Porażka na Ben Nevisie


Mieliśmy dużą zagwozdkę co zaplanować na wczoraj, jako że w całej Szkocji ostro sypnęło śniegiem i prognozy gwałtownie poleciały w dół. Byliśmy jednak zdeterminowani żeby gdzieś się wybrać z nowymi znajomymi. W końcu zdecydowaliśmy się na Ben Nevisa, przez Ledge Route oraz – gdyby żleb nr 5 był zbyt lawiniasty – przez CMD Arete. Nic nowego ale uwielbiam tę g
órę i mogę na nią wracać jeszcze setki razy, nawet kosztem zaliczania nowych munrosów. Cieszyłam się więc bardzo na tę wycieczkę.
Kiedy za Callander wjechaliśmy w góry, im głębiej się w nie zanurzaliśmy tym bardziej pomysł wchodzenia na Benka od północy wydawał się mniej realny. Wszystko białe. Beinn Dorain, dwa tygodnie temu przyprószony na czubku, teraz pokryty śniegiem od podstaw. W rejonie Rannoch Moor gdzieniegdzie śniegi nawiane do połowy szosy. Glencoe – masakra. I to wszystko świeże, niezwiązane, czyli potencjalnie super lawiniaste. Jeszcze przed Fort William ustaliliśmy że zaczniemy podchodzenie z Glen Nevis, Pony Trackiem, i przy Half-way Lochan zdecydujemy adekwatnie do warunków czy pchamy się w północne ściany czy kończymy ceprostradą.
Początek raczej napawał optymizmem, co prawda ilość i stan śniegu sugerowały że mądrzej będzie podchodzić najłatwiejszą drogą, ale co do samego faktu iż wejdziemy nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości.

Im wyżej, tym wiatr się wzmagał – gogle i maski poszły w ruch. Przynajmniej w miarę jak temperatura się obniżała śnieg robił się mniej mokry, choć i tak zapadaliśmy się straszliwie.

Kiedy rozpoczęliśmy bezpośredni trawers wyprowadzający na wypłaszczenie koło stawu wiatr oszalał. Szliśmy w śnieżycy, wciąż wierząc że wszystko jest pod kontrolą i wejdziemy na szczyt. Niestety przed osiągnięciem wypłaszczenia zrobiło się po prostu tragicznie. Widoczność przed nami spadła do zera, śnieg zlewał się z niebem, nie było wiadomo w którym kierunku iść. Za nami momentalnie pozawiewało ślady. Świeżego śniegu dowaliło tyle, że miejscami zagrzebywaliśmy się po biodra. Najgorsze, że na tej trasie zupełnie nie ma się gdzie schować, biegnie ona połogimi odsłoniętymi zboczami, nie ma tam żadnych załomów skalnych, o drzewach nie wspominając. Nasze ciuchy wierzchnie były już przemoczone, a czekało nas jeszcze prawie dwa razy tyle drogi plus schodzenie. Po grupowej dyskusji stwierdziliśmy że, choć z żalem, odpuszczamy. Wbijanie się na siłę poważnie groziło ponownym dostarczeniem niepotrzebnej roboty Mountain Rescue.

Wracając byliśmy zdumieni, jak wiele śniegu przybyło: m.in. głazy na których przysiedliśmy podczas wchodzenia były teraz całkowicie zasypane. Wpadaliśmy po pas, co generowało mnóstwo śmiesznych sytuacji i generalnie powrót, mimo porażki, przebiegał w atmosferze radosnej głupawki. Były nawet dupozjazdy, co prawda średnio efektywne w kopnym śniegu.

Ben Nevis tym razem nas nie wpuścił ale i tak było fajnie. Poza tym dobrze czasem dostać od natury w dupę, żeby przypomnieć sobie że góry mogą być groźne niezależnie od stopnia trudności trasy, i należy im się jednak ta odrobina respektu.

Aonach Beag i Aonach Mor

Nr 44, Aonach Mor i nr 45, Aonach Beag

Wymowa: anah mor; anah beg

Znaczenie nazwy: big ridge; little ridge

Wysokość: 1221m n.p.m.; 1234m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 8.; 7.

Data wejścia: 25.07.09

Aonachs – kolejny piękny cel w Lochaber, okolicy, gdzie coraz mniej nowych gór pozostało nam do zdobycia. Niedługo będziemy tu wracać nie po nowe munrosy, a po zdobywanie starych trudniejszymi wariantami. Dobrze, że jest ich tu mnóstwo, w samym masywie Ben Nevisa jeszcze ze trzy.

Początek drogi na samym końcu Glen Nevis. Przez Nevis Gorge wbijamy się na Steall Meadows – za naszą poprzednią wizytą tu skręcaliśmy w prawo, by za mostem linowym rozpocząć wspin na Ring of Steall >>LINK<<. Tym razem idziemy prosto, aż do drewnianego mostku. Za mostkiem widać dwie ścieżki – zgodnie z radą pana McNeisha od The Munros poszliśmy lewą. Łagodnie wbijamy się do góry, i niemal od razu ukazuje się Ben Nevis i Carn Mor Dearg z jego Arete. Jeszcze prezentują się niepozornie, ale im dalej na północ, tym będzie lepiej.

Bardzo szybko osiągamy dolinkę położoną między masywem Ben Nevisa a Aonachs. Tędy na razie płasko, by dopiero na końcowym odcinku podbić w górę, na szerokie siodło przełęczy. Widok na The Mamores, których z tej perspektywy nie miałam jeszcze szczęścia oglądać, albowiem zawsze jak lezę przez CMDA jest dupa pogodowa, jest jednym z bardziej malowniczych w Highlandach i bardzo kojarzy mi się z Tatrami Zachodnimi.

