An Sgarsoch i Carn an Fhidhleir

Nr 241, An Sgarsoch; nr 242, Carn an Fhidhleir (Carn Ealar)

Wymowa: an skarsoh, karn an fidler

Znaczenie nazwy: place of sharp rocks; cairn-like peak of the fiddler

Wysokość: 1006 m n.p.m.; 994 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 126.; 148.

Data wejścia: 28-29.5.2020

Tak długiej przerwy w łażeniu chyba jeszcze nie mieliśmy, ponieważ od jesieni prześladował nas pech. Najpierw osobisty, czyli m.in. złamane żebro Mariusza, a potem globalny czyli pandemia i lockdown który zresztą wciąż trwa. Nosiło nas już jednak i pod koniec spędzanego w domu urlopu postanowiliśmy jednak zrobić jakąś wycieczkę.

Dwa munrosy, na które padło, są jednymi z bardziej odludnych, wznosząc się ponad Glen Geldie, szeroką doliną która od Północy oddziela je od zwartej grupy Cairngormsów. Z pozostałych stron otoczone są zaś morzem kapuścianych szczytów ciągnących się od Glen Shee po Drumochtery. Można do nich dojść na trzy sposoby: od Glen Feshie, od Glen Tilt oraz od Glen Dee. Dwie pierwsze opcje sa karkołomne przez swoją długość. Ostatnia też nie należy do krótkich (21 km w jedną stronę) ale jest jednak najkrótsza, ponadto jej większość można pokonać rowerem górskim. Nam akurat ta możliwość odpadła, bo z naszych rowerów tylko mój w tej chwili się nadaje, więc postanowiliśmy dojechać do Braema, z Braemar do Linn of Dee i stamtąd tuptać.

Nasz samochód był tego ranka jedyny, parking zamknięty (acz pełno miejsca przy drodze). Ruszyliśmy bardzo podekscytowani, pierwsza wycieczka po tak długim czasie to jest COŚ! Początek trasy był nam znany, bo szliśmy tamtędy ładnych parę lat temu z zamiarem wejścia na Devil’s Pointa i Cairn Toula (swoją drogą bardzo udany wypad). Pierwszy etap trasy to marsz wzdłuż rzeki Dee. Od samego początku nasze docelowe munrosy zamykały horyzont, ale nawet nie zrobiliśmy im zdjęcia gdyż wydawało nam się że to tylko jakieś szare kopy, zdecydopwanie za daleko żeby być naszym celem. W ogóle nie od razu zrobiło się fotogenicznie.

Po ok. pięciu km dochodzi się do Białego Mostu, gdzie można kontynuwać przez Glen Dee (w prawo), bądź tak jak my, w kierunku Glen Geldie (skręt w lewo). Można zobaczyć stamtąd fragment dalszego ciągu Glen Dee, z Cairn Toulem i kawałkiem Devil’s Pointa:

Glen Dee: fragment Devil’s Pointa oraz Cairn Toul

Stamtąd kontynuowaliśmy wzdłuż lasu, a raczej tego co z niego zostało (oprócz rzedkich modrzewi, mnóstwo powyrywanych z korzeniami pni); w kierunku Glen Geldie. Kiedy z oddali zaczyna majaczyć chatka (dawny cottage który niekiedy określa się jako Geldie Burn Bothy), wiadomo już że w niej- znaczy, dolinie – jesteśmy.

Zmierzając do chatki:

Idąc do Geldie Burn Bothy
Geldie Burn Bothy

Idąc przez Glen Geldie, docelowe munrosy mamy po lewej ręce; po prawej to zbocza Cairngormsów. Dnem doliny płynie Geldie Burn który musieliśmy przekraczać trzy czy cztery razy, co nie było wielkim problemem przy obecnym niskim stanie wody (choć raz trzeba było i tak zdjąć buty), ale wyobrażam sobie że w bardziej mokrym sezonie czy wczesną wiosną przejście przez ten potok może być po prostu niemożliwe.

To nasz już trzeci napotkany w tym rejonie wąż (raz znaleźliśmy też wylinkę) – najwyraźniej węży tam jak psów.

Poniżej natomiast An Sgarsoch oraz Carn an Fhidhleir w pełnej plaskatej krasie. Ale to i tak wcale nie są najmniej spektakularne munrosy w okolicy, co udowodnię!

Po naprawdę długim marszu ( w pewnym momencie zaczęłam opowiadać Mariuszowi nowele pozytywistyczne które olał był w szkole a ramach rozrywki), osiągamy kolejny charakterystyczny a malowniczy punkt trasy: ruiny Geldie Lodge. Na poniższym zdjęciu trochę się zlewają z tłem – trzeba ich szukać pomiędzy zieloną trawką a poziomym płatem śniegu.

Geldie Lodge z An Sgarsoch w tle

Tak wyglądają od drugiej strony (zdjęcie robione następnego dnia, stąd inne warunki):

Geldie Lodge

Z grubsza od tego momentu nie kontynuujemy dnem doliny, a zaczynamy delikatnie trawersować baaardzo pochyła zbocza pierwszego munrosa. Bierzemy azymut na niewysoką kopkę (Sgarsoch Bheag czyli Mały Sgarsoch), ponieważ ścieżka pnie się tak żeby obejść ją od zachodu (prawa ręka). I ta ścieżka na większości trasy jest, i to wyraźna.

