Beinn na Lap

 

Nr 206, Beinn na Lap

Wymowa: bin na lap

Znaczenie nazwy: dappled hill (za MunroMagic)

Wysokość: 937m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 241.

Data wejścia: 21.7.17

 

Beinn na Lap jest jednym z trzech munrosów na które startuje się ze stacji kolejowej położonej w samym środku Rannoch Moor. O ile droga A82 jedynie zahacza o RM pociąg przecina je z południa na północ – odcinek pomiędzy Bridge of Orchy a Spean Bridge jest, z wyjątkiem jednego miejsca, w ogóle niedostępny samochodem. Logistyka całej operacji okazała się znacznie mniej skomplikowana niż sądziliśmy. Rano dojechaliśmy do Tyndrum, tam złapaliśmy pociąg, po niecałej godzinie wysiedliśmy na Corrour Station. Pociąg powrotny miał być o 18 czyli mieliśmy sześć godzin na zdoybycie munrosa.

Podróż przez Rannoch Moor było tym co ekscytowało najbardziej, nawet pomimo słabej pogody. Szkocja tak ma że większość krajobrazów nabiera uroku dopiero przy odpowiednim świetle. Ciekawe, że Rannoch Moor nie jest aż takim pustkowiem i dziczą jak może się wydawać. Są plantacje leśne, drogi, płoty, jakieś szopy, generalnie ślady działalności i pobytu człowieka. Trochę to odbiega od romantycznej wizji jaką miałam w głowie.



Jak wspomniałam do pociągu wsiedliśmy w Tyndrum. Kolejną stacją było Bridge of Orchy i za nią pociąg odbił w Rannoch Moor. Pierwszą stacją na RM jest Rannoch Station, i to właśnie tam można dojechać samochodem. Kolejna stacja – nasza docelowa – Corrour, jest już osiągalna tylko po szynach albo z buta i z tego powodu ma w niektórych kręgach status miejsca kultowego. 

Ci, którzy munrobaggingiem i highlandami się nie interesują, także mogą Corrour Station kojarzyć ze sceny z Trainspotting, swoją drogą osobiście i scenę, i monolog i film uwielbiam:

https://www.youtube.com/watch?v=xtbS_PdA198



Plan był taki że idziemy na munrosa a jeśli zostanie nam jeszcze czas do pociągu spędzimy go w knajpie – Corrour Station House. To był bardzo dobry plan.



W tle korbet Leum Uilleim. Gdyby pójść w tamtą stronę doszłoby się do Kinlochleven. A tam w prawo gdzie jaśniej – prosto w The Mamores.



Przy czym od samego początku było jasne że widoków żadnych nie będzie. Sam Beinn na Lap ginął we mgle, widzieliśmy jedynie jakieś połogie szarozielone zbocze. Pogoda typowa dla szkockiego lipca i pierwszej połowy sierpnia.



Na tej konkretnej wycieczce największą atrakcją była podróż pociągiem oraz znalezienie się w miejscu do którego nie jest tak łatwo się dostać.



Poniżej początek Loch Ossian:



Beinn na Lap pomimo statusu munro jest typowym pagórem co nieźle oddaje poniższe zdjęcie. Od stacji półtora kilometra po płaszczyźnie a potem trzy i pół dreptaniny do góry. Krótszym munrosowym celem był jak dotąd jedynie położony po przeciwnej stronie wrzosowiska Meall Buidhe.



Zdjęcia z włażenia raczej nie zapierają tchu w piersiach. Bez GPSa mogłoby być ciężko – gdyby człowiek zszedł w złą dolinę, powrót do cywilizacji (a najbliższą cywilizacją jest w tym wypadku Corrour Station) mógłby trwać bardzo długo. Serio popatrzcie sobie na mapę chociażby na Walkhighlands, jakie tam są odległości między drogami. Kolejne takie kawałki to rejon Loch Monar i Loch Mullardoch oraz Cairngormski Park Narodowy.



Szczyt, pardon my french, dupy nie urywa, zwłaszcza w warunkach takich jakie nam się trafiły.



Pośpieszny (ze względu na deszcz) powrót miał miejsce po własnych śladach. Okazało się, że cała eskapada zajęła nam trzy i pół godziny zatem do naszego pociągu było jeszcze mnóstwo czasu. Warunki żeby go spędzić mieliśmy jednak komfortowe:



Jedzenie ze swej strony bardzo polecam, a testowałam risotto z dynią i lody. Zakupiłam też magnes do kolekcji oraz przewodnik po wszystkich szkockich bothy – tych w Lowlands także.



Na Corrour wybierzemy się znowu ponieważ jest to punkt startowy na jeszcze dwa munrosy, deptane w parze. Tym razem trzeba będzie się lepiej wstrzelić z pogodą bo wiem że Rannoch Moor ma dużo więcej do zaprezentowania i pozachwycania się.



Trasa na Beinn na Lap i z powrotem to 10km.

 

 

Ciste Dhubh

 

Nr 205, Ciste Dhubh

Wymowa: kista du

Znaczenie nazwy: black chest (za MunroMagic)

Wysokość: 979m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 173.

Data wejścia: 26.3.17

 

Na kolejny dzień tego pięknego weekendu zaplanowaliśmy munrosa Ciste Dhubh w niezrównanej Glen Shiel. Tam ciężko o nieudany wypad. Ciste Dhubh można połączyć z trzema munrosami Brothers Ridge ale nie jestem Cameronem McNeishem ani moim bratem, po górach nie biegam, a dodatkowo mieliśmy w nogach zrobionego poprzedniego dnia Gulvaina. Taka trzynastokilometrowa trasa wydawała się w sam raz.

Poranny postój pod pomnikiem komandosów koło Spean Bridge – widać kawałek zimowej północnej ściany Ben Nevisa:



Loch Cluanie:



Parking znajduje się na wysokości niewielkiego lasku, może z kilometr od Cluanie Inn. 

Trzynaście kilometrów to jedno, ale to Glen Shiel, więc zapyla się do góry od samego początku, bez szansy na rozgrzewkę – Glen Shiel nie daje forów. Tu trzeba popracować. 



W południowej grani zostały nam jeszcze cztery munrosy. 



Wspinamy się – jak to w Glen Shiel, dość żmudnie – na grańkę skromnie wciśniętą między wielkie masywy Brothers Ridge od zachodu oraz A’Chralaiga z sąsiadem od wschodu. Jej kulminacją jest korbet Am Bathach. Kiedy już pokona się pierwszą stromiznę i osiągnie faktyczną grań, zaczyna być przyjemnie.

Widoczny po lewej szczycik An Cnapach poczatkowo wzięliśmy za wierzchołek munrosa. Widać było że śniegu trochę jest, ale powinno być ok. Tym razem raki i czekany zostawiliśmy w bagażniku i mogliśmy tylko mieć nadzieję że to słuszna decyzja.



