Ben Alder Munros

Nr 224, Beinn Bheoil; nr 225, Ben Alder; nr 226, Beinn Eibhinn; nr 227, Aonach Beag; nr 228, Geal-Charn; nr 229, Carn Dearg

Wymowa: ben wiaol; ben older; bin ejwin; unah beg; gal harn; karn dierek

Znaczenie nazwy: hill of the mouth; hill of rock and water; delightful hill; little ridge; white peak; red cairn like peak (za MunroMagic)

Wysokość: 1019 m n.p.m.; 1148 m n.p.m.; 1102 m n.p.m.; 1116 m m.p.m.; 1132 m n.p.m.; 1034 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 112.; 25.; 48.; 37.; 26.; 98.

Data wejścia: 7-8.7.2018

Do „Alderów” zalicza się sam właściwy masyw połączonych Ben Aldera i Beinn Bheoil, oraz sąsiednią czteromunrosową grań. Jest to dość trudno dostępna grupa górska do której dojść można na trzy sposoby: dojechać pociągiem do Corrour Station i dalej z buta; z Glen Spean z buta, oraz z Dalwhinnie (niespodzianka!) z buta, w tym wypadku 15 km. Podobna odległość występuje zresztą w każdej z wymienionych opcji. Dlatego postanowiliśmy poświęcić cały weekend i zaliczyć wszystkie sześć munrosów a zmęczyć się dojściem i powrotem tylko raz. 

Wybraliśmy najbardziej popularną opcję dojścia z Dalwhinnie do Culra Bothy, przenocowanie tam, następnego dnia wejście na Beinn Bheoila i Aldera po czym wbicie się na drugą grań, zdobycie minimum jednego munrosa (acz jakby się udało więcej to super), biwak na grani, ostatniego dnia dokończenie jej i powrót. Założenie ambitne acz latem jak najbardziej wykonalne. Problematyczny był fakt iż w piątek pracowałam do 19.30. Mariusz zabrał mnie prosto z pracy, w Dalwhinnie byliśmy po ok. dwóch godzinach, trochę czasu zajęło znalezienie parkingu z którego nas nie odholują (trwają prace leśne i najbliższy początkowi trasy parking jest zarezerwowany dla ciężkiego sprzętu), do Culry doszliśmy przed północą. Zdjęcie poniżej zrobione po 23 pokazuje jak wyglądają letnie noce w Szkocji: 

Bothy jest oficjalnie nieczynne ze względu na obecność azbestu ale otwarte. Azbest jest podobno w ścianach ale że nie zamierzaliśmy ich skrobać i się sztachać bothy było nasze. Spało się cudownie a poranek okazał się obiecujący:



Fajnie było zobaczyć na żywo klasyczny widok pt. Culra z Alderem po jednej stronie a Lancet Edge po drugiej. Grań ta, kulminująca w pomniejszym szczycie Sgor Iutharn, opada z munrosa Geal-Charn, przedostatniego w grani. Do wejścia się zatem nie za bardzo tym razem nadawała ale jeśli kiedykolwiek tu wrócimy to właśnie po to żeby ją przejść.



Dolinę przecina trochę ścieżek, ale w warunkach jakie mieliśmy nawigacja była dość oczywista.



Profil Lancet Edge z każdej perspektywy wyglądał ciekawie, widać że jest tam jedno trudniejsze miejsce już całkiem wysoko:



Loch Pattack a naleśniki w tle to masyw Monadliath aka Szare Góry.



To zdjęcie jest o tyle istotne że pokazuje drogę zejściową z ostatniego munrosa – dość upiorne wrzosowe zbocze pozbawione ścieżek. 



Droga na Beinn Bheoil wygląda tak: najpierw umiarkowanie strome zbocze, potem wypłaszczenie, potem podejście na garb (Sron Dreineach) który jest długi i wznosi się jedynie nieznacznie, oraz szczytowy „final push” widoczny na zdjęciu. Nie jestem pewna czy tam wszędzie jest ścieżka bo my naszą w pewnym momencie zgubiliśmy. Przy dobrej widoczności nie miało to oczywiście większego znaczenia, poza tym od garbu nawigacja jest oczywista.



Widok z wierzchołka Beinn Bheoil na trzy popularne scramblingowe granie: Short Leachas (Alder), Long Leachas (Alder) i Lancet Edge. Ta ostatnia wygląda na najbardziej eksponowaną.



Loch Ericht, zaś na tle nieba widać kolejno Ben Lawersa z satelitami, czterowierzchołkowy Meall nan Tarmachan oraz trójkątny Meall Ghaordaidh. „Aldery” są położone w centralnym highlandzie, stąd widać z nich także Glencoe, Nevis Range, The Mamores, i dalej aż do Glen Shiel. Zaraz za Loch Ericht naleśnikują zaś Drumochtery. Nie wrzuciłam zbyt wiele zdjęć szerokich planów bo to z racji ilości munrosów wyjątkowo długa notka i wyjątkowo dużo zdjęć, a nie chcę żeby strona ładowała się godzinę.



Kolejny szczyt w masywie Beinn Bheoil, mający status munro top Sron Coire na h-lolaire (też uwielbiam te nazwy). Bardzo ładny szczyt ale z bólem zdecydowaliśmy się go strawersować żeby zaoszczędzić trochę energii.



Zeszliśmy na przełęcz o wysokości 833 m n.p.m. skąd na zbocza Aldera wchodzi się wolną amerykanką, ta strona góry jest stosunkowo połoga, klify są tylko od północy i wschodu. Na zdjęciu wierzchołek po prawej stronie.



Loch a’ Bhealaich Bheithe oraz Beinn Bheoil. Dobry moment żeby przypomnieć że zbitkę „bh” w gaelic czyta się jak polskie „w” 😉


Na wierzchołku. Alder to taka typowo „cairngormska” góra: wielkie to, plaskate, acz rehabilituje się kotłami oraz opadającymi do nich graniami. Mimo tego Beinn Bheoil, choć znacznie niższy, jakoś bardziej przypadł mi do gustu.

Pierwszy widok na kolejne do zdobycia dwa munrosy, Beinn Eibhinn i Aonach Beag:

 

Z Aldera zeszliśmy w dolinę oddzielającą nas od kolejnej grani (momentami stromawo ale pamiętam dużo bardziej męczące zejścia) i ukazał nam się w całej okazałości kolejny etap, to jest podejście na przełęcz pomiędzy munrosami. Jak widać na Beinn Eibhinn trzeba się kawałek cofnąć. Byliśmy już zmęczeni (słońce czasem chowało się za chmurami ale kiedy grzało to na full) ale na grań trzeba było się wspiąć, ponieważ kolejny dzień miał być wystarczająco ciężki i bez tego podejścia. W dolinie uzupełniliśmy też wodę która w tym upale zdążyła się skończyć.



Ten kawałek mnie trochę dobił, przyznaję.



W okolicach przełęczy zdecydowaliśmy że na ten dzień wejście na Beinn Eibhinn wystarczy. Z przełęczy w górę wyprowadza dobrze zdefiniowana grańka na której poziomej części postanowiliśmy zabiwakować. 



Poniżej można wypatrzeć nasz namiocik. Widać też jak gwałtownie zaczęła się zmieniać pogoda. Zostawiliśmy plecaki w namiocie i w dziesięć minut byliśmy na wierzchołku Beinn Eibhinn (wierzchołki są dwa, ten dalszy jest właściwy) – każde stanęło tam dosłownie na kilka sekund i zaczęliśmy wiać z powrotem żeby zdążyć się schować przed deszczem.

Nasz namiot to kropka na grani w miejscu gdzie kończą się jasne piargi. W tle Aonach Beag oraz Geal-Charn.

Kiedy już byliśmy w namiocie zerwało się takie wietrzysko że dotarło do nas iż rozbicie się na grani nie było najmądrzejszym pomysłem. Klnąc zwinęliśmy namiot na pół, z matami i śpiworami w środku, i znieśliśmy go poniżej przełęczy (mieliśmy szczęście że go nam wiatr nie porwał). Potem musieliśmy się jeszcze wspiąć po plecaki. Naprawdę mieliśmy już dość jak na jeden dzień. 

Spało nam się słabo, wiatr tak dął że baliśmy się że połamie nam namiot. Rano wszędzie były kotłujące się chmury, jak widać coś tam się odsłaniało ale jedynie na krótkie momenty. Jakoś udało się zwinąć majdan i wyruszyć – dzień zapowiadał się średnio ale nie mieliśmy już wyjścia, powrót i tak wypadał przez kolejne trzy munrosy.

Ze względu na warunki nie bardzo było czemu robić zdjęcia. Na Aonach Beag wyprowadza również nieźle zdefiniowana grań, a podejście z przełęczy jest nieco tylko dłuższe niż na Beinn Eibhinn. 

Przełęcz pomiędzy Aonach Beag i Geal-Charn jest położona wyżej niż poprzednia. Na tym etapie wiatr zmalał i do szczęścia zaczęło brakować tylko widoków. Zdjęć szczytowych nie wrzucam bo pokazują tylko mnie, kopczyki i szarość. Warto natomiast spojrzeć na plateau w rejonie szczytowym Geal-Charn – bez GPSa pewnie błąkali byśmy się tam 40 lat jak Żydzi po pustyni. Z tego rejonu można kontynuować na nieodległy Sgor Iutharn i zejść sobie Lancet Edge acz nie wiem czy to byłby najlepszy pomysł.

