The Snowdon Horseshoe

Po rozgrzewce na Tryfanie postanowiliśmy przejść lokalną klasykę, the Snowdon Horseshoe. Masyw Snowdona wywarł na mnie duże wrażenie. Jest wielki: rozległy i mocno rozgałęziony, wysyłający macki grani we wszystkich kierunkach. Na Snowdona można zatem wejść na bardzo wiele sposobów (samych turystycznych ścieżek naliczyłam 8), a nawet wjechać kolejką. Choć góra nie jest wysoka (1085m n.p.m.) sprawia wrażenie konkretu i niewątpliwie zasługuje na swoją popularność. W Highlandzie podobnie przytłaczające wrażenie wywierają na mnie the Mamores oglądane z Kinlochleven albo Nevis Range spod pomnika komandosów.


Nasza trasa miała prowadzić następująco: wspin na grań Crib Goch – odcinek granią – za podejście na Garnedd Ugain – finalny atak na wierzchołek Snowdona – powrót przez Y Lliwedd:

Przyznam że miałam pietra przed granią Crib Goch, ponieważ nie lubię obustronnej ekspozycji, co udowodniłam chociażby na Lodowym Koniu. Z drugiej strony był to wg wszystkich przewodników łatwy scrambling, w skali angielskiej jedynkowy (na 3. Skala szkocka jest bardziej szczegółowa: ma pięć poziomów, więc angielska jedynka to byłaby chyba zarówno nasza jedynka jak i dwójka).

Start z malowniczej przełęczy Pen-y-Pass położonej na 360m n.p.m. Jest tu hostel i kafejka oraz parking, za który zdzierają jak za zboże: 10 funtów!

Pass of Llanberis i przebiegająca przez nią A4086 z początku trasy:

Image Hosted by ImageShack.us
Crib Goch aka Czerwony Grzebień to góra po prawej (widok z Pen-y-Pass), czyli samo gęste mamy zaraz na starcie. Z przełęczy idziemy kamiennym chodnikiem by na ramieniu góry dojść do rozstaju szlaków: w lewo odchodzi tu Pyg Track, czyli lokalna ceprostrada, najłatwiejsza i najbardziej popularna trasa na Snowdona, a w prawo ścieżka podchodząca pod zbocza Grzebienia.
Image Hosted by ImageShack.us
Podejście na Crib Goch skojarzyło nam się mocno z Zawratem, a konkretnie z początkowym odcinkiem podejścia, przed łańcuchami, ewentualnie z kawałkiem pod Kazalnicą przed klamrami. Skała cudnie rzeźbiona, lita, wiele wariantów wejścia. 
Image Hosted by ImageShack.us
Ten fragment to raczej szkocka dwójka, ponieważ ręce zdecydowanie były potrzebne:
Image Hosted by ImageShack.us
Pogoda była nieco denerwująca. Wiatr się wzmagał i przywiewał chmury, momentami podmuchy były całkiem mocne i miałam wizje jakaż to wichura rozpęta się na grani – a potrafi, nie raz i nie dwa wiatr mnie przewracał albo skądś spychał. Na wierzchołku okazało się że jednak nie jest tak źle.
Image Hosted by ImageShack.us
Grań okazała się znacznie mniej przerażająca niż to sobie wyobrażałam. Przede wszystkim lufy w rozumieniu tatrzańskim tam nie ma. Po jednej stronie owszem (nie pion ale konkret), ale po drugiej jest zaledwie strome zbocze. Crib Goch opisywana jest w przewodnikach jako dosłownie ostrze noża, i może się taka wydawać w lokalnych warunkach, ale kto chociażby widział (już nawet nie przechodził) ostrą tatrzańską grań tego to określenie raczej by rozśmieszyło. Nie chcę brzmieć protekcjonalnie: tak jak było bardzo mi odpowiadało ponieważ do śmigania po tych ostrych się średnio nadaję. Niemniej z tym "ostrzem noża" trochę pojechali po bandzie.
Image Hosted by ImageShack.us
Można iść górą, można po lewej stronie, wedle upodobania:
Image Hosted by ImageShack.us
To wielkie w tle to sam Snowdon – 163m wyższy od Grzebienia.
Image Hosted by ImageShack.us
Tu dobrze widać iż grań faktycznie jest dość wąska ale kąt nachylenia zbocza po prawej stronie nieco psuje efekt:
Image Hosted by ImageShack.us
Grzebień finiszuje w trzech pinaklach, które na pierwszy rzut oka wyglądają trochę przerażająco. Tymczasem dwa pierwsze bez najmniejszych problemów trawersuje się od lewej (trochę ścieżki, trochę łatwego scramblingu):
Image Hosted by ImageShack.us
Ostatni pinakiel wygląda jakby ktoś skopiował go i wkleił z Aonach Eagach. Na tego dla odmiany wchodzi się od prawej. Za plecami jest trochę lufy ale trudność techniczna żadna, włazi się po pięknych półach, z mnóstwem chwytów i stopni.
Image Hosted by ImageShack.us
Za tym odcinkiem okazuje się, że to już… Grzebień jest króciutki. Miłośnicy używania czterech kończyn nie powinni jednak czuć się rozczarowani. Za płytką przełęczą rozpoczyna się podejście na przedwierzchołek Snowdona, Garnedd Ugain, na którego prowadzi grańka Crib-y-Ddysgl. Nie jest tak efektownie wąska jak Crib Goch i spokojnie można ją strawersować, ale fajniej jest wbijać skałą:

Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Rzut oka za siebie na pinakle Crib Goch:
Image Hosted by ImageShack.us
Wierzchołek Snowdona:
Image Hosted by ImageShack.us
Tu natomiast widać końcówkę Pyg Track. Jedyną zaletą tej trasy zdaje się być to że jest krótka, jako że również wychodzi z Pen-y-Pass. 
Image Hosted by ImageShack.us
Na kolejkę czekaliśmy ponad kwadrans – Mariusz był zdeterminowany ją obfotografować. Niby fajna rzecz, ale generuje straszne tłumy na szczycie.
Image Hosted by ImageShack.us
Kolejka wywozi praktycznie na sam wierzchołek. W stacji znajduje się bar i sklep. I znów, niby fajnie, ale klimat totalnie jak na Kasprowym. 
Na szczycie nie zabawiliśmy długo, był dosłownie oblepiony ludźmi. Odzwyczaiłam się już od tłumów w górach. 

Crib Goch ze Snowdona:
Image Hosted by ImageShack.us
Oraz Y Lliwedd, piękna góra przez którą prowadziła nasza trasa zejściowa:
Image Hosted by ImageShack.us
Na pierwszy rzut oka, jak dla mnie, Tatry Zachodnie pełną gębą:
Image Hosted by ImageShack.us
Ostatnie ujęcie Czerwonego Grzebienia – knife-edged czy nie, to był niezwykle malowniczy odcinek drogi. 
Image Hosted by ImageShack.us
Zejście było niesamowicie zerodowane i parę razy mało brakowało a wywinęłabym kozła na piargu. Na szczęście nie jest długie. 

Na Y Lliwedd można wchodzić lekko scramblingowo (jak już to już ;P), należy w tym celu trzymać się blisko krawędzi:
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Na opadających do dna podkowy krzesanicach wypatrzyliśmy wspinaczy:
Image Hosted by ImageShack.us
Obniżając się z wierzchołka Y Lliwedd warto jak najdłużej trzymać się grani. Na zdjęciu poniżej widok z tejże na Blwch a Sathenau, czyli szerokie siodło pomiędzy Y Lliwedd i Snowdonem, gdzie jakoby pochowany jest olbrzym którego zaciukał król Artur.  
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
W dół sprowadza ścieżka która na dole przechodzi w nieomal autostradę i na Pen-Y-Pass dochodzimy nie musząc patrzeć pod nogi.

Trasa jest przefantastyczna i polecam ją z całym przekonaniem, zwłaszcza wejście przez Crib Goch. Osobie z prawdziwym lękiem wysokości mogłoby być ciężko ale przeciętny cykor spokojnie przejdzie. Długość drogi to zaledwie 10,5 km. W piękny dzień, marzenie. W kafejce na Pen-y-Pass rano można zjeść śniadanie a po powrocie się odświeżyć, słowem francja-elegancja. Gdyby ktoś preferował jednak alternatywę, to choć ekspertem po tym jedynym pobycie nie jestem, wiem jedno – wszystko tylko nie zawalony ludźmi Pyg Track. Wariantów jest tak dużo że na pewno da radę wybrać jakiś ciekawszy.