Właściwy wierzchołek munrosa odsłonił się dopiero z podejścia na Am Bathach. Widok był pod takim kątem iż nie było widać czy trawers jest w śniegu, ale ludzie których spotkaliśmy na trasie również nie mieli zimowego ekwipunku, co było pocieszające. Szlag by mnie trafił gdybym musiała się wycofać.



Pełny widok z wierzchołka korbeta – tu już widać było że śnieg leży jedynie na krawędzi klifów a więc będzie luz. Swoją drogą Ciste Dhubh to bardzo piękny szczyt, nawet jak na takie zagłębie imponujących munrosów jak Glen Shiel.



Urodą prawie dorównuje Pięciu Siostrom:



Z Am Bathach zeszliśmy na głęboką przełęcz, skąd wracając mieliśmy schodzić w dolinę. Można stąd kontynuować także w kierunku Brothers Ridge. Z przełęczy rozpoczęliśmy kilkuetapowe podchodzenie na munrosa. Pierwszy odcinek, bardzo stromy, był po czymś w rodzaju pionowego bagna (przesadzam, ale tylko trochę) bo wszystko tam płynęło łącznie ze ścieżką którą radośnie pluskał strumyk, i taplaliśmy się w błocie. Ponad tym nieprzyjemnym kawałkiem jest kolejny fragment, odrobinę łagodniej nachylony i bardziej suchy. Podchodzimy nim pod szczycik An Cnapach – ten skalny trójkąt który z początku wzięliśmy za szczyt – i można albo przez niego przejść, albo go strawersować (co też uczyniliśmy albowiem było już nieprzyzwoicie późno).



An Cnapach na drugim planie, na kolejnym Am Bathach. To ostatnie podejście wzdłuż klifów jest cudowne. Momentami bardzo uważałam, bo stromizna po lewej (zdjęcia nigdy nie oddają tego dobrze, chyba że mówimy o pionowych tatrzańskich ścianach których fotografie ciężko spieprzyć) była znaczna, a ścieżka śliska i gdzieniegdzie jednak ten śnieg zalegał. Partie szczytowe Ciste Dhubh mogą nie być trudne do sforsowania ale zdecydowanie są powietrzne.



Ale poważnie, czyż to nie jest piękna góra? 



Przed widocznym na poprzednim zdjęciu obniżeniem miałam moment lekkiego pietra, bo na wąskim fragmencie grani leżał płytki śnieg, taki w sam raz żeby na nim pojechać i sturlać się w dolinę. Trzeba było usiąść na tyłku…

Generalnie jednak śnieg nie przeszkadzał, poprzedni baggerzy wydeptali eleganckie stopnie.



W tle Brothers Ridge a na najostatniejszym planie po lewej wychyla się Ben Nevis:



Chyba jedyne zdjęcie które jakoś oddaje to wrażenie powietrzności:



Widok z wierzchołka oczywiście jest spektakularny ale nieco cierpi przez fakt że Ciste Dhubh, choć charakterny, jest raczej średnich rozmiarów munrosem i trochę ginie przy swoich wyższych sąsiadach. W panoramie najokazalej przezentują się oczywiście Siostry, choć po raz pierwszy uważnie przypatrzyłam się także Braciom i zaimponowali mi liniami i kubaturą.



Szczytowe. Upał był, jak na marzec, nieziemski.



Mam Sodhail i Carn Eige, najwyższe szczyty Gór Kaledońskich (Ben Nevis należy do Grampianów). Po lewej wychyla się Liathach. Na żywo wyraźnie było widać pinakle Am Fasarinen. Cóż za widoczność 🙂



Nie było czasu żeby delektować się widokami, po paru minutach rozpoczęliśmy odwrót.



Ze szczytu munrosa do samochodu udało nam sie dojść w trochę ponad dwie godziny co dowodzi że dobrze mieć grawitację po swojej stronie.

Po tej wycieczce zostałam wielką fanką Ciste Dhubh – uważam że to jeden z fajniejszych munrosów w ogóle. Zdecydowanie cel nie tylko dla baggerów. Generalnie miniony weekend był cudowny: granie, wysokość, wysiłek, morze szczytów po horyzont… Bardzo mi tego brakowało.

 

Gulvain

 

 Nr 204, Gulvain (Gaor Bheinn)

Wymowa: gul-wan

Znaczenie nazwy: noisy hill (za MunroMagic)

Wysokość: 987m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 161.

Data wejścia: 25.3.17 

 

Ostatni weekend miał być piękny w całej Szkocji więc w końcu, po pięciu miesiącach, udało się pojechać na Zachód. Zwłaszcza po ostatnim wyjściu już mi się żyć nie chciało od tych płaskowyży – mają swój urok ale w zdecydowanie mniejszych dawkach.

Gulvein znajduje się o rzut ziemniakiem od Fort William w kierunku Glenfinnan. Jadąc z FW przez Road to the Isles (A 830) należy z niej skręcić na A 861 za którym to skrętem od razu jest zatoczka gdzie można zaparkować. Stamtąd kierujemy się wdłuż strumienia do Gleann Fionnlighe i nią kontynuujemy (po prawie płaskim, kilkakrotnie przekraczając meandrujący strumień) przez siedem kilometrów aż po podstawę Gulvaina.

To uczciwa góra. Tu panie nie ma regli, masz płaskie i z płaskiego wyrasta ci zbocze, od razu wiadomo o co chodzi. Przy kopczyku ścieżka się rozdziela – należy skręcić w prawo.



Podchodzenie zboczem Gulvaina jest żmudne – stromizna nie jest jakaś ekstremalna ale wystarczająca żeby stało się jasne że ma tym munrosie trzeba będzie popracować. Dzięki temu jednak wysokość nabiera się szybko – kiedy wreszcie zza sąsiedniego wału wyłania się Ben Nevis oznacza to że już niedaleko do wypłaszczenia.



Za plecami mamy spektakularny widok na góry rejonów Ardgour, Moidart i Sunart – choć nie ma tam munrosów absolutnie nie ustępują im charakterem.



Na południowy zachód z kolei pięknie widać grupę Ben Nevisa, The Mamores oraz Glencoe.



Północny, właściwy wierzchołek Gulvaina zaczyna być widać dopiero gdy osiągamy wypłaszczenie z którego pozostaje już tylko ostatnie krótkie podejście na niższy wierzchołek południowy (961m n.p.m., czyli zalicza się do munro tops – szczytów powyżej magicznych trzech tysięcy stóp ale o zbyt małej wybitności by zasłużyć na status samodzielnego munrosa).



Tu już stało się jasne, że można było nie targać raków i czekanów… Kilka dni znośnej pogody i większość śniegu zniknęła. Zostało akurat tyle żeby było bardziej fotogenicznie.



Zoom na Cuilliny i Blavena (po prawej, zlewa się z granią):



Na Ben Nevisie i sąsiadach warunki panują jeszcze zimowe, na północnej ścianie raki będą pewnie niezbędne co najmniej do maja.



Marsz granią pomiędzy wierzchołkami Gulvaina to czysta przyjemność (wiem, że się powtarzam, ale te płaskowyże prześladowały mnie już po nocach).