Z północno-wschodniej strony Geal-Charn opadają klify i jedyną opcją do zejścia jest grańka Aisre Ghobhainn. Tpo ładny kawałek trasy po którego obu stronach mieszczą się kotły a w każdym jest jezioro. Kocioł wschodni jest głębszy i bardziej efektowny, głównie dlatego że zamyka go Lancet Edge:

Ten przyjemny fragment szybko się jednak kończy, za pzrełęczą grań zaczyna się rozlewać w zbocze i dość łagodnie wznosi się na ostatniego munro Carn Dearg, oddalonego o ok. 2 km. Ponownie, munros ten ma dwa wierzchołki, i wrzucam zdjęcie z niższego ponieważ jest bardziej efektowne. Z drugiej strony gdyby ten dzień był tak piękny jak poprzedni, musiałabym tę notkę rozbić na dwie części z powodu ilości zdjęć. 

Z Carn Dearg ponownie sprowadził nas GPS. Ścieżek jako takich nie ma, ale proponowana trasa z Walkhighlands, na rympał zboczem, sprowadza prosto do bothy. To zejście do przyjemnych nie należy, bo raz że strome a dwa że porośnięte wrzosami i jagodami wśród których zieją poukrywane dziury i można wpaść po udo. Poniżej Beinn Bheoil i Alder w chmurach:

Końcówka zbocza, widać prywatne Culra Lodge (to większe) i bothy (to mniejsze):

Po dojściu do bothy zrobiliśmy jedynie krótki postój gastronomiczny, starając się za bardzo nie ekscytować ukończoną misją a raczej kontynuować w trybie zadaniowym, jako że byliśmy już dobrze wytrzepani a do samochodu zostało ok. 16 km. Klasyczny alderowy widok po raz drugi, w jakże innych warunkach:

Powrót, jak można było przewidzieć, przypominał odwrót spod Moskwy aczkolwiek ja osobiście umordowałam się nieco mniej niż po Loch Mullardoch – jednak co szutrowa droga to szutrowa droga. Kiedy dobrnęliśmy do parkingu miałam jednakowoż ochotę ucałować samochód. 

Podczas tego weekendu zrobiliśmy ok. 60 km, ale zdecydowanie było warto ogarnąć wszystkie te sześć munrosów od jednego strzału. Jeśli jednak będziemy kiedykolwiek wracali do Culry, chociażby na Lancet Edge, to tylko na rowerach. Większość ludzi tak właśnie robi a my nie skorzystaliśmy z tej opcji ponieważ mój niemiłosiernie eksploatowany pojazd już ledwo zipie, a potrzebuję go na jeżdżenie do pracy. Uskutecznianie Alderów z buta, choć jak widać możliwe, to jednak trochę hardcore. 

Linki do map i tras na Walkhighlands wrzucę później.


The Strathfarrar Four

Nr 220, Sgurr na Ruaidhe; nr 221, Carn nan Gobhar; nr 222, Sgurr a’Choire Ghlais; nr 223, Sgurr Fuar-Thuill

Wymowa: skur na ruje; karn nan gołer; skur a hoje glasz; skur fuar hoil

Znaczenie nazwy: rocky peak of redness; carn like hill of the goats; rocky peak of the grey corrie; rocky peak of the cold hollow (za MunroMagic)

Wysokość: 993 m n.p.m.; 992 m n.p.m.; 1083 m n.p.m.; 1049 m m.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 151.; 153.; 60.; 82.

Data wejścia: 9.6.18

Te cztery munrosy miały być nieco problematyczne logistycznie. Otóż niemal cała ziemia w Szkocji jest prywatna (a konkretnie w rękach kilkuset ludzi, swoją drogą bardzo ciekawy temat ale nie będę go w tym miejscu rozwijać) ale tego się nie czuje ponieważ (inaczej niż np. w Anglii) obowiązuje right of way. Właściciel Glen Strathfarrar nie był w stanie tego prawa przeskoczyć, ale zrobił co mógł, a mianowicie bardzo ograniczył dostęp do doliny. W malutkim Struay dalszą drogę w dolinę zagradza brama, a w nieodległym Milton Cottage siedzi sobie pani która ją otwiera i wręcza nam bilet. Gdzie tu hak? Jest kilka. Raz, brama jest otwarta tylko przez określoną ilość godzin, najdłużej teraz latem – od 9 rano do 8 wieczorem, i trzeba się wyrobić ponieważ w dolinie nie wolno parkować na noc.W niektóre dni wjazd jest w ogóle zabroniony. Zimą akces uzyskać mogą jedynie członkowie Scottish Mountaneering Club. I wisienka na torcie: dziennie jest wpuszczanych max 25 samochodów. Szczegóły tutaj: >>LINK<<

Żeby być pod bramą przed dziewiątą Mariusz zabrał mnie w piątek wieczorem z pracy i do celu zaczęliśmy dobijać koło 23.00. Kiedy do bramy zostało dosłownie niecały kilometr, przy szosie ujrzeliśmy mały hotelik. Wrodzony sybarytyzm zwyciężył i zamiast rozkładać namiot przy świetle latarek spędziliśmy noc w The Cnoc Hotel, płacąc za pokój i śniadanie całkiem rozsądną cenę 90 funtów. Hotelik jest uroczy, czysty, personel miły. Więcej info pod >>LINKIEM<<. Kiedy rano stawiliśmy się pod bramą byliśmy wypoczęci, pełni entuzjazmu i ogólnie szczęśliwi 😉

Było może za pięć dziewiąta kiedy przed bramą ustawił się wielki camper van na niemieckich numerach. Uznając że faktycznie już czas, ustawiliśmy się za nim. Wtedy z vana wyleciała babka i zaczęła dramatycznie gestykulować, pokazując, że nie, że brama się nie otwiera. Z drugiej strony po chwili dołączył kierowca. Mariusz wysiadł i zaczął mu tłumaczyć że wszystko jest w porządku, po prostu jest jeszcze parę minut do dziewiątej, na co tamten podziękował i powiedział że jadą nad Loch Ness… Face palm jak do Kornwalii bo Loch Ness jest dokładnie w przeciwną stronę, a właścicieli tak wypasionego campera raczej powinno być stać na nawigację. Swoją drogą gdyby nie zostali uświadomieni że to NIE JEST droga nad Loch Ness, pewnie dojechali by do końca doliny gdzie zaczyna się piękne Loch Monar i byliby by przekonani że są u celu. I na dobre by im to wyszło bo to o wiele piękniejsze miejsce niż prawdziwe Loch Ness…

Za bramą jedzie się jeszcze kilkanaście kilometrów w głąb doliny, aż po prawej – północnej stronie pojawia się polana, a na zboczu ponad nią można zobaczyć wyjeżdżoną terenówką drogę – to na tej polanie należy zaparkować, a droga to początek trasy. Wkrótce osiągamy położoną wyżej odnogę doliny, otoczoną przez trzy munrosy. 

My wchodzimy na ramię stanowiące wschodnie obramowanie doliny, a kulminujące w munrosie Sgurr na Ruaidhe. Umęczyliśmy się tam choć nie jest to jakieś ekstremalnie ostre podejście. Klimat był jednak niesprzyjający: gorąco, parno, powietrze stało, generalnie pogoda przedburzowa. Kiedy osiągnęliśmy szczyt i było wiadomo że najdłuższe dzisiejsze podejście za nami, ulżyło mi tak że złapałam drugi bieg.

Na poniższym zdjęciu widać kolejne dwa munrosy. Gdzieś na tym etapie zaczęło grzmieć, na południe od nas niebo pociemniało oraz widać było że tam leje. Niby zrobiło się chłodniej i szło się dużo lepiej ale miałam paskudnego stracha że ta burza się przesunie w naszym kierunku. Przeżyłam już raz burzę w górach (na Kopie Kondrackiej) i jest to dość ekstremalne doświadczenie. Ustaliliśmy na szybko plan działana jak przyjdzie co do czego (wyłączamy elektronikę i siadamy na plecakach) i cisnęliśmy dalej. Na szczęście burza została tam gdzie była.

W tle Sgurr na Ruaidhe. Zejście i wejście na Sgurr nan Gobhar zajęło nam niecałą godzinę. 

Po drodze mało nie zdeptaliśmy pardwy, która wysiadywała jajka na ścieżce. Była zakamuflowana tak świetnie że z odległości paru metrów po prostu znikała. Zimą te cwaniaki zmieniają upierzenie na śnieżnobiałe.

Na Carn nan Gobhar widoczność drastycznie spadła oraz zaczęło siąpić.

Sgurr a’Choire Ghlais nie był co prawda widoczny w całości ale widać było że jest znacznie wyższy i kształtniejszy niż dwa pierwsze munrosy. 

Carn nan Gobhar w tle:

To morze zieleni zaczyna się zwykle na początku czerwca i trwa do końca sierpnia. Przez resztę roku góry są rudawe. Ta ilość zieleni nieco oszałamia. Jakby chodzić po wielkim powybrzuszanym stole bilardowym.

Na podłużnym, flankowanym stromiznami wierzchołku Sgurr a’Choire Ghlais stoją dwa kurhany które z daleka wyglądają jak sutki (z mapy nie wynika który z nich wyznacza właściwy szczyt więc wlazłam na oba) oraz trianguł. To bardzo ładny wierzchołek i bardzo ładna góra. Pierwsze dwa munro są raczej kopami, zaś kolejne dwa to już bardzo przyjemny kawałek trasy.

Kolejnego munrosa nie było widać, kryło go mleko. Wiadomo było jednak że na przełęcz schodzi się od kurhanu północno-wschodniego. Dopiero dużo niżej zaczęło nam się coś odsłaniać ale nie był to munros właściwy, a piękny szczycik Creag Ghorm a’Bhealaich, przy wysokości 1030 m n.p.m. mający status munro top. 