Z przełęczy podchodzenia czeka nas, na długość, niewiele. Zbocza Aonachów są jednak naprawdę strome i choć dzięki temu ekspresowo zyskujemy wysokość, wchodzenie nie należy do relaksacyjnych. Ścieżka jakaś zdaje się jest, ale niewiele wygodniejsza niż wbijka na przełaj, na pewno nie chodniczek.

Nevis Range ogromnieje w oczach. Poniżej trasa na Carn Dearg Meadhonach, scramblingowa dwójka:

Poniżej The Mamores i Glencoe. W centrum lansuje się Sgurr a’Mhaim, po prawicy mając Stob Bana. Na dalszym planie po lewej grupa Bideana nam Bian, po prawej zaś dwa bliźniacze munrosy Beinn a’Bheithir. Wszystkie szczyty widoczne na zdjęciu (z wyjątkiem, być może, najostatniejszego planu, bo tych nawet nie umiem zidentyfikować) zostały już przez nas zdeptane.

Najbardziej zadziwiająco prezentuje się w panoramie Shiechallion. Patrząc na jego idealny, ostry trójkąt, kształt, który w powszechnej świadomości symbolizuje górę, chociaż tak naprawdę mało która tak wygląda, ciężko uwierzyć, że z pozostałych trzech stron Shiechallion może konkurować co najwyżej z Gubałówką.

Widoczność mieliśmy jak rzadko kiedy. Poniżej zza północno-wschodniej (scramblingowa czwórka) grani Aonach Beag wyłaniają się Ben Vorlich i Stuc a’Chroin. Po lewej Meall nan Tarmachan rozpoczyna grupę Lawersa.

Rejon szczytowy Aonach Mor to podłużne plateau, po obu stronach opadające stromymi ścianami. W zachodniej części wierzchołka znajduje się stacja kolejki. Być może temu zawdzięczać należy zdumione spojrzenia, jakimi odprowadzała nas okupująca kopiec szczytowy grupa. Przyszliśmy z niewłaściwej strony.

Ben Nevis prezentuje się nareszcie tak, jak powinien. Niemal tatrzańsko. Nieważne, że południowe zbocza góry są kopiaste. W Szkocji praktycznie nie ma gór hardkorowych z każdej strony. Ben Nevis to nie tylko wierzchołek, to całe potężne gniazdo Nevis Range, które góruje nad otoczeniem naprawdę spektakularnie. Mamoresy tłoczą się od południa jak kurczątka, podobnie The Grey Corries. Północne kotły BN to klasa sama w sobie. Poniżej wyraźnie rysuje się profil górnych partii Tower Ridge, szkoda że przez rozmiar zdjęcia nie widać szczegółów, bo gołym okiem wyraźnie mogliśmy dostrzec takie detale, jak Tower Gap i ludzie na grani.

Na pierwszym planie Carn Mor Dearg Arete

Kopiec na szczycie:

Na Aonach Beag trzeba kawałek podejść, jako że wbrew nazwie ten szczyt jest wyższy, tyle że o wiele mniej rozległy. Północno-wschodni kocioł, ponad którym wędrujemy, jest bardzo przepaścisty, w niektórych miejscach gdyby skoczyć, to minimum kilkadziesiąt metrów swobodnego lotu. Poniżej Marcin testuje skałki strony południowej.

Z wierzchołka widać całe pasmo The Mamores, którego część wcześniej była przezeń zasłonięta. Linie Ben Nevisa odrobinę łagodnieją.

The Grey Corries

Binnein Mor i Na Gruagaichean

Ze szczytu schodzimy w kierunku południowym, dość łagodnymi zboczami. Ścieżka jest, ale znaleźliśmy ją już sporo niżej, zresztą i tak po pewnym czasie nam zginęła. Stok stopniowo stromieje, ale nie tak żeby nie dało się bezpiecznie zejść, najlepiej więc po prostu iść tak jak nam wygodnie, obierając azymut na mostek, kiedy już da radę go wypatrzeć. Zejście trochę trwa, ale widoki na Mamoresy rekompensują wszystko. Poniżej nasza zeszłotygodniowa trasa założona, czyli Binnein Beag, Sgurr Eilde Mor i Binnein Mor. Przypominam, że trasa wykonana objęła tylko środkowego z trzech munrosów 😉

Za mostkiem wiadomo: Steall Meadows, Nevis Gorge, i jesteśmy w punkcie wyjścia.
Cóż mogę napisać. Że trasa jest przepiękna, to widać na zdjęciach. Że nietrudna – chyba też. Jest za to dość wyczerpująca, bo jakkolwiek szło się nam wszystkim bardzo dobrze i sprawnym tempem, na drugi dzień i ja, i Mariusz odczuwaliśmy w mięśniach, że spory wysiłek został wykonany, co już dawno nam się nie zdarzało.
Była to jedna z naszych najpiękniejszych highlandzkich wycieczek – widokowo podejrzewam, że lepsza nawet od Ben Nevisa, jako że z niego nie widać jego samego.

Całość: >>LINK<<


Carn Mor Dearg


Nr 41, Carn Mor Dearg

Wymowa: karn mor djerek

Znaczenie nazwy:
large red cairn like peak

Wysokość: 1220m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 8.