Odcinek pomiędzy wierzchołkami liczy sobie nieco ponad kilometr. Poniżej można wypatrzeć na podejściu dwie osoby – to niestety dość trudne przy tym rozmiarze zdjęcia – ale warto spróbować bo pomaga sobie uświadomić proporcje finałowego odcinka.



Jedno z bardziej udanych zdjęć szczytowych:



Grań od Sgurr na Ciche, poprzez Garbh Chioch Mhor po Sgurr nan Coireachan – trzy już zdobyte, spektakularne munrosy.



Kontemplowanie panoramy z Gulvaina, zwłaszcza w kierunku północnym, było fascynującem zajęciem – szczyt jest rewelacyjnym punktem widokowym. W miarę jak coraz lepiej poznaję Highland, kiedy staję na kolejnej górze mam uczucie jakby nowe puzzle wskakiwały na swoje miejsce – za każdym razem jestem w stanie rozpoznać więcej szczytów.



Jedyną sensowna opcją jest powrót po własnych śladach, choć ludzie którzy szli przed nami wybrali kontynuowanie na północ – chyba na dziki biwak, bo w tamtą stronę jest dość daleko do cywilizacji…



Dolina, którą rano prawie przebiegliśmy, tym razem wydawała się mieć nie siedem, a trzy razy po siedem kilometrów. Do samochodu doszliśmy kiedy zaczynał zapadać zmierzch, co nie było zresztą problemem ponieważ nocleg mieliśmy w nieodległym Banavie, w testowanym już kilkakrotnie hostelu Chase the Wild Goose >>LINK<< (bardzo klasyczny hostel, na szczęście nie jest to SYHA więc pokoje są koedukacyjne – czysto i jeżeli komuś nie przeszkadza typowa hostelowa siermiężność i „studenckość” warunków, polecam).

Gulvaina wspominać będę z sentymentem – to naprawdę ładna góra, w dodatku wspaniale położona. Po raz pierwszy od dawna nie miałam poczucia że wchodzę, bo muszę. Co prawda poczucie to na praktycznie każdej wycieczce rozwiewa się w końcu, zastąpione przez radość łażenia, ale tu nie było go w ogóle. 

 

Beinn Dearg

 

Nr 203, Beinn Dearg

Wymowa: bin dierek

Znaczenie nazwy: red hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1008m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 124.

Data wejścia: 18.3.17

 

Po ostatniej niezwykle malowniczej wycieczce na Zachód powróciliśmy do Naleśnikowej Krainy. Wczoraj akceptowalna (tzn. nie „dobra”, ale od biedy umożliwiająca outdoor) pogoda była tylko nad wschodnią częścią Grampianów. Czyli rejonem który eksplorujemy od jesieni, głównie właśnie ze względu na sprzyjające warunki bo przecież nie miłość do plaskaczy.

Na Beinn Dearg idzie się z parkingu w Old Bridge of Tilt nieopodal Blair Atholl. Żadna z tych miejscowości metropolią nie jest za to są bardzo malownicze. Jest to potężna wyrypa – liczy sobie 29 kilometrów.

Idzie się po niekończących się wrzosowiskach z których co chwila wylatują z furkotem pardwy. Cały czas powolutku nabieramy wysokości – dlatego na finałowym podejściu przewyższenia będzie jedynie 200 metrów.



Pogoda nie rozpieszczała. Prawie cały czas mżyło. Tę konkretną wycieczkę, w tych warunkach, zdecydowanie można zaklasyfikować jako „dla koneserów”.



Bothy Allt Sheicheachan okazało się całkiem przytulne w środku. Oczywiście podkreślić należy że szkockie bothies nie oferują takich luksusów jak prąd, gaz czy umeblowanie (choć tu stół i ławy się znalazły) – niby to oczywiste ale może warto podkreślić. To skorupa do której można się skryć przed żywiołami, która nic poza tym nie ma wspólnego ze schroniskiem.



Pomimo warunków byliśmy zadowoleni. Było wszystko czego potrzeba do resetu: dzicz, pustka, bardzo niewiele oznak ludzkiej ingerencji. Poniżej Janek i ciasteczko demonstrują jak bardzo są zadowoleni:



Po lewej widać ścieżkę – Janek siedział na rozwidleniu dróg (jedną przyszliśmy, drugą mieliśmy wracać) a właśnie od rozwidlenia zaczyna się podchodzenie na Beinn Dearga. Stromizn tu nie ma, a jednak to munros i to wcale nie mały – dlatego ta trasa jest tak długa.



Z dalszego podchodzenia zdjęć brak, raz że mżyło a dwa że nie bardzo było co uwieczniać. Ot, połacie śnieżno – wrzosowych łagodnych zboczy, nie różniące się wiele od tego co na poprzednich fotkach. Szczytowe jednak tradycyjnie zostało zrobione.



Na wierzchołku zabawiliśmy góra dziesięć minut. Schodzenie było równie ekscytujące jak wchodzenie, acz sytuacja się nieco poprawiła kiedy wyszliśmy z najgorszej chmury i coś niecoś zaczęło być widać. Poniżej bothy z ciekawej perspektywy:



Tak natomiast wyglądał początek wariantu zejściowego, tego za rozwidleniem. Swoją drogą czy dało by się wymyślić bardziej różniące się pod każdym względem szkockie klimaty niż te z tej i poprzedniej notki?



Kolejne parę kilometrów przeszliśmy właśnie w takiej scenerii. Plusem jest że kiedy nie ma czym się zachwycać kwitną ciekawe rozmowy i w rezultacie takie wycieczki odprężają mentalnie nie mniej niż te kiedy całą uwagę pochłania piękno otoczenia.

Pierwszym i jedynym mniej burym akcentem okazała się Glen Tilt:



Jest to bardzo malownicza dolina którą parę lat temu szliśmy na munrosa Carn a’Chlamain. Tym razem końcówka trasy biegła zboczami wysoko ponad jej dnem.



Bryła po lewej zaś to właśnie masyw Carn a’Chlamain:



Na końcówce szłam już z niejakim trudem. 29 kilosów nawet w większości po prawie płaskim to jest konkret…



Nie jestem niestety w stanie ocenić na ile widowiskowa była trasa ponieważ widoków prawie nie mieliśmy. Sam munros wrażenia nie robi. Cel raczej tylko dla baggerów albo świrów pokroju mojego brata którzy lubią biegać po górach. Oraz miłośników dziczy, surowych klimatów i atmosfery totalnego odludzia – ci na pewno nie będą zawiedzeni.

 


Błękit, zieleń i złoto czyli trzy dni na Północy

 

Ostatni wypad nie był górski lecz objazdowy, ponieważ wybraliśmy się z Ernestem i Olą którzy mieszkają w Polsce. Plan noclegowy – pierwsza noc na Skye, druga w Lochinver – nie pozostawiał dużo miejsca na improwizację: wiadomo że przy takich odległościach główną atrakcją będzie sama jazda przez Highland. 