Sgarsoch Bheag to to po prawej stronie zdjęcia, ścieżka będzie zakręcać tak by obejść go od drugiej strony:

OK, to teraz obiecany najmniej spektakularny munros czyli Król Plaskaczy. Masyw widoczny na zdjęciu to końcówka Cairngormsów. W centrum zdjęcia mamy naleśnika który ma status munro albowiem jego najwyższy punkt plasuje się na odpowiedniej wysokości. Jest to Mullach Clach a’Bhlair, na którym już mieliśmy średnią przyjemność być (znaczy wycieczka była bardzo fajna, tylko wrażenia górskie trochę niemrawe):

A kiedy jesteśmy już nieco wyżej, prezentuje się on następująco:

Widok w kierunku grupy którą zwykle określam (nieco na wyrost) jako góry Glen Shee:

Wchodzenie na An Sgarsoch nie było bynajmniej hardkowowe – włazi się łagodnym zboczem i na większości trasy jest ścieżka – ale przyznaję, że byliśmy już nieco zmęczeni oraz zaprzątało nas zagadnienie gdzie najlepiej się rozbić na noc.

Plan był taki żeby wejść na munrosa i znaleźć odpowiednie miejsce poniżej wierzchołka.

Szczyt osiągnęliśmy jeszcze w takim czasie, że nie musieliśmy w panice rozbijać namotu bo zrobi się ciemno. Maj i czerwiec w Szkocji, tym bardziej dalej na Północy, to zresztą moment kiedy o ciemność nie trzeba się specjalnie martwić (powiedziałabym, że wręcz przeciwnie).

Na wierzchołku a w zasadzie plateau szczytowym. Widoki nie należały do spektakularnych, dominował masyw Beinn a’Ghlo po sąsiedzku od południa.

Ze szczytu zaczęliśmy schodzić w kierunku doliny pomiędzy obiema munrosami, i trochę poniżej (wciąż na wysokości „munrosowej” jak mi się wydaje) znaleźliśmy wypłaszczenie które okazało się idealne pod namiot. Tu z widokiem na sąsieda Carn an Fhidhleir:

Trzeba przyznać że był to piękny wieczór.

Nie obyło się bez przygód, zanim mogliśmy się wygodnie wyłożyć w cieple śpiworów. Okazało się że zapomniałam pudełka na kontakty… Jak sobie z tym poradziliśmy? Po skorzystaniu z JetBoila do zagotowania wody na zupki, wlaliśmy do niego płyn do soczewek i posłużył jako jednokomorowe, wielkie pudło. Mam co prawda kontakty o różnej mocy, ale stwierdziłam że i tak są tylko dwa, więc lepiej poużerać się z nimi chwilę więcej niż zwykle niż po prostu wywalić.

Ranek okazał się fanastycznie słoneczny i ciepły, a soczewki udało mi się od razu założyć prawidłowo. Uznaliśmy to za dobre znaki.

Najpierw należało zejść na przełęcz pomiędzy munrosami, co robi na zdjęciu Mariusz z widokiem na, jak mi się zdaje, Beinn Dearg po lewej:

Masyw Beinn a’Ghlo oraz Carn a’Chlamainn:

Schodzenia na przełęcz, ona sama oraz włażenie na Fhidhleira normalnie musiało by być niebywale upierdliwe (typ terenu był nam dobrze – za dobrze- znany) ale w obecnym zaskakująco suchym sezonie było całkiem łatwo i przyjemnie. Element przegody wprowadził nieomijalny płat śniegu na którym można było się poślizgnąć i zacząć turlać z powrotem:

Poniżej Mariusz na wale szczytowym Fhidhleira, z Beinn a’Ghlo dominującym w tle:

Oraz zdjęcie szczytowe:

Patrzę na Zachód, w stronę Ben Nevisa, Grey Corries i Creag Meagaidh, ale nie byłam pewna co właściwie udało mi sie wypatrzeć i dlaczego zdecydowanie nie było widać Benka.

Zejście w dolinę nie należało do najprzyjemniejszych ale byłoby jeszzce gorsze w normalnych mokrych warunkach.

Przejście doliny pomiędzy munrosami zajęło chwilę, potem było tzreba się wspiąć na zbocza Sgarsoch Bheag, by dopiero po jakimś czasie osiągnąć moment kiedy poprzedniego dnia zaczęliśmy włazić na piewrszego munrosa. Przynajmniej jednak wiedzieliśmy już że od tego momentu jesteśmy na trasie którą już przeszliśmy a więc mamy bliżej niż dalej do samochodu.

Tym razem udokumentowaliśmy przeprawę przez największy z brodów:

Droga powrotna dłużyła się tak że mogłaby konkurować z wyprawą na munrosy Ben Aldera, albo na te nad Loch Mullardoch. Dodatkowo słońce po prostu szalało. Ten powrót to było dość ciężkie przedsięwzięcie, tym bardziej że nie mieliśmy wystarczającej ilości jedzenia.