Zejście ze Sgurr a’Choire Ghlais:

Moje ulubione zdjęcie i początek spektaklu wydawanego tego popołudnia przez chmury i mgły:

Creag Ghorm a’Bhealaich. Warto na niego wejść (to moment) i pooglądać sobie kocioł opadający do Glen Orrin.

Z tego przedszczytu wreszcie ujrzeć można właściwy wierzchołek Sgurr Fuar-Thuill, wyższy o 10 metrów:

Jeszcze rzut oka na kocioł:

Już pokonana trasa, co prawa Sgurr na Ruaidhe się chowa, ale widać Carn nan Gobhar i Sgurr a’Choire Ghlais:

Wreszcie zaczęło być coś widać, i to całkiem sporo. Na mgnienie oka pokazały się Fannichsy, wypatrzyłam też kontur Liathach oraz Maol Chean-dearg. Ben Wyvis, Lurg Mhor, Cheesecake oraz jeszcze nie zdeptany Maoile Lunndaidh były widoczne bez problemu, podobnie jak sąsiednie munrosy nad po trzykroć przeklętym Loch Mullardoch.

Rzeczone Mullardoch munros, samego jeziora na szczęście nie widać (wolałabym iść Mordoru ryzykując rendez vous z Szelobą niż jeszcze raz wybrać się nad Loch Mullardoch):

Wiadomo było że aparat nie odda tego w pełni, ale było po prostu cudownie!

Za ostatnim munrosem podeszliśmy jeszcze na ostatni tego dnia szczycik Sgurr na Fearstaig, kolejny munro top, i można było zacząć schodzić stalkerską ścieżką.

Sgurr na Lapaich:

Po osiągnięciu drogi pozostaje jeszcze 6-kilometrowy marsz do parkingu. Nasz nowy znajomy którego poznaliśmy na tej trasie poradził sobie tak że rano podrzucił tam rower, który teraz na niego czekał. Pojechał nim na parking, po czym wrócił samochodem po Mariusza (zmieścić się mogła tylko jedna osoba), żeby ten mógł z kolei podjechać po mnie. Czyli oboje zaoszczędziliśmy jakieś trzy kilometry a i tak telefon twierdzi że przeszliśmy ich 29, o 3 więcej niż podaje dla całej trasy Walkhighlands.

Wyrobiliśmy się na 19.25 więc gdyby nie ta ostatnia podwózka bylibyśmy pewnie dokładnie na styk 🙂

>>LINK<< do opisu trasy

>>LINK<< do mapy


South Glen Shiel ridge part II

 

Nr 216, Maol Chinn-dearg; nr 217, Aonach Air Chrith; nr 218, Druim Shionnach; nr 219, Creag a’Mhaim

Wymowa: maol hin diereg; unah er hri; drim hiumoh; kreg a waim

Znaczenie nazwy: bald red head; trembling ridge; ridge of foxes; crag of the large rounded hill (za MunroMagic)

Wysokość: 981 m n.p.m.; 1021 m n.p.m.; 987 m n.p.m.; 947 m m.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 168.; 109.; 160.; 218.

Data wejścia: 26.5.18

 

Do południowej grani Glen Shiel składającej się z siedmiu munrosów i kilku pomniejszych szczytów przymierzyliśmy się parę lat temu, z worami (wory bo pierwszego dnia pokonaliśmy 11km szosą tak żeby z grani zejść do samochodu, a kempingowaliśmy na dziko w połowie drogi na grań, stąd trzeba było taszczyć wszystkie dobra). Daliśmy wtedy radę przejść trzy munrosy po czym raz że nie mieliśmy już siły dwa że pogoda się popsuła – musieliśmy się ewakuować z grubsza w połowie trasy. Ostatnia wycieczka miała na celu dokończenie grani, tym razem rozsądnie – na lekko. 

Tym razem rozbiliśmy się koło Cluanie Inn. Klimat majowej highlandzkiej nocy był specyficzny – dolina pełna namiotów i camper vanów a kilkanaście metrów od nas w zagłębieniu gruntu spały jelenie. Rano namiot poszedł do auta a my rozpoczęliśmy trzykilometrową wędrówkę szosą do podnóża jednego z północnych ramion opadających z grani (Druim Coire nan Eirecheanach).

Druim Coire nan Eirecheanach po lewej, po prawej alternatywne podejście granią Druim Thollaidh:



U podnóża DCnE trzeba było przekroczyć rzekę ale że pogoda dopisywała prawie cały maj, stan wody był bardzo niski i poszło gładko. Ścieżka zygzakami wyprowadza w wyższe partie grani:



Kiedy osiągnęliśmy w końcu główną grań okazało się że stoimy na munrosie – DCnE kulminuje dokładnie w wierzchołku Maol Chinn-dearg. 



Widoki stamtąd były wyjątkowo zacne, jak to w Glen Shiel i okolicach, które są drugim (po Ben Nevisie z przyległościami aż do Glencoe) największym skupiskiem charakternych munrosów. Poniżej widok na munro Sgurr an Doire Leathain, z którego zwiewaliśmy poprzednim razem:



Po prawej piękna góra Ladhar Bheinn leżąca na odludnym półwyspie Knoydart, którego jeszcze nie daliśmy rady poeksplorować:



Piękny i już zaliczony munros Sgurr a’Mhaoraich:



Loch Quoich z całym stadem munrosów: zaraz za jeziorem Gairich z wystającym zza ramienia Gulvainem, a dalej Sgurr na Coireachan, Sgurr Thuim, Sgurr Mor i Sgurr na Ciche z satelitami. W Glen Quoich zaś jakiś milioner walnął sobie nie tylko posiadłość ale nawet prywatne lądowisko:



Droga na Aonach Air Chrith też wyglądała dobrze:



Odcinek pomiędzy Maol Chinn-dearg i Aonach Air Chrith był najładniejszym kawałkiem trasy. Grań zwęża się coraz bardziej by pod koniec przejść w wijące się arête, z klifami po jednej stronie.



Miejsce poniżej w razie oblodzenia można bezproblemowo obejść od prawej strony:



Niestety ten kawałek kończy się o wiele za szybko kiedy osiągamy wierzchołek Aonach Air Chrith, najwyższego munro ze wszystkich siedmiu w grani. W tle Easains, Grey Corries i Nevis Range:



Na północ opada momentami eksponowana grańka Druim na Ciche, którą na zdjęciu ekspoloruje Mariusz, za plecami mając Brothers Ridge, ledwo dostrzegalny mikro szczycik Ciste Dhubh, oraz giganty Glen Affric Mam Sodhail i Carn Eige.



W porównaniu z dotychczasową trasą kolejny odcinek wygląda jak pastwisko (ten połogi fragment jedynym takim w całej dość dobrze zdefiniowanej grani). Widać dwa ostatnie munrosy, Druim Shionnach i Creag a’Mhaim.



Południowi sąsiedzi, piękne munrosy Gleouraich i Spidean Mialach:



Pastwiska ciąg dalszy. To dobra okazja żeby wspomnieć że ruch na grani był w obie strony jak na skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Alejami. Większość zaliczała całą grań, co jest opcją karkołomną przede wszystkim ze względu na konieczność powrotu szosą do punktu startowego (stąd nasze dawne kombinacje z rozbijaniem tego na dwa dni) bo razem to jest kobyła ok. 37 km, bez gwarancji złapania podwózki – i weź tu popylaj asfaltem 11 km prawie bez pobocza po przejściu siedmiu munrosów. Jeśli ekipa większa to rozwiązaniem są dwa samochody.



Zoom na Ciste Dhubh, maleńkiego ale bardzo charakternego munrosa, oraz Mam Sodhail i Carn Eige, najwyższe szczyty po tej stronie Great Glen.



Oraz zaskakująco niedoceniany a również wspaniały Sgurr nan Conbhairean. Lumpa po prawej to Carn Ghluasaid, który jakimś cudem jest klasyfikowany jak samodzielny munros.



Rzut oka wstecz na Aonach Air Chirth oraz grańkę Druim na Ciche:



Na wierzchołku Druim Shionnach, gdzie byliśmy już nieźle wytrzepani, głównie słońcem:



Oraz Gairich wyglądający spomiędzy Gleouraicha i Spideana Mialacha, z bonusowym Gulvainem najbardziej w lewo. Gairich to była nasza jak na razie jedyna wycieczka w ten rejon w pełnych warunkach zimowych, i lód sprawił że było emocjonująco:



Grań pomiędzy Druim Shionnach a Creag a’Mhaim nie ma już pastwiskowatego charakteru a pod wierzchołkiem tworzy nawet kolejną na tej trasie arête, tyle że miniaturową (znów, przy oblodzeniu można ją strawersować od południa). 



Odcinek pomiędzy dwoma ostatnimi munrosami w przeciwnym kierunku:



Na Creag a’Mhaim przyznaję że już miałam dość. Niestety zejście stamtąd najwygodniejszą opcją jest długie, a tą mniej wygodną podejrzewam że bardzo męczące. Teoretycznie ze szczytu można zejść na rympał do Cluanie Inn (nie wiem czy jest jakaś ścieżka, nie szukaliśmy jej) ale my poszliśmy zwykłym zejściem, tzn. najpierw zygzakującą stalkerską ścieżką, a potem przez ok. 7 km szutrową drogą.



Ten ostatni odcinek, pomimo pięknych widoków na Loch Shiel, był już dość ciężki.

Szczegółowa mapa całej siedmiomunrosowej trasy ze strony Walkhighlands pod tym >>LINKIEM<<. Info o trasie natomiast tu: >>LINK<<.