Tryfan

Ponieważ w Highlandzie nastąpiło załamanie pogody, postanowiliśmy wybrać się w odwrotnym kierunku. Walia chodziła nam po głowach od dawna.
Nasze pierwsze wrażenia z dalekiego południa były takie, że jest tu niesamowicie dużo drzew. Taki Sutherland albo Hebrydy są praktycznie bezdrzewne. Zupełnie inny typ krajobrazu, bardziej kojarzący się z polskimi górami.
No a właśnie, góry – piękne. Z rzeźbą i z charakterem. Może nie do końca Czarne Cuilliny, ale i zdecydowanie nie Drumochtery. Jeśli już to Tatry Zachodnie w wersji bonsai, takie porównanie momentami aż się narzucało.

Kilka fotek z uroczego Llanberis – bardzo przyjemne miasteczko, dobrze zaopatrzone sklepy outdoroowe i jest gdzie dobrze i tanio zjeść:
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Na pierwszy ogień poszedł Tryfan, śliczna i kształtna miniaturowa góra (917,5 metra, czyli łapała by się na munrosa, ale otoczona przez wyższych sąsiadów jest taka właśnie… Drobna i skowyrna ;)). Zdecydowaliśmy się na trasę przez North Ridge, łatwą i najbardziej popularną lecz w przeciwieństwie do alternatywnej "ceprostrady" pozwalającą przypomnieć sobie, czym jest scrambling.
Start z drogi A5, z parkingu nad jeziorem Ogwen. Parking pierwszy, jeśli jedziemy ze wschodu, a ostatni gdy od strony przeciwnej.

Z parkingu drogą wzdłuż kamiennego murku. Gdy droga murek przekracza by odbić w prawo, my kontynuujemy w lewo. Teraz będzie należało wbić się na grań. Nie jest to grań w rozumieniu tatrzańskim, raczej skaliste ramię. Ścieżek lud wydeptał multum, ludzie wchodzą różnymi wariantami. Nie jestem w stanie dokładnie opisać drogi tak jak my ją wybieraliśmy, mogę jedynie udzielić kilku rad:
– nie wbijać się na ramię za wcześnie, bo na Milestone Buttress można się pięknie zapchać – to już impreza wspinaczkowa. Ocenić teren, patrzeć czy na skale są ślady raków, i generalnie napierać z głową. Wspomniałam o zapchaniu, ale można też i na odwrót, zrezygnować z bardzo fajnych scramblingów, o co łatwo jeśli będzie się szło tylko ścieżką. Generalnie, gdy po ominięciu Milestone Buttress zauważymy po prawej jakieś ROZSĄDNE opcje, wbijać się.
Teren w dolnych partiach to takie nie to, ni sio, trochę skały a trochę trawek:
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Trochę mi to przypominało Curved Ridge – tzn. tam jest lita skała, konkret i trochę lufy, ale klimat, zbocza, droga w dole…
Image Hosted by ImageShack.us
To powyżej to kopuła szczytowa, i tam już scrambling nie jest opcjonalny. Wierzchołka nie widać, od najwyższego widocznego punktu dzieli go płytka przełęcz.
Image Hosted by ImageShack.us
Ten głaz to słynna Armata (the Cannon). To że przechodziliśmy koło niego dowiodło iż znajdowaliśmy się na dobrej drodze, gdyż wszystkie opisy North Ridge o nim wspominają.
Image Hosted by ImageShack.us
Oraz Mariusz w klasycznym ujęciu. Podobne zdjęcie mają w swoich albumach tysiące brytyjskich górołazów:
Image Hosted by ImageShack.us
Za Armatą jeszcze króciutka wspinaczka, i wychodzimy na wypłaszczenie pod kopułą szczytową. Fajne miejsce na odpoczynek.

Image Hosted by ImageShack.us
Mama koza i koźlęta też mają relaks:
Image Hosted by ImageShack.us
Scrambling w partiach szczytowych to najfajniejszy etap trasy. Możliwości jest trochę, stopnie trudności różne. Drogę którą wybrałam mogę w najcięższych miejscach przyrównać do momentów na Kościelcu, czyli dupy nie urywa, ale dla mnie w sam raz ;D Jak widać skała jest znakomicie urzeźbiona. Jak zawsze, nie należy ufać jej na 100% ale generalnie nie jest zbyt zerodowana, na chwytach można (w granicach rozsądku) polegać.
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Krajobraz jest niewiele mniej dziki niż w Szkocji. To park narodowy, więc odbiega klimatem od sielskiego, totalnie zagospodarowanego Lake District.
Image Hosted by ImageShack.us
Na wierzchołku Tryfana znajdują się dwa głazy, Adam i Ewa. Wejść nie jest tak prosto, lecz każdy szanujący się zdobywca musi je zaliczyć. Ja pozostawiam tego typu zadania Mariuszowi, który spełnia je z entuzjazmem. Zresztą ktoś musi w takich chwilach stać za obiektywem.
Image Hosted by ImageShack.us
Tu jeszcze finalne momenty przed-szczytowania:
Image Hosted by ImageShack.us
Wierzchołek – jak widać, bardzo popularny cel (choć zawsze może być gorzej, o czym przekonaliśmy się następnego dnia).
Image Hosted by ImageShack.us
Biedy Mariusz musiał skakać pięć razy, zanim udało mi się uchwycić moment lotu 😀
Image Hosted by ImageShack.us
W ogóle z tym Tryfanem to była śmieszna sprawa. Rano pogoda była taka sobie, chmury nisko, mgły itp. Zdecydowaliśmy że ta trasa jest tak krótka iż możemy ją przejść nawet po południu, spokojnie pojechaliśmy do Llanberis na śniadanie, pojeździliśmy po okolicy (ogólnie relaks). Około południa zgodnie z prognozami rozpogodziło się, więc wyszliśmy na szlak po 12 i czasu bez problemu wystarczyło na dojście, podelektowanie się widokami ze szczytu oraz zejście, a nawet późniejsze zakupy i konsumpcję piwa. W góry naprawdę nie zawsze warto się zrywać skoro świt.
Image Hosted by ImageShack.us
Jedynym minusem późnego wyjścia był fakt iż nie daliśmy rady kontynuować na Glyder Fach, choć wejście wyglądało obiecująco (fotka poniżej). Nadrobimy to zapewne następnym razem.
Image Hosted by ImageShack.us
Ze szczytu rumowiskami zeszliśmy na przełęcz, a stamtąd już sprowadza ścieżka, w dolnej partii wręcz chodnik. Zejście nie jest długie. Z samego dołu pięknie widać całą trasę wejścia, w górnej części zdjęcia lansuje się Armata:
Image Hosted by ImageShack.us

I cała North Ridge, z Milestone Buttress na pierwszym planie.
Image Hosted by ImageShack.us
Trasa jest bardzo przyjemna, ponieważ pomimo braku hardkorów (tzn. jak ktoś się uprze, to i takie sobie znajdzie) pozwala na użycie rąk i nóg i pogimnastykowanie się trochę. O krótkości wspomniałam. Jest też opcja wydłużenia drogi i przejścia całej podkowy przez sąsiedni szczyt Glyder Fach, znów z elementami scramblingu. W razie załamania się pogody wycof jest jak najbardziej możliwy praktycznie z każdego miejsca.

Pierwsze spotkanie z Walią wypadło bardzo obiecująco, a takie atrakcje jak zdumiewająca pogoda oraz znacznie mniejsza niż w Highlandzie ilość midgesów tylko umocniły nas w przekonaniu, iż trzeba tu wrócić. Tymczasem mieliśmy jeszcze jedną wycieczkę w planach – ale o tym w kolejnej notce.


