Mullach Clach a’Bhlair i Sgor Gaoith


Nr 86, Mullach Clach a’Bhlair; nr 87, Sgor Gaoith

Wymowa: mulah klah a wle’; skur gui

Znaczenie nazwy: summit of the stony plain; windy peak (za MunroMagic)

Wysokość: 1019m n.p.m.; 1118m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 114.; 36.

Data wejścia: 24.08.12

Trochę się już stęskniłam za Cairngormsami. Jakkolwiek góry Zachodniego Wybrzeża są o wiele bardziej efektowne, to na tych surowych, arktycznych płaskowyżach niesamowicie się wyciszam. Od czasu do czasu muszę sobie zafundować wyrypę w Cairngormsach.

Tym razem zaatakowaliśmy je od Glen Feshie, czyli południowego zachodu.


Glen Feshie jest bardzo ładna, a w dodatku załapaliśmy się na kwitnienie wrzosów, co nie udało nam się nigdy wcześniej. Było to tym milsze, że zupełnie ominęło nas tegoroczne kwitnienie rododendronów, które uważam za absolutnie przepiękne.


Samochód zostawiliśmy na parkingu skąd czekał nas krótki spacer asfaltem do Auchlean farm. Stamtąd odchodzi droga na płaskowyż. Z początku biegnie ładnym lasem, by wkrótce osiągnąć wrzosowiska. Biegnie baaardzo łagodnym trawersem i nie sposób się na niej zmęczyć (chyba, że jest się mną – miałam wyjątkowo słaby dzień).

Kiedy osiągnęliśmy plateau, niestety wszystko było w chmurach. Kilka słów o samym płaskowyżu. Odcinek w którego obrębie znajdowały się nasze dwa munrosy zwany jest Moine Mhor, the Great Moss. Jest to niebywale płaski – przepraszam za tautologię – płaskowyż, gdzie w ogóle nie czujemy, że znajdujemy się w górach i to jak na Szkocję, całkiem wysokich. We mgle – padaka. Gdzie nie spojrzeć, te same tundrowe połacie traw i prawie żadnych punktów orientacyjnych. Uwielbiam taki klimat 😉

W którą stronę się nie obrócisz, wygląda to tak:



Jedynym wyjątkiem był wierzchołek Sgor Gaoith na który mieliśmy się wbijać w następnej kolejności:

Naszego pierwszego munrosa, Mullacha Clach a’Bhlair, ochrzciliśmy mianem Placka i tak już zostanie. Jest to po prostu najwyższy punkt płaskowyżu. Większego naleśnika jeszcze w swojej karierze nie widzieliśmy. Można tam (acz akurat na tym zdjęciu szczyt nie jest widoczny) wjechać samochodem:

Jak to w Cairngormsach, płaskie "tablelands" urozmaicają mniejsze i większe kotły.

Zaprawdę powiadam wam, ten kurhanik nie stoi na szczycie Placka bez powodu. Inaczej nie ma lipy, nie dałoby się go znaleźć.

Z Placka pociągnęliśmy na wyższy i niekoniecznie budzący skojarzenia kulinarne Sgor Gaoith. Czasem chmury trochę rzedniały i otwierał się widok na Braeriacha.

Zbaczając ze ścieżki, natrafiliśmy na maleńkie ruiny, na oko bardzo stare. Cóż to mogło być? Nie ma opcji, że ktoś tu mieszkał. Jakiś schron dla pierwszych munrobaggerów? Nie mam pojęcia.

Kiedy osiągnęliśmy – już niedaleko szczytu – krawędź kotła, spotkała nas niesamowita niespodzianka. Coire Odhar był w dużej mierze odsłonięty i kontrast jego głębi, która uprzytomniła nam, że jednak jesteśmy w górach, z plaskacizną dookoła, był porażający. Plus niesamowite, ogromne zbocza Braeriacha i śliczne, turkusowe Loch Eanaich.

Ten widok na jezioro wynagrodził nam wszystko: i to, że byliśmy przemoczeni, i długość trasy, no i obronił honor placka jako członka bandy…

Do przejścia był jeszcze kawał, wracaliśmy tą samą drogą.

Dla takich klimatów lubię Cairngormsy:

A nasz placek to – uwaga!! – to małe spuchnięcie w środku na horyzoncie. Brylanty przeciwko orzechom, że to najbardziej plaskaty munro!