W Glen Shiel pozostały nam już tylko trzy munrosy Brothers Ridge, które planujemy na jesienny urlop. Ale gdzie jak gdzie alu tu na pewno będziemy regularnie wracać, podobnie jak do Glencoe, w Mamores, Benka czy na Daleką Północ.


The Central Fannaichs

 



Nr 213, Meall a’Chrasgaidh; nr 214, Sgurr nan Clach Geala; nr 215, Sgurr nan Each

Wymowa: (uzupełnić)

Znaczenie nazwy: hill of the crossing; peak of the white stones; peak of the horses (za Munromagic)

Wysokość: 934 m n.p.m.; 1093 m n.p.m.; 923 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 243.; 53.; 267.

Data wejścia: 12.5.18

 

Fannichsy nazywają sie tak od Loch Fannich. Ta piękna grupa górska liczy sobie dziewięć munrosów leżących w jednej poskręcanej jak Mississipi grani, tak że hardkorowcy mogą je trzasnąć na jeden raz. Zwykli ludzie rozbijają jednak grań na więcej wycieczek. Cztery najbardziej wschodnie munrosy przeszliśmy już parę lat temu, tym razem mieliśmy zaliczyć trzy środkowe.

Fannichsy są fantastycznie położone pomiędzy Inverness a Ullapool – to już ten rejon Szkocji że czuć Północ. Wszystkie są ponadto łatwo dostępne z dróg, nie ma nie wiadomo jak długiego podchodzenia ani konieczności nocowania w bothies. 

Trasę rozpoczyna się z parkingu leżącego po zachodniej stronie A832. Należy stamtąd przejść kilkadziesiąt metrów w kierunku na Inverness, do drogowskazu. Dalej drogą i na pierwszym rozwidleniu skręcić w lewo. Za mostem są dwie opcje – kontynuować wyraźną ścieżką (opcja krótsza ale będzie trzeba przechodzić przez rzekę) bądź w lewo błotnistym szlakiem wyjeżdżonym przez quady. Ten prowadzi do kolejnego mostku nie zaznaczonego na mapach a używanego przez quadowców. Opcja zalecana przy dużym stanie wody! Oba warianty wyprowadzają w dolinę utworzoną od lewej przez środkowe, a od prawej zachodnie Fannichsy.



Na pierwszego munrosa nie ma ścieżek i od nas tylko zależy kiedy zaczniemy się wbijać do góry. Myśmy kierowali się GPSem. Poniżej pięknie widać czym różni się typowe chodzenie po szkockich górach od chodzenia znakowanymi szlakami:



Z początku zbocze jest bardzo strome i można się tam serio umęczyć. Im bliżej kopuły szczytowej tym bardziej jednak teren się kładzie.

Zachodnie Fannichsy a konkretnie Sgurr Breac:



W panoramie rządzi An Teallach a zwłaszcza pinakle Corrag Bhuidhe oraz The Lord Berkeley’s Seat pięknie widoczne poniżej. 



Strzelisty szczyt za Sgurr Breac to zaś wspaniały Fionn Bheinn z poprzedniej notki.



W panorami w kierunku południowym najładniej wygląda Cheescake, czyli Bidein a’Choire Sheasgaich. Umordowaliśmy się tam nieludzko w 2015, w kopnym śniegu.



Na Meall a’Chrasgaidh. Jest to jeden z mniej spektakularnym Fannichsów (zdjęcie z odległości będzie później) ale wchodzenie na niego jest wyjątkowo upierdliwe. Nie na podium ale w pierwszej dziesiątce.



Dalsza droga na Sgurr nan Clach Geala wiedzie po grani:



Po jej lewej stronie są piękne krzesanice. Ten munros ma najładniejszy kocioł w całych Fannichsach i uważam że również najwięcej charakteru, mimo że wysokościowo przegrywa z liderem Sgurr Morem.



Wierzchołek:



To małe to Sgurr nan Each, ładna mikra góra niestety całkowicie przytłoczona przez potężnego sąsiada.



Zapowiedziany widok na Meall a’Chrasgaidh. Totalny stóg siana. Dalej widać szczyty i szczyciki Dalekiej Północy:



Grań od drugiej strony a w lewej górnej części zdjęcia Beinn Dearg. Po prawej jeszcze przez nas nie zdeptany Am Faogahach.



Po prawej oczywiście An Teallach a jezioro obok to Loch na Sealga.



Na wierzchołku:



Podziwiając Sgurr Mora. On tylko z tej strony jest taki obły, z drugiej również posiada fajny kocioł, acz z tego co pamiętam nie robiący takiego wrażenia jak ten opadający ze Sgurr nan Clach Geala.



Sgurr Breac i a’Chailleach, a za nimi Slioch:



Sfotografowaliśmy jednego z tych dzików dla których ogarnięcie całej grani Fannaichs na raz jest wykonalne. Gość na większości odcinków biegł, nie miał żadnego plecaka, wody, totalny light & fast. 



Sgurr nan Each wydaje się tak maleńki przy swym sąsiedzie że trudno uwierzyć w jego status munro. Ich miejsca na munro-liście to odzwierciedlają: Sgurr nan Clach Geala jest pięćdziesiąty trzeci, Sgurr nan Each dwieście sześćdziesiąty siódmy. Z Fionn Bheinna wydawało się że Sgurr nan Each to nie tyle samodzielna góra ile wybrzuszenie w grani. 



Rzut oka na Sgurr nan Clach Geala. Przełęcz z tej strony jest bardzo głęboka ale na ostatniego munrosa już tylko kawałek. Tamtemu biegaczowi wystarczyło może z 15 min od jednego munro do drugiego 🙂



Dwa najbardziej dramatyczne szczyty Fannaichsów, czyli Sgurr nan Clach Geala i Sgurr Mor. Ten drugi jest o 17 metrów wyższy.



Szczytowe ze Sgurr nan Each z widokiem na Loch Fannich. Tam właśnie zdałam sobie sprawę że z żadnego dziesiejszego wierzchołka nie zdołałam wypatrzeć Ben Nevisa – doszliśmy do wniosku że musiały go zasłaniać munrosy znane jako Strathfarrar Four – to te cztery prominentne góry kawałek w lewo od mojego kolana.



Ze Sgurr nan Each zeszliśmy w dolinę pomiędzy centralną a zachodnią odnogą grani Fannaichs. Teren typowy, podmokły, w inną pogodę zapewne trudny do pokonania suchą nogą. Niżej pojawia się ścieżka – tym razem nie szliśmy przez wariant dla quadów lecz znaleźliśmy miejsce gdzie dało się przekroczyć rzekę bez większej gimnastyki. Ta opcja jest nieco – może o jakiś kilometr? – krótsza. 

Trasa liczy sobie 18 km jest więc jaki na highlandzkie warunki przeciętnej długości. Popracować trzeba głównie na pierwszym podejściu. 


Fionn Bheinn

 

Nr 212, Fionn Bheinn

Wymowa: fion-wen

Znaczenie nazwy: white hill (za Munromagic)

Wysokość: 933 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 246.

Data wejścia: 11.5.18

 

Chcąc z Inverness dojechać do Kinlochewe i Torridonu, zaraz za Garve musimy skręcić z A835 w A832. Jedną z miejscowości (mini-mikro miejscowości) na tej trasie jest Achnasheen, samo w sobie warte wzmianki jedynie o tyle, że można tam skręcić do lokalnej metropolii Lochcarron. Kiedy przejeżdżamy przez Achnasheen, połogie zbocze po północnej stronie drogi to właśnie Fionn Bheinn. 



Cameron McNeish twierdzi iż jedynym interesującym faktem odnośnie tego munro jest wymienienie go w przepowiedni Brahana Seera. Brahan Seer aka Kenneth McKenzie żył w Highlandzie w XVII wieku i był jakoby wieszczem, chociaż mnie się raczej wydaje że żarł grzyby, albowiem przepowiednia która nas interesuje brzmi :

„The day will come when a raven, attired in plait and bonnet, will drink his fill of human blood on Fionn-bheinn, three times a day, for three successive days”.

Czyli: dzień nadejdzie, gdy kruk z warkoczem i w czepku będzie pił ludzką krew na Fionn-bheinnie, trzy razy dziennie przez trzy dni z rzędu. Grzyby i bad trip jak nic. 

W Achnasheen można zostawić samochód na parkingu koło opuszczonej stacji benzynowej, gdzie też spotkaliśmy miejscowych:



Należy stamtąd przejść na drugą stronę szosy, przekroczyć strumień po mostku i koło budki telefonicznej (tak mówi Walkhighlands >>LINK<< i mapa choć ja szczerze mówiąc żadnej budki nie pamiętam) kontynuować w stronę zboczy szeroką wyjeżdżoną drogą (zaraz na początku jest brama). 

Poniżej korbet Sgurr a’Mhuillin, całe 879 m n.p.m.:



Widok na zasadniczo całe Achnasheen. Może są gdzieś tam jeszcze jakieś domy, ale generalnie to taki bardziej przysiółek niż faktycznie miejscowość.



Drogą wzdłuż strumienia pniemy się łagodnymi zboczami, aż po prawej nie odsłoni się kopa szczytowa. Należy wówczas skręcić w prawo i kontynuować już wg uznania, bo ścieżki/ścieżek nie ma. Przy dobrej widoczności nie powinno to sprawiać problemów nawigayjnych bo teren jest wizualnie dość oczywisty. We mgle bez GPSa zdecydowanie nie polecam.