Blencathra (Lake District)

Lakeland odwiedzamy okazjonalnie i raczej musimy mieć ku temu szczególny powód, np. tak jak ostatnio bardzo słabe prognozy dla Highlandu (nie do końca się sprawdziły ale to inna sprawa). Niby odległość w linii prostej niewiele większa niż do Glencoe, ale zupełnie inny klimat: zamiast dzikich wrzosowisk pola i malownicze miasteczka, na szlakach mnóstwo ludzi, niemal tyle co w Tatrach. Nieliczne góry powyżej 3000 ft nie zaliczają się do munros bo ta nazwa przysługuje tylko szkockim szczytom. Dlatego bywamy tam rzadko, co nie znaczy że kiedy już się na to decydujemy, nie jest fajnie.
Tym razem postanowiliśmy odwiedzić położoną na północnym skraju Lakelandu Blencathrę, wchodząc scramblingową grańką Sharp Edge która jest jakoby najfajniejszą opcją wejścia.

Blencathra (w tłumaczeniu "łysa góra w kształcie krzesła/siedzenia") to rozległy masyw o wielu graniach i kilku szczytach, z których najwyższym jest Hallsfell Top, 868m n.p.m.

Parking startowy nie jest zaznaczony na mapie ale znajduje się on przy szosie mniej więcej na wysokości Scales. Uwaga – trudno o wolne miejsce!
Tu jeszcze pierwszy widok Blencathry z drogi:
Image Hosted by ImageShack.us
Podchodzenia jest zaskakująco niewiele! Najpierw należy się przebić przez wał grani Scales Fell:
Image Hosted by ImageShack.us
A kiedy już się na niego wespniemy, Sharp Edge z jej zwieńczeniem Foule Crag ukazuje się praktycznie od razu:
Image Hosted by ImageShack.us
Od tego miejsca jeszcze kawałek po płaskim, i ostatnie podejście do Scales Tarn i stamtąd popod grań: idzie ekspresowo.
Z dołu:
Image Hosted by ImageShack.us
Sama Sharp Edge jest… króciutka. Odcinek od początku scrambligu do szczytu Foule Crag może mieć góra 300m. Niemniej faktycznie jest to bardzo ładny kawałek trasy.
Image Hosted by ImageShack.us
Trudności jako takich tu nie ma, atrakcją jest sama ostrość grani, która może być deprymująca dla nieprzyzwyczajonych. Ja też nie przepadam za obustronną ekspozycją więc pewnie w jednym czy dwóch momentach serce biło mi nieco szybciej niż Mariuszowi. 
Image Hosted by ImageShack.us
Większość ostrza można strawersować – na zdjęciu widać omijankę – ale to opcja na nagłe pogorszenie pogody, kiedy jest sucho nie ma sensu.
Image Hosted by ImageShack.us
Wygląda na to iż niezależnie od stopnia trudności każda scramblingowa trasa na Wyspach musi mieć swój Bad Step 😀 Na Sharp Edge to miano zostało przypisane płytkiej przerwie w grani za charakterystycznym pinaklem Pillar Box. Tego niewielkiego fragmentu nie da się strawersować i jeśli ktoś do tej pory szedł omijanką, tu na odcinku paru metrów musi się zmierzyć z ekspozycją. Miejsce faktycznie może być niebezpieczne, ale tylko przy mokrej bądź zalodzonej skale.
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Podczas podejścia na Foule Crag prawie udało mi się zabić ponieważ poszłam w lewo zamiast środkiem i mało nie wpieprzyłam się w niefajne miejsce, na szczęście Mariusz zorientował się co robię i kazał mi wracać. Scrambling jest tam łatwy, grade 2 czyli najlepszym wypadku 0+, tylko lepiej nie zapędzać za bardzo na boki.
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Ostatni widok na Sharp Edge:
Image Hosted by ImageShack.us
Kiedy dotarliśmy na szczyt było jeszcze bardzo wcześnie, więc podreptaliśmy na kolejny wierzchołek, oddalony o kilkanaście minut:
Image Hosted by ImageShack.us
Widok w kierunku Keswick i Derwent Water:
Image Hosted by ImageShack.us
Zdecydowaliśmy się na schodzenie opadającą z samego wierzchołka granią Hallsfell i była to bardzo słuszna decyzja!
Image Hosted by ImageShack.us
Ta widokowa grań przypominała mi bardzo niektóre szlaki Tatr Zachodnich. Było również dużo opcjonalnego i całkiem fajnego scramblingu:
Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
Na dole poputaliśmy drogę i skończyło się przełażeniem przez czyjeś pole, i trzymetrowy murek co w Anglii, gdzie nie obowiązuje prawo przejścia, może mieć czasem niefajne konsekwencje. W końcu udało nam się trafić na drogę nieniepokojoną przez tubylczych farmerów. Stamtąd pomaszerowaliśmy wzdłuż szosy prosto na parking.
Image Hosted by ImageShack.us
Po fakcie byliśmy oboje bardzo zadowoleni, Blecathra jest fajną górą, charakterniejszą niż wiele munrosów oraz oferującą bardzo wiele wariantów wejścia o różnym stopniu trudności.
Randka z Lake District jak zwykle okazała się udana, tym niemniej kolejna dopiero za jakiś czas, a my wiernie wracamy w nasz ukochany Highland 🙂

Castle Ridge

Castle Ridge to najbardziej wysunięta na zachód grań Ben Nevisa – czyli najdalsza od wierzchołka. Na zdjęciu poniżej po prawej. Ma scramblingową wycenę 4, choć niektóre źródła oceniają jej trudności na 5, i niższa gradacja wynika tylko z faktu iż droga ta jest raczej krótka i nie można jej porównywać z np. o wiele dłuższą piątkową Tower Ridge. Wyceny scramblingowe nie zależą od najtrudniejszego miejsca trasy, a od całokształtu, co bywa mylące.

(Gorsza jakość niektórych zdjęć wynika z faktu, iż były robione telefonem)



Dzięki temu że Castle Ridge leży na samym skraju północnej ściany, droga z wyższego parkingu zlatuje szybko. Podejście pod skały również się nie dłuży. Przy braku mgły topograficznie jest oczywiste, skąd i którędy podchodzimy:

Scrambling z początku jest dość łatwy, ale fajny i urozmaicony.



Trochę przeszkadzała ślizgawica, ale taka już uroda północnych ścian.

Po drodze są dwa kluczowe kominki. Pierwszy, widoczny poniżej, nie jest eksponowany ani bardzo trudny technicznie, ale trójka z nas wolała wchodzić z asekuracją. W kominku tym nie ma rewelacyjnych stopni, z chwytami AFAIR jest nieco lepiej. Nie miałam w nim żadnych problemów, ale wykonałam kilka manewrów na które absolutnie bym się nie odważyła bez protekcji liny.

Za tym miejscem jest fragment bardzo łatwy, aż osiągamy drugi kominek, najtrudniejsze miejsce na trasie. W przeciwieństwie do pierwszego jest eksponowany, natomiast wydaje mi się że stopnie i chwyty są, zwłaszcza w górnej partii, nieco lepsze. Tu zdecydowanie asekuracja jest wskazana.

Poniżej ta partia zdjęta wiosną z Ledge Route, a kluczowym kominkiem wspina się osoba w czerwonej kurtce:

Po pokonaniu tego miejsca, które Mariusz ocenił na tatrzańskie II (a nie jak sugerowałaby scramblingowa czwórka, na I), czeka nas już tylko łatwy – średni scrambling. W pewnym momencie grań znacznie się zwęża, trochę jak na Ledge Route. Liny wyjmować już jednak nie trzeba.



Za Danielem Fort William i Loch Eil:

Za tym wąskim fragmentem jeszcze tylko kawałek, i grań przechodzi w zbocze – znak, że jesteśmy już w rejonie plateau. Na wierzchołek oczywiście się nie fatygowaliśmy, do przejścia mielibyśmy ponad 3 kilometry. Zboczem zeszliśmy na rympał do doliny, nawet nam się nie chciało rozszpejać póki nie osiągnęliśmy trawki, tak bardzo chcieliśmy już wydostać się z cholernego, śliskiego i sypiącego się, rumowiska.

Trasa bardzo się wszystkim podobała. Nie jest ekstremalna, ale można poczuć dreszczyk emocji. Ja się przyznam że w drugim kominku przez chwilę miałam, pomimo liny, konkretnego stracha. Polecam takim jak my, scramblerom i "niedzielnym wspinaczom", dla których tatrzańska dwójka to w sam raz 😉
Natomiast alternatywa dla Pony Tracka to zdecydowanie nie jest!