Data wejścia: 28.06.2009

Ponieważ dwa lata temu, idąc na Ben Nevisa przez Carn Mor Dearg Arete, we mgle wyleźliśmy kilkanaście metrów pod wierzchołkiem Carn Mor Dearg i nie chciało nam się wracać, miałam dylemat czy liczyć tego munro, czy jednak nie. Teraz zdeptałam go prawidłowo, więc choć Mariusz na wierzchołku sensu stricto nie był, wciągam CMD na oficjalną listę.
Dokumentacji fotograficznej nie będzie, ponieważ trafiła mi się jeszcze większa dupa pogodowa niż ostatnim razem. I na CMDA będę musiała p
ójść kolejny raz, bo z tego co oglądałam w necie, widoki są takie że nie dam rady tego odpuścić.
Poprzednia wyprawa tu: >>LINK<<. Mimo wszystko było widać odrobinę więcej.

Ben Nevis przez The Tower Ridge

Dziś mała zmiana przy klawiaturze wynikająca z faktu, że tę trasę Vespa ominęła. Poszła drogą, która opisywaliśmy już wcześniej na blogu w tej notce: >>LINK<<.  Charakter naszego następnego przedsięwzięcia wymagał absolutnej pewności siebie w kontakcie z ekspozycją lub lotnej asekuracji. Po wspólnej naradzie uznaliśmy, że nie mam jeszcze wystarczającej wiedzy, ani sprzętu by zapewnić bezpieczeństwo komuś, ale sam dam radę przejść tę trasę bez. Decyzja ta była poparta godzinami poszukiwań w necie i książkach, w wyniku których zebrałem informacje na temat tej drogi. Rozwój naszych wcześniejszych wycieczek scramblingowych utwierdził mnie zaś w przekonaniu, że podołam trudnościom tej. Decyzja zapadła, dostałem zielone światło na samotną wycieczkę przez grań. Spotkanie zaś wyznaczyliśmy na szczycie Ben Nevisa. Nie ukrywam, że oboje, choć pewnie z innych powodów, mieliśmy duszę na ramieniu gdy stanęło do jej realizacji.

Droga początkowa pokrywała się z naszym startem sprzed prawie dwóch lat. Po noclegu na polu namiotowym i szybkim dotarciu do rozwidlenia szlaków zeszliśmy z Pony Track obchodząc ramię zachodniego zbocza Ben Nevisa. Wkrótce ukazała się prawdziwa, ta najtrudniejsza twarz tej góry:


Stąd ścieżka wiedzie w głąb kotła jakie tworzą zbocza Carn Mor Dearg połączonego granią z samym Ben Nevisem. W jego głębi znajduje się chata ratowników górskich, która wyznacza charakterystyczny punkt orientacyjny. Stąd też rozpoczęła się moja samotna wędrówka, Vespa powtórzyła poprzednią drogę, tym jednak razem dodając szczyt niezdobytego uprzednio przez błąd w nawigacji we mgle Carn Mor Dearga, tak więc munros numer 41 został zaliczony.

Północne ściany jednego z kotłów Ben Nevisa:

Sama zaś grań Tower Ridge wygląda z tego miejsca tak:

Jej pierwsza, trójkątna piramida skalna nosi nazwę The Douglas Boulder, jest celem wspinaczkowym i podobno nie do pokonania bez sprzętu. Oferuje wiele dróg o różnym stopniu trudności, ale jako cel scramblingowy nie figuruje w opisach drogi przez Tower Ridge. Przewodniki zalecają jej obejście w kierunku wschodnim łatwą drogą po skałach i odnalezienie żlebu (kominka) jaki prowadzi na małą przełączkę u jej końca. Jest on łatwy do rozpoznania, gdyż wyznacza jedyną rozsądną drogę w górę w tym miejscu, przy czym dość upierdliwy we wchodzeniu – kruszyzna i mokro. Z przełączki na grań wiedzie kominek, w którym spotkałem wspinaczy:

Fragment ten jest stosunkowo stromy, ale oferuje znakomite chwyty i stopnie. Nie powinien stanowić problemu dla kogoś obytego ze skałą. I tu chwila offtopiku: jeśli Vespie zachce się zdefiniować scrambling na użytek naszego bloga to pewnie to zrobi, ja ostrzegam jedynie przed trudnością trasy – The Tower Ridge to scramblingowa 5. Drogi scramblingowe opisane przez innych charakteryzują się tym, że w teorii można przejść je bez asekuracji, choć dla wielu osób jest ona przydatna, z mojego subiektywnego doświadczenia wszystko od trójki w górę niesie za sobą ryzyko, a to ze względu na ekspozycję, długość lub trudne elementy w trasie, których nie da się ominąć. Ta droga oferuje wszystkie te podpunkty. Dodać należy jeszcze, że wycena drogi scramblingowej dotyczy warunków letnich przy suchej skale. Każde odstępstwo pogodowe może zmienić charakter trasy w poważne alpinistyczne przedsięwzięcie.

Kominek szybko winduje nas na grań właściwą, która w tym miejscu jest szeroka, świetnie urzeźbiona, a to co fajne widać dopiero przed nami, choć w moim wypadku widoki odsłaniały się i chowały w chmurach.



Pierwszy, widoczny na tym zdjęciu boulder nie stanowi istotnego problemu – jest świetnie wyrzeźbiony, a do tego omijalny trawersem w prawo. Nie wiem jak wygląda jego obejście gdyż poszedłem granią. Jest tu jedynie jedno trickowe miejsce: przed samym końcem ściany trzeba przejść zgiętym pod nawisem skalnym, mając za plecami nieco powietrza – są jednak dobre chwyty i podparcie dla stóp. Ktoś kto boi się ekspozycji i tak tutaj nie dotrze. Po chwili stoimy na wypłaszczeniu, a przed nami jest The Little Tower – kolejna trudniejsza część trasy.