Nocleg mieliśmy w Portree Hotel >>LINK<<. Było bardzo czysto, pokoje przytulne, sympatyczny personel, śniadanie rewelacja: bogaty bufet „kontynentalny” oraz kilka solidnych opcji na ciepło z karty. Jedyne do czego mogę się przyczepić to akustyka – pomiędzy naszymi poddaszowymi pokojami było jedynie przepierzenie co na dłuższą metę byłoby wybitnie krępujące. Jedną noc jakoś jednak przetrwaliśmy.

Przed wieczorną eskapadą do hotelowego baru wyskoczyliśmy popod The Storr, najwyższe (719m n.p.m.) i najbardziej południowe z pasma Trotternish Hills, popularne głównie z powodu wyrastającego u jego podnóża obelisku Old Man of Storr. To tu kręcono np. otwierającą sekwencję Prometeusza (i pewnie coś jeszcze jak znam życie, filmowcy uwielbiają wyspę Skye). Poniżej wszystko elegancko widać: 



Napisałam że wybraliśmy się „popod” Storra, bo nikt też nie zamierzał na niego wchodzić. Do samego Old Mana też zresztą nie doszliśmy zadowalając się widokiem z dołu. Jeśli o mnie osobiście chodzi to perspektywa wiszących nade mną osiemdziesięciu munrosów – oraz świadomość że pracowicie wdrapałam się na dzieście dwa – sprawia iż czerpię radość z rzadkich okazji kiedy mogę w Highlandzie wrzucić bardziej luźny tryb. Żeby było jasne, nadal kocham munrosowanie, tyle że to jest przy naszym pracowitym trybie życia i napiętym grafiku naprawdę wielkie i wymagające samozaparcia przedsięwzięcie.



Światło tego wieczoru było jak marzenie fotografa i musiałam się mocno zastanowić które zdjęcia wybrać.



Pamiętam że patrzyliśmy na Cuilliny i zastanawialiśmy się ile osób będzie się niedługo szykować do noclegu na grani – początek weekendu, pogoda nie z tej ziemi, wspaniała okazja żeby zrobić grań główną w warunkach zimowych.



Kolejnego dnia musieliśmy się przemieścić do Lochinver, ale przed rozpoczęciem podróży wyskoczyliśmy jeszcze na Quirang po drugiej stronie Trotternish Hills. Pod >>LINKIEM<< relacja z mojej i Mariusza poprzedniej wycieczki lata temu (niestety imageshack zeżarł część zdjęć ale wciąż polecam).

Tym razem coś nam się pomerdało i nie poszliśmy wzdłuż krawędzi klifów podziwiać leżący w dole park skalny, a jakimś cudem zabrnęliśmy na najwyższy punkt wzniesienia, Meall na Suiramach (543m n.p.m.). Z kolei wracając również nie weszliśmy pomiędzy skalne formacje a obeszliśmy je dołem – miało to o tyle sens że w parku skalnym zeszło by nam o wiele dłużej. No ale fakty są takie że najciekawszą część opuściliśmy.



A propos kinematografii, fragment krajobrazu na zdjęciu poniżej pojawia się w „Gwiezdym pyle”.



Było bardzo zimno a niektóre miejsca pokryte warstewką lodu – Mariusz się nieco stresował jak któreś z towarzystwa podchodziło za blisko klifu 😉



Poniższe zdjęcie zaispirowało nieco bardziej niż zwykle poetycki tytuł notki:



W takiej minimalistycznej bez-scramblingowej wersji wycieczka zajęła około dwóch godzin ale jak ktoś chce na Quiraing można się bawić cały dzień.



Podróż ze Skye do Lochinver w taką pogodę była sama w sobie wielką przyjemnością. Nie starczyło czasu żeby napierać przez Applecross ale za to przejechaliśmy przez Torridon:



Kiedy zaś wyjeżdżaliśmy z Ullapool zaczynał się jeden z tych przepięknych zachodów słońca kiedy człowiek zawsze żałuje że nie ma aparatu, albo jest w pracy i nie może wyjść na zewnątrz popstrykać. No więc tym razem było wszystko, także bajkowa sceneria.





Jak zwykle będąc w Assynt nie mogliśmy nie zahaczyć o knajpę Am Fuaran w Altandhu. Mariusz miał intuicję żeby zadzwonić do nich z drogi i upewnić się że będzie stolik – udało się choć prawie wszystko było już zarezerwowane. Na zadupiu jakim jest półwysep Coigach, gdzie można dotrzeć tylko single track road i oprócz krajobrazu nie ma żadnych atrakcji turystycznych. Poza sezonem. To wiele mówi o tej miejscówce. Info pod >>LINKIEM<<



Langustynki kosztowały wprawdzie 17 funtów ale kiedy składaliśmy zamówienie były jeszcze żywe. Do świeżego pysznego żarcia dochodzi przemiła obsługa oraz fakt że bar jest okupowany przez miejscowych więc można poczuć się częścią lokalnego kolorytu.



Noc spędziliśmy w bed & breakfast Hillside w Lochinver – nie mają własnej strony więc podaję linka do info z Booking.com: >>LINK<<. Bardzo przytulna miejscówka, idealna na dłuższy pobyt. Klimat bardziej jak w (dobrym!!) hostelu bo co prawda w ofercie nie ma ciepłego śniadania (są produkty do śniadania „kontynentalnego” – zawsze biorę to określenie w cudzysłów ponieważ brytyjska wizja tego co „kontynent” jada jest tak raczej średnio adekwatna), za to jest w pełni wyposażona kuchnia gdzie można sobie samemu pichcić.

Z Lochinver ukochaną nadbrzeżną drogą – wariatką pojechaliśmy na północ. Poniżej tradycyjny postój przy punkcie widokowym w Drumbeg nad zatoką Edrachillis:



Jak zwykle, kierowaliśmy się do Durness – jest to chyba najbardziej ulubione moje i Mariusza miejsce w całej Szkocji, choć paradoksalnie gór tu nie ma (najbliższy jest masyw Foinavena ale zdecydowanie nie w odległości spacerowej). Spokój, Atlantyk, poczucie że od zabieganej codzienności oddziela cię potężna masa lądu oraz sześć godzin jazdy mnie osobiście resetują idealnie. Oraz zawsze lubię pokazywać znajomym i rodzinie którzy nie odwiedzali Szkocji wcześniej jak piękne są północne plaże. Ten fragment Europy raczej z nich nie słynie a wizualnie nie ustępują śródziemnomorskim, chociaż kąpać się oczywiście raczej nie da, chyba że w piankach, co zresztą ludzie robią.



Nie zapomnę nigdy imprezy jaka na plaży Sango urządziliśmy sobie z dwójką przyjaciół w 2013 roku… 🙂 Those were the days! 😉



Wspinanie się po skałkach także należy do tradycji. 