A tu jeszcze wrzosowiska w Glen Feshie:

Wycieczka była genialna chociaż zmoczyło nas, przewiało, i przez większą część czasu nie mieliśmy widoków. The Cairngorms rule!

Długość trasy to ok. 26 km (i ja je dzisiaj czuję w udach na maksa).

Bynack More


Nr 79, Bynack More

Wymowa: bajnak mor

Znaczenie nazwy: the big cap

Wysokość: 1090m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 54.

Data wejścia: 25.09.11


Bynack More zamyka Cairgormsy od północy. Zanim zacznę opisywać trasę, zachęcam do porównania zdjęć z tej i poprzedniej notki, jak również zwrócenie uwagi na jakich miejscach listy znajdują się opisywane w nich munrosy.

Parkujemy opodal Reindeer Centre (fajna rzecz, chętnie kiedyś odwiedzę: >>LINK<<). Z początku wędrujemy wzdłuż szosy, by po krótkim czasie osiągnąć najładniejszą część trasy, Ryvoan Pass. Jest to wąskie gardło pomiędzy dwoma niskimi masywami, pokryte wspaniałą bujną roślinnością. Jest też atrakcja w postaci szmaragdowego jeziorka Lochan Uaine (genialny plener zdjęciowy!)

Kiedy dolina się kończy, wychodzimy na rozległą równię skąd widać przedwierzchołek naszego munro, Bynack Beag. Zachodzimy główne plateau szerokim łukiem, więc cairgormskich "olbrzymów" nie widać, okoliczne wzniesienia są niewielkie i jedynym munrosem w polu widzenia jest Bynack.

Bardzo łagodnie wznosząca się ścieżka wyprowadza na płaskowyż. Nie jest to oczywiście główne plateau, które usytuowane jest w zupełnie przeciwnym kierunku i z którym masyw Bynacka się nie łączy. Stąd widać już kopułę szczytową góry. I jedyne nieco ostrzejsze podchodzenie pod górę to właśnie kopuła, większa część trasy biegnie po niemal płaskim terenie.

Dawno nie byłam na tak długiej, a jednocześnie lekkiej wycieczce. Bynacka zdobywa się praktycznie bez wysiłku. Jedynym czynnikiem uprzykrzającym życie była tradycyjna cairgormska piździawa. Tym razem nie aż tak silna żeby przewrócić, ale w rejonie szczytu zarzucało mną nieźle.

Niestety, nad głównym plateau stały chmury i widoków w tym najbardziej interesującym kierunku nie było. Ze względu na wiatr na wierzchołku posiedzieliśmy może z pięć minut. Zdecydowaliśmy się na powrót tą samą drogą – alternatywna schodzi w od razu w dolinę ale obawialiśmy się że będzie tam zbyt mokro, jako że cały dzień popadywało.

Po drodze spotkaliśmy dwa renifery, które musiały uciec z Reindeer Centre. Takie rzeczy to tylko w Cairngormsach 🙂 Bardzo lubię ten rejon właśnie ze względu na subarktyczny, jak dla mnie z lekka surrealistyczny klimat.

Lubię te góry zwłaszcza teraz jesienią, kiedy trawa zmienia kolor (w ogóle jesień to moja ulubiona pora roku tutaj):

I na koniec tradycyjna tęcza (wypad w Cairgormsy bez tęczy się nie liczy ;P):

Reasumując, bardzo przyjemna wycieczka, jak zwykle w ten rejon – taki lajtowy munro bagging przy w miarę ładnej pogodzie bywa bardzo sympatyczny. To jeszcze tylko 21 zostało do skompletowania pierwszej setki ;PPP

Angel’s Peak i Braeriach


Nr 46, Angel’s Peak (aka Sgor an Lochain Uaine) i nr 47, Braeriach

Wymowa: wersji gaelic – skyr an lochan uin; brea-riach (akcent na drugą sylabę)

Znaczenie nazwy: rocky peak of the little green loch; grey upper part

Wysokość: 1258m n.p.m.; 1296m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 5.; 3.

