Wzgórza Pogranicza

W Szkocji pojęcie płaskiej powierzchni praktycznie nie istnieje. Najrówniej jest na wybrzeżach, ale i to nie wszędzie. Relatywnie płaskie jest nasze West Lothian – pagórki owszem są, ale nieduże, jakieś pojedyncze skałki, takie rzeczy. Za to południowa część kraju to wzgórza, wzgórza i wzgórza. W weekend zrobiliśmy sobie wycieczkę po Borders, regionie od północy sąsiadującym z Lothians, od południa z Anglią. Wzniesienia wcale nie są takie niskie, najwyższe mierzą ponad 800m n.p.m., a to już są wysokości highlandzkie. W tych rejonach wielkościowych sytuuje się np. Aonach Dubh.

Na tych terenach będziemy ćwiczyć zimowe łażenie po górach, chodzenie w rakach i ogólne oswojenie z tematem. Wielką zaletą jest lokalizacja: wzgórza rozpoczynają się łańcuchem Pentlandu zaledwie kilka kilometrów na południe od Livingston, a dalej… teren jest ogromny. Można poszaleć.

Meall Cuanail albo o górze, co nas nie lubi

Za kolejny cel obraliśmy pięknego munrosa Ben Cruachana. Ben Cruachan (1126m n. p. m.) położony jest w West Highland, nad brzegami wielkiego Loch Awe, już całkiem blisko otwartego morza. Wygląda to tak, że znad jeziora wystrzela efektowne i potężne gniazdo górskie, Cruachan Horseshoe. W środku podkowy znajduje się niewielka dolina wisząca, a w niej – sztuczne jezioro Cruachan Reservoir (więcej o jeziorze i elektrowni na stronie Scottish Power). Wymyśliliśmy sobie, że przejdziemy całą podkowę, zaliczając oprócz BC jeszcze jednego munrosa, Stob Diamh. Taki też szlak rekomenduje pan szanowny autor naszej książki o munros, z którego rad korzystaliśmy do tej pory. Podejście pierwsze miało miejce jakoś pod koniec czerwca.

Szlak zaczyna się koło stacji kolejowej Falls of Cruachan. Na próg doliny wspinamy się stromo, początkowo lasem. Droga biegnie powyżej strumienia spadającego po stromych progach z Cruachan Reservoir, pośród bujnej roślinności, w dole błyszczy Loch Awe. Ten odcinek jest trochę męczący, za to bardzo ładny:

W pewnym momencie trzeba pokonać taki wynalazek, ustawiony pewnie dlatego, żeby nie robić wyrwy w płocie i uniemożliwić lokalnym owcom ucieczkę:

Po czasie krótszym niż pół godziny osiąga się próg doliny, w której leży zbiornik.

 

Ben Cruachan po lewej w chmurach

Tu góra po raz pierwszy pokazała, gdzie nas ma. Zaczęło lać, chmury opuściły się nisko nad ziemię i z żalem musieliśmy zrezygnować z dalszego wchodzenia.

Kolejny raz próbowaliśmy wejść na Cruachana wczoraj, 15 lipca. Pogoda nadzwyczajnie dopisała, nie było więc powodów przypuszczać, że może się nie udać.

Loch Awe

Nie mieliśmy mapy, zasugerowaliśmy się więc tą zamieszczoną w "The Munros" (Cameron McNeish, wyd. Lomond Books 2006). Pan autor zaleca tam, żeby zrobić pętlę po całej grani otaczającej jezioro, o w taki sposób:

Mapka pochodzi ze strony Ordnance Survey, nie z "The Munros"!

Zanim jednak zaczęliśmy się wspinać, trzeba było popodziwiać tamę (jak to ujął M., nie Solina, ale też ładnie)…

Oraz jezioro (nie Morskie Oko, ale… Chociaż nie. Tu jednak nie ma co porównywać, nawet żartem).

Zbiornik został przez nas ochrzczony mianem Loch Bobka, ze względu na to iż jego bezpośrednia okolica jest, pardon, niemożebnie wprost obsrana przez owce.

Ponieważ nie mogliśmy znaleźć szlaku ani niczego, co by go przypominało (Loch Bobka okrążała jakaś ścieżka, ale my zgodnie z instrukcjami z książki chcieliśmy wbijać się od razu na grań), zaczęliśmy wchodzić ubitą drogą, znajdującą się tam prawdopodobnie po to, żeby było którędy dostawać się do położonej trochę wyżej stacji przekaźnikowej.

