Beinn Ime i Beinn Narnain


Nr 73,
Beinn Ime i 74, Beinn Narnain

Wymowa: bin im; bin narnein

Znaczenie nazwy: hill of the butter; hill of the notches (za MunroMagic)

Wysokość: 1011m n.p.m.; 926m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 118.; 259.

Data wejścia: 22.05.11

Słabe prognozy pogody położyły naszą szansę na scrambling, przeprosiliśmy się więc z munro-baggingiem. Zależało nam żeby było blisko i nie bardzo długa trasa (12 km w deszczu a 20 ROBI różnicę) więc padło na Arrochar Alps, gdzie mieliśmy jeszcze trzy munrosy do przejścia. Jeden z nich nie spełniał kryterium krótkości trasy, pozostały więc Ben Ime oraz Ben Narnain, sąsiedzi jednej z naszych ulubionych gór Cobblera.

Samochód zostawiliśmy na znanym już nam parkingu w Succoth (nie wiem czy to się kwalifikuje jako część Arrochar czy odrębny przysiółek), wystarczy przejść na drugą stronę szosy i zaczyna się podejście (patrz mapka). Odcinek zalesiony jest o tyle przyjemny, że można się dobrze rozchodzić jako że nie jest stromo.

Pogoda nie pozostawiała miejsca na złudzenia, ale nastroje mieliśmy bardzo pozytywne, wielkich oczekiwań brak, miał być pożytecznie spędzony dzień i danie sobie w dupę, plus dla mnie i Mariusza kolejna zdobycz.

Loch Long i miasteczko Arrochar

Po wyjściu z "lasu" (w cudzysłowie bo tatrzański bór to to nie jest) osiągnęliśmy łyse Narnain Boulders, skąd widać już górne partie okolicznych wzniesień. Szliśmy ścieżką biegnącą pomiędzy Cobblerem a Beinn Narnain, wyprowadzającą na wielką przełęcz dzielącą ten ostatni od Beinn Ime. Na tym odcinku mieliśmy śmieszną przygodę – jedna z owiec, które niechcący spłoszyliśmy, przewróciła się na bok a że jej futro było bardzo namoknięte więc zapewne ciężkie, nie potrafiła wstać jedynie desperacko wymachując odnóżami. Była tak przerażona że nikt nie miał ochoty robić sesji zdjęciowej, Mariusz po prostu popchnął ją lekko tak że stanęła na nogi i tyle ją widzieliśmy (uratował owcę, przypominam, już po raz drugi ;)).

Z przełęczy na Beinn Ime wchodzi się połogim zboczem. Jest to najwyższy munro w Alpach Arrocharskich, ale – przynajmniej od strony naszego wejścia – niezbyt ciekawy.

Podczas wchodzenia na Beinn Ime, na II planie Beinn Narnain i the Cobbler

Powiem szczerze że włażenie trochę dało mi w kość, osobliwie w tych warunkach pogodowych. Przypominam jednak że nasz parking leżał prawie na poziomie morza (Loch Long jest fiordem). Plus, z przyczyn niezależnych od nas rzadko ostatnio łazimy, więc i kondycja spada…

Wierzchołek Beinn Ime osiągnęliśmy w mleku więc ewakuowaliśmy się dość szybko, tym bardziej że wiatr zrobił się masakryczny (nie wiedzieliśmy, że to dopiero preludium).

Zeszliśmy do przełęczy skąd nieco stromszy stok wyprowadzał na długi grzbiet Beinn Narnain.

Pogoda szalała, wiatr dawał z siebie wszystko, chmury pędziły więc warunki zmieniały się jak w kalejdoskopie: przez dwie minuty szliśmy w mleku, by przez następne dwie doświadczać pięknych widoków i nawet słońca, na grad i sporo deszczu też się znalazło miejsca, a jakże. Po osiągnięciu najwyższego punktu Beinn Narnain mieliśmy więcej szczęścia niż na poprzednim munrosie, bo COŚ było widać. Poniżej za Eweliną Loch Long.

A jeszcze niżej – Loch Lomond i Ben Lomond.

Już na grani szczytowej widać było, że Beinn Narnain nie jest takim zupełnie nudnym plaskaczem – było trochę skałek i bulderków; ale dopiero droga zejściowa okazała się naprawdę malownicza. Zamiast monotonnego zbocza ścieżka biegnie przez mały park skalny.



Na wypłaszczeniu poniżej wiatr dał czadu jak jeszcze nigdy. Do wglądu na moim profilu na fb – Daniel nakręcił dwa filmiki. Aż ciężko to opisać :)) Chłopaki choć więksi mieli pewien problem żeby ustać na nogach, a ze mną i z Eweliną wiatr robił co chciał, z przewracaniem włącznie. W pewnym momencie Mariusz prowadził mnie za pas biodrowy żebym była w stanie normalnie iść.