Data wejścia: 19.09.09

Bardzo, ale to bardzo podoba mi się początek opisu tej trasy w Scotland’s Mountain Ridges: This is the journey into a heart of darkness (…) :DDD

Fakt, aby zaliczyć któregokolwiek z czterech munros wznoszącym się nad niesamowitym systemem kotłów nad doliną Lairig Ghru, trzeba pokonać konkretną odległość od cywilizacji, i to obojętnie od której strony idziemy. Jest to samo serce Cairngormsów, tu znajdują się najwyższe punkty, jedne z najwspanialszych kotłów, oraz najgłębsza i najdłuższa dolina, dzieląca na dwoje całą tę grupę górską.

Nasza pętla liczyła sobie 29 km i końcówka powrotu odbywała się już po ciemku.

Zanim znajdziemy się w dolinie, czeka nas jeszcze długi marsz (info o parkingu i dokładnym przebiegu trasy będzie na mapce).

Pierwszym spektakularnym miejscem na trasie jest Chalamain Gap – wąski wąwóz wyścielony złomami skalnymi, długi na jakieś 300m. Po deszczu niezbyt sympatyczne miejsce.

Po wyjściu z wąwozu po raz pierwszy ukazuje się Braeriach. Wyraźną ścieżką , nieco w dół, maszerujemy do rozwidlenia dróg. Prawa odnoga wspina się na Braeriach i to nią będziemy schodzić. Teraz kierujemy się w lewo, dnem Lairig Ghru.
Dolina na początkowym odcinku wygląda jak z kosmosu, jest wąska, prawie nic tu nie rośnie, nie widać żadnych śladów bytności człowieka.

Odcinek który nazwałam początkowym nie jest bynajmniej krótki, liczy sobie ładnych parę kilometrów. Na razie nie ma jeszcze żadnych spektakularnych widoków. Te odsłonią się dopiero w miejscu, gdzie dolina znacznie się rozszerza: po prawej ręce wspomniany zdumiewający system kotłów, ponad nimi wielkie plateau którego najwyższe punkty mają status munros, po lewej potężny masyw Ben Macdui, na przeciw nas – kontynuacja doliny, czyli Glen Dee (na zdjęciu poniżej).

Aczkolwiek dalsza część naszej trasy – zawieszona 300m powyżej dna doliny misa kryjąca jeziorko Lochan Uaine, znad którego wznosi się północno-wschodnia grań Angel’s Peak – od momentu wyjścia z wąskiego gardła doliny była widoczna jak na dłoni, i tu, jak się okazało w praniu, do przejścia był niezły hektar. Podejście do jeziora jest niedługie, ale żmudne. Najlepiej kierować się wzdłuż wodospadu, po jego prawej stronie. Strome zbocze jest w większej części trawiaste, poprzerastane skałami i boulderkami, które jednak w większości da się omijać.
Poniżej pierwszy widok na naszą docelową grań, zdjęty z końcówki podejścia pod jezioro:

Grań ma scramblingową wycenę 2, identycznie jak Fiacaill Ridge lub Am Fasarinen Pinnacles. Po raz kolejny przekonałam się, że wyceny scramblingowe zależą od mnóstwa rzeczy, nie tylko a nawet nie głównie od trudności. Nie należy ich absolutnie odnosić do najtrudniejszego miejsca na trasie. Rolę grają omijalność trudnych miejsc, długość trasy, odległość jaką trzeba pokonać by do niej dojść. Grań którą wchodziliśmy to mniej więcej w dwóch trzecich długości kamieniste zbocze, po którym można iść z rękami w kieszeniach. Właściwy scrambling jest dopiero pod szczytem, nie ma miejsc trudnych, wariantów jest wiele, nie ma bezpośredniej lufy. Słowem, nie ta półka co dwie wcześniej wymienione trasy. Am Fasarinen zawdzięczają tak niską ocenę swojej całkowitej omijalności, Fiacaill – chyba temu, że jest króciutki i łatwo dostępny z terenów cywilizowanych. Grań na Angel’s Peak jest piękna ale wyzwania nie stanowi, nawet dla mnie.

300m do góry, i stajemy na wierzchołku. Kontrast pomiędzy stromizną kotłów a łagodnością i rozległością płaskowyżu jest uderzający. Taki typ ukształtowania terenu jest spotykany w bardzo wielu miejscach Szkocji, ale w Cairngormsach osiąga swoje apogeum.

