziły w nas nadzieję że będą widoki, błękitne niebo i munro porn ale wierzchołek tkwił w chmurze. Wielka szkoda, bo Gairich musi być wspaniałym punktem widokowym.

Coś tam na szczęście się odsłaniało.

Ben Nevis, the North Face:

Patrzę na otoczenie Glen Kingie, póki co przez nas nie eksplorowanej:

Temperatura na wieczór zaczęła się obniżać, poranne pokryte szedzią błota zmieniły się w ślizgawkę. Ścieżka wyglądała tak:

Raki zdjęliśmy już całkiem nisko, do końca nie będąc pewni czy jednak lepiej w nich nie zostać.

Szarówka nadeszła zbyt gwałtownie, za wcześnie. Znikąd pojawiły się chmury z których zaczął sypać śnieg. Mariusz stwierdził, że musimy lecieć, bo jeśli zacznie sypać mocniej nie damy rady wygrzebać się z Glen Garry samochodem. Trzeba było prawie biec – próbowaliście kiedyś biec po lodzie? 

Ostatnie spojrzenie na Gairicha:

Te finałowe cztery kilometry dały nam popalić. Lecieliśmy po tym lodowisku jak wariaci, to że mam wszystkie zęby świadczy jedynie o tym iż miałam więcej szczęścia niż rozumu. Doliny nam nie zasypało, acz i tak rozwaliliśmy oponę i rozpoczęły się inne przygody… Ale to już do tej relacji nie należy. 

Trasa liczy sobie 15 km i w bardziej sprzyjających warunkach jest to jak mniemam spacer.

Mapka z Walkhighlands:

 

Ben Klibreck

Nr 162, Ben Klibreck

Wymowa: angielska

Znaczenie nazwy: hill of the speckled cliff (za MunroMagic)

Wysokość: 962 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 194.

Data wejścia: 27.10.15

 

Ben Klibreck był ostatnim z czterech munrosów Dalekiej Północy który jeszcze nam został. Robiliśmy na niego jak dotąd jedno podejście ale pogoda była wówczas tak paskudna że poprzestaliśmy na zlokalizowaniu początku trasy.

Klibreck to wielki, rozłożysty i plaskaty masyw. Jego rozmiary robią wrażenie, ponieważ ta wschodnia część Sutherlandu jest znacznie mniej pofałdowana od zachodniej i taki wyrastający pośrodku pustkowia munros wygląda spektakularnie. Sam wierzchołek (Meall nan Con) jest kształtny i nie trzeba się głowić, gdzie też znajduje się najwyższy punkt.

Świt w Durness był obiecujący. Zanosiło się na kolejny dzień pięknej pogody.

Ben Klibreck z trójkątem Meall nan Con z początku trasy. Widać że ścieżka pnie się najpierw na garb po prawej. Wyglądało że czeka nas długi ale raczej niezbyt żmudny marsz.

Wrażenie pustki było niesamowite. Klibreck leży w samym sercu Dalekiej Północy, wciąż blisko Atlantyku (inna sprawa że w Szkocji znikąd nie ma daleko nad morze, najdalej z Cairngormsów a też nie jest to wielka wyprawa) lecz na tyle daleko by wody nie było widać. Tereny na wschód są coraz lżej pofałdowane, do zupełnie płaskiego Caithness. Szczyty Assynt na zachodzie wydają się odległe. Najbliższe góry: korbet Ben Loyal i munro Ben Hope – leżą w odległości 18 i 23 kilometrów.

Ben Loyal:

Ben Hope:

O ile z wycieczki na Quinag wróciliśmy z suchymi butami, tu już na starcie przywitało nas bagno. Właściwie na każdym wypłaszczeniu, czyli na tej trasie w wielu miejscach, natykaliśmy się na klasyczne highlandzkie atrakcje:

Można tam wpaść w błoto po pachwinę i mnóstwo czasu się traci na obchodzenie (o ile obejście jest możliwe) tych bagien. Przez nie podejście na pierwszy pagór było dużo bardziej forsowne niż można by sądzić po samej rzeźbie terenu.

Ben Hope i Ben Loyal:

Za pagórem następuje obniżenie, kolejną kopę na szczęście można strawersować.

Niestety, wiatr ze wschodu się wzmagał i zaczęły na nas iść chmury. Już było raczej wiadomo że szanse na widoki z wierzchołka będą marne.