Tu zmieniłem parę towarzyszy na szybszych.

Ci poruszali się tak jak ja, bez asekuracji, choć sprzęt mieli ze sobą.

Robiąc na przemian zdjęcia i goniąc za nimi przechodziłem kolejne ścianki, wszystkie oferują mnóstwo chwytów i opcji przechodzenia. Raczej bez siłowych ekscesów, czysta przyjemność. W końcu z mgieł wyłania się najpoważniejszy jak się okazało test moich nerwów – The Great Tower.


Zanim jednak osiągniemy jej podnóże, jeszcze kilka boulderków na rozgrzewkę.

Wielkiej Wieży nie da się zaatakować wprost bez użycia sprzętu. Jedyna droga scramblingowa wiedzie u jej stóp w lewo, należy przekroczyć spory głaz i odnaleźć bardzo eksponowaną galeryjkę:

…nad ponad cholera wie jak wysoką przepaścią. Mgły nie pozwoliły na inną skalę oceny.

Jej koniec zamyka kominek przywalony od góry potężnymi głazami, tworząc nyżę skalną. To jedyna logiczna droga dalej:

Walcząc z plecakiem nieco zostałem z tyłu. Stąd też pewnie gdy wydostałem się na skalną półkę powyżej moi szkoccy wspinacze byli już poza początkowymi trudnościami:

a ja zostałem sam nie wiedząc jak poszli. Musiałem improwizować i wmanewrowałem się w dość niemiłą sytuację. Za mną przepaść, wysokie stopnie ze skał i brak dobrych chwytów… Przesuwałem się po nich szukając jakiegoś wyjścia, aż w końcu korzystając z siły ruszyłem do góry klinując nogi w jakimś pęknięciu.

Podejrzewam, że poszedłem zbyt daleko wzdłuż lewej ściany The Great Tower, oni zaś weszli łatwiej parę metrów obok. Na szczęście udało mi się odnaleźć drogę i szybko stanąłem na szczycie, który jest rozległy i można tu odpocząć. Mi nie było jednak to dane – ten fragment trasy stanowił dla Vespy największą trudność w teorii – grań zwęża się tutaj do może metra w paru miejscach, po obu stronach są pionowe ściany z ekspozycją na kilkaset metrów, a trudności dodaje słynna The Tower Gap –


– wyrwa na trzy metry szeroka i cztery głęboka, której przekroczenie wiąże się z pewnym ryzykiem. Trzeba opuścić się tyłem na skalne stopnie trzymając się bloku na krawędzi, zejść niżej, odwrócić i przejść na drugą stronę szczeliny skąd stopnie i chwyty prowadzą na jej przeciwległą krawędź. Wszystko to z potężną przepaścią dookoła. To widok z góry już po przejściu:


To już ostatnia prawdziwa trudność drogi – grań zamyka się w ścianie wspinającej się na plateau szczytu. Droga stąd jest dość łatwa, choć stroma i prowadzi zygzakami w górę, aż do chwili gdy staniemy na krawędzi szczytowej.


Stąd jedynie kilkaset metrów po płaskim i szczyt Ben Nevisa, który i tym razem ginął dla mnie w chmurach. Pod schronem na szczycie czekałem prawie dwie godziny na Vespę, której droga choć nie tak ekscytująca była jednak znacznie dłuższa…


Powrót klasyczną drogą The Pony Track wraz z tysiącem innych turystów. Tu filmik z przekraczania The Tower Gap nakręcony przez kogoś innego: >>LINK<<
Całość zdjęć: >>LINK<<

Stob Ban i Mullach nan Coirean

Nr 23, Stob Ban i nr 24, Mullach nan Coirean

Wymowa: stob ban; mulah nan koran

Znaczenie nazwy: white peak; summit of the corries

Wysokość: 999 n.p.m.; 939m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 140.; 236.

Data wejścia: 13.03.2009

Zatęskniło nam się do the Mamores. Rejon Lochaber, to jest Glencoe, Mamoresy i Nevis Range jest naszym ulubionym w Highlandzie, a widzieliśmy już sporo. Grupa Mamoresów jest spektakularna ze względu na genialne położenie pomiędzy Glencoe a Ben Nevisem, tatrzańskie przewyższenia, długość podejść i przepiękne miejsca startu wycieczek, czyli Kinlochleven albo moja ukochana Glen Nevis.

Nie byliśmy pewni jak z pogodą, a Stob Ban z Mullach nan Coireanem wydały nam się prostsze topograficznie niż trzy pozostałe z lokalnych munros (Binnein Mor, Binnein Beag i Sgurr Eilde Mor), więc na wypadek pogorszenia się widoczności jak na poprzedniej wyprawie zdecydowaliśmy się na wariant mniej skomplikowany orientacyjnie.

Trasa wychodzi z przedostatniego parkingu w Glen Nevis, tego samego na którego schodzi się ze Sgurra a’Mhaim kończąc Ring of Steall. Zresztą przez pierwsze kilkaset metrów to jest ta sama droga, dopiero potem zygzaki ścieżki na Sgurr a’Mhaim podrywają się w górę, my zaś wędrujemy sobie na relaksie dolinką pomiędzy masywami jego i Stob Bana.

Dolinka – właściwie głęboki i stromy wąwóz – jest bardzo przyjemna. Wysokość zyskujemy sukcesywnie acz bez większego wysiłku. Stosunkowo szybko zaczynają się wyłaniać interesujące rzeczy:

Skały po prawej to wschodnie ściany Stob Bana. Już we wrześniu, oglądane z Ring of Steall, wywarły na nas wrażenie. Teraz, przy śniegu, prezentowały się jeszcze dramatyczniej:

Pogoda, odwrotnie niż na poprzedniej wycieczce, poprawiała się z chwili na chwilę.