Falls of Dee

Z Anioła można się wybrać na niedaleki Cairn Toul, ale nie mieliśmy czasu na kolejnego munrosa. Wzdłuż krawędzi kotła (to ważne, jako że ścieżka momentami zupełnie niknie) powędrowaliśmy w drugą stronę, na Braeriacha. Ten odcinek również tylko na mapie wydaje się krótki. Poza tym choć to plateau, powierzchnia nie jest idealnie gładka, trzeba tu i ówdzie trochę podejść, co po tylu kilometrach już nieco męczy.

Ben Macdui i Angel’s Peak

Na Braeriacha (to poniżej to jeszcze nie najwyższy punkt) kierujemy się cały czas wzdłuż kotła, wierzchołek wypada bowiem niemal przy samej krawędzi. To ważne zwłaszcza przy braku widoczności, kiedy to absolutnie nie należy zapuszczać się w głąb płaskowyżu.

Za wierzchołkiem Braeriacha (jest oznaczony kamiennym kopcem) stok się łagodnie obniża i można w oddali dostrzec Chalamain Gap. Mamy do pokonania naprawdę potężną odległość, ale mi osobiście pomaga, kiedy widzę mniej więcej punkt docelowy, nawet jeśli jest tak daleko.

Coire Bhrochain, wschodni kocioł Braeriacha

Schodzimy długim ramieniem Braeriacha, ponad doliną, aż osiągamy rozstaj ścieżek, od którego nasz szlak będzie się pokrywał z dojściowym. Na tym etapie byliśmy już mocno zmęczeni ale cisnęliśmy do oporu, nie chcąc pokonywać Chalamaina po ciemku. Udało się na ostatnią chwilę. Wąwóz przekraczaliśmy już w szarówce, wciąż jednak światła dziennego było dość. Ciemności zapadły ostatecznie kiedy byliśmy już na prostej drodze, gdzie w zupełności wystarczały latarki.

Trasa nas zauroczyła. Cairngormsy są niesamowitym miejscem, a dopiero podczas tej wycieczki mogliśmy się w pełni o tym przekonać.

Fotki: >>LINK<<

Ben Macdui


Nr 42, Ben Macdui

Wymowa: ben makdui

Znaczenie nazwy: McDuff’s hill

Wysokość: 1309m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 2.

Data wejścia: 3.07.09

Kolejny raz Cairngormsy, i nawet trasa po części pokrywająca się z poprzednią. Na drugi najwyższy szczyt  Szkocji i jeden z dwóch, które mają powyżej 1300m n.p.m., wybraliśmy się spod dolnej stacji kolejki na Cairn Gorm, z początku tą samą ścieżką co na Fiacaill, plateau atakując jednak przez kolejny wał, na zdjęciu po prawej stronie (Fiacaill Ridge jest w centrum):

Droga jest spacerowa, teren wznosi się bardzo łagodnie:

W pewnym momencie usłyszałam narastający potworny huk, aż musiałam zatkać uszy, i zobaczyłam że Mariusz wpatruje się zafascynowany w coś za moimi plecami – poczułam się jak w remake’u Cloverfield, ale na szczęście to były tylko wojskowe Panavie podczas ćwiczeń. Jedna parę godzin później rozbiła się nad Arrochar Alps, dwóch pilotów zginęło. [‚]

Macdui odsłania się kiedy wychodzimy na plateau. Co tu gadać. Kopa siana. Czytałam że lokalni miłośnicy góry chcieli kiedyś ustawić na szczycie ogromny trianguł, żeby ich ukochany Ben przewyższył ten na zachodzie. Żałosność pomysłu jest ewidentna, jako że Macdui charakterem nie dorasta Nevisowi do pięt. Ben Nevis ma kilka twarzy, z czego północna jest naprawdę królewska. Ben Macdui wygląda jak duża kupa, w którą ktoś wdepnął i spłaszczył. Są tam niby od południowego wschodu jakieś kotły, ale trudno powiedzieć czy przynależą do Macduia jako takiego, jako że pomiędzy nimi a szczytem jest jeszcze kawał łagodnych zboczy.

Od wyjścia na płaskowyż do wierzchołka Macduia teren jest miejscami prawie płaski. Ciekawsze widoki mamy na zachodzie, gdzie lansują się trzy munrosy, na munro-liście (patrząc od lewej) czwarty, piąty i trzeci, tj. niewidoczny na zdjęciu Cairn Toul, Sgor an Lochan Uaine (znany też jako Angel’s Peak) oraz Braeriach.