Zdjęcia: >>LINK<<

Stac Pollaidh i Suilven


Na szkocką Daleką Północ jeździmy rzadko ponieważ z pasa centralnego jest to prawdziwa wyprawa. Przez "daleką północ" rozumiem tereny położone na północny zachód od Moray Firth, a umowną granicą jest dla mnie miejscowość Ullapool.

Najciekawsze jest zachodnie oraz część północnego wybrzeża, z kompletnie zwariowaną linią brzegową – mnóstwo ukrytych zatoczek, mniejszych i większych półwyspów, wysp i wysepek. Tam właśnie się zatrzymaliśmy, na kempingu w Altandhu położonym na półwyspie Rubha Mor (jak już pisałam, kempingom poświęcę oddzielną notkę, na razie tylko wspominam).

Na Dalekiej Północy znajdują się jedynie cztery średnio interesujące munrosy, ale nie znaczy to iż brak tam ciekawych górskich celów. Ten rejon znany jest przede wszystkim ze swoich korbetów i grahamów. Stac Pollaidh (aka Stac Polly), Suilven, Cul Beag i Mor, Ben Mor Coigach, Ben Stack, Quinag, Foinaven i Arkle – każdy szanujący się miłośnik szkockich gór zna te nazwy.

Podczas tegorocznego tripu byliśmy otwarci na różne możliwości, ale bezwzględnymi priorytetami były dwa grahamy – ikony: Stac Pollaidh i Suilven. I niestety na tych dwóch istotnie się skończyło, jako że pogoda nie rozpieszczała.

Pierwszego wieczoru była co prawda bardzo obiecująca – i właśnie wtedy Mariusz trzasnął najładniejsze zdjęcia Stac Pollaidh. Graham ten liczy sobie zaledwie 613m n.p.m. lecz tym, co go wyróżnia, jest sylwetka niczym z westernu:

Loch Lurgainn:

Tak natomiast góra prezentuje się z początku szlaku. Szczyt jest maksymalnie po lewej stronie (informacja bardzo istotna, o czym dalej):

Tak zaś widok na Stac Pollaidh z zachodniego wybrzeża, wzniesienie po prawej to Cul Beag:

Niestety po tym pierwszym pięknym wieczorze pogoda zrobiła się raczej w kratkę. Całą nadzieję pokładaliśmy w niewielkich rozmiarach Stac Pollaidh – nawet w pochmurny dzień była wszak szansa, że pułap chmur będzie powyżej tych 613 metrów. Z początku istotnie tak było:

Ścieżka wychodzi z samego parkingu, po czym łagodnie się wznosząc okrąża górę od prawej, by od drugiej strony wyprowadzić na przełęcz.

Wierzchołek po lewej od przełęczy jest osiągalny w trzy minuty, i tam jeszcze mieliśmy widoki – niestety po chwili przylazła chmura.

Loch Lurgainn

Z wierzchołkiem właściwym nie jest już tak łatwo. Grań szczytowa Stac Pollaidh to niesamowity park skalny, z początku wariantów scramblingowych jest wiele, od naprawdę łatwych do bardzo zaawansowanych. Formacje skalne przypominają te w Torridon i nic dziwnego, są zbudowane z tego samego piaskowca.

O ile większość grani można obejść, ostatnia wyprowadzająca na wierzchołek trudność jest nieomijalna – piaskowcowy pinakiel z lufą po obu stronach. Teraz jestem mądra, bo po fakcie przeczytałam dokładnie naszą literaturę. Przed wycieczką jednak byliśmy raczej beztroscy i ograniczyliśmy się do sprawdzenia trasy dojściowej. Dlatego też kiedy stanęliśmy na drugim wierzchołku, o niemal tej samej wysokości, byliśmy przeświadczeni że to już najwyższy punkt więc można sobie podarować ten ostatni kawałek. Tzn. mnie nie podobała się jego lufiastość (było dość ślisko), Mariusz ten akurat aspekt miał gdzieś, ale skoro i tak nie było nic widać, uznał że wejście na szczyt wystarczy. Post factum doczytaliśmy że jednak właściwy wierzchołek to był ten dalszy. Szkoda, bo z tą wiedzą zaliczył by go przynajmniej Mariusz. Niestety w związku z powyższym nie wpisujemy sobie Stac Pollaidh na listę zrobionych grahamów. Nadrobimy to, mam nadzieję, podczas kolejnej wycieczki w ten rejon.

W dzień wypadu na Suilvena pogoda zapowiadała się bardziej obiecująco. Poniżej fragment drogi do Lochinver, który ukazuje najbardziej IMO zwariowany rys północnego krajobrazu (akurat w rejonie Stac Polladh nie występował więc przedstawiam go teraz) – niesamowite pofałdowanie terenu w niewielkie wzniesienia o wysokości plus minus 100m n.p.m. Nie da się tego nazwać wzgórzami. W takim krajobrazie niesamowicie łatwo jest się zgubić, brak charakterystycznych punktów, tylko morze mini – pagórków i marsz w górę i w dół. W takiej scenerii właśnie mieliśmy maszerować na Suilvena, drogą z parkingu w Inverkirkaig.



Z początku idziemy malowniczym wąwozem ponad rzeką Kirkaig. Po ok. 5 km szlak rozwidla się – w prawo prowadzi do Wodospadów Kirkaig, prosto wyprowadza nad Fionn Loch. Na mapce zaznaczyłam skrót umożliwiający ścięcie kawałka linii brzegowej. Jest tam ścieżka ale skoro w jedną stronę ja przegapiliśmy, nie jest ewidentna.

Koło jeziora wkraczamy w tę właśnie scenerię którą opisałam powyżej. Naprawdę należy tu uważać żeby nie zgubić ścieżki. Marsz pod Suilvena dłuży się w nieskończoność (ponownie z nietypową dla nas niefrasobliwością nie doczytaliśmy dokładnie, lecz trasa ta ma ponad 10 km długości w jedną stronę). Poniżej pięknie widać cały masyw, szczyt – Caisteal Liath, czyli Szary Zamek (731m n.p.m.) jest po lewej. Wierzchołki po prawej to Meall Bheag oraz Meall Mheadhonach:

Image Hosted by ImageShack.us

A tu Suilven zdjęty znad Fionn Loch:

Image Hosted by ImageShack.us

Ścieżka wyprowadzająca na przełęcz jest potwornie zerodowana. Osiągnięcie grani było prawdziwą ulgą.

Na wschodnie wierzchołki podobno jest trochę scramblingu, my jednak nie chcieliśmy powtarzać błędu ze Stac Pollaidh i zależało nam na 100% zaliczeniu szczytu, poszliśmy więc na ścieżkowy Caisteal Liath. Pomimo chmur które przychodziły i odchodziły widzieliśmy wystarczająco dużo by widoki wywarły na nas niesamowite wrażenie.

Poniżej m.in. Fionn Loch i półwysep Rubha Mor:

Tu zaś Cul Beag, Ben Mor Coigach w chmurach i, po prawej stronie, pięknie widoczne filigranowe Stac Pollaidh:

Image Hosted by ImageShack.us

Wschodnie wierzchołki z tej perspektywy wyglądają spektakularnie, choć mamy tu do czynienia z lekkim złudzeniem optycznym, w rzeczywistości grań nie wznosi się aż tak bardzo:

Schodziliśmy tą samą drogą. W niesamowitym wieczornym świetle krajobraz prezentował się po prostu magicznie. Poniżej Stac Pollaidh:

Oraz Cul Mor i Cul Beag znad Fionn Loch:

I sam Suilven:



Droga powrotna wlokła nam się potwornie. Nie że nie robiliśmy nigdy dłuższych tras, niemniej raz że nie byliśmy psychicznie nastawieni na taką, dwa było już naprawdę późno. Wydaje mi się że lepiej było wybrać wariant od drugiej strony, z Lochinver – nie wiem czy ładniejszy ale na pewno krótszy. Taki a nie inny jednak zrobiliśmy dlatego taki zaznaczam na mapce.

W >>LINKU<< więcej zdjęć z Północy. Pogoda nie pozwoliła w pełni oddać piękna i niesamowitości tych krajobrazów, ale musicie mi wierzyć, są jedyne w swoim rodzaju.

Glen Sannox (Arran)


Na wyspę Arran postanowiliśmy się wybrać bo… tam nas jeszcze nie było 🙂 Munrosów tam nie ma ale i tak jest zajebiście!