Kiedy doszliśmy do samochodu (koło 19) i zobaczyliśmy że jest nienaruszony, a co więcej nie jest jedyny (parkowało ich obok chyba z sześć), radość i ulga były zupełne. W takim razie od razu dodam że nie byliśmy jedynymi łazikami na trasie: ogółem spotkaliśmy pięć osób (dwie pary i samotnika).

Trasa liczy sobie 42 km i naprawdę polecam zabrać rowery jeśli jest taka możliwość.

The Lochnagar Circuit

 

Nr 185, Carn a’Choire Bhoidheach; nr 186, Carn an t-Sagairt Mor; nr 187, Cairn Bannoch; nr 188, Broad Cairn

Wymowa: karn a kori wojih; karn ant sagart mor; kern banoh; angielska

Znaczenie nazwy: peak of the beautiful corrie; big peak of the priest; cairn-like hill of the cake; broad cairn-like hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1110m n.p.m.; 1047 m n.p.m.; 1012 m n.p.m.; 998 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 42.; 83.; 117.; 142.

Data wejścia: 18.6.2016

Lochanagar Circuit obejmuje pięć munrosów, ale że na samym Lochnagarze już byliśmy, tym razem postanowiliśmy go strawersować. Trochę szkoda bo to piękna góra i warto byłoby jeszcze raz stanąć na szczycie, ale trasa nawet trawersując to ok. 28 km. 

Start z parkingu w Spittal of Glenmuick. Wyjście na plateau będzie największym wysiłkiem – ten odcinek ma 6-7 km, stromiej jest tylko na końcówce, już przy samym słynnym kotle Lochnagaru. Do tego momentu jest dreptanina przez wrzosy:

Kocioł w rzeczy samej jest piękny. Zdjęcia i relacja z poprzedniej wycieczki tu: >>LINK<

Tym razem dosyć się nam śpieszyło, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na poświęcenie mu należytej uwagi.

Jak wspomniałam główne wyzwanie to wspiąć się na płaskowyż. Delikatne wybrzuszenia munrosów stanowią po prostu jego najwyższe punkty. Że znajdujemy się w górach i to jak na Szkocję całkiem wysokich, czuć dopiero kiedy jesteśmy blisko krawędzi plateau, tak jak poniżej – placek po lewej to munro Carn a’Choire Bhoidheach. Również posiada bardzo ładny kocioł, o wiele mniej znany niż sąsiedni kocioł Lochnagaru. Poszliśmy na wzniesienie na samej krawędzi kotła, The Stuic, żeby popodziwiać widoki. 

Z The Stuic na wierzchołek naszego pierwszego munrosa był moment.

Krajobraz płaskowyżu Mounth. Jakże inny od Kintail. Nie da się znaleźć w Highlandzie dwu bardziej różniących się typów krajobrazu górskiego (pomijam Cuilliny bo one są w ogóle do niczego lokalnego niepodobne).

Podejście na kolejnego munro Carn an t-Sagairt Mor jest tak łagodne że trudno sobie wyobrazić że może być jeszcze łatwiej (a będzie…). W tle numer trzy Cairn Bannoch.

Carn an t-Sagairt Mor ma dwa wierzchołki oznaczone kopcami, z których południowy jest wyższy (na zdjęciu północny). To co najciekawsze znajduje się na zboczach: szczątki wojskowego samolotu który rozbił się z nieznanych przyczyn w 1956 roku. Fragmenty są porozrzucane na dość sporym obszerze ale parę z nich leży zaledwie kilkadziesiąt metrów na wschód od północnego wierzchołka.

Na Cairn Bannoch jest spacer, dlatego tak się zagadaliśmy że z tego odcinka prawie nie ma zdjęć.

Wierzchołek tym razem jest oczywisty, bo przykryty naturalną czapą z kamieni.

Ostatni munrosowy odcinek – na Broad Cairn – to po prostu promenada. Bardzo ciężko uwierzyć że te dwa wyprztyki w plateau są na tyle prominentne żeby mieć status munrosów. Obniżenie pomiędzy nimi ma w najniższym punkcie, o ile dobrze czytam mapę, 934 m n.p.m. Ależ różnica po zdobywanych w pocie czoła czterech munrosach Loch Mullardoch, z których każdy stanowił samodzielną, potężną górę.

Wierzchołek Broad Carn jest również ubrany w kamienną czapeczkę.

Widok z Broad Carn na Loch Muick jest niewątpliwie piękny, ale mnie fascynuje głównie rzeźba terenu, a dokładnie płaskowyże z trzech stron. Nawiasem widać (choć przy tym rozmiarze zdjęcia dojrzenie ścieżek jest problematyczne) niemal całą drogę zejściową, która najpierw schodzi na płaski teren ponad jeziorem, potem niewidocznymi od tej strony zygzakami zbiega stromo nad wodę i wreszcie kontynuuje do lasku w którym znajduje się parking.