Dość szybko zaczynają być widoczne bliskie szczyty Torridonu, Liathach i Beinn Eighe:



An Teallach pod nieoczywistym kątem:



Niestety tym razem nie wstawiam fotki szczytowej ponieważ moje dwa zdjęcia z wierzchołka są totalnie nieostre. Jest tam w każdym razie trianguł.

Fionn Bheinn może i jest kopą, kapustą et caetera ale szczerze mówiąc to samo można powiedzieć o bardzo wielu munrosach, zwłaszcza na wschodzie. A z wielu tych wschodnich kapust widok jest jedynie na inne kapusty. Fionn Bheinn jest natomiast położony tak rewelacyjnie, że tuż obok mamy torridońskie olbrzymy, Sliocha, Fisherfield Six, piękną grupę The Fannichs, po drugiej stronie szosy Moruisg, nieco dalej Ben Wyvisa, Strathfarrar Four, oraz munrosy nad Loch Monar i Loch Mullardoch. To wspaniały punkt widokowy i naprawdę szkoda że dzień był taki szary i nie było zbyt fotogenicznie. 



Slioch i Lochan Fada:

Slioch solo – góra fotogeniczna i majestatyczna z każdej strony:



Fragment The Fannichs i zarazem część trasy planowanej na kolejny dzień. Munro po prawej to najwyższy z Fannichsów, Sgurr Mor, na którym już byliśmy. Po lewej znajdują się Sgurr nan Clach Geala i mały Sgurr nan Each o których (i jeszcze jednym) będzie w kolejnej notce.



Na wierzchołku siedzieliśmy bardzo krótko ze względu na trudny do zniesienia wiatr. Zejście wypadło innym ramieniem góry i tam już ścieżka była. Początkowo szliśmy wzdłuż kotła – choć nieprzesadnie spektakularny, jest jedynym rysem Fionn Bheinna o którym można powiedzieć że ma jakiś charakter:



Dość szybko należy skręcić w prawo i kierować na zieloną plantację iglaków przez którą na przestrzał biegnie scieżka. Znów, w jasny nie mglisty dzień nie powinno być najmniejszego problemu, jako że Achnasheen leży pod nami jak na talerzu. Cała pętla to 12 km z czego ostatni idzie się już po szosie.



Kruka nie spotkaliśmy choć go wypatrywałam. Zapewne już dawno zrezygnował, gdyż Fionn Bheinn nie jest bynajmniej górą obleganą i jakkolwiek może od biedy znalazły by się trzy dni z rzędu kiedy jest odwiedzany przez baggerów – ale na pewno nie trzy razy dziennie. Kruk po prostu nie zdzierżył.

 

Ben Wyvis

 

Nr 211, Ben Wyvis

Wymowa: ben ływis

Znaczenie nazwy: terrible hill albo awesome hill (Munromagic, Walkhighlands)

Wysokość: 1046 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 85.

Data wejścia: 29.4.18

 

Ben Wyvis leży w Easter Ross, dominując nad nizinnymi rejonami Moray Firth i Black Isle. Widać to szczególnie kiedy jedzie się A9 do Inverness i jego potężna bryła zamyka horyzont. Na wschód od Ben Wyvisa nie ma już żadnych munrosów, na północy (jeśli rozumieć to jako „na północy w linii z grubsza prostej”) najbliższymi munrosami będą Ben More Assysnt i Ben Klibreck. Za sąsiadów należy wobec tego uznać położone na północnym zachodzie The Fannaichs oraz Beinn Dearg munros. 

Start z parkingu przy drodze A835 niedaleko Garve. Parking jest oznaczony jako „Ben Wyvis car park” a więc idiotproof. Wybiega stamtąd fantastycznie utrzymana ścieżka, wytrasowana tak by ominąć bagna, która prowadzi na sam wierzchołek munrosa więc o ile nie ma głębokiego śniegu na tej trasie nie ma prawa być problemów nawigacyjnych.

Ben Wyvis z podejścia wygląda jak wyrzucony na brzeg wieloryb. Kopa z prawej to An Cabar i tamtędy idzie trasa.



An Cabar – można wypatrzeć ścieżkę:

Z podejścia na An Cabar doskonale widać kontynuację A835, biegnącą pomiędzy grupą The Fannaichs a grupą Beinn Dearga. Poniżej fragment The Fannaichs, w kadrze zmieściły się cztery z widocznych pięciu munrosów ( w grupie jest ich dziewięć).



Loch Glascarnoch oraz An Teallach:



Dalej na zachód widoczny był także Slioch, góry Torridonu, oraz górski bajzel pomiędzy Glen Torridon a Glen Affric, czyli to największe zaglębie munrosów i jedno z największych pustkowi w Szkocji.



Jeszcze raz Loch Glasgarnoch, tym razem z widoczną tamą oraz zajazdem Altguish Inn:



Na poniższym zdjęciu rozpoznaję Liathach, „tył” Beinn Eighe oraz Beinn Alligin. Widać też fragment Loch Maree i ośnieżony wierzchołek Sliocha.



Wspinaczka na An Cabar – wszystkiego 2 km –  jest dość żmudna, kilkakrotnie mylnie wydaje się że zaraz osiągniemy wypłaszczenie.



Poniżej punkt z którego będzie już łatwo. Za An Cabar zaczyna się Glas Leathad Mor, bardzo lekko wznoszący się grzbiet wyprowadzający na wierzchołek, długi na niecałe 3 km.



Widoczność w stronę Inverness była kiepska, miasto ledwo było widać i zdjęcia robione w tamtym kierunku wyszły słabo. Góry natomiast wyglądały wspaniale chociaż poniżej Torridonu ciężko było rozpoznać poszczególne szczyty.



Glas Leatchad Mor pokonaliśmy ekspresowo, nachylenie jest tam minimalne:



Część Highlandu o której napisałam że ciężko rozpoznać co jest co: to po prostu za duże zatrzęsienie wierzchołków, a nie są one tak charakterystyczne jak Black Cuillins, Five Sisters w Glen Shiel czy Sgurr na Ciche. Z daleka raczej obłe, choć przy bliższym poznaniu okazuje się że część z nich ma spory charakter. 



Na wierzchołku:



Poniżej można wypatrzeć sylwetki-widma Ben Hope’a, Ben Loyala oraz Ben Klibrecka.



Powrót oczywiście po własnych śladach.



Trasa liczy sobie ok. 7 km, z jedynie czego dwukilometrowy odcinek na An Cabar może zmęczyć. Ścieżka jest fantastyczna i utrzymana tak jak w bardzo niewielu miejscach w Highlandzie (przychodzi do głowy Ben Lawers no i oczywiście Pony Track). Widoki są spektakularne ze względu an wyizolowane położenie Ben Wyvisa chociaż ja osobiście preferuję być „w centrum zamieszania”. Last but not least, ze względu na bliskość drogi i parking komplikacji logistycznych po prostu nie ma. Gdybym mieszkała w Inverness miałabym tę górę pozaliczaną we wszystkich porach roku. 



Stob Ban

 

 

Nr 210, Stob Ban

Wymowa: stob ban

Znaczenie nazwy: white peak (zaWalkhighlands)

Wysokość: 977 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 178.

Data wejścia: 18.3.18

 

Stob Ban jest częścią grupy The Grey Corries acz jako jedyny z ichniejszych munrosów nie leży w głównej grani, jest też znacznie niższy niż pozostałe i przechodzenie go razem z resztą grupy może być dla baggera o przeciętnych możliwościach nieco problematyczne, gdyż znacznie wydłuża i tak już konkretną trasę. Stąd właśnie weszliśmy na niego wczoraj choć na Grey Corries byliśmy w 2016 roku: >LINK<.

W Spean Bridge należy skręcić w drogę prowadzącą do Coirechoille Farm. Za farmą można jeszcze kawałek podjechać i zostawić samochód w zatoczce za drugą z bram dla bydła. Stamtąd, ignorując ostry skręt w prawo, kontynuujemy główną odnogą drogi która będzie wkrótce wkraczać w dolinę obramowaną przez The Grey Corries od Zachodu a korbety Cruach Innse i Sgurr Insse od Wschodu. Odcinek doliną to ok 7 km, bardzo łagodnie wznoszącym się terenem (zyskujemy ok. 220 metrów wysokości). Poniżej munro Stob Choire Claurigh, którego z początku wzięliśmy za Stob Bana i perspektywa podchodzenia nieco nas zdetonowała:



Kiedy dochodzimy do Lairig Leacach bothy warto zrobić przerwę, bo od tego momentu już będzie do góry. Bothy jest maleńkie, wyposażone w piętrowe prycze gdzie mogłoby się ścisnąć myślę osiem osób. Jest też całkiem ciepłe dzięki grubym ścianom. Można wpisać się do zeszytu albo podpisać na drewnie pryczy jak większość. 

Za bothy jest już podnóże Stob Bana. To bardzo ładna mała góra. Choć w sąsiedztwie swoich braci Grey Corries oraz bliźniaczych munro The Easains po drugiej stronie wydaje się mikra, ma ładny trójkątny wierzchołek i jest szalenie fotogeniczna. Jak widać najpierw należy podejść na garb, za którym teren się wypłaszcza by wkrótce znów spiętrzyć w bryłę szczytu właściwego.



Raki założylismy wkrótce po wyjściu z bothy, śnieg był idealny – lekko zmrożony, nie przepadający.



Uwielbiam zimę w górach i zimowe zdjęcia, stąd tak duża ich liczba przy stosunkowo niedługim wpisie. Tegoroczna zima jest w Szkocji jak na lokalne warunki sroga i wyjątkowo długa, stąd udało się załapać na takie warunki – przeważnie o tej porze (pomijając Cairngormsy czy północną Ben Nevisa) jest już mocno wiosennie.