Sugerując się książką Classic mountain scrambles in Scotland wybraliśmy trasę graniami okrążającymi Glen Sannox. Prom na Arran odchodzi z miejscowości Ardrossan a przeprawa trwa 55 minut. Na stronie przewoźnika, Caledonian McBrayne >>LINK<< można zabukować bilety.

Ponieważ nasz prom odpływał o 7 rano, wieczorem przyjechaliśmy do Ardrossan i w sąsiedniej miejscowości Saltcoats znaleźliśmy caravan park, gdzie rozbiliśmy chyba jedyny na całym polu namiot. Kolejnego dnia pobudka o 5.00 – na terminalu trzeba się zameldować najpóźniej pół godziny przed odpłynięciem – i mogłam się po raz pierwszy przepłynąć promem z prawdziwego zdarzenia ("promiątko" pływające z Corran na Ardgour nie liczy się ;P).

Podczas przeprawy nie sposób się nudzić, zbliżająca się wyspa wygląda fascynująco. Nam pięknie odsłoniły się same najwyższe góry:



Prom płynie do "stolicy" wyspy, Brodick. Z Brodick mamy ok. 20 minut jazdy do Sannox, skąd rozpoczyna się nasza trasa.

No i tu mam problem. Generalnie u wylotu doliny musimy opuścić biegnącą całym jej dnem szeroką ściechę by wbić się na grań Cioch na h-Oighe po lewej ręce. Ścieżka z początku jest wyraźna, jednak na wrzosowym stromym zboczu skutecznie udało nam się ją zgubić. Większą część zbocza szliśmy po prostu do góry, co po tych wrzosach naprawdę nie było przyjemne. Ścieżkę ponownie odnaleźliśmy już całkiem blisko grani. Zaznaczam że byliśmy naprawdę uważni. Coś tam ewidentnie jest nie tak :/

Tym sympatycznym zboczem wchodziliśmy, na szczęście do rozrywkowego potencjału Meall na Teanga >>LINK<< trochę mu brakowało:

Fajnie było wbić się w końcu na grań i odpocząć od tych przeklętych wrzosów. Kolejnymi garbami grani posuwamy się na przedwierzchołek najwyższej góry wyspy, Goatfell, który to przedwierzchołek oficjalnie pozostaje bezimienny, niemniej w wielu źródłach nazywa się go roboczo North Goatfellem, i ja również będę używać tej nazwy.

Grań na North Goatfell, po prawej Cir Mhor:

Na naszej całej długiej trasie najbardziej spektakularnym momentem miała być zwariowana przerwa w grani pod sam koniec drogi, the Witch’s Step (Ceum na Caillich). Nie wiedzieliśmy czy zdecydujemy się przechodzić ją wprost czy trawersować, decyzję mieliśmy podjąć kiedy zobaczymy z bliska jak to wygląda. Póki co prezentowało się nieźle:

Gdzieś na tym odcinku zaczęło być jasne że mamy za mało wody, upał był niemiłosierny a my wciąż byliśmy dopiero na początku trasy. Z tego względu zaczęliśmy się poważnie zastanawiać, czy nie lepiej z North Goatfella pójść na wierzchołek główny, czyli raz że znacznie skrócić sobie wycieczkę a dwa, zaliczyć najwyższy szczyt wyspy. Na North Goatfell podjęliśmy jednak decyzję o pozostaniu przy oryginalnym planie. Na Goatfella prowadziła krótka spacerowa grańka, on sam wyglądał jak nieciekawa kopa, szans na scrambling nie było. Postanowiliśmy dojść przynajmniej do głębokiej przełęczy the Saddle pomiędzy North Goatfell a Cir Mhor – gdybyśmy naprawdę nie mogli już wytrzymać pragnienia z Siodła schodzi ta właśnie wspomniana na początku szeroka ściecha, która biegnie dnem doliny.

Grań sprowadzająca na przełęcz była bardzo ładna i widokowa:



Już całkiem blisko przełęczy zdecydowałam, że schodzę szukać wody. Byliśmy w miarę nisko, w dole szumiały potoczki, szkoda mi było kończyć wycieczkę na the Saddle. Wrzosowym, ale stosunkowo łagodnym w tamtym miejscu zboczem obniżyłam się kierując się dźwiękiem ciurkania i dzierżąc trzy puste butelki. Na szczęście nie musiałam bardzo daleko schodzić. Operacja szukania strumyka, nabierania wody oraz powrotnego balansowania w górę z butlami zajęła mi około 40 minut. Teraz jednak było już wiadomo że damy radę ukończyć trasę.

Tak prezentuje się masyw Goatfella z przełęczy:

Podejście na Cir Mhor jest strome i dość męczące – musimy pokonać 360m w pionie. Na pewno nie stytłało by nas tak bardzo gdyby nie aż nienormalny jak na Szkocję upał. Piszę te słowa ponad trzy tygodnie od wycieczki a z ramion jeszcze schodzi mi skóra (ok, nie byliśmy bez winy zapominając olejku ;)).

Pod wierzchołkiem Cir Mhor wreszcie robi się ciekawiej – skały podszczytowe można wprawdzie obejść, ale dużo fajniej jest włazić scramblingowo, wariantów jest kilka:

Wierzchołek Cir Mhor jest świetnym punktem widokowym. Oprócz grani którą weszliśmy i tej którą mieliśmy kontynuować marsz, odchodzi zeń także trzecia, przejście której opisane jest we wspomnianej na początku książce jako "the round of Glen Rosa" – ciekawa trasa na następny raz. My maszerowaliśmy w drugą stronę, na Caisteal Abhail, drugiego po Cir Mhor korbeta na trasie.

Caisteal Abhail w tle:

Widok z partii szczytowych na wyspę Bute:

Wierzchołek Caisteal Abhail to stos wielkich i obłych bloków. Z jednej strony można wejść na niego bez żadnej trudności, zwykłą ścieżką. Nad wchodzeniem tak jak my radzę się zastanowić bo okazało się trudniejsze niż wyglądało. Przede wszystkim choć skała jest jak papier ścierny więc oferuje znakomite tarcie, stopni i chwytów za wiele nie ma. My weszliśmy następująco (co nie znaczy że najmądrzej): nad moją głową widać głaz w kształcie cytryny. Stojąc przed nim miało się go na wysokości klatki piersiowej. Łapaliśmy się głazu i kładliśmy na nim górną częścią ciała, tracąc tym samym oparcie dla nóg, po czym wciągaliśmy się nań. Niby proste ale przyznam że było mi bardzo trudno zmusić się do zadyndania nogami w powietrzu – gdybym miała problem z wciągnięciem, nie było już bezpiecznego odwrotu, musiałabym skakać.

Po tym przejściu stwierdziliśmy że raczej nie będziemy przechodzić Witch’s Stepa, który składa się z jeszcze większych bloków a tam już naprawdę jest gdzie spaść. Jak efektowne nie byłyby podobne formacje, nie wchodzi się po nich najlepiej.

Przemierzając grań i podziwiając widoki zdecydowaliśmy, że Cir Mhor jest najpiękniejszą górą wyspy (to wysokie po lewej to Goatfell):

Kiedy osiągnęliśmy szczelinę utwierdziliśmy się w przekonaniu, że trawersujemy. Te wielkie kloce poprzerastane trawkami plus ekspozycja odpychały, zwłaszcza na końcówce:

Zeszliśmy do szczeliny trochę bardzo stromą ścieżką, a trochę scramblingowo. Tam okazało się że trawers również wymaga sporej uwagi. Można go wykonać na dwa sposoby, oba od lewej strony – z dna szczeliny, bez obniżania się, po oczywistych lecz dość eksponowanych i wąskich półeczkach, lub też obniżając się około 15 m i dalej w górę nietrudnym kominkiem.

W szczelinie:

Zostawiwszy Witch’s Step w tyle nie mieliśmy najmniejszej ochoty maszerować przez ostatnie, najniższe wzniesienie trasy Suidhe Fheargas. Nie uśmiechał się nam już marsz pod górę, nawet tak krótki. Zeszliśmy do doliny na dzika. Zejście było dokładnie tak przyjemne jak można by się spodziewać po kilkusetmetrowym wrzosowym zboczu i dłużyło się niemiłosiernie. W porównaniu z nim ścieżka, do której po tym nie kończącym się dramacie dobiliśmy, wydawała się czerwonym dywanem (choć jeszcze kawał jej był do przejścia). Wspaniale było znów znaleźć się koło samochodu.