Niestety wietrzysko bardzo długo nie chciało ucichnąć, nawet kiedy już niewiele mieliśmy do granicy lasu dobrze dawało czadu. Zaliczyliśmy też kolejne sekwencje deszczu i słońca na przemian.

Poniżej: jeśli będziecie PODCHODZIĆ z Succoth na Beinn Narnain, to po pierwszej sekwencji leśnej kiedy osiągniecie szeroką drogę którą należy przeciąć, początek kontynuacji wygląda tak (zamieszczam zdjęcie ponieważ moim zdaniem nie jest ewidentne że to ścieżka):

A ta pierwsza sekwencja też jest raczej dzika:

Trasa jest fajna, w ogóle rejon Arrochar oferuje śliczne widoki z racji iż jest tam sporo lasów, więc krajobraz nie jest księżycowy jak choćby w rejonie bliskiej grupy Lawersa. Jeśli komuś mało może zrobić ją z trzecim munrosem, Ben Vane, ale tu już wymagana jest lepsza niż nasza kondycja i pogoda. Bardzo sympatyczne munros, zwłaszcza Beinn Narnain (plusy głównie za malowniczą drogę zejściową). Z Cobblerem łączyć nie polecam, tej górze warto poświęcić całkiem osobny wypad.

The Cobbler po raz drugi

Na Cobblerze już byliśmy, w samych początkach naszego poznawania szkockich gór: >>LINK<<. Bardzo nam się wtedy podobało i, nieco bardziej na skutek upływu czasu doświadczeni, postanowiliśmy połazić po nim ponownie, trenując (trochę też dla zabawy) asekurację.

Cobbler (aka Ben Arthur, od gaelickiego Beinn Artair) leży w Arrochar Alps gdzie wzgórza są niezbyt wysokie i raczej obłe (choć trzeba oddać sprawiedliwość, że do naleśników takich jak np. Drumochtery im daleko). On bynajmniej nie jest najwyższy w rejonie, mierząc 884m n.p.m. posiada zaledwie status corbetta, za to zdecydowanie wyróżnia się kształtem i możliwościami jakie oferuje.

Wierzchołki Cobblera to od lewej kolejno najniższy Szczyt Południowy aka Arthur’s Seat, główny – turnia którą ochrzciliśmy Igiełką, oraz najbardziej rozległy Szczyt Północny.

Zaparkowaliśmy inaczej niż poprzednio, w samym Arrochar. Nieopodal z daleka widocznego sterczącego z lasu masztu zaczyna się wygodna droga, nieco dłuższa ale też przyjemniejsza od tej z Glen Croe.

Na Arthur’s Seat postanowiliśmy się wbijać od frontu. Pierwszego zaatakowanego buldera odpuściliśmy. Skała była fatalna do zakładania przelotów – słabo urzeźbiona i w jakieś totalnie obłe formy. Wbiliśmy się kolejnym (dzięki za kolano Marcin :)), ponad którym była scramblingowa pionowa ścianka widoczna poniżej. I na bulderze i na niej asekurowaliśmy się. Nie dlatego że technicznie nie dalibyśmy rady tego przejść na żywca, ale przyjechaliśmy tam przecież po to, żeby poćwiczyć.

Krajobrazy oczywiście wymiatały, ten rejon Szkocji jest ładny przede wszystkim dlatego że dość mocno zalesiony. Poniżej Ben Lomond a pod nim Loch Long:

Spodziewaliśmy się że wejście będzie trudniejsze i dłuższe, ale i tak fajnie było znaleźć się na górze. Lufa jest tam elegancka na trzy strony, a sam szczyt jest na tyle szeroki, że można było się rozłożyć z tobołami i spokojnie delektować pogodą. Poniżej lans na tle Igiełki:

Schodziliśmy drogą którą Mariusz za pierwszym razem wchodził. Pierwszy odcinek był trudny i niemiły: gładki blok skalny z bardzo niepewnymi stopniami, więc tu zeszliśmy z liną. Moim zdaniem opłacało się budować stanowisko, bo choć ten odcinek miał zaledwie kilka metrów, poślizgnięcie było tam prawie pewne. Dalszy etap nie wymagał już asekuracji, bo jakkolwiek było się skąd spieprzyć, sam scrambling nie należał do najtrudniejszych. Choć gwoli uczciwości przyznam, iż ten odcinek również przeszłam z liną z tego prostego powodu że Mariusz się uparł, że skoro już jestem związana to mam tak zostać i basta. Ale sensu większego to nie miało.