Po plaży wybraliśmy się do niedalekiej jaskini Smoo. W sezonie można ją zwiedzać pontonem z przewodnikiem, poza sezonem pieszo dostępna jest jedna komora. Smoo Cave jest bardzo popularna i jak widać niektórzy uważają że to idealne miejsce na podzielenie się swoim światopoglądem:



Do zwiedzania nie ma wiele ale jeśli już i tak jest się w okolicy, warto zajrzeć.



Wracaliśmy pustkowiami przez Altnaharrę i Bonar Bridge. Po drodze nie mogliśmy się nie zatrzymać żeby nie ustrzelić Ben Loyala, pięknego korbeta który jeszcze czeka na zdeptanie:



Im dalej na południe się kierowaliśmy tym bardziej pogarszała się pogoda, co miało tę zaletę iż przestaliśmy czuć przymus zatrzymywanie się na zdjęcia w związku z czym do domu udało się dotrzeć o ludzkiej porze a nie w środku nocy. 

Jak widać zaczęłam dodawać informacje o miejscach gdzie można przenocować czy coś zjeść – to krok który zamierzam kontynuować. Nie chcę się bawić w szczegółowe recenzje tym bardziej że podaję linki do konkretnych informacji m.in. o cenach, bardziej chodzi mi o przekazanie ogólnego wrażenia na temat miejsca i jakości serwisu. Jeśli komuś się to przyda to wspaniale 🙂

Geal Charn



Nr 202, Geal Charn

Wymowa: gel karn 

Znaczenie nazwy: white hill (za MunroMagic)

Wysokość: 926m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 260.

Data wejścia: 21.1.17

 

Geal Charn leży w grupie Monadliath, należącej do płaskowyży na wschód od Great Glen. Monadliath, płaskowyż Mounth, Drumochtery – to wszystko jedna rozległa naleśnikowata rodzina flankująca od zachodu i południa również naleśnikowate, ale imponujące i monumentalne Cairngormsy. Dni jednak są wciąż krótkie więc szukamy po prostu munrosów które można urwać podczas jednodniowej wycieczki, niekoniecznie wstając o czwartej rano.

Na Geal Charn idzie się z parkingu przy starym moście w Garva Bridge w środku niczego. Jadąc od południa, za Dalwhinnie należy skręcić w A899, a potem na metropolię Laggan (nie mylić z Kinloch Laggan) i dalej w single track road aż do punktu startowego.

Geal Charn i prawie całą drogę wejściową widać z początku trasy, chowa się jedynie płaski odcinek już w rejonie samego wierzchołka.

Droga z początku idzie bardzo łagodnie wznoszącym się terenem. Normalnie musi tu być typowe highlandzkie bagno ale nam się upiekło jako że błota były w większości pozamarzane. Poniżej widok na mniej więcej połowę trasy: niewidoczny parking znajduje się parę minut drogi od oświetlonego słońcem lasku. Na tym etapie największym wyzwaniem była konieczność przekroczenia potoku po zalodzonych kamieniach. 

Pogodę mieliśmy bajkową (choć było bardzo, bardzo zimno), widoczność również – z pominięciem kierunku południowego nad którym stały jakieś opary.



W środku widać grupę obejmującą munrosy Ben Aldera, Loch Laggan i Rannoch Moor: potęga która skutecznie przesłaniała większość panoramy południowego zachodu. Tym razem nie było widać Ben Nevisa. Ta gromada munrosów stanowi obecnie największą białą plamę na naszej osobistej mapie i pod tym względem zdetronizowała Glen Affric.



Poniżej natomiast, najbardziej po prawej – co prawda przy tym rozmiarze zdjęcia ledwo widoczna – grupa Creag Meagaidh z przełęczą The Window.



Ponieważ teren tak bardzo przypomina położone znacznie bardziej na południe Glen Shee, łatwo zapomnieć że jesteśmy już nie tylko całkiem daleko na północ ale i – w porównaniu – na zachód. To już wysokość Glen Shiel i szczyty Gór Kaledońskich pięknie się lansują ponad obniżeniem Great Glen. Mojej radości nie było końca kiedy wypatrzyłam charakterystyczną piramidkę Sgurr na Ciche:



Jeszcze co do trasy. Po wpomnianym przekroczeniu potoku teren zaczyna sie spiętrzać (warto trzymać się dość wyraźnej ścieżki żeby nie wleźć w bagno) aż do finalnego wypłaszczenia wyprowadzającego na plaskaty wierzchołek. Wszystkiego 6-6,5 km w jedną stronę.



Poniżej masyw Cairngormsów. Tegoroczna zima jest szokująca. Gdzie jak gdzie ale w Cairngormsach śnieg zawsze był i to na masę, co roku ludzie giną tam w lawinach (nie żebym się cieszyła z tego tragicznego faktu ale uświadamia powagę warunków śniegowych) a tym razem – proszę spojrzeć:



Ponieważ munros jest jak wspomniałam plaskaty wybraliśmy się jakieś pięćset metrów na wschód żeby obejrzeć sobie kocioł opadający do Glen Markie. Faktycznie jest piękny i trochę zrehabilitował w moich oczach tę górę.





Góry poniżej przypominają przeklęte przez bogów Mullardoch Munros ale pewności nie mam – może to być również Strathfarrar Four. Albo w ogóle coś innego ;P



Te dwa szczyciki na horyzoncie to znowuż wypisz wymaluj Lurg Mhor i Bidein a’Choire Sheasgaich, ale założyć bym się nie zakładała.



Ten pagór to jednakowoż z pewnością Ben Wyvis!



Powrót – tą samą drogą. Walkhighlands podaje że trasa liczy sobie 12,5 kilometra.

Geal Charn, co widać aż nadto, nie jest munrosem spektakularnym pod żadnym względem (no dobra, ma kocioł, ale takich kotłów w Highlandzie jest jak meszek w torridońskich krzaczorach). Dla nie-baggerów taki sobie cel. Dla mnie, mimo wszystko, kolejne fantastyczne doświadczenie. Odkrywanie nowych zakątków, oglądanie tych samych rzeczy z nowej perspektywy, zgadywanki a czasem spory co właściwie widać, a potem ślęczenie nad mapą – to jest to co sprawia że wracam w Highland kiedy tylko jest możliwość, pomimo iż rzadko kiedy mam czas na późniejszą porządną regenerację.

 


Beinn Mhanach

 

Nr 201, Beinn Mhanach

Wymowa: bin wanah

Znaczenie nazwy: monk’s hill (za wikipedią)

Wysokość: 953m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 211.

Data wejścia: 26.11.16

 

 

Jadąc z Tyndrum na północ ciężko przeoczyć spektakularny widok na piramidę Beinn Doraina o południowych zboczach opadających w malowniczą dolinę Auch Glen, którą przecina wiadukt kolejowy. Widok highlandzki z tych najbardziej klasycznych. Gdzie w tym wszystkim Beinn Mhanach? Ano, jest to taka sobie kopka na trzecim planie widoczna w głębi wspomnianej doliny. 