Trasa jest piękna i z pewnością nie aż tak męcząca w innej temperaturze i nie po kilkutygodniowej przerwie. Najciekawszy odcinek zaczyna się od the Saddle i warto rozważyć podejście na tę przełęcz doliną, choć mnie osobiście byłoby szkoda efektownego zejścia z North Goatfella. Dodatkowym atutem jest bliskość z pasa centralnego, zwłaszcza z Glasgow. Korbety na Arran to jedyne góry z prawdziwego zdarzenia na południu Szkocji.

Ścieżka na Cioch na h-Oighe na poniższej mapce została zaznaczona prawidłowo jako że na mapie figuruje jak wół:

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<

Stob Dearg: Lagangarbh Buttress & Crowberry Tower

Tym razem mieliśmy iść z nowymi znajomymi którzy chcieli spróbować jakiegoś scramblingu. Wyszperałam w książkach trasę na Stob Dearg (masyw Buachaille Etive Mor) przez Lagangarbh Buttress. Na Stob Dearg w Glencoe byliśmy już trzykrotnie (ja – raz tradycyjnie, dwa razy przez Curved Rigde) i czterokrotnie (Mariusz – to samo, plus dodatkowe CR na zimowym kursie), ale nigdy nie mieliśmy z niego widoków. Gdyby tym razem wreszcie udało się coś zobaczyć, byłoby fantastycznie. Samo wejście miało nie przedstawiać specjalnych trudności ale kryterium scramblingu spełniało, czyli powinno być fajną opcją jak na pierwszy raz. Start z tego samego parkingu z którego prowadzą wszystkie trasy na Stob Dearg. Lagangarbh Buttress na poniższym zdjęciu to ten pas skałek w centrum.

Dosłownie po paru minutach opuszczamy ścieżkę by zacząć podchodzenie. Skała na tej górze jest rewelacyjna, daje niesamowite tarcie. Właściwość tę szczególnie dało się odczuć na pierwszych kilkudziesięciu metrach, prowadzących przez mutonopodobne formacje.

Mariusz stwierdził że stworzyłam nowa dyscyplinę, gramoling. Nie mogę za bardzo z tym polemizować, faktycznie zdarza mi się tworzyć nawet na całkiem nieproblemowych momentach jakieś dziwaczne figury, z reguły kiedy mam mało energii 😛

Wysokości nabiera się bardzo szybko i z tego powodu wariant ten stanowi poważną konkurencję dla trasy tradycyjnej – jest trudniejszy ale krótszy.

Momenty scramblingowe przypominały Curved Ridge, z tą różnicą że tu mniej było skały i nie było prawdziwej lufy za plecami, ale szło się fajnie.

Widoki były, w dość smętnej aurze ale były. Miałam nadzieję graniczącą z pewnością, iż sytuacja ta jest stabilna i z wierzchołka też coś zobaczymy. Poniżej góry od the Mamores, poprzez uciętego chmurą w połowie Ben Nevisa i Grey Corries, po munrosy nad Loch Treig.

Ściana poniżej tylko wydaje się być tuż za mną, w rzeczywistości oddzielał ją od nas spory żleb. Mariusz chciał tamtędy włazić ale nie pozwoliłam – nadal byłby to technicznie nietrudny scrambling, bo skała tam jest niesamowicie rzeźbiona, ale z taką lufą, dziękuję bardzo – drapałabym się tam tylko z asekuracją. Może nie jestem najodważniejsza, ale mam dzięki temu szansę dożyć końca kolekcjonowania munros :/

Jak sobie człowiek pomyślał, że jeszcze niedawno przechodził obok tego małego białego  domku w dolinie, nogi momentalnie zaczęły się wydawać znacznie cięższe…

Ostatni scramblingowy fragment był najfajniejszy, bo bez tych cholernych trawek, pionowy, a tak ukształtowany że wchodziło się jak po drabinie.

W dole widać ścieżkę turystyczną:

Kiedy scrambling się skończył a do szczytu pozostał jeszcze kawałek, zakryła nas chmura. Po raz kolejny zanosiło się że nic nie zobaczymy :(. Wobec powyższego, zamiast kierować się bezpośrednio w górę, postanowiliśmy przetrawersować zbocze tak żeby dotrzeć do Crowberry Tower nie przechodząc przez niepotrzebny już wierzchołek. Trawersowanie trzeba było zakończyć kiedy kolejną przeszkodą okazał się głęboki Great Gully. Wyszliśmy na górę, na ostatnich -nastu metrach łącząc się z normalną trasą wejściową.

Na szczycie panowało tradycyjne mleko, mimo to postanowiliśmy poszukać Crowberry Tower, w którym to celu należało się obniżyć na wschód o ok. 100 metrów. W mleku szukaliśmy na czuja, co w górnych partiach Stob Dearg nie było przedsięwzięciem do końca odpowiedzialnym, ale w końcu wyłoniła się z mgły. Jako że na wieży już byłam a widoków i tak byśmy z niej nie mieli, zaproponowałam że usiądę na zboczu naprzeciwko i porobię chłopakom zdjęcia.

Wejście na Wieżę technicznie nie jest skomplikowane – pionowa ścianka plus eksponowany ale łatwy trawersik.

Chłopakom bardzo się podobało, bo kiedy w drodze do Glencoe pokazałam im zdjęcie Wieży robione z innego kierunku i zapowiedziałam że dzisiaj tam wejdą, byli przekonani że żartuję. Tymczasem bez problemu weszli i zeszli.

Wracając ponownie przeszliśmy przez wierzchołek, by zejść ścieżką turystyczną.
Pomijając moje usprawiedliwione chyba rozczarowanie brakiem widoczności, uważam wycieczkę za bardzo udaną, a najbardziej cieszę się że byliśmy w stanie pokazać komuś jakie fajne miejsca można tu znaleźć przy odrobinie chęci by nie leźć tak jak wszyscy :))

Ben Nevis przez Ledge Route – ponownie

Trasę tę opisywałam rok temu (>>LINK<<), tym razem jednak lepiej ją udokumentowaliśmy na zdjęciach i myślę że poniższy opis może być bardzo przydatny jeśli ktoś ma zamiar się tamtędy wybrać.

Podczas tej wycieczki istotne było dla nas także obejrzenie i dokładne obfotografowanie Castle Ridge, grani którą planujemy w tym masywie następnym razem.

Z Castle Ridge jest dziwna sprawa, bo pod różnymi kątami wygląda zupełnie inaczej i dlatego ważne było dokładne jej opatrzenie. Na poniższym zdjęciu jest to grań najbardziej po prawej i z tej perspektywy, z wyjątkiem kawałka na górze, wygląda prawie spacerowo:

Stąd już mniej, ale nadal nie wywiera szczególnego wrażenia. Zdjęcia górnej części pokażą, że jednak niesłusznie, ale żeby to zobaczyć trzeba być znacznie wyżej.

Poniżej żleb nr 5, którym rozpoczyna się trasa. Jest jeszcze drugi wariant do wykorzystania przy zagrożeniu lawinowym, ale Mariusz musi mi pomóc go zlokalizować na zdjęciu. My dwukrotnie podchodziliśmy żlebem, jako że drugi już raz przechodziliśmy tę trasę wiosną.

Żlebem dosłownie kawałek, do widocznego poniżej zachodu. Rok temu w całości pokrywał go śnieg i po prostu go przeszliśmy, tym razem skałki ponad zachodem były odsłonięte i śliskie, więc choć były to głupie 2-3 metry, było gdzie zjechać i to był pierwszy fragment scramblingowy. W ogóle scramblingu było teraz dużo więcej z powodu znacznie zredukowanej ilości śniegu.

Po przejściu zachodu należy się na chwilę skoncentrować – nie idziemy prosto, choć jest tam coś na kształt ścieżki, a skręcamy ostro w lewo, do krótkiego żlebiku:

Żlebik wyprowadza do niewielkiego kotła, ograniczonego od prawej granią, którą będziemy kontynuować. U nasady grani jest wspaniały punkt widokowy gdzie warto zrobić postój – my tym razem zajęliśmy się głównie obserwowaniem Castle Ridge, która odsłania się dopiero po osiągnięciu tego miejsca. Stąd już widać, że to nie taki spacer jak wydawało się z dołu.