Zaoferowano nam rzadką opcję zrobienia zdjęcia grupowego, więc skorzystaliśmy:

Poniżej Broad Cairn i plateau ze ścieżki nad jeziorem. Z dołu czuć ten ogrom i trudno uwierzyć że kiedy się po tym łazi człowiek ma wrażenie zaliczania kolejnych garbków, nie czując w ogóle wysokości.

Na końcowym odcinku spotkaliśmy dwa renifery. Nie były przesadnie płochliwe ale też nie dążyły do konfrontacji. Jeden umknął w dół zbocza:

Drugi natomiast w górę, i bardzo przebiegle się zakamuflował 😀 

Do Spittal of Glenmuick doszliśmy nieco obolali, ale nie było porównania z wycieczką nad Loch Mullardoch pomimo podobnej odległości i takiej samej liczby zdobytych munrosów. Jest to chyba najłatwiejsza wielomunrosówka jak dotąd, nawet sąsiednie cztery munrosy Glen Shee wspominam nieco ciężej. Jedyne co może zmęczyć to dystans bo podejść jest naprawdę niewiele. Polecam oczywiście w wersji z Lochnagarem, w sumie z perspektywy myślę że nie stanowiłoby różnicy gdybyśmy jednak na niego weszli. 

Mapka ASAP.



Carn a’Mhaim


Nr 133, Carn a’Mhaim

Wymowa: karn a waim

Znaczenie nazwy: cairn like peak of the large rounded hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1037 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 95.

Data wejścia: 7.6.14

Cairngormsy po ostatniej morderczej wyrypie czekały na nas ponad półtora roku. Teraz po wycieczce mogę powiedzieć, że brakowało mi ich!

Start z dobrze znanego nam parkingu w położonym paręnaście km od Braemar Linn of Dee (mapki z poślizgiem, ale robię, więc ta też prędzej czy później się pojawi :P), skąd wędrujemy szeroką, piękną i bardzo "północną" (arktyczna fauna i flora) Glen Lui. Ludzi – pieszych i cyklistów – sporo, ale poczucie dzikości terenu, odległości od cywilizacji mam tam zawsze. Odcinek do Derry Lodge idzie prawie cały czas po płaskim więc jest mnóstwo czasu na rozgrzanie się. 

Lui Water, a w oddali wyłania się jeszcze przez nas niezdeptany Derry Cairngorm:

Carn a’Mhaim pokazuje się stosunkowo szybko. To góra po prawej. Nie wygląda zbyt imponująco. Na tym etapie wydawało nam się, iż to będzie jeden z tych munrosów typowo do zaliczenia z bonusem w postaci dania sobie w dupę, jak to w Cairngormsach. 

Widać ściechę. Najwyższy widoczny punkt jest przedwierzchołkiem, od szczytu właściwego oddziela go płytkie siodło. Widać, że z tą akurat górą dużo roboty nie będzie…

Wschodni kocioł masywu Ben Macdui prezentował się natomiast już całkiem spektakularnie – i jest to chyba najlepszy rys tej góry, poza tym imponującej tylko wysokością. Nie trzeba koniecznie dochodzić do Luibeg Bridge, zależnie od stanu wody można przeprawić się przez rzeczkę wcześniej i ściąć kawałek trasy.

Na Carn a’Mhaim faktycznie wchodziło się jak złoto: dość połogie zbocze, niezbyt długie podejście… Technicznie jeden z najłatwiejszych munrosów.

Widok na Glen Lui z dominującym horyzont masywem Lochnagaru. Klasyczny cairngorm spirit: przestrzeń, powietrze, odległość. Spędziliśmy z kwadrans leżąc na zboczu, grzejąc się w słońcu i pijąc ten klimat.

Czyli reasumując, Carn a’Mhaim nie prezentuje się bynajmniej spektakularnie… Jest bardzo prosty do wejścia, nie powala wysokością… A jednak kiedy osiągnęliśmy rejon szczytu okazało się że ten munros z całą pewnością jest wart odwiedzenia dla samego siebie, nie wyłącznie odhaczenia pozycji na liście. A konkretnie, dla niepowtarzalnego (bo byliśmy na sąsiednim Macduiu i to nie to samo), wspaniałego widoku na Lairig Ghru i flankujące ją szczyty.

Najbliżej znajduje się niewiele niższy Devil’s Point, górka która teoretycznie powinna być totalnie przytłoczona ogromnym sąsiadem Cairn Toulem, a dzęki swojemu charakterowi rwie oczy najbardziej ze wszystkich widocznych szczytów. Cairn Toul, trzeba oddać sprawiedliwość, wydaje się naprawdę olbrzymi, podobnie wyłaniający się zza niego Braeriach. To są najwyższe góry Szkocji i choć brak im śmiałych linii Czarnych Cuillinów czy gór Torridonu, czuć tę wielkość.

Widokowi smaczku dodawał fakt iż na większości szczytów już byliśmy.