Zjechaliśmy kawałek w kierunku Auch Estate (jest znak) i zaparkowaliśmy na skraju mijanki dla ciężarówek. Kiedy miniemy Estate ta sama droga będzie nas prowadziła już do końca, więc problemów z nawigacją być nie powinno, przynajmniej zanim rozpocznie się włażenie do góry.

Poranek:

Wiadukty są dwa. Linia kolejowa ciągnie się dalej przez Rannoch Moor (przez środek którego nie ma żadnej drogi, A82 jedynie ścina skrawek), by przez z kolei Glen Spean osiągnąć Fort William, a potem Mallaig. Mariusz kiedyś się tak przejechał do FW, ja jeszcze nigdy.

Masyw Beinn Mhanach wygląda jak cycki ewentualnie wypięta dupa składa się bowiem z dwóch kop połączonych płytką przełęczą. Bliższa kopa to Beinn a’Chuirn która munrosem nie jest, ma bowiem tylko 923m n.p.m.

W dolinie jedynym problemem był potok Kinglass, który meandruje niczym Mississipi i trzeba było go przekraczać około ośmiu razy. Nalało mi się do butów i pierwsze wyjście tej zimy zaliczyłam na mokro, co w skarpach jeszcze mi się nie zdarzyło :/

Poniżej wyłaniający się w tle Ben Lui:

Przez Auch Glen idzie się poza tym przyjemnie, teren wznosi się prawie niezauważalnie ale jednak widać, że zyskujemy wysokość. 

Beinn Dorain (nasz pierwszy munro!) i Beinn an Dothaidh:

Na Beinn Mhanachu ścieżek próżno szukać. Poszliśmy tak jak nakazywała logika: po osiągnięciu sporego żlebu którym spływał strumień, zaczęliśmy włazić jego prawym ograniczeniem. A dalej to już tak jak było najwygodniej ze względu na ukształtowanie terenu oraz oblodzenia.

Osobiście zawsze fascynował mnie korbet Beinn nan Fuaran (kopulasty szczyt na zdjęciu), o którym zresztą przez długi czas sądziłam iż to właśnie jest Beinn Mhanach. Niestety sam Beinn Mhanach niczym się nie wyróżnia jeśli chodzi o linie.

Zbliżenie na Ben Lui, jedną z moich ulubionych gór chociaż byłam tam tylko raz:

W tle Beinn Dorain, z którego niczego nie widzieliśmy a mimo to wycieczka utwierdziła nas w postanowieniu że będziemy eksplorować Highland:

Jak widać, trochę śniegu było. Póki co niewiele i mokry, przepadający, trochę lodu. 

Zbliżenie na Koronę czyli Cruachana z satelitami. To góra na którą trzeba będzie jeszcze wejść, tylko tym razem zamiast trawersu całej podkowy zaliczyć przedwierzchołek po prawej.

Kiedy zbocze zaczyna się kłaść oznacza to że jesteśmy blisko szczytu. Może i Beinn Mhanach jest wyjątkową kapustą ale widoki z niego są zacne. Tu w centrum widać grupę Lawersa:

Tu natomiast Ben Nevisa i The Mamores (czy jest w Highlandzie jakiś munros z którego nie widać Ben Nevisa?):

A poniżej Shiechallion i sąsiadujące z nim, a niedawno przez nas zaliczone munrosy.

Podziwiać można było także Rannoch Moor, grupę Ben Aldera, wypatrzyłam nawet Drumochtery chociaż to naprawdę była sztuka bo ciężko o większe naleśniki. 

Uwielbiam światło o tej porze roku.

Zeszliśmy w drugą stronę, w dolinkę pomiędzy Beinn a’Chuirn a wspólne zbocza Beinn Achaladaira i Beinn an Dothaidh, od pewnego momentu drogą która zbiega do Auch Glen. Ścięliśmy w ten sposób nieco odległości tak że powrotny marsz doliną był nieco krótszy niż rano.

Wycieczka była przyjemna ale odczułam ją jako pewne obniżenie standardów – pomijając Mount Keen które miało być pojedyncze żeby dobić do numeru 200, ostatnimi czasy robiliśmy raczej trzy- i czteromunrosówki. Oczywiście narzekam dla sportu bo wybór trasy był gruntownie przemyślany i odpowiedni na obecne krótkie dni. 


Mount Keen

 

Nr 200, Mount Keen

Wymowa i znaczenie nazwy: angielskie

Wysokość: 939m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 235.

Data wejścia: 29.10.16

 

Mount Keen „wybrał się” sam, bo na jubileuszowego munrosa mieliśmy jechać na Gulvaina ale okazało się że na zachodzie będzie paskudnie a na wschodzie okno pogodowe. 

Góra ta nie powiem żeby mnie kiedykolwiek fascynowała (szczególnie odkąd przeczytałam że zdobywano ją na rowerze), ale na pewno interesowała, jako najbardziej wysunięty na wschód munros i potencjalnie ciekawy punkt widokowy.

Wybraliśmy najdłuższą ale też jakoby najładniejszą opcję dojściową, przez Glen Tanar. Z B976/968 w Bridge of Ess należy skręcić w single track road, u której końca jest parking skąd zaczyna się trasa.

Glen Tanar na swoją opinię zapracowało chyba dzięki pięknym iglastym starodrzewom, teraz na jesieni szczególnie widowiskowym (złociste modrzewie!). Niestety zdjęcia z tego etapu wycieczki wyszły za słabo żeby je wrzucać, coś się musiało poprzestawiać w aparacie.

Kiedy mijamy drewnianą budę „Half-way Hut” oanacza to że za chwilę wyjdziemy z lasu i że przed nami faktycznie połowa drogi tyle że po wrzosowiskach. Gdzieś na tym etapie Mount Keen wreszcie się odsłania. Muszę powiedzieć że munros zaskoczył mnie dość pozytywnie, bo spodziewałam się placka w rodzaju cairngormskiego Mullach Clach a’Bhlair a dostałam owszem dość kapuścianą ale jednak górę. Nie najwyższy punkt płaskowyżu lecz – łagodny bo łagodny – ale suwerenny szczyt.

Za widocznym poniżej mostkiem rozpoczyna się podchodzenie – wcześniej aż do tego momentu idziemy po prawie płaskim terenie.

Na wierzchołek wyprowadza taka bardziej autostrada:

Widoki mnie nieco rozcarowały, nie stroną estetyczną tylko tym że ciężko mi było cokolwiek konkretnego wypatrzeć. Bryła nieodległego Lochnagaru była w zasadzie jedynym ewidentnym znajomym punktem. Cairngormsy były w chmurach, a reszta kapuścianego płaskowyżu Mounth z tej odległości nie pozwalała się rozeznać w szczegółach. Wydawało mi się że na horyzoncie widzę morze, ale nie byłam w 100% przekonana.