Zaczynamy podchodzenie granią. Są momenty łatwego scramblingu, są i takie gdzie po prostu się idzie. Najcharakterniejszym fragmentem jest koń. Nie lubię tego miejsca, bo niby obiektywna trudność jest niewielka, ale mam jakieś swoje opory, i w rezultacie wolałam zejść trudniejszą ale nieeksponowaną ryską po lewej stronie.

Powyżej konia odsłania się końcowa część trasy, aż do wyjścia na plateau.

Na plateau oczywiście tłumy. Dziś przynajmniej ci wchodzący ceprostradą mieli możliwość zobaczenia północnej ściany, o ile chciało im się podejść do krawędzi. W brzydki dzień bez widoczności można wejść i zejść z Ben Nevisa i mieć przeświadczenie iż było się na kopie.

Poniżej ładnie widać finalny fragment Tower Ridge: wierzchołek Great Tower, Tower Gapa i początek ostatniego podejścia.

Tym razem planowaliśmy zejście przez Carn Mor Dearg Arete, czyli trzeba było przejść przez wierzchołek. Z punktu gdzie Ledge Route się kończy jest na niego jeszcze spory kawał przez wznoszące się łagodnie, acz wyraźnie plateau. Paradoksalnie ten odcinek, w dodatku w słońcu, zmęczył nas bardziej niż LR.

Poniżej wierzchołek, który odsłania się dopiero gdy docieramy do końcówki Tower Ridge. Urwisko północnej ściany prezentuje się stąd przepięknie, zwłaszcza poprzez kontrast z płaskim, przyjaznym, oblepionym ludźmi plateau szczytowym.

Po raz pierwszy mieliśmy ładne widoki na Glencoe, jakoś za każdym razem niezależnie od pogody tam akurat stały chmury.

Na plateau zeszło nam tyle czasu (podziwialiśmy i fotografowaliśmy wszystkie granie północnej ściany) że kiedy zeszliśmy z wierzchołka i stanęliśmy na początku Arete, z żalem ale zdecydowaliśmy się na skrócenie drogi powrotnej. Można to było w miarę bezpiecznie zrobić tylko z miejsca w którym zapadła decyzja. Na krawędzi stoi tam metalowa tablica używana jako stanowisko zjazdowe w sytuacjach awaryjnych. Latem absolutnie nie byłoby mądrze próbować schodzenia tamtędy. Teraz jednak leżał śnieg, więc założyliśmy raki i zaczęliśmy iść. Początkowo stromizna była naprawdę duża i trochę deprymowała.

Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy w końcu teren się położył. Resztę zbocza pokonaliśmy w najprzyjemniejszy możliwy sposób, tj. na siedzeniach.

Dobrze było mieć możliwość przekroczenia potoku w górze doliny, gdzie składał się jeszcze z wielu małych strumyczków. Na dole zmieniał się w rwącą rzekę której wolałabym nie musieć pokonywać.

Od miejsca w którym skończyliśmy zjeżdżać do chaty CIC jest kawałek, ale trochę nam tam zeszło na pokonywaniu rumowiska. Poniżej chaty jest już relaks.

Tak prezentuje się Ledge Route: żleb nr 5 – zachód – żlebik – kawałek do początku grani gdzie znajduje się ten rewelacyjny punkt widokowy – grań – plateau.

I ostatni widok, który kojarzy mi się bardzo tatrzańsko:

Ledge Route jest wspaniałą alternatywą dla CMD Arete. Te dwie trasy to najłatwiejsze dojścia od północnej strony (LR odrobinę trudniejsza za to krótsza) i nie wymagają żadnych specjalnych umiejętności, a są o niebo ciekawsze niż ceprostrada. LR oferuje prawdziwie wysokogórski klimat i rewelacyjne widoki na Castle i Tower ridges. Jest nieco bardziej skomplikowana orientacyjnie niż CMDA, ale zdjęcie na którym ją zaznaczyłam powinno pomóc – właściwie uważać trzeba jedynie żeby po przejściu zachodu właściwie zlokalizować żlebik, bo pójście prosto może się skończyć zapchaniem się.

Tu wszystkie zdjęcia: >>LINK<<

Curved Ridge ponownie

Na Curved Ridge już byliśmy. Z przewodnikiem. Nasze doświadczenie scramblingowe było wtedy jeszcze w powijakach, podobnie jak moja pewność siebie. Ponieważ przez te parę lat rozwinęliśmy się nieco, postanowiliśmy przejść tę trasę ponownie i skonfrontować wspomnienia z aktualnymi wrażeniami. Linę zabraliśmy, mając jednak nadzieję że nie trzeba będzie jej wyciągać (ja co prawda byłam raczej pewna że w najtrudniejszym miejscu o nią poproszę). Dojściówka w końcowych partiach, już za Waterslide Slab, okazała się mniej oczywista niż zapamiętaliśmy. Na szczęście przed nami szło sporo luda więc nawigacyjnie daliśmy radę. Początek, tak jak zapamiętałam, był łatwy, choć przyznam że już na pierwszym kawałku na chwilę się zastopowałam, bojąc się wykonać prosty ruch na śliskiej ściance. Zadziałało tu zapewne prawo początkowego nierozruszania, bo później znacznie trudniejsze momenty przechodziłam bez żadnych kłopotów.
Grań składa się z odcinków stających dęba oraz z zupełnie poziomych, tworząc coś w rodzaju olbrzymich stopni:

Skała jest wspaniała, urzeźbiona tak rewelacyjnie że momentami trudno uwierzyć że nie ingerowała tam ludzka ręka. Technicznie scrambling jest prosty i przyjemny. Na pierwszej eksponowanej ściance z początku miałam trochę stracha, bo pamiętałam że podczas poprzedniego przejścia zrobiła na mnie wrażenie. Okazała się jednak banalna. W jednym miejscu, gdzie trochę mi się nie podobało iść bezpośrednio w górę, po prostu sobie przetrawersowałam w lewo i znalazłam fajniejszy wariant, chyba słusznie bo chłopaki też z niego skorzystały.

Poniżej ekipa szykuje się do atakowania Crowberry Ridge:

Scrambling tak jak napisałam był wspaniały. Bodaj w jednym miejscu poprosiłam Marcina o podanie ręki, obawiając się dać kroka na eksponowanych półeczkach.

Widoczność tego dnia nie była za rewelacyjna, pomimo ogólnie niezłej pogody. I tak jednak odsłoniło nam się dużo więcej niż za pierwszym razem, kiedy od samej podstawy góry szliśmy w mleku. Za mną River Coe i szosa A82:



To miejsce gdzie poprosiłam Marcina o rękę (hehe) jest gdzieś w rejonie ścianki widocznej na poniższym zdjęciu.

Z najtrudniejszego fragmentu zdjęć nie ma, bo zwyczajnie nie dało się go zmieścić w kadrze stojąc na półce poniżej. Faktycznie poprosiłam tam o linę. Ponadto użyłam pierwszej kości jako chwytu na początkowym zupełnie gładkim kawałku, więc w mojej ocenie asekuracja bardzo się przydała. Choć okazało się, że miejsce to jest w 100% omijalne: para, która szła za nami, strawersowała je od lewej, bardzo stromym, ale łatwiejszym niż nasz wariantem.

Natomiast ostatniego trudnego miejsca które zapamiętałam tym razem w ogóle nie zauważyłam. Może dlatego że teraz drogę wybieraliśmy sami.