Droga z początku trawersowała górę, potem jednak zaczęła opadać, wobec czego porzuciliśmy ją i zaczęliśmy wchodzić szerokim zboczem, pokonując kolejne garby. Jakiekolwiek widoki mieliśmy jedynie za plecami:

W międzyczasie zdaliśmy sobie sprawę, jak cała ta podkowa jest wielka. Przejście całości odpuściliśmy sobie z góry, nie o tej porze, ale postanowiliśmy osiągnąć przynajmniej nasz główny cel, BC.

Krajobraz powyżej towarzyszył nam prawie przez całą trasę. W dole widoczny jest wąwóz, w którym na tym odcinku leży Loch Awe. Sceneria zdecydowanie nie ma wysokogórskiego klimatu – w kierunku południowym gór już właściwie nie ma, w zachodnim znajduje się morze z wyspą Mull, z kolei highlandzkie widoki na wschód i północ skutecznie zasłaniało bądź zbocze, po którym wchodziliśmy, bądź przeciwległa część The Cruachan Horseshoe:

Beinn a’ Bhuiridh, 897m n. p. m.

Wreszcie po długiej, monotonnej i nudnej wspinaczce zbocze przeszło w grań, z jednej strony opadającą ładnymi urwiskami do doliny ze zbiornikiem – wreszcie zobaczyliśmy Ben Cruachana, sami znajdując się na przełączce pod jakimś mniejszym szczytem.

Meall Cuanail (918m n.p.m.) i Ben Cruachan

Ben Cruachan ze swoim sąsiadem Stob Dearg (1104m n.p.m., ale za słabo wyodrębniony by być munro) prezentowały się wyjątkowo imponująco.

Niestety, było już za późno żeby wchodzić na Cruachana. Nie przypuszczaliśmy, że będzie nas od niego dzieliła tak głęboka przełęcz, po której trzeba jeszcze pokonywać potężną różnicę wysokości. Na naszej niekoniecznie precyzyjnej mapce tych rzeczy po prostu nie było widać. Mając do wyboru wchodzenie z ryzykiem zaskoczenia przez ciemności w drodze powrotnej, bądź wejście tylko na Meall Cuanail, pod którego szczytem już się znajdowaliśmy, wybraliśmy to drugie.

Na Meall Cuanail, z widokiem w wyspę Mull

Zejście na przełęcz zajęło nam około kwadransa.

Widok z przełęczy na Meall Cuanail

Zejście

Z przełęczy w dolinę schodziliśmy widocznym, ładnym szlakiem, biegnącym wzdłuż strumienia. Loch Bobka przez dłuższy czas nie było widać, a droga nad niego zajęła nam prawie godzinę. Nie przypuszczaliśmy, że ta dolina jest aż tak długa, podobnie jak nie mieliśmy pojęcia o tej najprostszej i najoczywistszej możliwości. Sugerując się książkową mapką nawet nie zastanowiliśmy się, czy nie lepiej byłoby sprawdzić drogę naokoło jeziora. Tymczasem sytuacja wygląda tak, że szlak ten po względnie płaskim terenie doprowadza pod samego Ben Cruachana – tu wspina się na przełęcz, i stąd już bezpośrednio na szczyt. Gdybyśmy wiedzieli o tej opcji, nie marnowalibyśmy czasu na bezsensowną wspinaczkę na dzika i może, pomimo zbyt późnego rozpoczęcia wchodzenia, udało by nam się jednak wejść na BC.

Ponieważ nic już nie można było poradzić na to, iż Ben Cruachan wciąż nie znalazł się na naszej osobistej munro-liście, pocieszaliśmy się, że COŚ (Meall Cuanail) jednak zostało zaliczone, odbyliśmy ładną wycieczkę i pożegnał nas śliczny, ładniejszy niż z rana widok na spokojną toń Loch Bobka.

Cruachan Reservoir aka Loch Bobek

Wracaliśmy przez Glen Orchy i zaprawdę powiadam wam: jeśli kiedyś znajdziecie się w okolicy, dysponując pewną ilością wolnego czasu, wybierzcie drogę przez tę dolinę w celu popodziwiania potoku Broighleachan. Jest co.

Woda wyżłobiła w brzegach prawdziwe cuda.