Poniżej teren naszego zejścia:

Na Igiełkę wymyśliłam, że wejdziemy od frontu. Wejście tradycyjne, wg Wikipedii zwane "threading the needle" (zapewne z powodu przechodzenia przez okno skalne jako ucho igielne, a może też z powodu kształtu turni – tak czy siak zbieżne z moim skojarzeniem) z którego skorzystaliśmy poprzednim razem, postanowiliśmy zostawić sobie na zejście. Opcja od przodu dawała powód do użycia liny, no i zawsze fajnie zrobić coś inaczej niż większość.

Technicznie było łatwo, ale tam na żywca nie odważyłabym się wchodzić, kadr nie obejmuje lufy ale zapewniam: była. Znaczy już sam upadek do podnóża Igiełki miałby nieprzyjemne konsekwencje, lufy mogłoby nawet nie być – wspominam o niej dlatego, że jednak nieco deprymowała.

Arthur’s Seat spod wierzchołka Igiełki:

Szczyt Północny i kolekcja Arrochar Alps: od lewej Ben Vane, Ben Vorlich (zlewają się) i Beinn Narnain.

Na Igiełkę od punktu w którym się odwiązywaliśmy wchodzi się banalnie, acz należy uważać. Ostatni krok to półka nad ponad trzydziestometrową (w ostatniej notce oszacowałam ją na kilkanaście metrów, ale zweryfikowałam tę informację) pionową ekspozycją. W zejściu trochę nieprzyjemny dla psychiki, acz tym razem tam nie kombinowałam, tylko siadłam, spuściłam nogi i zeszłam.

A poniżej tego eksponowanego miejsca schodzi się piękną półą, która kończy się oknem skalnym ("Argyll’s eyeglass"):

Klasyczny kadr, który gości zapewne w tysiącach albumów papierowych i internetowych:

Szczyt Północny sobie darowaliśmy, jako że scramblingów tam nie ma, jest albo zwykła ścieżka albo o, takie cuda, na które jeszcze się nie pchamy:

Schodziliśmy z przełęczy u podnóża ostatniego wierzchołka. Ścieżka jest niefajna, krucha i kamienista – jako drogę wejściową bardziej polecam ścieżynę równoległą do naszego wejścia, biegnącą poniżej skalistych partii.

Wycieczkę oceniliśmy jako nadzwyczaj udaną. Żaden wielki cel nie padł, ale fantastycznie się bawiliśmy, a Cobbler jest bardzo piękną górą. Ponadto pogoda nas rozpieściła i widoczność była tego dnia wyjątkowo dobra.

A jak będziemy bardziej ogarnięci, są tam tematy dla których warto jeszcze odwiedzić to miejsce – co też na pewno zrobimy.

The Cobbler

The Cobbler, czyli Szewc – znany także jako Ben Arthur (w gaelic Beinn Artair) liczy sobie 884m n.p.m., co oznacza iż łapie się do corbetts, nie do munros (ale o korbetach kiedy indziej). Położony w Alpach Arrocharskich, na zachodnim brzegu Loch Lomond, bardzo się odróżnia od swojego urodziwego, ale raczej mało spektakularnego towarzystwa. Jeżeli o Rohaczu Ostrym pisałam, że jest charakterny, to Cobbler nie dość że ma charakter, ma też świra.

Już przed Arrochar zza wału niższych gór wyłania się coś, co wygląda jak żuchwa wielkiego smoka:

Trasę rozpoczęliśmy na parkingu w Glen Croe (Visitor Centre przy drodze A83, nad Loch Long). Odchodzi stamtąd wyraźna, wygodna i dobrze oznaczona ścieżka. Nad parkingiem góruje południowy szczyt Cobblera, Arthur’s Seat:

Tą przyjemną drogą idziemy nieśpiesznie około 20 minut, po czym skręcamy w las. Uwaga – leśna ścieżka na którą musimy odbić jest maleńka i łatwa do przegapienia, dlatego należy mieć oczy otwarte i oczywiście mapę.

Leśnym, wąskim i stromym szlakiem wędrujemy około 40 minut (po drodze niesamowity strumień spadający po przepięknie wyrzeźbionych płytach, plus… koszmarne błoto), by osiągnąć płaskowyż (to nie jest do końca precyzyjne określenie, ale niech już będzie), z którego już bezpośrednio wyrasta Cobbler oraz sąsiedni munro Beinn Narnain. Na wysokości tamy musimy dokonać wyboru: atakować Cobblera od tyłu, podchodząc ciągiem kolejnych garbów, czy wbijać się na przełęcz pomiędzy częścią środkową a szczytem północnym. My wybraliśmy opcję pierwszą, czyli (bo zdaję sobie sprawę, że powyższy opis brzmi jak na razie cokolwiek abstrakcyjnie) wbijanie się na górę od strony lewej.