Wkrótce ukazała się grań zamykająca dolinę. W lewo prowadzi ona na Sgurra an lubhair, element Ring of Steall, w prawo zaś na nasze munrosy.

Na przełęcz idzie się bezproblemowo, a ślady dupozjazdu wskazywały że i z zejściem nie byłoby kłopotu.

Z przełęczy na szczyt Stob Bana już ściśle granią, po prawej ręce mając spektakularne wschodnie ściany, po lewej – strome, ale jednak zbocze. Podejście wyglądało na ostre, ale nietrudne. Otuchy dodawała też wydeptana ścieżka.



Widoki z przełęczy były piękne. Na drugim planie północna grań Glencoe:

Poniżej zaś końcówka RofS, czyli od lewej Sgurr a’Mhaim, Devil’s Ridge kulminujące w Stob Choire a’Mhail, oraz Sgurr an lubhair:

Grań wyprowadzająca na Stob Bana przy śniegu prezentowała się bardzo efektownie. Z jednej strony przepaść i nawisy, od których przezornie trzymaliśmy się w pewnej odległości, z drugiej też stromizna, choć tu spaść nie bardzo było z czego. No i towarzyszące nam cały czas widoki na Glencoe i coraz wyższego króla Benka po prawej stronie.

To podejście jest nieco żmudne, ale niedługie – większość wysokości zyskaliśmy podchodząc przez dolinę.

Na samej końcówce znajdowała się może dwumetrowa pionowa ścianka, w ktorej poprzedni wędrownicy wyrzeźbili piękne stopnie, tak że wchodziło się jak po schodkach. Z tą ścianką było o tyle śmiesznie, że nie było widać co jest za nią. Mogło tam być podejście końcowe, mogła być przepaść. Powyżej było tylko błękitne niebo. Niezależnie od siebie podjęłyśmy z Dorotą milczącą decyzję, żeby puścić Mariusza przodem. Okazało się, że powyżej jest już faktycznie ostatnie, łagodne podejście na sam wierzchołek.
 
Kiedy wreszcie osiągnęliśmy jego kopułę, zachwytom nie było końca. Nasza grań prezentuje się zeń imponująco: dopiero teraz w pełnej krasie widać, jak tam po jednej stronie można się elegancko spierdzielić.

Po lewej Sgurr a’Mhaim

Ze Stob Bana można prześledzić niemal całą dalszą trasę. Dłuuuga grań wiedzie spacerowo na niewybitny wierzchołek Mullacha nan Coireana, z którego dalej opada łagodnym ramieniem:

Rejon szczytowy Stob Bana robi wrażenie. Idziemy ponad wschodnimi ścianami, przed nami już na wpół wiosenna Glen Nevis. W dodatku nawet nie marzyliśmy że pogoda nas tak rozpieści.



Dupozjazdy też były, a jakże:

Na grani Mullacha czeka nas kilka krótkich podejść w górę i w dół, ale to co najżmudniejsze już za nami. Góra niby niecharakterna i naleśnikowata, ale od północy opadająca pięknym kotłem – tak jest zbudowanych wiele wzgórz Szkocji, chociażby całe Cairngormsy. Z jednej strony hałda, z drugiej konkret – nawet Ben Nevisa da się podciągnąć pod tę zasadę, choć to inna skala, zwłaszcza konkrety poważniejsze.

Jest nawet króciutki odcinek skalistą grańką, a w paru miejscach od północy występują całkiem ciekawe formacje. Owszem, jest to spacer, ale spacer interesujący.

Droga na wierzchołek jest naprawdę długa, na mapie widać że odległościowo cała ta trasa porównywalna jest z RofS, tyle że o wiele łagodniej ukształtowana.

Grupa the Mamores ze szczytu Mullacha, Stob Ban to to niepozorne (!) wzniesienie po prawej:

Widoki z Mullacha są imponujące – nie dość że znajdujemy się na ostatnim od zachodu szczycie w grupie Mamoresów, co daje unikalną perspektywę całego pasma, to otwierają się panoramy na zachód, z odległymi wzniesieniami Glen Affric, Glen Shiel, i innymi które jeszcze ciężko nam zidentyfikować. Fort William leży u naszych stóp.
Jestem naprawdę wdzięczna losowi że pogoda spieprzyła się dopiero na Mullachu.

Zejście zaczęło się niewinnie, łagodną granią. Jazdy rozpoczęły się dopiero po znalezieniu się poniżej granicy śniegów. Na odcinku może kilometra (stroma łąka, potem brzozowy lasek) wszystko pływało. Taka pora, wiadomo że ten cały śnieg musi gdzieś znikać. Wkrótce zrobiło nam się wszystko jedno bo buty i tak mieliśmy przemoknięte na wylot.
Na ostatnim fragmencie bagno płynnie przeszło w quasi tatrzański bór, rzecz w Szkocji rzadka i przywołująca miłe wspomnienia. Borem już krotko i sucho na parking.

Trasie daję **, za malowniczość należałoby się znacznie więcej. Po raz kolejny potwierdziło się, że jak po widoki, nie masz jak w Mamoresy. Piękny rejon, wycieczka łatwa a przecież w prawdziwie górskim klimacie. Aż żal, że w tym paśmie została nam tylko jedna trasa. Dobrze, że obok leży słabo przez nas spenetrowana Nevis Range. Jak skończymy, będziemy szaleć tam.