Glen Tanar:

Szczytowe na munrosie który – jaki by nie był – okazał się dla nas kamieniem milowym rozpoczynając trzecią setkę:

A taki widok (w interpretacji Pam Carter albo JOLOMO) mogłabym mieć na ścianie:

Na wierzchołku nie siedzieliśmy długo ponieważ trasa liczy ponad 13 km w jedną stronę a ja miałam na drugi dzień pobudkę do pracy. Powrót oczywiście tą samą drogą. Muszę przyznać że na wysokości Half-way Hut zaczęłam czuć w nogach przebytą odległość a dalej było już tylko gorzej. Na drugi dzień zaś chodziło mi się znacznie słabiej niż po poprzedniej czteromunrosowej wycieczce. Rozum nie jest w stanie tego ogarnąć.

Poniżej jedno z dwóch zdjęć na  których udało się oddać cudowną szkocką jesień:

Wycieczka nie była spektakularna ale bardzo przyjemna, w fajnym towarzystwie (pozdro Janek i do następnego razu!), samo Mount Keen okazało się fajniejsze niż się spodziewałam. Uważam że numer dwieście odhaczyliśmy w ładnym stylu.

 


The west Drumochter hills

 

Nr 196, Geal Charn; nr 197, A’Mharconaich; nr 198, Beinn Udlamainnr 199, Sgairneach Mhor

Wymowa: gel karn; a warkonah; ben udlaman; skarnah wor

Znaczenie nazwy: white peak; place of the horse; gloomy hill; big scree (za MunroMagic)

Wysokość: 917 m n.p.m.; 975 m n.p.m.; 1011 m n.p.m.; 991 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 279.; 179.; 119.; 155.

Data wejścia: 2.10.16

 

Do osiągnięcia numeru 200 zostało nam po ostatniej wycieczce pięć munrosów. Piątka od jednego machu to sporo, poza tym nie mamy raczej takich tras w zasięgu jednodniowej wycieczki – postanowiliśmy zastępczo ogarnąć jakąś czwórkę żeby na kolejnej wycieczce już na sto procent można było celebrować dwójkę z przodu.

Drumochtery flankują Drumochter Pass, szczelinę w płaskowyżach która od najdawniejszych czasów używana była do przeprawiania się z południa na północ. Dlatego biegnie nią zarówno bardzo ruchliwa A9 jak i linia kolejowa. Od kolejnego słabego punktu którym można było poprowadzić drogę (A93 przez Glen Shee) dzieli ją lotem wrony 51 km (odległość pomiędzy Drumochter Pass a Cairnwell Pass). 

Po zachodniej stronie A9 znajdują się cztery munrosy, po wschodniej trzy. Zachodnie postanowiliśmy ogarnąć za jednym razem zgodnie z sugestią McNeisha (Walkhighlands proponuje rozbić tę trasę na dwie wycieczki). Start z parkingu obok B&B Balsporran Cottages. Po przekroczeniu torów droga zaczyna się wspinać na łagodne ramię pierwszego munro, Geal Charn. Dla takich poranków uwielbiam jesień:

Widać parking, B&B oraz linię kolejową. Sezon porannych przymrozków został niniejszym oficjalnie otwarty.

Drumochtery mają słabą prasę – zarówno u McNeisha jak i SMC są opisane jako wyjątkowo nudne i pozbawione charakteru pagóry. Nie bardzo rozumiem dlaczego, ponieważ pod tym względem absolutnie nie odbiegają na niekorzyść od wielu innych szkockich gór w tej części kraju, chociażby płaskowyżu Mounth czy totalnie plaskatego Monadhliath. Tak to po prostu w tym zakątku Highlandu wygląda i wszak nie dla adrenaliny się tam chodzi. 

A’Mharconaich

Atutem Drumochterów jest bezpornie ich centralne położenie. Widać z nich (co częściowo pokażą fotki) zarówno Cairngormsy z przyległościami jak i munrosy Glen Lyon/Rannoch Wall, leżącą po sądziedzku grupę Aldera, a nawet fragmenty Glencoe i Grey Corries.

To co z podejścia na Geal Charn wydaje się być wierzchołkiem jest dopiero początkiem grzbietu wyprowadzającego na widoczny poniżej szczyt. W krajobrazie do końca będa dominowały Loch Ericht oraz monumentalna grupa Ben Aldera, jednego z trudniej dostępnych munrosów (ze względu na zakamuflowanie głęboko w dziczy gdzie trzeba się dostać z buta).

Daleko za jeziorem widoczne są munrosy Rannoch Wall a trójkącik który wyłania się po lewej to Meall Ghaordaidh:

The Grey Corries:

A tu Ericht Estate. Jeśli ktoś ma plus minus pięć tysięcy funtów do wydania na tydzień, to mają nawet kryty basen i lądowisko dla prywatnych helikopterów. 

Przewyższenia pomiędzy munrosami są na tej trasie umiarkowane, nachylenie terenu łagodne. Poniżej grzbiet wyprowadzający na szczyt A’Mharconaich.

Najciekawiej – bo raz że blisko, a dwa że dzięki charakterystycznym kształtom są łatwe do identyfikacji – prezentują się murosy Glen Lyon plus Shiechallion (poniżej):

Ben Lawers i satelity:

Niestety większość Glencoe, The Mamores oraz Nevis Range jest zasłonięta mamucimi bryłami munrosów z grupy Ben Aldera.

Aczkolwiek z najwyższego z Drumochterów, Beinn Udlamain, udało się dostrzec sam czubek Ben Nevisa!! 

Najdłuższe podejścia są na pierwszego i drugiego munrosa. Kolejne dwa zdobywa się już spacerowo.

Buachaille Etive Mor oraz masyw Bideana nam Bian z podejścia na Sgairneach Mhor:

Ze Sgairneach Mhor należy jeszcze „tylko” dojść do Balsporran Cottages – biały domek można dostrzec w centrum zdjęcia.

Niżej grunt zrobił się paskudnie bagnisty, a ścieżka niemal znikła. Przy widoczności nie jest to problem, należy po prostu kierować się na most na Allt Coire Dhomhain za którym zaczyna się już konkretna droga. Nią kontynuujemy pomiędzy pomniejszymi wzniesieniami określanymi malowniczo (i nie do końca formalnie) jako Boar of Badenoch oraz Sow of Atholl, przechodzimy pod torami oraz wychodzimy na biegnące wzdłuż A9 resztki starej wojskowej drogi która obecnie służy jako ścieżka rowerowa. Nią do parkingu jest jeszcze ok. 5,5 kilometra.

Poniższa tablica zaznacza początek administracyjnego, nie geograficznego, rejonu Highlands. Czego tu nie ma. Jest i wiernie odwzorowany kontur Aonach Eagach, i błękitny loch a nawet Nessie, chyba na wczasach bo gdzie Aonach Eagach a gdzie Loch Ness. 

Drumochtery okazały się bardzo sympatycznym i widokowym celem. Dzięki zrobieniu tej trasy dobiliśmy do 199 munrosów więc na kolejną wycieczkę wybierzemy jakąś pojedynczą górę, żeby godnie świętować rozpoczęcie ostatniej setki.

PS. Wiem że ostatnio odpuściłam z mapkami – postaram się wrzucić niedługo wszystkie których brakuje. 