Obowiązkowe (nie wszystkie publikuję, bo zdarzają się nieudane, ale wszystkie szczytowe foty oprócz jednej posiadam) ;P:

Fascynująca mnie już od dawna Glen Geusachan oraz dwa munrosy na których jeszcze nie byliśmy, Beinn Bhrothain i Monadh Mor:

Macdui… Oprócz zaprezentowanego wcześniej kotła nie wygląda spektakularnie. Owszem, jest wielki, ale to taki kloc. Nie wytrzymuje konkurencji z Ben Nevisem. Wejść warto, dla widoków, ale nie jest to moja ulubiona góra.

Z Carn a’Mhaim na Macduia można przejść początkowo obniżając się do przełęczy pomiędzy nimi granią Ceann Crionn ("cienki koniec"). Zeszliśmy nią na przełęcz – przyjemny i dość nietypowy spacer, bo faktycznie jest to grań (nie super wąska, ale grań), czyli rzecz w Cairngormsach niemal niespotykana.

Z przełęczy zeszliśmy na dzika bezimienną dolinką. Ścieżki nie stwierdzono, ale ktoś tam na pewno bywa (był ślad buta). Baliśmy się że trafimy na bagno, tymczasem było (jak na szkockie warunki) całkiem znośnie, nawet nie przemoczyłam butów. Spod nóg pryskały żaby, ptactwo i jaszczurki, a nawet zdarzyło nam się upolować fotograficznie… węża 🙂

Niżej dobiliśmy do ścieżki biegnącej doliną pomiędzy Macduiem a Derry Cairngorm (dolina na zdjęciu), i kontynuowaliśmy nią aż do Derry Lodge, przez większość czasu równolegle do wariantu którym podchodziliśmy.

Cała tura to ok. 26km i muszę przyznać że w drodze powrotnej Glen Lui już mi się nie wydawała taka ponętna… Odcinek od mostu do parkingu mnie wręcz dobił. I pomyśleć, że zrobiliśmy tylko jednego munrosa…

Powtarzam, żeby było jasne: Carn a’Mhaim warto odwiedzić. Nie jest to super popularny czy bardzo znany munros, nie pokonuje się epickich trudności, ale jest tam po prostu pięknie i przy dobrej pogodzie niesamowite wrażenia gwarantowane.

(Zakwasy też…)


Ben Avon i Beinn a’Bhuird


Nr 91, Ben Avon; nr 92, Beinn a’Bhuird

Wymowa: ben an; ben a wurd

Znaczenie nazwy: hill of the bright one; table hill* (za MunroMagic)

Wysokość: 1171m n.p.m.; 1197m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 17.; 11.

Data wejścia: 14.09.12

*no shit, Sherlock!

Tym razem zaniosło nas na wschodni skraj Cairngormsów, gdzie jeszcze nie byliśmy. Zamykające grupę od tej strony dwa munrosy to esencja tych gór podniesiona do potęgi – dwa gigantyczne (Ben Avon rozciąga się na ok. 30 km kwadratowych) płaskowyże, gdzieniegdzie popodcinane kotłami ale w górze totalnie naleśnikowate.
Długość naszej tury, pętelka Linn of Quoich – Glen Quoich – The Sneck – wierzchołek Ben Avona, Leabaidh an Daimh Bhuidhe – The Sneck – północny szczyt Beinn a’Bhuird – Glen Quoich, miała wynosić 35 km czyli jak na te góry nic niezwykłego.

Wyjechaliśmy w piątek, noc spędziliśmy w namiotach na parkingu przy Linn of Quoich, wymarsz został uskuteczniony o szóstej. Na taki dystans wiadomo było, że potrzebujemy jak najwięcej czasu.

Świt zastał nas w Glen Quoich. Piękna, typowo cairgormska dolina: wrzosy, lasy, ładna rzeka.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Dolina jest naprawdę długa, ale teren wznosi się bardzo łagodnie, pomimo że stale. Wysokość zyskujemy praktycznie nie zdając sobie z tego sprawy. Najfajniejsze są odcinki zalesione, bo cairgormskie lasy (czy też, wg polskich kryteriów, laski) to coś cudnego.

W końcu zaczynamy wiedzieć, gdzie naprawdę zmierzamy. Masyw po lewej to Beinn a’Bhuird (niewielka część), po prawej Ben Avon (część jeszcze mniejsza), a łączy je wysoko położona, baaaardzo szeroka przełęcz, The Sneck.

Image Hosted by ImageShack.us

Widok na stronę przeciwną:

Image Hosted by ImageShack.us

Oraz na kotły we wschodniej części Beinn a’Bhuird i formację A’Chioch.

Image Hosted by ImageShack.us

Ścieżka wchodzi w obniżenie pomiędzy munrosami i bardzo łagodnie wznosi na The Sneck. Jeszcze przed przełęczą osiągamy 900m n.p.m., w co trudno uwierzyć bo cała dotychczasowa trasa wiodła po prawie płaskim.

Image Hosted by ImageShack.us

Widok ze Snecka na dolinę Slochd Mor rozwala.