Na Meall nan Con podchodziliśmy w chmurze i silnym wietrze (nie przewracał ale powodował dyskomfort). Chmury kłębiły się tylko nad masywem który je zatrzymywał, przeświecało przez nie słońce i momentami widać było wciąż błękitne niebo a nawet jakieś fragmenty widoków. Z nawigacją jednak nie było problemów. Sam wierzchołek też jest ewidentny.

W drodze powrotnej z chmury wyszliśmy dopiero na trawersie. 

Tu fajnie widać kocioł jaki się przewalał nad Klibreckiem, tylko trzeba to sobie jeszcze wyobrazić w ruchu:

Do samochodu doszliśmy nieco wytrzepani. Długość trasy to zaledwie 14 kilometrów ale subiektywnie odczuliśmy ją jako dłuższą, częściowo na pewno ze względu na przedzieranie się przez błota. 

Po Klibrecku nie spodziewaliśmy się szału, atutem tej góry jest jej lokalizacja. Pod tym względem faktycznie zrobił wrażenie. Nawet pomimo braku widoczności na szczycie, to co zdołaliśmy zobaczyć, klimat pustki i dzikości, było niesamowite. Warto odnotować że przez cały dzień nikt poza nami na Klibrecka nie szedł. Na Quinag z kolei spotkaliśmy jedynie pojedynczą trzyosobową grupkę. Daleka Północ o tej porze roku raczej nie jest popularna. Idealny kierunek dla koneserów 😉

Mapka z Walkhighlands.


 

Derry Cairngorm

 

 Nr 161, Derry Cairngorm

Wymowa: angielska

Znaczenie nazwy: blue peak of Glen Derry (za MunroMagic)

Wysokość: 1155m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 20.

Data wejścia: 7.8.15

 

Derry Cairngorm deptany samodzielnie to jedna z krótszych wycieczek w Cairgormsach, niewiele ponad 20 km. Wycieczka składa się z dwóch etapów: najpierw drogą przez Glen Lui to Derry Lodge, a stamtąd niemal od razu marsz do góry, skąd długie ramię serią kop wyprowadza na szczyt. 

Spacer przez Glen Lui z jej starodrzewami i wijącą się wężowo rzeką to zawsze przyjemność. W tę stronę oczywiście 😉

Kawałek za Derry Lodge rozpoczyna się podchodzenie. Aż do samego końca ścieżka jest bardzo dobra i praktycznie niemożliwa do zgubienia. Ten wstępny kawałek jest najbardziej stromy, kiedy dostaniemy się na pierwszą kopkę reszta drogi jest na wielu odcinkach niemal pozioma. To na ostatnim planie to już okolice szczytu.

W panoramie wyróżnia się masyw Beinn a’Ghlo:

Niestety załamanie pogodowe uniemożliwiło ukazanie pełnego uroku Cairngormsów na zdjęciach. Na żywo skala i kubatura tych gór robią wrażenie niezależnie od ich względnie łagodnych linii. Piszę „względnie” bo kotły i zerwy też tam gdzieniegdzie są i prezentują się spektakularnie.

Ogólnie rzecz biorą owszem są to kopy ale kopy którym należy się szacunek.

Wierzchołki są dwa, niemal tej samej wysokości. Właściwy jest ten północny.

Po zrobieniu zdjęcia od razu rozpoczęliśmy odwrót bo deszcz zacinał, a tymczasem okazało się że gdybyśmy posiedzieli na szczycie ze 20-30 minut zrobiłyby się takie warunki:

Nie pierwsza i nie ostatnia taka sytuacja w górach. Przynajmniej powrotny spacer przez Glen Lui odbył się w przyjemnych okolicznościach przyrody. Ponadto po raz pierwszy wracając tamtędy nie czułam się kompletnie wypluta, tak łagodna i nieforsowna jest trasa na tę górę.

Poniżej widać całe podejście na Derry Cairngorm czyli tę symetryczną kopułkę na ostatnim planie.

 

Gdyby komuś było mało z Derry Cairngorma można kontynuować na Beinn Mheadhoin albo nawet Ben Mcdui. Tę pierwszą opcję rozważaliśmy, ale ostatecznie pogoda zdecydowała za nas. W takiej formie jak poszliśmy jest to lekka wycieczka a jednak wyprowadza w samo serce Cairngormsów.