Całość (polecam, piękne zdjęcia wyszły) pod >>LINKIEM<<

Ring of Steall


Nr 15, An Gearanach,
nr 16, Stob Coire a’Chairn, Nr 17, Am Bodach, Nr 18, Sgurr a’Mhaim

Wymowa: an gi-aranah; stob kori a kern; am bodak; skur a waim

Znaczenie nazwy: the complainer, narzekacz; peak of the corrie of the cairns, szczyt kotła w którym są kurhany; the old man, stary człowiek; peak of the breast. Cycek 😀

Wysokość: 982m n.p.m.; 981m n.p.m.; 1032m n.p.m.; 1099m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 167.; 168.; 100., 51.

Data wejścia: 12.09.2008

Ring of Steall jest trasą wyjątkową pod każdym względem. Po pierwsze, znajduje się po południowej stronie Glen Nevis, dzięki czemu jest najlepszym miejscem do podziwiania Ben Nevisa, który z Ringu prezentuje się naprawdę królewsko. Po drugie, daje możliwość zrobienia w stosunkowo łatwy sposób czterech munros za jednym zamachem. Wreszcie jest to trasa wymagająca: długa, momentami mozolna, z atrakcjami tak wizualnymi jak i technicznymi (most linowy!). Przewyższenia w tym rejonie są zdecydowanie bardziej tatrzańskie niż highlandzkie.

Nazwa wzięła się od wodospadu Steall. Ring jest stąd, że robimy pętlę.

Trasa piesza zaczyna się od końca asfaltówki biegnącej przez Glen Nevis, przy ostatnim parkingu – przy czym samochód warto zostawić na poprzednim i podejść ten kawałek, żeby zaoszczędzić sobie łażenia po asfalcie w drodze powrotnej.

Na początku szlaku stoi znak informujący o niebezpieczeństwie i trudności przy przechodzeniu Nevis Gorge, ale niech ani was to nie kusi ani nie odstrasza. Idziemy zwykłą ścieżką nad kanionem, po prawej owszem mamy spad, ale szerokość drogi i jej nachylenie są takie, że spaść można stamtąd tylko po ciemku ewentualnie na dobrej bani. Ciekawe, jakie znaki lokalsi postawili by przed Orlą Percią. Na zejściu z Krzyżnego do Pańszczycy można się dziesięć razy bardziej wysypać, niż na tej ścieżce.

Przygody zaczęły się po wyjściu na płaskie Steall Meadows, położone pod zboczami An Gearanach. Najpierw musieliśmy przekroczyć rzekę po moście linowym. Zupełnie jak na >>Go Ape<<, tylko niżej, za to bez asekuracji.

Na środku most fajnie się kołysał. Patrzenie pod nogi w takim momencie prowokuje do rozmyślań na temat głębokości wody: jeśli spadnę, to raczej się utopię czy połamię? A serio, był to najfajniejszy odcinek całej trasy. Technicznie łatwy, ale trzeba było jednak być naprawdę skupionym na każdym ruchu.

Ze ściany An Gearanach spada piękny Steall Waterfall:

Na uroczej Steall Meadow spędziliśmy prawie godzinę na przygodach (most, forsowanie potoku na bosaka po bezskutecznych próbach znalezienia bezpiecznego wariantu po kamieniach, szukanie drogi w bagnie).
Szlak ponad łąką zaczyna się wznosić zakosami wzdłuż zbocza An Gearanach.

Stob Coire Bhealach, Sgurr Choinnich Beag i Sgurr Choinnich Mor

Kiedy w końcu wydostajemy się na szeroką grań, ukazuje się widok na dalszą część trasy. Na wierzchołek (niewidoczny, skałki powyżej to nie jest szczyt) jednak jeszcze kawałek.

Końcowe partie Ring of Steall spod szczytu An Gearanach: Sgorr an lubhair, Devil’s Ridge oraz Sgurr a’Mhaim

Binnein Beag i Binnein Mor, najwyższy w grupie the Mamores

Kiedy już wydostajemy się na wierzchołek, na drugi, An Garbhanach, niższy o 7m, jest dosłownie moment. Grań An Garbhanach to IMHO (oprócz mostu:D) najciekawszy odcinek trasy. W szczytowej partii jest eksponowana, skalista i, jakkolwiek po lewej biegnie ścieżka umożliwiająca strawersowanie tego odcinka, nawet tam znajduje się jeden czy dwa momenty gdzie trzeba uważać, bo można polecieć. Oczywiście przyjmując kryteria tatrzańskie nie jest to żaden hardkor, ale w łagodniejszych szkockich górach każdy taki szlak – a okazuje się, że trochę ich tam jednak jest – ceni się podwójnie.

An Garbhanach z An Gearanach

Trawers grani An Garbhanach

Z pierwszego munro (bo ja te dwa wierzchołki postrzegam jako jedną górę) ścieżka zbiega dość ostro, by od przełęczy zacząć się wspinać łagodnymi, trawiastymi zakosami na drugiego munrosa w pierścieniu, Stob Choire a’Chairn. Ten łagodny i niezbyt mozolny odcinek pozwala trochę odetchnąć.