Stob Ban z garbu – eleganckie linie charakterystyczne dla The Grey Corries i sąsiednich The Mamores. W lecie wierzchołek jest (z tego co pamiętam z wycieczki w Corries) pokryty szarymi kamiennymi osypiskami.



Spotkaliśmy około 10 osób, w tym trzech szybkich Billów w kaskach którzy jako jedyni poszli gdzieś dalej, na logikę na Corries chociaż kto ich tam wie, odkąd na Walkhighalds widziałam relację gościa który jednego dnia zaliczył osiem munrosów które my przechodziliśmy na cztery razy, spodziewam się wszystkiego.



Szłoby się świetnie gdyby nie wiało. Przy co silniejszych podmuchach nie byłam w stanie iść.



Fragment The Grey Corries:



Dzięki temu że szło z nami sporo luda (jak na lokalne warunki) mamy zdjęcia takie jak lubię najbardziej, gdzie widać proporcje człowieka i góry. 



Poniżej widać dwa Pasterze Glencoe, Buachaille Etive Mor oraz Buachaille Etive Beag. Bryła pomiędzy nimi to chyba Ben Starav.



Ostatnie podejście, to na trójkąt wierzchołka, jest dość strome i daje popalić. Dlatego ukryta pod śniegiem ścieżka biegnie zygzakami.



Tu dobrze widać The Easains, munrosy graniczne: na wschód od nich kończą się charakterystyczne dla West Highlands góry o lekkich subtelnych liniach i małych wierzchołkach a zaczynają się już takie w typie bardziej naleśnikowym (choć nie znaczy to że nudne i nie trzeba ich brać serio, vide m. in. nie zdeptana jeszcze przez nas grupa Aldera):



Brawurowy atak szczytowy 😉



Rzut oka na The Mamores. Żal że w tej grupie już wszystko mamy porobione, ale to jeden z tych kilku rejonów gdzie zdecydowanie warto będzie wracać po odhaczeniu wszystkich munrosów.



Zdjęcie z wierzchołka. Wiało tak że ewakuwowaliśmy sie po góra trzech minutach.



Powrót rzecz jasna tą samą trasą, ze wsparciem grawitacji wypadł zaskakująco szybko 😉 Bez raków można było tu dobrze pojechać, zwłaszcza pod wierzchołkiem.



Plusem tego upierdliwego wiatru była konieczność założenia gogli, dzięki której mogło powstać np. takie zdjęcie:



Schowanie raków i czekanów, krótki postój w bothy, i można było rozpocząć siedmiokilometrowy powrót, który razem z dziewięciokilometrową resztą czuję dzisiaj w całym ciele.



Ostatni widok na Stob Bana, jakże inny niż poranny:



Jak łatwo obliczyć trasa miała 18 km.

Jestem bardzo zadowolona że tego munrosa udało się zdobyć w stuprocentowo zimowych warunkach, co dodało pieprzu wycieczce która poza tym ani długa, ani specjalnie ciężka nie była. Stob Ban to maleństwo które znajduje się na piątym od końca miejscu munro-listy, a dostarczył nam bardzo przyjemnych wrażeń. Szybkobiegaczom polecam rozważyć połączenie go z resztą The Grey Corries (granią można przejść na Stob Choire Claurigh).


Wyjazd na Północ

 

Zmiana przy klawiaturze, Vespa nie wzięła udziału w górskiej części tej wycieczki z powodów, które sprawiają, że ostatnio prawie nigdzie nie byliśmy w górach – zawodowych. Po długiej przerwie udało się nam wykroić parę dni w moim ulubionym Sutherlandzie, krainie która urzeka mnie surowością krajobrazu i klimatu, i nieodmiennie sprawia, że czuję swą małość wobec potęgi natury. 

Będąc ze znajomymi, którzy nie byli przygotowani na górskie wycieczki postanowiliśmy przespacerować się w okolicę klifów i zobaczyć ponownie spektakularnego Old Man of Stoer. Trasa rozpoczyna się niedaleko latarni morskiej Stoer Lighthouse, która obecnie jest możliwa do wynajęcia.



Dzień nie należał do najpiękniejszych, chmury wisiały nisko i zaraz po wyjściu z samochodu zaczął siąpić deszcz. Trasa którą chcieliśmy dostać się do celu była wyjątkowo podmokła i co rusz trzeba było skakać przez ociekające wodą zbocza pagórków i zamienione w trzęsawiska niecki pomiędzy nimi. Zrezygnowaliśmy więc z nadmorskich klifów i udaliśmy się do celu przez teren położony wyżej.



Co pozwoliło nam na dodanie do listy naszych osiągnięć imponującego Sithean Mor, z jego zawrotnymi 161 n.p.m. Nie zmienia to faktu, że każda wycieczka w tym miejscu robi imponujące wrażenie. Ciekawostką techniczną okazały się zaś buty naszej przyjaciółki. Kupione za niewielką kwotę w Decathlonie, okazały się znacznie bardziej wytrzymałe na wodę, niż początkowo wszyscy przypuszczaliśmy. Dzielnie zniosły brodzenie w wodzie i do domu wróciły wewnątrz suche, a to wszystko za ćwierć ceny przeciętnych butów z górnej półki. Taktyczne glany L@wyera wesoło pluskały chyba już w połowie drogi. Podobno używa ich Grom, chyba jednak nie bywają w Szkocji.



Dlaczego ciągaliśmy przyjaciół po tym grzęsawisku okazało się dopiero, gdy dotarliśmy na klify.



Widok stalowego i szalejącego Atlantyku zawsze przypomina mi tych, którzy walczyli o panowanie na nim podczas ostatniej wojny i nieodmiennie mam przed oczami film Das Boot.



„Kiedy wjechali na wyniosłość drogi, oczom ich ukazał się las”, a właściwie nie las a On – The Old Man of Stoer, którego nie należy mylić z Old Man of Storr, znajdującym się na wyspie Skye. Poprzednim razem gdy tu byliśmy, mieliśmy ogromne szczęście. Para wspinaczy była już w połowie drogi do szczytu i usiedliśmy blisko krawędzi, obserwując ich progres i uwieczniając ich drogę na zdjęciach.  



Wiatr próbował nam urwać głowy, deszcz siąpił horyzontalnie, kurtki dawno już zaczęły puszczać wodę. Nawet hełmofon stał się już ciężki. Czas było wracać.



Mimo to wycieczka była dokładnie taka, jak jej idea: nie za długa i z widokami – w sam raz na Sylwestrowy dzień i nisko wiszące chmury.



Nas czekał wynajęty Chalet, z widokiem na spokojną zatoczkę. W nocy zaś idealna czerń z paroma światłami okien po prawej stronie. Zero fajerwerków i cywilizacji. Piękne miejsce by uciec od zgiełku. Przez cały Nowy Rok po drodze przed okniem przejechały ze trzy auta. Okolice Lochinver to moje wymarzone miejsce do życia.



Następnego dnia trzeba było odwieźć znajomych na lotnisko, Vespa zaś musiała wrócić do pracy chwilę potem. Chatka wynajęta była na tydzień, więc pomimo wielogodzinnej jazdy w każdą stronę, wróciłem tam raz jeszcze. Tym razem towarzyszył mi Janek, z którym chodzimy ostatnio w góry regularnie. Dla niego była to pierwsza wizyta na dalekiej północy Szkocji. W planach mieliśmy górską wycieczkę. Cel miała określić pogoda i panujące warunki śnieżne. Od razu jednak zakładałem powrót na Quinag, na którym byliśmy już razem z Vespą



Niestety, udało mi się popełnić spory błąd i na wycieczkę zabrałem aparat bez baterii. Trzeba było się więc posiłkować telefonem i aparatem Janka, którego część fotek pojawi się w tej relacji.



Dzień był mroczny, słońce które na tych szerokościach geograficznych wspina się nisko ponad widnokrąg i oświetla okolicę mniej niż osiem godzin, pozostawało skryte w chmurach. Mimo to liczyliśmy na jakiś cud pogodowy. Postanowiliśmy wejść jedynie na jeden z trzech szczytów tego Corbetta, ten który zapamiętałem jako najbardziej charakterny, Spidean Coinich. Z przełęczy, która stanowi łącznik pomiędzy wszystkimi trzema, wiedzie bowiem dość stroma droga w górę, dająca poczucie górskiej eskapady, szczególnie w śniegu. 



Droga na przełęcz jest bardzo przyjemna, ścieżka zadbana i względnie sucha, łagodnie pokonuje wzniesienia, pozwalając się dobrze rozgrzać bez utraty energii.



Widoki pozostawały mroczne, chmury dawały majestatyczny spektakl, przewalając się nad głowami, co raz dotykając nas swą podstawą, zasłaniając i ukazując nam fragmenty krajobrazu. Telefon dość często opuszczał więc ciepłą kieszeń. Szybko okazało się jednak, że bez większego zoomu urozmaicenie fotografii nie będzie zbyt duże.



Droga z przełęczy do pierwszego szczytu jest krótka, lecz jak wspomniałem – stroma. W paru miejscach redukuje się do wąskiego grzbietu, a brak widoczności podkreślał stromiznę niewiadomych głębi dookoła. Całość dawała wrażenie niezłej przygody, choć tak naprawdę dreptaliśmy zaledwie 600 metrów nad poziomem morza.



Mimo to wrażenia były fantastyczne, a brak widoków – nie przeszkadzał. Byłem uprzywilejowany spośród naszej dwójki, gdyż poprzednim razem mieliśmy tu piękną pogodę, więc widoki rozpościerającego się krajobrazu bez problemu zamieniłem na mroczną czeluść. 