Sam potok jest bardzo rwący i niebezpieczny. Na moście znaleźliśmy przywiązany do balustrady, całkiem już uschły bukiet. Może to tam utopiła się nastolatka, o której czytaliśmy jakiś czas temu? Nie kojarzę nazwy która wystąpiła w artykule, ale rzecz jest bardzo prawdopodobna.

A poniżej coś, czemu już od dawna chcialiśmy strzelić fotkę: stoi sobie taki wariat przy drodze za Crianlarich jako reklama, i za każdym razem kiedy go w naszych highlandzkim tripach mijamy, wywołuje szerokie uśmiechy – ależ wynalazek! Chciałabym takiego na własność, pojeździło by się po górach:D

Szlaku wyjątkowo oceniać nie będę, ponieważ go nie polecam. Odcinkiem prawidłowym jedynie schodziliśmy, zresztą nie całym. Mogę natomiast następująco doradzić wszystkim, którzy planują wycieczkę na Ben Cruachana:

– droga jest długa, tej górze trzeba poświęcić trochę czasu;

– jeśli macie w planie większą część grani, zarezerwujcie cały dzień;

szlak okrąża jezioro od lewej, po czym odbija w górę przy wiatraczku.

Życzę wyprawy bardziej efektywnej niż nasza i mam nadzieję, że w końcu wejdziemy jednak na tego Cruachana:)

A powinno się iść tak:

Aonach Dubh

Na początku kwietnia wybraliśmy się do Glencoe z zamiarem ponapawania się widokami i ewentualnie zrobienia jakiejś łatwej trasy (w wyższych partiach leżał na masę śnieg). Nie mieliśmy mapy ani koncepcji, za to dużo zapału. Okazało się, że to wystarczy, żeby było wesoło.

Glencoe (bądź Glen Coe), Dolina Łez, jedno ze słynniejszych miejsc w Szkocji (rzecz jasna po pierwszej lidze, którą stanowią Edynburg, Glasgow, Loch Ness i Rosslyn:>), jest miejscem bezdyskusyjnie przepięknym. Położona w West Higland, razem z sąsiednią Glen Etive stanowi konkretne skupisko munrosów oraz wzniesień mniejszych, ale równie dekoracyjnych. Wylotem wschodnim obie doliny opierają się o pustkowie Rannoch Moor. Do zachodniego sięga morze, a powstała zatoka (Loch Linnhe), wżynająca się w ląd głęboko jak fiord, wysuwa w stronę doliny swoje wąskie odgałęzienie, Loch Leven. Patrząc na LL z góry w życiu by się człowiek sam nie domyślił, że to nie jezioro.

Co do naszej trasy, wybraliśmy ją zupełnie przypadkowo. Zatrzymaliśmy się po prostu na jednym z dwóch parkingów i zaczęliśmy kombinować, jakie szlaki odchodzą w polu widzenia. Wybór był dość oczywisty, za niskie by pokrywał je śnieg Three Sisters, niższe piętro z nieznanych mi przyczyn nie będącego munrosem imponującego Stob Coire nan Lochan, wznosiły się tuż nad nami i widać było, że prowadzi tam droga:

Dwie z Three Sisters, Gearr Aonach i Aonach Dubh

Szlak z początku zbiega w dół, do faktycznego dna doliny (szosa puszczona jest nieco wyżej), przekracza potok River Coe i zaczyna piąć się w górę, trawersując zbocze Gearr Aonach. Ścieżka jest dobrze widoczna, raczej wygodna, w znacznej części ułożona z kamieni, choć sporo jest i wkurwiającego żwirku.

Ten pierwszy odcinek jest mało nachylony, wysokość zyskujemy powoli. Daleko w górze widnieje coraz wyraźniejszy szczyt Stob Coire nan Lochan, który z tej odległości wydaje się strasznie daleki, wysoki i ogólnie nie do zdobycia:]

Kiedy osiągamy środek podkowy i zaczynamy się piąć równolegle do potoku, robi się stromiej – już nie trawersujemy ściany, ale walimy centralnie, obrzeżami wielkiego żlebu. Sceneria raczej bez zmian – szczyt bliżej i bliżej, ale wciąż budzący respekt; za plecami coraz głębsza dolina i coraz cieńsza nitka szosy A82.

Im wyżej, tym stromiej, więcej żwiru i słabiej widoczna ścieżka. Pod koniec idzie się już bez zwracania uwagi, jest droga czy nie, skoro jedyny logiczny kierunek prowadzi tak czy inaczej prosto w górę.