Image Hosted by ImageShack.us

Na Ben Avon podchodzi się nieco ostrzej niż na Snecka, ale wciąż łagodnie. Plateau osiąga się szybko. Jest płaskie jak blat, ale ze zlokalizowaniem wierzchołka nie ma problemu: tworzy go jeden z częstych w Cairgormsach granitowych formacji, zwanych torami. Nie ma najmniejszych wątpliwości że jest najwyższym miejscem płaskowyżu. Na Leabaidh Daimh Bhuidhe, Łoże Żółtego Jelenia, jeszcze niezły kawałek niemal idealnie równym płaskowyżem:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na skałki szczytowe warto się wbić:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Stamtąd już świetnie widać, jaki masyw Ben Avona jest ogromny. Nie ma wątpliwości, że najrozleglejszy w Cairngormsach. Choć moim ulubionym tableland i tak pozostaje surrealistyczne Moine Mhor dwie notki wstecz.

Pod wierzchołkiem zrobiliśmy naprawdę długi postój – było tak pięknie, że nikt nie miał ochoty schodzić.

W końcu jednak trzeba było. Poniżej Dorota ciśnie w kierunku Snecka, a masyw przed nim to już Beinn a’Bhuird.

Image Hosted by ImageShack.us

Tam znalezienie wierzchołka to już wyższa szkoła jazdy, dlatego z początku nieświadomie zrobiliśmy sobie "fotki szczytowe" na niejakim Cnap a’Chleirich.

Image Hosted by ImageShack.us

Kiedy pokażą się klify, należy iść wzdłuż nich popatrując na prawo. Kilkadziesiąt metrów od granicy kotła będzie się wznosił pokaźny kamienny kurhan (mniej więcej kiedy znajdziecie się na wysokości leżącego w kotle Dubh Lochan).

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na szczycie nie za bardzo się czuje iż jest się w najwyższym punkcie, wrażenie psuje South Top znajdujący się 2,7 km dalej, niższy o zaledwie 18 m, co z tej odległości nie jest ewidentne.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Ścieżka zejściowa (zaznaczona na mapie) w terenie nie była trudna do wypatrzenia – obniżaliśmy się mając South Top po lewej i wyszliśmy prosto na nią. Do przejścia był jeszcze niesamowity kawał. Po przekroczeniu rzeki połączyliśmy się z naszą drogą dojściową.

Cairngormskie lasy są tak urocze, że nawet pomimo zmęczenia nie dało się ich nie podziwiać, chociaż przyznaję, że na końcówce wlekliśmy się już i plątały nam się nogi.

Image Hosted by ImageShack.us

Z powrotem przy samochodzie zameldowaliśmy się o 18 z minutami, czyli tura zajęła nam 12 godzin. Udało się zatem zmieścić w czasie z przewodnika, chociaż na styk. Byliśmy połamani, śpiący, głodni i bardzo szczęśliwi.

Cairngormsy to góry które albo się kocha albo nienawidzi. Poniewierają człowiekiem niczym trening w Legii Cudzoziemskiej, prawie zawsze tam piździ jak w Kieleckiem, w niczym nie przypominają zorientowanych wertykalnie munrosów Zachodniego Wybrzeża. 

Ja je uwielbiam 😉

Zdjęcia autorstwa Doroty i Mariusza:>>LINK<<

Beinn Bhreac

Nr 58, Beinn Bhreac

Wymowa: bin wrek

Znaczenie
nazwy:
speckled hill

Wysokość:
931m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 249.

Data wejścia:
14.03.10

Znalazłam u
McNeisha bardzo trafny cytat o Cairngormsach, przepraszam że podaję w
oryginale ale tłumaczę podobnie jak obieram ziemniaki: co z tego że wiem
jak, kiedy efekt jest kwadratowy:

Sir
Henry
Alexander suggested that for many, first acquaintance with these hills
was occasionally accompanied by a sense of disappointment. But, he goes
to say, "as one explores them and wanders among them, the magnitude of
everything begins to reveal itself, and one realises the immensity of
the scale upon the scene is set, and the greatness and dignity and calm
of the Cairngorms cast their spell over the spirit.

Mam dokładnie takie same odczucia. Cairngormsy po etapie rozczarowania (te naleśniki to mają być najwyższe góry Szkocji?) rozkochały mnie w sobie.

Celem ostatniej wycieczki były dwa munrosy we wschodniej części grupy, nieeksploatowanej jeszcze przez nas Glen Derry.

Od parkingu przy Linn of Dee, znaną nam drogą (wracaliśmy nią z Penisa >>LINK<<) maszerujemy do Derry Lodge. 

Jest to chyba najbardziej zalesiona dolina, jaką ogarnęliśmy w szkockich górach. Oprócz flory zachwyca też cairngormska fauna – jelenie, zające bielaki, pardwy. Szkocka Arktyka 🙂

Od Derry Lodge odbijamy w kierunku Glen Derry. Do konkretów niestety jeszcze spory kawałek.