Klimat udzielił się też Jankowi. 



Pogoda, a w szczególności wiatr, nie zachęciły nas do długiego pozostania na szczycie i rozpoczęliśmy dość szybki odwrót. Poniżej podstawy chmur również raki nie były już potrzebne.



Widoki urzekały swą surowością. Łatwo jest mi zrozumieć dlaczego ten teren jest tak mało zaludniony, dlaczego Bear Grylls wybrał te tereny na miejsce jednego z odcinków. Za każdym razem gdy jestem w tej okolicy pamiętam o szacunku dla jej unikalnego ukształtowania terenu i srogiego klimatu, a kraina ta przypomina mi jak wąska jest rozpiętość warunków, podtrzymująca nasze życie.



Następny dzień wypełnił nam powrót na południe, który wypadł jednak jedną z najpiękniejszych dróg Północy – A838. Obowiązkowy przystanek w Durness i odwiedzenie Sango Beach, tym razem zaskoczył mnie sztormowym przypływem, w takiej krasie jeszcze nie widziałem tego miejsca. 



Skałki, na które obowiązkowo wspinam się za każdym razem odcięte były lodowatą wodą Atlantyku. Piękny i groźny widok potęgi oceanu. Tak to miejsce potrafi wyglądać w zupełnie innych warunkach.



Z Durness wyruszyliśmy w kierunku John O’Groats, malowniczej miejscowości na północno-wschodnim skraju brytyjskiej wyspy.



W styczniowe popołudnie docierają tu zaledwie nieliczni turyści, co tylko potęguje wrażenie, że dotarłeś właśnie do końca świata…



Wyłaniające się zza chmur Orkady, a także leżące znacznie dalej na północ Szetlandy, to ciągle odkładane na później cele naszych wycieczek. Przyjdzie jednak czas, że staniemy i na nich. Tak jak na Wyspach Owczych, Islandii i Grenlandii – nie wiedzieć czemu te północne klimaty, choć surowe są dla mnie jak magnes. I choć z wielką radością chłonąłem uroki Chorwacji czy Krety, to jednak tu dopiero czuję, że żyję naprawdę. Chciałbym tu jeszcze wracać wielokrotnie.



Z wioski zaledwie pięć minut jazdy samochodem wiedzie do Duncasby Head – miejsca, które bez wątpienia należy odwiedzić będąc w okolicy.



Miliony wypstrykanych zdjęć w tym miejscu nie są w stanie oddać surowości wrażenia tych klifów.



Mewy zaś mają tu turystów zupełnie w nosie i preferują naturalny tryb życia od filmowego „daj, daj, daj”. Tu jestem w stanie nawet je polubić.



Pogoda niby nie dopisała, ale jej zmienność i surowość są piękną oprawą dla szkockiej turystyki. Okutany w różne texy i puchy, zaróżowiony od wiatru i mrozu, chłoniesz te widoki, często z otwartą gebą, by w końcu wrócić gdzieś do zacisza czterech ścian lokalnej knajpy i ukoronować go świetnym posiłkiem i pintą ale. Czego więcej można chcieć od życia?



„Zielonej trawy” odparła na to samotna owca na horyzoncie. Czas było wracać do domu…



11:25, 21 Stycznia

by Mazio Maziomir

Sveti Ilija (Chorwacja)

 

Ostatni urlop spędziliśmy na chorwackim półwyspie Pelješac którego kulminację stanowi tytułowy masyw. Sveti Ilija, czyli Św. Ejliasz – dawniej Perun – liczy sobie 961m n.p.m. i wyrasta prosto z morza, czyli to taki munro honoris causa. Najbardziej spektakularną cechą masywu są południowe urwiska, momentami pionowe, opadające prosto do Orebicia, gdzie się zatrzymaliśmy. Dosłownie po otwarciu drzwi (okno niestety było na inną stronę) ukazywała się przepiękna biała ściana:



Mariusz wyczytał że na górę wiedzie kilka znakowanych szlaków. Pierwszy zaczynał się tuż koło naszego hotelu więc jako droga wejściowa „wybrał się sam”. Drugim ewentualnie mieliśmy zejść acz tylko jeśli go zlokalizujemy ponieważ nie posiadaliśmy żadnej mapy (mapy to w ogóle osobna historia o czym dalej). Na zdjęciu masyw Sv. Iliji z morza:



Ten pierwszy szlak prowadzi z Orebicia w kierunku miejscowości Bilopolje, przechodząc koło malowniczego xv-wiecznego klasztoru Naszej Pani od Aniołów. W razie gdyby były wątpliwości względem trasy drogę do klasztoru każdy miejscowy wskaże (zamiast szosą można iść też  znakowanym skrótem przez las). Za klasztorem jeszcze około kilometra asfaltem aż do szlaku właściwego (jest drogowskaz i tablica).



Był bodajże trzeci października a temperatura w słońcu przekraczała 30 stopni. Zabraliśmy z sobą sześć litrów wody (te góry są suche jak pieprz), z czego pozostało nam niecałe pół litra, oraz obowiązkowe osłony na głowy. Bez tego odwodnienie i udar gwarantowane. Jeśli ktoś łazi tu w sierpniu to naprawdę podziwiam. Śnieg i lód jednakowoż zdarzać się czasem muszą o czym świadczyły ślady raków na kamieniach.



Szlak jest znakowany na czerwono i zgubić się nie sposób, znaki i strzałki są namalowane bardzo gęsto. Ta strona masywu jest połoga, urwiska zostawiamy w tyle. Bez ścieżki nie dałoby rady przedrzeć się przez typowo sródziemnomorskie kolczaste krzaczory. Wytrasowano ją niezwykle łagodnie, stromych odcinków jest tylko parę. Można na relaksie podziwiać Kanał Pelješki i wyspę Korčulę.



Słońce chciało nas zabić ale przeżyliśmy dzięki wodzie i licznym zalesionym odcinkom.



Szlak opuszcza wreszcie południowe zbocza by skręcić na północny wschód, w serce masywu. Ten odcinek jest niemal cały porośnięty lasem, wbrew temu jak na ogół układają się w górach piętra roślinne. Kiedy dochodzimy do domku myśliwskiego drogowskaz informuje, że do szczytu jeszcze 20 minut i moim zdaniem to ocena trafna. Powyżej domku las się kończy, zaczynają się odsłaniać szczyty mainlandu na północy i zachodzie, i wchodzimy po kamiennym białym podłożu na kopułę szczytową.



Na wierzchołek wychodzi się nagle i niespodzianka jest porównywalna ze stanięciem na Krzyżnem. Partie szczytowe od strony wejścia są bardzo łagodne, tymczasem okazuje się że ze wszystkich innych stron szczyt jest fajnie powietrzny. Widoki zapierają dech a klimatu dodaje krzyż fotogenicznie udekorowany kolorowymi gałgankami.  



Grań z tyłu, z której opadają piękne klify, wyglądała na ciekawą alternatywę do zejścia ale jednak nie na dziko i bez mapy. Dalej piętrzą się peljeszackie „vinogorje”, całe porośnięte winoroślą gdzie wino-sklep goni wino-sklep. Po lewej widać mainland.



Ściana która góruje na Orebiciem opada z nieco niższego wschodniego wierzchołka na który warto podejść. Wydaje się iż można by stamtąd zeskoczyć do miasta, trochę tak jak z Giewontu do Zakopanego.



Kiedy w końcu słońce spędziło nas ze szczytu, po dojściu do domku myśliwskiego mieliśmy do wyboru wrócić drogą wejścia albo trasą odchodzącą w przeciwnym kierunku, również znakowaną. Z braku mapy nie dało rady sprawdzić jak przebiega ale wychodziło nam że nie ma bata, zbiegając na wschód musi przechodzić przez tamtejsze urwiska, czego technicznie nie umieliśmy sobie wyobrazić. W końcu machnęliśmy ręką i zeszliśmy po własnych śladach, mało nie padając po drodze trupem od upału. Klimat miał tę dobrą stronę iż po zejściu do Orebicia już jedno zimne Karlowaczko z kija wystarczyło żebym osiągnęła momen zen.

Na Sv. Iliję wybraliśmy się jeszcze raz, z braku innych górskich celów w okolicy. Lokalne vinogorje są przez miejscowych traktowane czysto utylitarnie i nikt się tu nie bawi w szlaki a bez szlaków potrzebna by była maczeta. Zresztą nawet na Ilję map hikingowych nie było, w trzech sklepach w Dubrovniku usłyszeliśmy że tu nikt nie łazi po górach, mapy to są drogowe i o co nam w ogóle chodzi. Tymczasem z sieci wiadomo że na górę tę jest sporo tras, część znakowana. A i nieznakowane można przecież ogarnąć tylko potrzebna jest mapa w odpowiedniej skali, żeby chociażby po układzie poziomic zorientować się w ukształtowaniu terenu. W końcu najbardziej pomocna okazała się uliczna tablica z planem Orebicia, której zrobiliśmy zdjęcie. Ukazywała ona ładnie przebieg obu znakowanych tras (naszej poprzedniej i tej którą zdecydowaliśmy się nie schodzić). Wynikało z niej iż ta druga trasa faktycznie wbija się od strony urwisk ale ewidentnie jest to do wejscia więc tę też zaplanowaliśmy na kolejny raz.

Punkt startowy na samym końcu ulicy krajla Tomislava w Orebiciu (dobrze oznaczony: drogowskaz i napis na kamieniu). Tym razem pogoda była dużo bardziej odpowiednia na łażenie. 