Szczyt południowy, część środkowa z "Igiełką" (najwyższy punkt masywu), przełęcz z której schodzi szlak oraz szczyt północny

Pod Cobblera podchodzi się dość szybko, teren wznosi się łagodnie więc marsz nie jest męczący, a końcowe stromizny to zaledwie 100 metrów z hakiem. U samego podnóża góry widać już, że 90% włażenia mamy za sobą.

Szczyt południowy jest najniższy, ale najbardziej hardkorowy: piękna i dumna wieża o pionowych, skrzesanych ścianach.

W ogóle piony, przewieszki i urwiska są na Cobblerze fantastyczne:

Na szczyt południowy odważył się wejść tylko Mariusz. Próbowaliśmy wszyscy – ścieżka wchodziła na trawiastą i eksponowaną, ale szeroką galeryjkę, skąd można było zacząć się wspinać kominkami i pęknięciami. Mariusz szybko zniknął nam z oczu, po czym po jakichś trzech minutach rozległo się z góry jego wołanie – kategorycznie zabraniał mi wchodzić za nim. I tak nie bardzo miałam możliwość, ponieważ Kuba utknął nade mną w połowie ściany:P Kiedy już udało mu się zejść, zdecydowaliśmy, że na górę nie ma się co pchać bo nawet jeśli się uda, z powrotem może być kiepsko.

Mariusz zaczyna forsować ścianę, na drugim planie "Igiełka"

W międzyczasie na szczyt wchodziły jakieś typy, ktoś schodził (z asekuracją) – w ogóle ruch był tam spory jak na szkockie góry. Mariusz zszedł – co obserwowałam z napięciem – bardzo sprawnie, ale już na dole oznajmił, że droga jest trudna, parę momentów było typowo siłowych w znacznej ekspozycji, i że mogłabym nie dać rady, a przynajmniej nie tą samą trasą.

Szczyt południowy, na drugim planie Ben Lomond

Na pierwszy wierzchołek nie udało się nam z Kubą wejść, ale postanowiliśmy, że "Igiełki" (piszę w cudzysłowiu bo to nasza nazwa) sobie nie podarujemy.

"Igiełka" jest nawyższym punktem Cobblera, choć z dołu wydaje się, że wysunięte w przód pozostałe szczyty nad nią dominują.

Wejście okazało się nietrudne. Najpierw należało przejść przez okno skalne, potem atakować od prawej. Technicznie do ogarnięcia, ale ekspozycja taka, że – przyznam się – w zejściu miałam przez chwilę problem. Był tam, na samej górze, fragment gdzie właściwie najlepiej byłoby posadzić dupę i przefiknąć obie nogi na drugą stronę: manewr prosty, ale nie nad kilkudziesięciumetrową przepaścią. W końcu udało mi się przejść, ale musiałam w tym celu zrobić praktycznie szpagat, a i tak by nie wyszło gdybym była niższa i miała krótsze nogi.

Powrót przez okno skalne:

Po emocjach "Igiełki" wspięliśmy się na szczyt północny, jedyny z trzech na który droga jest łatwa i raczej bezpieczna. Co nie oznacza bynajmniej, że ta część góry jest mniej spektakularna od pozostałych – poniżej największa chyba przewieszka na Cobblerze:

Szczyt południowy, w dole Loch Long

Cobbler jest naprawdę niesamowity. Pełno głazów o dziwnych kształtach, okien skalnych, dziur (jaskiń?), nie wspominając o wszechobecnych przepaściach. Tak jakby bogowie, którzy stwarzali Arrochar Alpes ostatniego dnia zrobili bibę na okoliczność finału, i w stanie wskazującym postanowili postawić taką właśnie kropkę nad I.

Ben Donich i Beinn an Lochain – prawdopodobnie. W tym rejonie orientuję się jeszcze słabo i mogłam coś pokręcić. Oczywiście jeśli stwierdzę, że jest byk, zweryfikuję!

Beinn Narnain

Zejście z przełęczy nie nastręcza trudności. Po półgodzinie znów jesteśmy przy tamie a dalej – tą samą drogą którą wchodziliśmy, przez błotnisty las.

Cobblera polecam z całego serca, widoki, emocje i przede wszystkim świetna zabawa gwarantowane. Szlak jest krótki, mało forsowny i – pominąwszy najbardziej spektakularne fragmenty w rejonie szczytowym – łatwy. Szczyt południowy Mariusz ocenił na mocne *****, "Igiełce" daję **** przede wszystkim ze względu na ekspozycję. Wrażenia – także, a może przede wszystkim estetyczne – potężne, nawet jeśli ktoś zdecyduje się pominąć oba cięższe momenty.

Cobbler dołączył niniejszym do ścisłej czołówki moich ulubionych gór.