To na górze to już Glen Derry, my mieliśmy się wbijać na wał po prawej stronie. W przepadającym paskudnym śniegu osiągnięcie plateau zajęło wieki. Co i rusz wydawało mi się że już jestem w rejonie szczytowym, ale nie – otwierał się kolejny plan. Niby kopa, ale w tych warunkach śniegowych wysysała energię ekspresowo. Widoki mieliśmy jedynie za sobą, na Glen Derry i zachód.


Bein Bhreac jest największym plaskaczem jakiego zdeptałam. Gdyby nie to, ze najwyższy punkt jest oznaczony kopcem, w życiu byśmy go nie znaleźli. Pomiędzy nim a następnym munrosem (poniżej) rozciąga się zaś zupełnie płaski fragment plateau, teren spiętrza się dopiero pod koniec. W warunkach letnich można to przejechać na rowerze, w głębokim śniegu jednak nie było już tak łatwo.

Na tym zupełnie płaskim, acz długim (kilka kilometrów) odcinku mało się nie zarżnęliśmy. Były fragmenty, że wpadaliśmy w śnieg po uda. Niezbyt motywujący był tez fakt, iż nad munrosem wisiała cały czas nieładna chmura, i ogólnie widoczność była kiepska.

Poniżej munrosy po drugiej stronie doliny: Derry Cairngorm, stromy kocioł prawdopodobnie opadający z masywu Macduia i Beinn Mheadhoin:

W którymś momencie powiedziałam pas. Byłam już tak zmęczona torowaniem sobie drogi w śniegu, a Beinn a’Chaorainn zdawał się w ogóle nie przybliżać, że kiedy dodatkowo zaczęła się zadymka uznałam, że nie dam rady. Wyjęliśmy bothy bag i spędziliśmy w nim ponad kwadrans, regenerując się herbatą. Ustaliliśmy też, że w tych warunkach nie będziemy mieli siły wrócić z drugiego munro, więc zawracamy teraz.

Wracaliśmy po własnych śladach. Była opcja, żeby zejść w dolinę ale im niżej, tym śnieg był mniej związany więc postanowiliśmy zostać na plateau jak najdłużej. Mało rozsądnie strawersowaliśmy potencjalnie lawiniaste zbocze – byliśmy już tak zmęczeni, że było nam wszystko jedno – dowlekliśmy się na dół i rozpoczęliśmy powrotny marsz doliną.

Z planowanych 29 km zrobiliśmy ok. 25, czyli klasyczny cairngormski trekking.

Niestety, właśnie takich warunków śniegowych można będzie się spodziewać w ciągu najbliższego miesiąca – dwóch. Dlatego z Cairngormsami na razie się żegnamy i zaczynamy kierować się bardziej na zachód. Najmokrzejszy w roku sezon w Szkocji uważam za oficjalnie rozpoczęty.

Devil’s Point i Cairn Toul

Nr 48, Devil’s Point (oryginalnie Bod an Deamhain) i nr 49, Cairn Toul

Wymowa: wersji gaelic nie jest mi znana, McNeish podaje angielską pot-in-john, coś mi się jednak widzi że polskie ucho usłyszałoby to inaczej ; kern tul

Znaczenie nazwy: [ w gaelic] penis of the demon; hill of the barn

Wysokość: 1004m n.p.m.; 1291m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 129.; 4.

Data wejścia: 4.10.09

Tym razem dokończyliśmy poprzednią trasę startując z przeciwnej strony, z Braemar. Pogodowo poszczęściło się nam bardzo. Nie marzyłam o takich warunkach.

Start z parkingu przy Linn of Dee. Odchodzi stamtąd kilka dróg. Polecam zacząć tą wzdłuż rzeki, przez Glen Dee.


Do "serca mroku" nie ma krótkiej drogi. Każda wycieczka w tę część Cairngormsów to konkretny, dający w dupę trekking. W naszym przypadku przez dolinę rzeki Dee, w takich warunkach w jakich przyszło ją nam pokonywać, przepiękną. Ścieżka jest wyraźna, na początku w ogóle szutr i pełna Ameryka, potem już węziej i mokrzej, ale wciąż ewidentnie.

Docelowe munrosy pojawiają się na horyzoncie szybko, ale ich bliskość to złudzenie, przed nami jeszcze KAWAŁ.

Poniżej osiągamy najszerszą część Glen Dee, z Devil’s Pointem po lewej stronie, i Ben Macdui (tym ośnieżonym) po przeciwnej:

Sam Devil’s Point, mimo niewielkich gabarytów, prezentuje się dość charakternie na tle naleśnikowego towarzystwa, ale tak szczerze z penisem to niekoniecznie się kojarzy.

Drugie śniadanie, zasłużone zaznaczam, planowaliśmy zjeść przy Corrour Bothy – tej chatynce widocznej w centrum zdjęcia. W Corrour jest spartańsko, niemniej koleba czy też schron z kamienia to to nie jest – jedna izba z wydzielonym aneksem do spania, podobno toaleta (akurat nas nie cisnęło, więc wierzymy na słowo), koza, stół i parę krzeseł, oraz miejsce na produkty spożywcze. Świetna miejscówka na Sylwestra, jeżeli ktoś chce ryzykować wielokilometrowy marsz przez śniegi tylko po to, by stwierdzić, że inna grupa miała ten sam pomysł.