Wierzchołek Bena jest płaski jak naleśnik i rozległy. Po widoki trzeba się zbliżyć do krawędzi wypłaszczenia – dopiero kiedy zbocze przed nami się obniża, mamy szansę coś zobaczyć.

Poniżej grań od Cairn Toula po Braeriacha, którego wierzchołka zdjęcie nie objęło:

Po najładniejszą panoramę musieliśmy się obniżyć kilkadziesiąt metrów na południe. Widok na Glen Dee uświadamia, na jak wysokiej górze się znajdujemy – trzy zachodnie munrosy są nieznacznie niższe od Macduia, więc jego przewagi się nie odczuwa. Góra po prawej (wydaje się mała, ale to też munro) to Devil’s Point, czyli w gaelic Bod am Deamhain, Penis Diabła. Dyplomatyczne tłumaczenie przyjęło się od czasu, gdy bawiąca w dolinie królowa Wiktoria zapytała lokalsa o nazwę interesującego wzniesienia, i biedak musiał jakoś wybrnąć.

Wracaliśmy z początku drogą wejściową, w pewnym momencie odbiliśmy w prawo, by po niedługim czasie osiągnąć trasę naszej poprzedniej wycieczki, wzdłuż krawędzi kotła z którego opada Fiacaill Ridge. Z przełęczy na wschód od FR schodzi ścieżka, ale przeoczyliśmy ją i poszliśmy tak jak ostatnim razem, w kierunku Cairn Gorma. Znów w tym rejonie wiało jak szlag – to tam ostatnim razem wiatr mnie przewrócił – tyle że tym razem podmuchy waliły w kierunku kotła, więc przezornie trzymałam się z daleka od krawędzi, żeby mnie nie zepchnęło. Na Cairn Gorma rzecz jasna nie wchodziliśmy. W miejscu gdzie zaczyna się już bezpośrednie podejście na szczyt szlak się rozwidla, i jego lewą odnogą zeszliśmy sobie najpierw dość stromym (przynajmniej jak na warunki tej konkretnej trasy) zboczem, a potem wygodną drogą koło nartostrady, prosto na parking przy kolejce.

Trasa jest nieforsowna i stanowiła dla mnie miłą odmianę po ostatnich scramblingach, ale szczerze mówiąc, bez rewelacji. Ot, taki tam lajtowy spacer kondycyjny. Macdui to wielki klocek, którego warto zaliczyć wyłącznie ze względu na jego wysokość, ale generalnie te tereny nadają się bardziej na zimę.

Całość: >>LINK<


Cairn Gorm przez Fiacaill Ridge


Nr 40, Cairn Gorm

Wymowa: kern gorm

Znaczenie nazwy:
blue cairn like peak (chyba jasne już jest, czemu przestałam tłumaczyć nazwy?:/)

Wysokość: 1244m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 6.

Data wejścia: 19.06.2009

Po emocjach Liathach postanowiliśmy kompletnie zmienić klimat i wyskoczyć w Cairngormsy. Mariusz poprosił mnie o znalezienie tam jakiegoś scramblingu, żeby trochę urozmaicić sobie trasę, zaproponowałam więc Fiacaill Ridge, o której wyczytałam, że jest krótka i niezbyt trudna (dwójka), co istotne było zwłaszcza dla mnie, bo nie chciałam być na drugi dzień zjechana w pracy.

Po noclegu w namiocie w Glenmore, koło Aviemore, podjechaliśmy pod dolną stację kolejki na Cairn Gorm. Stacja mieści się na ponad 600m wysokości, zatem podchodzenia na szczyt, niezależnie od wybranego szlaku, jest stosunkowo niewiele.

Od stacji wyraźną ścieżką w kierunku mniej więcej południowym, aż po niedługim marszu ukazuje się taki oto kocioł:

Fiacaill Ridge biegnie po lewej, kulminując w niepozornym z tej perspektywy Fiacaill Buttress. Na grań wbijamy wedle uznania – być może jest gdzieś tam ścieżka, my jej w każdym razie nie znaleźliśmy i przyszło drałować po kamiennym rumowisku.
Na ścianach tak charakterystycznych dla tej części Grampianów stromych kotł
ów można nieźle załoić:

Sama grań to początkowo sterta kamieni. Gęstego jest zaledwie 150m.



Podejście widać poniżej. Od prawej leży łatwiejszy teren, którym można ominąć jakiś fragment, jeśli wola. Od lewej jest lufiasto.