Ostatnie podrygi wyraźnego szlaku, zaraz będzie stromo a ścieżka się rozmyje

Kiedy w końcu osiągamy najwyższy punkt zbocza, znajdujemy się na – mniej więcej – równi, lekko tylko pofałdowanej. To szczyt podkowy, czy też półksiężyca, budowanego przez Gearr Aonach i Aonach Dubh. Jeśli te dwie kolumny są nogami krzesła, to równia jest siedziskiem, a urwiska SCnL oparciem. Porównanie tylko z pozoru wydumane, bo dokładnie tak to wygląda:

Na Gearr Aonach, w tle Stob Coire nan Lochan

http://leisure.ordnancesurvey.co.uk/leisure

Widoki oczywiście wymiatają.

Stob Coire Sgreamhach

Grań Aonach Eagach po przeciwnej stronie doliny

Z pogodą wyjątkowo się nam poszczęściło, ale o tym, że to jednak wczesny początek wiosny, nie dawały zapomnieć płaty śniegu:

Na szczyt SCnL nie próbowaliśmy wchodzić. Panowie chcieli, ale zaprotestowałam stanowczo. Było za dużo śniegu. Może to przesadna ostrożność, ale moje doświadczenia ze śniegiem w górach ograniczają się do seryjnych zjazdów na dupie w Tatrach w czerwcu 2006, kiedy warunki (czego się spodziewałam, ale nie miałam możliwości pojechać w innym terminie) były klasycznie zimowe już w wyżej położonych dolinach. Było średnio, czuję się na coś takiego nieprzygotowana i wolę nie ryzykować, tym bardziej że cóż za problem zaliczyć tę samą trasę latem.

Pomimo zmiany planu na mniej ambitny, otoczenie wprawiło ekipę w taką euforię, że zwiedziliśmy całą (a konkretna owszem jest) podkowę, od krańca do krańca. Przepaście po obu stronach były imponujące, ale tym, dla czego naprawdę warto było się tą trasą wybrać, okazały się widoki z Aonach Dubh, siostry wyższej, zachodniej, liczącej 892m npm.

Idziemy na Aonach Dubh

Droga A82

Wyraźnie widać, że szosa jest puszczona powyżej dna doliny

Miejscowość Glencoe nad brzegami Loch Leven

W końcu trzeba było przerwać tę sielankę i zacząć złazić, ale nikt nie miał ochoty wracać żlebem wzdłuż potoku. Postanowiliśmy zejść na dzika bezpośrednio z AD, ścinając hektar starej trasy i zaoszczędzając czas (jeden z kolegów śpieszył się do Edynburda w sprawach mocno prywatnych:P). Szlak w dole było pięknie widać, a zbocze, choć bardzo strome, nie wyglądało jakoś strasznie hardkorowo. Zaczęliśmy schodzić.

Ten odcinek okazał się – oprócz oczywiście widoków – najfajniejszym punktem całej wycieczki. Złaziliśmy prawie pionowym trawiasto – skalistym stokiem, gdzie nachylenie powodowało, że w wielu miejscach trzeba było przysiadać na dupie i trzymać się trawy, kamulców czy co tam jeszcze się znalazło do trzymania. Groźnie nie było AFAIR w żadnym momencie (chociaż przy pewnym pechu jak najbardziej było gdzie połamać nogi), ale w kilku miejscach (skały plus żwirek my love:]) trzeba było jednak następny krok przemyśleć.

Teren naszego zejścia z przyległościami

Łatwy moment

Szlaku tą metodą faktycznie ścięliśmy sporo, w dodatku w malowniczy sposób. Kolega zdążył na swoją randkę;)

Wycieczkę na Aonach Dubh polecam wszystkim, którzy mają ochotę na wysokogórskie widoki, ale niekoniecznie lubią ryzyko. Pierwszoligowe wrażenia estetyczne zapewnione. Trudności technicznych w trasie żlebem brak, w naszej dzikiej właściwie też – choć tu trzeba zachować minimum ostrożności. Droga może być dość męcząca dla osób o słabszej kondycji, ale nie jest na tyle długa, by nie można było sobie pozwolić na częste postoje. Trudności orientacyjnych brak, po prostu należy się wspinać / schodzić zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Niewolnicze trzymanie się ścieżki na tej akurat trasie nie jest konieczne.

Odcinek żlebem oceniam na *, nasze zejście z AD na mocne **.