Cairn Toul wznosi się po prawej od Corrour Bothy, wzniesienie lewe acz wysokie nie ma statusu munro z powodu zbyt małej wybitności. Poniżej zaś widok na północ: daleki Braeriach i Ben Macdui.

Ścieżka prowadzi od schronu w górę do kotła, skąd zaczyna wspinać się na przełęcz między Devil’s Pointem a sąsiednim wzniesieniem. Chcąc zaliczyć także Cairn Toula, stwierdziliśmy, że iść tak jak wskazuje droga nam się nie opłaca, gdyż będziemy musieli się wracać. O wiele ekonomiczniej było wbić się na Penisa od razu po osiągnięciu kotła, po jego północnym zboczu, co też uczyniliśmy.

Włażenie okazało się dużo mniej lajtowe niż sugerował to wygląd zbocza. Szło się albo po wilgotnej, śliskiej gąbce zdobnej w zagadkowe (owiec tam nie ma), a liczne bobki, wyżej zaś po rumowisku gdzie część kamieni się ruszała, część zaś była oblodzona, a obie części niejednokrotnie pokrywały się. Ponadto długość podejścia, krą z kotła szacowałam na jakieś 150m, okazała się dwukrotnie wyższa, jako że górnych partii z dołu nie widać.

Widoki z Devil’s Pointa na Glen Dee zapierają dech:

Obniżając się długą, szeroką granią Devil’s Pointa możemy podziwiać imponujące południowe zbocza, spadające do Glen Geusachan. Stwierdzam z przekonaniem, że góra nie należy do najwyższych ani trudnych, ale zdecydowanie ma w sobie coś szczególnego, i nie mam tu na myśli nazwy.
Z przełęczy na którą wyszlibyśmy, idąc standardowym szlakiem, zaczynamy się dość ostro wbijać na bezimienne wzniesienie rozdzielające dwa munrosy. Poniżej widok Penisa z tejże wbijki:

Ben Macdui:

Kiedy osiągamy to środkowe wzniesienie, większość podchodzenia mamy za sobą. Nareszcie wyłania się dalsza część plateau, w polu widzenia pojawiają się Angel’s Peak i Braeriach.

Poniżej bezpośrednie podejście na Cairn Toul:

Na wierzchołku Cairn Toula złapała nas mała zadymka, na tyle mikra że ochronił nas przed nią niski kamienny schron, wystarczająca jednak żeby całkowicie skasować widoczność. Tę mieliśmy na nowo dopiero przy schodzeniu.

Zawróciliśmy do przełęczy i ścieżką zeszliśmy do Corrour Bothy, cykając ostatnie zdjęcia. Cairngormsy po raz pierwszy ukazały mi się w tak pięknej szacie. Widoczność była bardzo dobra, wiać wiało, ale nie tak żeby nie dało się wytrzymać i nie przez cały czas.

Ostatnie widoki z plateau:

Przed schronem natknęliśmy się na dwie łanie. Nie bały się zupełnie. Jedna podeszła do nas na odległość kilku metrów i obcinała nas ciekawie. Były tak ufne, że ewidentnie nie miały żadnych przykrych doświadczeń z człowiekiem. Aż liczyłam, że ta jedna da się pogłaskać, ale życie to je real, a nie kreskówka o Bambi. Niemniej pozowały profesjonalnie.

Wracaliśmy inną drogą – tuż za Corrour Bothy zamiast na prawo, poszliśmy lewą odnogą drogi – przez Glen Luibeg przechodzącą potem w Glen Lui. Topograficznie, jakkolwiek droga jest, i to wyraźna przez cały czas, rzecz nie jest oczywista. W kilku miejscach wykorzystywaliśmy skróty – w terenie nie do przegapienia, ale trzeba było wiedzieć, że właśnie tam warto skręcić.
Choć nawet i z mapą można się wpieprzyć. Jak ostatnie pierdoły przekraczaliśmy Luibeg Burn, szeroki, rwący i kamienisty (brr) na żywca, bez butów, konstatując post factum że kilkaset metrów w g
órę strumienia mieliśmy mostek.
Odcinek od naszej potokowej przeprawy do końca szlaku jest wyjątkowo urokliwy. Szkoda, że pokonywaliśmy go w narastającej szarówce a pod koniec po ciemku, ale w to sympatyczne miejsce na pewno jeszcze wrócimy, zwłaszcza że można tamtędy dostać się na co najmniej dwa munrosy.

(A księżyc! Highlandzki księżyc, to jest coś cudownego, podobnie jak gwiazdy – jak nie ma chmur, widać drogę mleczną! Zawdzięczamy to niskiemu stopniowi zanieczyszczenia światłem w tym rejonie)

Piękna, cudowna, jakkolwiek męcząca wycieczka.
Ogólnie wrażenia bardziej niż pozytywne, podobało się nam wszystkim bardzo, Cairngormsy potrafią zaczarować.

Link do całości – polecam, warto – >>TU<<