W miejscu, gdzie Curved Ridge się kończy, zrobiliśmy odpoczynek i podzieliliśmy się wrażeniami. Moje były takie, że trasa jest łatwa, scrambling piękny, a ekspozycja momentami daje sporo adrenaliny. Zdecydowanie nie zaklasyfikowałabym tej drogi jako hardkor. Stopień trudności porównałabym do szlaku na Kazalnicę – przynajmniej w wejściu, bo w zejściu myślę byłoby znacznie trudniej (najtrudniejsze fragmenty kazalnicowe, tj. te usiane klamrami, można spokojnie przeleźć dupą do skały, tu piony były większe i w większości miejsc taki numer by nie przeszedł).
Jako że do szczytu został jeszcze ładny kawałek, postanowiliśmy obadać możliwości wejścia na Crowberry Tower. Weszliśmy na przełączkę u jej stóp, pany zostawiły plecaki na ziemi i zaczęły się drapać do góry. Po chwili zniknęli za załomem a minutę później pokazali mi się na wierzchołku. Mariusz zszedł kawałek i zachęcił żebym dołączyła, bo jest łatwo. Najpierw należało pokonać pionową scramblingową ściankę (zdjęcie poniżej), a potem łatwym trawersem, z dużą lufą po lewej, już tylko kilkanaście metrów do szczytu pinakla. Niestety widoków nie mieliśmy żadnych bo wyższe partie góry przykrywała chmura, ale i tak euforia ze zdobycia Crowberry Tower była wielka, ponieważ patrząc na tę kozacką turnię z doliny nie przypuszczaliśmy w najśmielszych marzeniach, że da się na nią wleźć tak łatwo.
W zejściu Mariusz trochę mi pomógł na tej pionowej ściance, ale dla kogoś kto nie ma problemu psychicznego z wyszukiwaniem stopni na oślep byłaby to łatwizna.

Z przełączki wbijaliśmy się na rympał po stromiźnie, aż teren znacznie się położył, zobaczyliśmy w oddali ludzi i wkrótce okazało się, że to już szczyt. Pod spodem za nami Crowberry Tower:

Na wierzchołku Stob Dearg stanęliśmy trzeci już raz i trzeci raz widać było jedynie mleko. Widoki zaczęły się dopiero kiedy obniżyliśmy się popod chmurę, niewiele powyżej przełęczy oddzielającej nasz szczyt od reszty masywu Buachaille Etive Mor. Na szczęście ściany Stob Dearg oferują tyle wariantów wejścia, że na pewno prędzej czy później staniemy tam w piękną pogodę.

Widok zdjęty już poniżej przełęczy, ze ścieżki zejściowej:

Glencoe wyglądało przepięknie.

Poniżej udało się uchwycić Crowberry Tower, kiedy chmura na chwilę ją odsłoniła – przełączka z której wchodziliśmy znajduje się po jej prawej stronie i niestety jest zakryta:

Reasumując, nasza (a zwłaszcza moja) obecna percepcja tej trasy wskazuje iż nasze możliwości znacznie się rozwinęły, co jest bardzo budującą konkluzją. Curved Ridge polecam każdemu miłośnikowi scramblingu – dzięki temu że w ogóle nie ma tam zejść jest łatwiejsze od Aonach Eagach na przykład.

The Cobbler po raz drugi

Na Cobblerze już byliśmy, w samych początkach naszego poznawania szkockich gór: >>LINK<<. Bardzo nam się wtedy podobało i, nieco bardziej na skutek upływu czasu doświadczeni, postanowiliśmy połazić po nim ponownie, trenując (trochę też dla zabawy) asekurację.

Cobbler (aka Ben Arthur, od gaelickiego Beinn Artair) leży w Arrochar Alps gdzie wzgórza są niezbyt wysokie i raczej obłe (choć trzeba oddać sprawiedliwość, że do naleśników takich jak np. Drumochtery im daleko). On bynajmniej nie jest najwyższy w rejonie, mierząc 884m n.p.m. posiada zaledwie status corbetta, za to zdecydowanie wyróżnia się kształtem i możliwościami jakie oferuje.

Wierzchołki Cobblera to od lewej kolejno najniższy Szczyt Południowy aka Arthur’s Seat, główny – turnia którą ochrzciliśmy Igiełką, oraz najbardziej rozległy Szczyt Północny.

Zaparkowaliśmy inaczej niż poprzednio, w samym Arrochar. Nieopodal z daleka widocznego sterczącego z lasu masztu zaczyna się wygodna droga, nieco dłuższa ale też przyjemniejsza od tej z Glen Croe.

Na Arthur’s Seat postanowiliśmy się wbijać od frontu. Pierwszego zaatakowanego buldera odpuściliśmy. Skała była fatalna do zakładania przelotów – słabo urzeźbiona i w jakieś totalnie obłe formy. Wbiliśmy się kolejnym (dzięki za kolano Marcin :)), ponad którym była scramblingowa pionowa ścianka widoczna poniżej. I na bulderze i na niej asekurowaliśmy się. Nie dlatego że technicznie nie dalibyśmy rady tego przejść na żywca, ale przyjechaliśmy tam przecież po to, żeby poćwiczyć.

Krajobrazy oczywiście wymiatały, ten rejon Szkocji jest ładny przede wszystkim dlatego że dość mocno zalesiony. Poniżej Ben Lomond a pod nim Loch Long:

Spodziewaliśmy się że wejście będzie trudniejsze i dłuższe, ale i tak fajnie było znaleźć się na górze. Lufa jest tam elegancka na trzy strony, a sam szczyt jest na tyle szeroki, że można było się rozłożyć z tobołami i spokojnie delektować pogodą. Poniżej lans na tle Igiełki:

Schodziliśmy drogą którą Mariusz za pierwszym razem wchodził. Pierwszy odcinek był trudny i niemiły: gładki blok skalny z bardzo niepewnymi stopniami, więc tu zeszliśmy z liną. Moim zdaniem opłacało się budować stanowisko, bo choć ten odcinek miał zaledwie kilka metrów, poślizgnięcie było tam prawie pewne. Dalszy etap nie wymagał już asekuracji, bo jakkolwiek było się skąd spieprzyć, sam scrambling nie należał do najtrudniejszych. Choć gwoli uczciwości przyznam, iż ten odcinek również przeszłam z liną z tego prostego powodu że Mariusz się uparł, że skoro już jestem związana to mam tak zostać i basta. Ale sensu większego to nie miało.

Poniżej teren naszego zejścia:

Na Igiełkę wymyśliłam, że wejdziemy od frontu. Wejście tradycyjne, wg Wikipedii zwane "threading the needle" (zapewne z powodu przechodzenia przez okno skalne jako ucho igielne, a może też z powodu kształtu turni – tak czy siak zbieżne z moim skojarzeniem) z którego skorzystaliśmy poprzednim razem, postanowiliśmy zostawić sobie na zejście. Opcja od przodu dawała powód do użycia liny, no i zawsze fajnie zrobić coś inaczej niż większość.

Technicznie było łatwo, ale tam na żywca nie odważyłabym się wchodzić, kadr nie obejmuje lufy ale zapewniam: była. Znaczy już sam upadek do podnóża Igiełki miałby nieprzyjemne konsekwencje, lufy mogłoby nawet nie być – wspominam o niej dlatego, że jednak nieco deprymowała.

Arthur’s Seat spod wierzchołka Igiełki:

Szczyt Północny i kolekcja Arrochar Alps: od lewej Ben Vane, Ben Vorlich (zlewają się) i Beinn Narnain.

Na Igiełkę od punktu w którym się odwiązywaliśmy wchodzi się banalnie, acz należy uważać. Ostatni krok to półka nad ponad trzydziestometrową (w ostatniej notce oszacowałam ją na kilkanaście metrów, ale zweryfikowałam tę informację) pionową ekspozycją. W zejściu trochę nieprzyjemny dla psychiki, acz tym razem tam nie kombinowałam, tylko siadłam, spuściłam nogi i zeszłam.

A poniżej tego eksponowanego miejsca schodzi się piękną półą, która kończy się oknem skalnym ("Argyll’s eyeglass"):

Klasyczny kadr, który gości zapewne w tysiącach albumów papierowych i internetowych:

Szczyt Północny sobie darowaliśmy, jako że scramblingów tam nie ma, jest albo zwykła ścieżka albo o, takie cuda, na które jeszcze się nie pchamy:

Schodziliśmy z przełęczy u podnóża ostatniego wierzchołka. Ścieżka jest niefajna, krucha i kamienista – jako drogę wejściową bardziej polecam ścieżynę równoległą do naszego wejścia, biegnącą poniżej skalistych partii.

Wycieczkę oceniliśmy jako nadzwyczaj udaną. Żaden wielki cel nie padł, ale fantastycznie się bawiliśmy, a Cobbler jest bardzo piękną górą. Ponadto pogoda nas rozpieściła i widoczność była tego dnia wyjątkowo dobra.

A jak będziemy bardziej ogarnięci, są tam tematy dla których warto jeszcze odwiedzić to miejsce – co też na pewno zrobimy.