The Cairn Mairg circuit

 

Nr 192, Carn Gorm; nr 193, Meall Garbh; nr 194, Cairn Mairg; nr. 195, Meall nan Aighean

Wymowa: karn gorm; mil garw; karn merg; mil nan ijan

Znaczenie nazwy: blue cairn shaped hill; rounded rough hill; cairn shaped peak of sorrow; hill of the hinds  (za MunroMagic)

Wysokość: 1029 m n.p.m.; 968 m n.p.m.; 1041 m n.p.m.; 981 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 103.; 186.; 91.; 169.

Data wejścia: 2.9.16

W tym bliskim domu rejonie została nam już tylko garstka munrosów. Na początku łażenia, kiedy jeszcze nie planowaliśmy że skompletujemy wszystkie, jeździliśmy po prostu głównie tam gdzie było blisko. Nieliczne niedobitki obecnie zostawiamy na krókie jesienne i zimowe dni acz wiadomo było że dla tej konkretnej trasy zrobimy wyjątek – cztery munrosy to jednak cztery munrosy i potrzeba nieco więcej czasu, nawet pomimo iż tura liczy sobie zaledwie 18 km.

Owa czwórka znajduje się w Glen Lyon dokładnie pomiędzy grupą Lawersa a Shiechallionem. Start z miejscowości Invervar. Polecam zapoznać się z info dotyczącym polowań na jelenie (sprawa musi być poważna, skoro ktoś pofatygował się włożyć nam ulotkę za wycieraczkę): >>LINK<<.

Samochód można zostawić na malutkim parkingu po południowej stronie drogi. Potem mijamy budkę telefoniczną i skręcamy w prawo by przejść przez bramę. Kontynuujemy wzdłuż potoku. Niestety na tym fragmencie odbywają się teraz prace leśne przez co kawałek jest dość nieprzyjemny i męczący do przejścia oraz jeździ tam ciężki sprzęt. Alternatywną opcją jest nasza trasa zejściowa (choć jak możecie przeczytać w notce o polowaniach z nie do końca jasnych dla mnie przyczyn zalecane jest pokonywanie tej trasy zgodnie z ruchem wskazówek zegara). Po przejściu przez teren robót należy przeprawić się przez strumień po metalowym mostku a dalej już bez komplikacji wyraźna ścieżka wyprowadza na ramię pierwszego munrosa, Carn Gorma. Nie bardzo jest gdzie i jak się rozchodzić, od razu uderzamy do góry.

Ramię jest długie i przechodzimy przez kilka fałszywych wierzchołków. Poniżej widok z tego podejścia na wierzchołki Carn Mairg i Meall nan Aighean:

Na tym etapie pogodę mieliśmy dość paskudną. Cóż, nie pierwsze to i nie ostanie takie zdjęcie szczytowe. BBC zapowiadało jednak poprawę pogody z biegiem dnia i tej nadziei się trzymaliśmy.

Droga na munrosa numer dwa. Pomniejszy szczycik An Sgorr można zupełnie strawersować co też uczyniliśmy bo przy tak nędznej widoczności włażenie nań nie miało sensu.

Najgorzej jest wejść na pierwszego munrosa, potem jest już aż do ostatniego naprawdę łatwo. Przewyższenia są niewielkie i dużo płaskiego. Ścieżka jest na tyle wyraźna by nie zgubić drogi we mgle.

Na Meall Garbh, czyli jakie realia taki Żelazny Tron plus bonusowy Shiechallion w tle:

Tym razem Shiechallion po lewej. Była to nasza pierwsza wycieczka gdzie testowaliśmy chodzenie w rakach. Udało mi się wtedy założyć je – nie kłamię – zębami do tyłu, co Mariusz z regularnościa zegarka wypomina mi do dzisiaj i zapewne będzie wypominał już do końca życia. Jak ten dziadek z Syberii, co podczas posiłku znienacka wali babcię w łeb drewnianą łyżką – „Bo jak se przypomnę, żem jak cię brał toś dziewicą nie była”…

Po prawej z kolei widnieje wierzchołek Cairn Mairg.

Tuż przed osiągnięciem Cairn Mairg pogoda zaczęła się poprawiać w piorunującym tempie, zresztą zgodnie z prognozami BBC. I do końca dnia miało już być tylko lepiej.

Szczyt – ponownie wszędobyslki Shiechallion kradnie show.

Żadna z gór zdeptanych tego dnia nie jest charakterna, w ogóle munrosy w tym rejonie (south-eastern highlands) są bardzo mało spektakularne. A jednak ich nagromadzenie, dzikość terenu nie aż tak zaawansowana jak na Północy ale jak na sąsiedztwo Pasa Centralnego zadziwiająca, wreszcie mnogość lasów – to wszystko składa się na piękny klimat.

Droga na Meall nan Aighean:

Oraz spojrzenie z jego szczytu na Cairn Mairg. Dawno już nie byłam tak relatywnie świeża na czwartym zdobytym z rzędu munrosie. Przez świeżość należy oczywiście rozumieć zachowaną wolę życia, resztki energii oraz poczucie że jednak nie umrze się podczas zejścia, a nie kondycję skarpet.

Na południu widać fragment Loch Tay.

Tu z grubsza cała trasa, widać trzy zdeptane munros a my jesteśmy na czwartym:

Mariusz nie mógł się dość napstrykać żeby zrekompensować sobie widokową biedę z początku wycieczki.

Po lewej w tle Meall Ghaordaidh. Po prawej Carn Gorm – widać że to jednak jest całkiem niezła wyrypa żeby się na niego wbić:

Meall Greigh i Ben Lawers. Na Lawersa, dziesiątego na liście munrosów, który oglądany na żywo od strony Glen Lyon rozwala kubaturą, trzeba będzie jeszcze wejść. Nie mieliśmy z niego bowiem żadnych widoków.

Glen Lyon w wieczornym świetle wyglądała przecudownie, wynagradzając nam mizerię pogodową z przedpołudnia.

Z niższego wierzchołka Meall nan Aighean schodzi się charakterystycznym ramieniem. W pewnym momencie należy opuścić drogę na rzecz słabo widocznej myśliwskiej ścieżki (nie umiem sprecyzować kiedy dokładnie, może Mariusz wytłumaczy w komentarzach). Sprowadza ona, łagodnie i malowniczo trawersując (rozkosz dla kolan) do drogi już za terenem leśnych robót. który tak nas umęczył z rana. Moment wyjścia na drogę – gdyby ktoś wolał tym wariantem wchodzić – widać na zdjęciu. Ścieżka jak już się na nią wejdzie jest wyraźna, ale na tym początkowym odcinku trudno ją wypatrzeć z drogi ze względu na wybujałe paprocie.

Jak na czteromunrosówkę wyprawa okazała się relatywnie lekka – to tylko 18 km acz podejście na Carn Gorma może dać popalić.

Jeszcze raz przypominam o przeczytaniu info o deer stalking. Czy się zastosujecie to wasz wybór ale niech będzie świadomy.