 



Kiedy z Orebicia podziwia się masyw Sv. Ilji, po prawej stronie od głównego szczytu znajdują się pomniejsze wzniesienia, beczkowaty Kabal i piramidkowa mała Vižanjica. Szlak po strawersowaniu Kabala wchodzi pomiędzy nie by potem skręcić ostro na zachód, przeciąć urwisko po połogiej półce ponad klifami, osiągnąć płaskowyż którym obniża się do domku myśliwskiego, a na szczyt wchodzi już tak samo jak poprzednia trasa.

Zdjęcie poglądowe z wody, Kabal i Vižanjica po prawej:



Ten wariant jest krótszy, prowadzi w większości lasem (przepięknym!) co w upale może mieć kluczowe znaczenie, jest też o wiele bardziej malowniczy. Pierwotnie drogi tej używali pątnicy pielgrzymujący do kaplicy św Eljasza na szczycie, a pielgrzymi to niekoniecznie najmłodsza i najbardziej fit część populacji. Dlatego trasę wytyczono tak żeby nawej największa pierdoła nie dostała zawału po drodze: same komfortowe zygzaki, nawet przy zejściu relaks dla kolan. Cudowna ścieżka. Nawiasem kaplicy już nie ma albowiem pieprznął w nią piorun. Może dlatego nie spotkaliśmy też żadnych pielgrzymów.

Po prawej Vižanjica:



Trasa przechodzi pod urwiskami opadająymi z grani która nas zainteresowała kiedy oglądaliśmy ją ze szczytu.



Po chorwacku „kozice” to krewetki, co odkryłam w pizzerii. Gdyby na wycieczce był z nami jakiś miejsowy słysząc nasze komentarze odnośnie biegających krewetek na piargach mógłby trochę osłupieć.



Najpiękniejszą częścią szlaku jest ta gdy przecina on opadające do Orebicia ściany. To, co z dołu wydaje się niezdobytym klifem, w rzeczywistości ma słabe punkty. Już bardzo wysoko pod wierzchołkiem ściana się kładzie i po powstałej w ten sposób póle można przejść niemal bez świadomości że kilkanaście kroków dalej jest podcięta.



Z tego odcinka można sobie ze szczegółami podziwiać Orebić który prezentuje się jak na dłoni. A później, z dołu, można analogicznie odtwarzać sobie przebieg trasy.



Z póły wejście bezpośrednio na szczyt byłoby dość karkołomne, szlak trawersuje więc kopułę do osiągnięcia płaskowyżu gdzie na fragmencie dość mocno się obniża po to, by koniecznie zahaczyć o domek myśliwski. 



Ten odcinek był nam już znany.

Tym razem pizgało tak że bałam się podchodzić do krawędzi, a huczało jak helikopter. 



Zeszliśmy znów po własnych śladach czując się już niemal jak eksperci w temacie Sv. Ijili. Choć tak naprawdę można by na nią wejść pewnie jeszcze na wiele sposobów. 

Z naszych szlaków zdecydowanie ciekawszy i fajniejszy był ten drugi, choć najlepiej byłoby chyba zrobić pętlę.

Należy pamiętać że tu nigdzie nie ma wody!!!

Czasy wejścia wg drogowskazów to 2.30h pierwszym szlakiem i 2h drugim. W upalny dzień tak szybko raczej nie pójdzie. Oba szlaki znakowane są w ten sam sposób, na czerwono, a znaki są rozsiane bardzo gęsto i myślę że nawet we mgle ciężko było by się zgubić.


Beinn a’Chlachair, Geal Charn & Creag Pitridh

 

 

Nr 207, Beinn a’Chlachair; nr 208, Geal Charn; nr 209, Creag Pitridh

Wymowa: ben ahlahar; gal harn; kreg pitri

Znaczenie nazwy: hill of the stonemason; white peak; Petrie’s crag (za MunroMagic)

Wysokość: 1087 m n.p.m.; 1049 m n.p.m.; 924 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 56.; 81.; 264.

Data wejścia: 2.9.17

 

Na te trzy munrosy startuje się z Glean Spean, z parkingu przy trasie A86 położonego dokładnie pomiędzy dwiema częściami Loch Laggan. Części te łączy rzeka Laggan którą przekraczamy po moście, by zaraz za nim napotkać rozstaje, gdzie musimy skręcić maksymalnie w lewo (podkreślam bo z mapy wynika że tam schodzą się trzy drogi, ja pamiętam dwie). Więcej wyzwań nawigacyjnych nie będzie, dobra droga prowadzi przez całą płaską część, dopiero kiedy musimy zacząć się wspinać trzeba porzucić ścieżkę. Beinn a’Chalchair prezentuje się tak (zdjęcie z powrotu, bo rano było szaro i niefotogenicznie):



Wchodzi się lewym, łagodniejszym ramieniem góry, i też nie na przełaj, tylko od jego lewej strony – tak jest najmniej męcząco a na tej trasie katować bez potrzeby się nie warto, ponieważ liczy sobie ona 26 km. Ścieżki nie ma bo teren nie wymusza, i początek włażenia był dość nieprzyjemny gdyż wytracaliśmy sporo energii zapadając się w miękkie podłoże.

Poniżej po prawej Geal Charn a wyprztyk po lewej to Creag Pitridh. Jest to wbrew pozorom przyjemna górka, tylko ma pecha być jednym z niższych munrosów i leżeć pośród znacznie wyższych sąsiadów, co redukuje ją wizualnie do przedwierzchołka a nie suwerennego szczytu.



Im dalej wspinaliśmy się na pierwszego munrosa tym bardziej suche robiło się podłoże i końcówka była już bardzo przyjemna. Finałowy kocioł musi być bardzo malowniczy zimą.



Zbliżenie na Geal Charn (właściwy wierzchołek to ten z lewej):



Finałowe podejście z Beinn a’Chlachair:



I jeszcze raz, wierzchołek. Beinn a’Chlachair nie należy może do czołówki najbardziej spektakularnych munrosów ale to jednak jest niezły kawał góry, tak wzdłuż jak i wszerz.



Na wierzchołku:



Po lewej Chno Dearg, a w centrum bliźniacze szczyty the Easains – wszystko zaliczone.



Panorama Glencoe: Buachaille Etive Mor, Buachaille Etive Beag, Bidean nam Bian, Aonach Eagach, a ten ostatni to już the Mamores, chociaż nie jestem pewna czy Am Bodach czy Binnein Mor:



Po prawej ładnie i z detalami widać grań Aonach Eagach na którą trzeba będzie się w końcu wybrać po raz trzeci:



Poniżej zaś dalsza droga na Geal Charn. Ładnych parę kilometrów i głęboka przełęcz w pakiecie. 



Na poniższym zdjęciu rozpoznaję Gulvaina, Sgurr na Ciche, Garbh Chioch Mhor, Sgurr nan Coireachan i Sgurr Mor. 



Podejście na Geal Charn ze wspomnianej głębokiej przełęczy wydało mi się dużo mniej problematyczne niż się zapowiadało, albo byłam już bardzo rozchodzona. Poniżej Creag Pitridh z podejścia. Ta góra naprawdę nie ma szczęścia. A przecież jest wyższa niż budzący szacunek, tatrzański w kształtach Sgurr nan Gillean na Skye, w porównaniu z którym jej więksi sąsiedzi to plaskacze. Pewnie zresztą tak się pociesza.



Wierzchołka Geal Charn nie sposób przegapić! 



Kiedy staliśmy na szczycie pogoda była już piękna. Wydawało mi się że na dalekim planie rozpoznaję grupę Beinn Dearga koło Ullapool (acz pokroić się nie dam). Bardziej na wschód było widać Ben Wyvisa, a dalej Cairngormsy, Drumochtery, Schiechalliona, grupę Lawersa, zaraz obok nas kolosy z grupy Aldera, dalej (ale wciąż bardzo blisko) Beinn na Lap z poprzedniej wycieczki, a za nim Glencoe, the Mamores, Grey Corries, Ben Nevis i Aonachs, oraz munrosy rejonu Glenfinnan i Loch Arkaig. Wspaniały punkt widokowy i tylko szkoda że nie dało się tego wszystkiego oddać na zdjęciach!

A Creag Pitridh tkwi ponuro gdzieś w dole i zawija:



Na drugim planie Beinn a’Chlachair:



Kolejno: Easains, Grey Corries i obowiązkowo The Ben.



A tu moja najpiękniejsza góra, Bidean nam Bian:



Już więcej nie będę się znęcać nad Creag Pitridh poza tym iż powiem że owszem, wchodzi się na niego ekspresowo. Końcowe podejście jest jednak dość strome a wierzchołek, choć do turni mu daleko, jest stosunkowo dobrze zdefiniowany (na pewno nie jest to płaskowyż). Kiedy można oddać sprawiedliwość, należy to zrobić.



No i jest to jedyny z tych trzech munrosów z którego otwiera się widok na urocze Lochan na h-Earba.



Schodzimy bez ścieżki (oprócz drogi w dolinie na tej trasie nigdzie nie ma ścieżek) wychodząc kawałek za miejscem gdzie rano rozpoczęliśmy pierwsze podchodzenie do góry na ramię Beinn a’Chlachaira. Warunki pogodowe sprawiły że powrót wypadł znacznie bardziej malowniczo.



Trasa nie jest jakaś ekstremalnie ciężka (nie ma porównania do liczącej jedynie dwa kilometry więcej masakry nad Loch Mullardoch) ale jak wspomniałam jest to jednak 26 km. W razie czego Beinn a’Chlachair można zdeptać osobno. Myślę że ze względu na malowniczość te trzy munrosy to opcja nie tylko dla baggerów!