Przełęcz i Stob Coire a’Chairn

Za Stob Coire a’Chairn zacznie się najgorszy odcinek trasy, podchodzenie na Am Bodach. Najpierw jednak warto przyjrzeć się widokom (z "lewej" partii pierścienia wbiliśmy się na "środkową", perspektywa stopniowo się zmienia), a zwłaszcza Devil’s Ridge, na zdjęciu na dole w centrum. W przewodniku opisana jako najbardziej emocjonujący fragment, słynna graniówka itp., normalnie prawie drugie Aonach Eagach, z trasy prezentuje się łagodnie i niemal płasko. Podejrzane…



Podejście na Am Bodach ostro dało nam po dupach. Raz, że jest – poza dojściowym – najdłuższym odcinkiem pod górę na trasie, bo przełęcz z której startujemy jest głęboka a Am Bodach to drugi najwyższy wierzchołek w pierścieniu. Dwa, ścieżka na tym odcinku jest poprowadzona prosto w górę, praktycznie bez zygzaków, a stromizna jest tam naprawdę ostra. Wreszcie jest to w pewnym sensie punkt krytyczny trasy: już trochę przeszliśmy i zmęczenie daje o sobie znać, a jednocześnie wciąż jest dalej niż bliżej, co do czego towarzyszący nam widok na całość pierścienia nie pozostawia złudzeń.

Am Bodach

Przy podchodzeniu na Am Bodach towarzyszą nam widoki na dolinę pomiędzy nim a Na Gruagaichean, poniżej której leży Kinlochleven. Od wierzchołka otwierają się kolejne, na Loch Leven z charakterystycznym "pypkiem" Pap of Glencoe, oraz na Loch Linnhe i morze okolicznych wzniesień. W krajobrazie dominuje sąsiedni imponujący munro Stob Ban. Przez cały czas pięknie widoczne jest otoczenie Glencoe, w którym wyróżnia się Aonach Eagach, najbardziej charakterne ale położone na tyle nisko, iż jest duża szansa że nie będzie w chmurach.

Z Am Bodach szybko i łatwo na płytką przełęcz pomiędzy nim a Sgorr an lubhair.
Ze Sgurra pisanego małą literą wreszcie wbijamy się na Diabelską Grań i zaraz będziemy mieli możliwość zweryfikowania, czy jest warta swojej sławy. Początek nie prezentuje się spektakularnie. Ścieżka idzie trawersem poniżej grani, w poprzek trawiastego zbocza. Dopiero kiedy osiągamy najwyższy punkt grani i piąte wzniesienie pierścienia, Stob Coire a’Mhail, robi się ciekawiej. Grań zwęża się do tego stopnia, że dwie osoby nie są w stanie stanąć obok siebie, a stromizna po obu stronach jest bardzo konkretna.

Patrząc w dół ze Stob Coire a’Mhail

Trasa z początku wiedzie po grani w fajnej (bo jest efektownie a bez trudności) ekspozycji, po czym grań nagle staje się skalista i cienka, i ten odcinek pokonywany jej ostrzem faktycznie mógłby dostarczyć wielu emocji. IMHO aż za wielu, dlatego dobrze, że poniżej wydeptane są dwa warianty scieżki. Lepiej wybrać lewy, ponieważ pozwala na krótki i banalny, ale jednak zawsze kontakt ze skałą:

Devil’s Ridge jest prosta, przynajmniej w wariancie ścieżkowym, ale przyznaję, że efektowna. Najbardziej zadziwia zmiana kształtu Stob Coire a’Mhail, który z podejścia na Sgurr a’Mhaim prezentuje się niezwykle ostro i charakternie, no nie ta sama góra (widok powyżej).

Na I planie Stob Ban

No i wreszcie – Sgurr a’Mhaim. Cycek. W ogóle "Mamores" pochodzi jakoby od mam more, czyli "duże cycki". Przyznaję, że w przypadku tej konkretnej góry nie trzeba być maniakiem seksualnym, żeby dopatrzeć się kobiecej piersi. Kopiec na wierzchołku (powinnam raczej powiedzieć: sutek) też dowcipnie został ułożony w kształt połowy damskiego biustu.

Zejście jest długie, ale otuchy dodaje widok parkingu pod nami. Pięknie prezentują się Ben Nevis, Carn Mor Dearg Arete i zielona Glen Nevis. Świadomość, że zrobiło się cztery munrosy od jednego machu daje wielką satysfakcję. Ring of Steall jest trasą atrakcyjną i ciekawą, ale męczącą. Warto zarezerwować na nią cały dzień i zabrać dużo wody. Trudności oceniam na miejscami ***, plus oczywiście most linowy, IMO najfajniejszy moment. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników szkockich gór.

Całość: >>LINK<<

Ben Nevis

Nr 6, Ben Nevis:

Wymowa: ben nevys

Znaczenie nazwy: zetknęłam się z bardzo różnymi wersjami; moja ulubiona strona MunroMagic podaje cloudy hill, zachmurzone wzgórze

Wysokość: 1344m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 1.

Data wejścia: 26.08.07

Ben Nevis (Beinn Nibheis) jest najwyższym wzniesieniem Wielkiej Brytanii i rzeczywiście dominuje w otoczeniu. Numer dwa, Ben Macdui, jest tylko o 35m niższy, ale znajduje się w innej części Highlandu – w swym ogarnialnym wzrokiem sąsiedztwie Ben Nevis nie ma konkurencji.

Na szczyt prowadzi dostępny dla każdego, łatwy szlak od strony Glen Nevis, którym walą tłumy. Autor naszego przewodnika napisał, że iść tą trasą, to tak jakby pójść na plażę i nie zobaczyć morza. Nie daje ona zupełnie pojęcia o prawdziwej twarzy góry, która jest czymś zupełnie innym, jeśli patrzeć od zachodu i południa, a czym innym od wschodu i północy. Z tej pierwszej perspektywy Ben Nevis jest łagodny, o obłych, kopulastych liniach, imponujący jedynie wysokością. Z drugiej – skały, hardkory, w ogóle inna bajka. Dalej autor podał precyzyjne wskazówki, jak dostać się na górę od tej ciekawszej strony, przez Carn Mor Dearg Arete. Wypróbowaliśmy ten szlak jako wariant dojściowy, schodząc z kolei klasycznie, mamy więc porównanie.