Miałam w niektórych momentach niezłego pietra, bo wiatr był taki, że parę razy na serio bałam się, że mnie zepchnie.

Mariusz atakuje Fiacaill Buttress. Ja nie byłam pewna, włazić czy ominąć – kiedy wszedł, krzyknął do mnie, że jest łatwo ale żebym jednak ominęła. Przeszłam bokiem i nie żałuję. Z przyjemnością wrócę i ogarnę ten fragment w ładną pogodę, ale przy silnym wietrze i mżawce, skoro miałam możliwość zrezygnować, skorzystałam.

Końcówka grani:

Cairngorms Plateau kojarzy mi się najbardziej z Karkonoszami. Wysoko wyniesiony płaskowyż, kotły, nawet formacje skalne podobne (o ile pamiętam po mojej jedynej wizycie tamże sześć lat temu). Tylko roślinność inna, same mchy i porosty.

Nasza grań z dystansu:

Kiedy osiągnęliśmy plateau, wszystko zakryła mgła. Nie zmartwiło nas to jednak specjalnie, ponieważ nawigacyjnie trasa jest prosta – wystarczy iść wzdłuż krawędzi kotła, mając ją po lewej stronie, a nie sposób nie wyjść w końcu na Cairn Gorm. Kiedy po jakimś kwadransie energicznego marszu chmury się przerzedziły, włosy stanęły nam na głowie. To był zupełnie inny krajobraz, niż się spodziewaliśmy, po Cairn Gorm ani śladu, przed nami jakiś inny kocioł i inna dolina. Przypomniałam sobie, co nasz przewodnik z Curved Ridge mówił o kluczowej roli nawigacji w Cairngormsach. Zabłądziliśmy właśnie w najklasyczniejszy z możliwych sposób.

Wiadomo było, w która mniej więcej stronę należy wracać. Na szczęście chmury chwilowo sobie poszły. Skierowaliśmy się w kierunku z kt
órego przyszliśmy, biorąc kurs na widoczną w oddali przełęcz. Jeśli z przełęczy widać będzie Aviemore, to jesteśmy uratowani. Okazało się, że wyszliśmy centralnie na kocioł, Fiacaill Ridge mając po lewej. Wcześniej, we mgle, skierowaliśmy się zamiast wzdłuż krawędzi, w głąb płaskowyżu. Nie mam pojęcia jak nam się to udało.

Droga na Cairn Gorm, przypominający wielki stóg siana, z przełęczy była spacerowa:

Po prawej ciemne ściany kotła, w sąsiedztwie którego objawiliśmy się po błądzeniu we mgle:

Jeszcze nie jestem w stanie podpisać okolicznych szczytów, moja znajomość terenu jest póki co mizerna.

Widoków z Cairn Gorma nie będzie, ponieważ ogarnęły nas paskudne chmury które zresztą już się z plateau nie ruszyły – mimo kiepskich warunków i tak trafiliśmy na niezłe okno pogodowe.
Z wierzchołka zbiega ceprostrada, jakiej jeszcze w szkockich g
órach nie widziałam: normalnie brukowana droga, wykopczywkowana, po bokach "poręcze" z odblaskowych linek. Od górnej stacji kolejki zaczyna się droga jezdna – muszą jakoś dowozić zaopatrzenie – ale ponieważ wiedzie nieekonomicznymi długimi trawersami, warto ją skrócić idąc na rympał wzdłuż nartostrady. Klimat zejścia taki trochę gubałówkowy.

Fiacaillowi po ostrzu grani daję *** z plusem, ale dla mnie osobiście główną atrakcją było samo plateau. Żałuję, że nie mogliśmy poeksplorować go dłużej. Pustka, surowość, rozległość – dobrze się czuję w takich miejscach, uspokajają mnie.
A tak nawiasem. Moje obawy co do wiatru nie były przesadzone. W kt
órymś momencie podchodzenia na Cairn Gorm naprawdę zawiało tak, że poleciałam na plecy. Do tej pory zdarzało mi się co najwyżej lekko utracić równowagę – to był pierwszy raz, kiedy w absolutnie dosłownym sensie wiatr mnie przewrócił. Mariusz miał niezły ubaw. Co do mnie, cieszyłam się że nie stało się to na grani.
Fajna, ciekawa, niedługa wycieczka.


Zdjęcia: >>LINK<<