Oba warianty zaczynają się u wylotu Glen Nevis.

Ścieżka prowadzi szerokimi, łagodnymi trawersami wśród paproci. Po ok. 1,5 godziny wychodzimy na rozległą równię pomiędzy Meall an-t-Suidhe, jednym z mniejszych wzniesień w masywie, a właściwym wierzchołkiem Ben Nevisa, na który jeszcze połowa drogi (szlakiem klasycznym). Tu skręcamy w lewo – od szlaku oddziela się wyraźna i szeroka ścieżka. Idziemy nią wzdłuż jeziorka Lochan Meall an-t-Suidhe (wg naszego przewodnika Half Way Lochan) i wypatrujemy po prawej niewielkiej, słabo widocznej dróżki. Uwaga: na naszej mapie (Ordnance Survey) droga ta jest nakreślona jako jedyna w tym rejonie, tymczasem w rzeczywistości szeroka ścieżka, którą szliśmy, wyprowadza nad jezioro i tam się urywa – dlatego trzeba uważać gdzie skręcić na tę mało wyraźną dróżkę, żeby nie zapędzić się za daleko.

Po mniej więcej pół godzinie wchodzimy do dolinki otoczonej granią w kształcie podkowy, której prawą stronę stanowią ściany Ben Nevisa. W dolinie stoi dyżurka Mountain Rescue:

Od tej strony wreszcie staje się jasne, o co chodziło z "prawdziwą twarzą" Ben Nevisa. Tu już nie ma łagodnych, szerokich zboczy, jest za to niesamowity park skalny:

Droga z przewodnika idzie po grani (Carn Mor Dearg Arete), ale w którym miejscu na nią wejść, musieliśmy zdecydować sami. Ścieżki żadnej nie ma. Trasa w przewodniku jest tak obmyślana, by po drodze zaliczyć jeszcze jednego munro, Carn Mor Dearg, ale że nam zależało głównie na Ben Nevisie, a pogoda zaczęła się psuć, zrobiliśmy to po swojemu. Dno doliny idzie dość ostro w górę, tak że im dalej, tym krótsza droga na grań. Podeszliśmy dość daleko, tak żeby wyjść na nią w obniżeniu za tamtym munrosem, i zaczęliśmy wchodzić.

Odcinek grani zamykający dolinę

Włażenie po zboczu Carn Mor Dearg było najbardziej żmudnym i irytującym odcinkiem trasy. Teren jest tak nachylony, że momentami wygodniej jest iść na czworakach, pełno ruchomych śliskich kamieni. Na pewno opcja bardzo niemiła w schodzeniu, przypominająca nasze niezapomniane zejście ze Stob Coire nan Lochan.

To podejście jest bardzo męczące, ale plusem jest, że szybko zyskujemy wysokość. Wchodzenie na grań trwa około godziny. My mieliśmy pecha, bo kilkadziesiąt metrów przed osiągnięciem przez nas celu przyszła chmura i wszystko zakryła.

Poniżej odcinek, który wyglądał dość niepokojąco: bardzo stromy początek bezpośredniego podejścia na wierzchołek Ben Nevisa. Przez te chmury nie było widać, jak jest długi i czy po drodze są jakieś trudne momenty. Kiedy osiągnęliśmy grań, nie było już nad czym się zastanawiać, ponieważ widoczność stała się praktycznie zerowa.

Po prawej rozpoczyna się podejście na szczyt

Grań nie jest trudna. Owszem, eksponowana, ale wystarczy ostrożnie (ruchome kamienie!) stawiać nogi, i nie powinno być żadnych problemów z przejściem. Ścieżka momentami przewija się na lewą stronę, momentami niknie – wtedy idziemy po spiętrzonych kamieniach ostrzem grani.

Okazało się, że wyszliśmy praktycznie pod szczytem Carn Mor Dearg, dosłownie kilkanaście metrów poniżej. Nie wiem, czy mimo to mogę uznać tego munro za zaliczony. Na prywatny użytek uważam, że tak, ale oficjalnie tego nie uwzględniam;)

Carn Mor Dearg. Wchodziliśmy po linii z grubsza prostej, aby (niechcący) wyjść po prawej stronie tuż pod szczytem

W tle Aonach Mor i Aonach Beag

Widoki odsłaniały się na chwilę i tylko częściowo, ale były piękne:

Grań po pewnym czasie spiętrza się, rozszerza i gwałtownie wspina się w górę. Zaczynamy podchodzenie na szczyt. Idziemy około 40 min. po wielkim i stromym rumowisku skalnym, gdzie również należy bardzo uważać na ruchome kamienie. Ścieżka zupełnie niknie, starajmy się więc trzymać linii możliwie prostej, żeby nie zapędzić się w jakieś przepaście. My mieliśmy ułatwione zadanie, szliśmy za dwoma miejscowymi, którzy zdawali się doskonale znać trasę i wyprowadzili nas na sam wierzchołek.

Szczyt to rozległe plateau, a tłumy na nim nie gorsze niż na najbardziej zatłoczonych tatrzańskich szlakach. Stoi tam schron (na ścianie naklejki m. in. Speleologicznego Klubu z Dąbrowy Górniczej oraz Klubu Harnasie), ruiny obserwatorium i kopiec kamieni, na który można wejść, wyznaczający najwyższy punkt. Co do widoków nie wypowiadam się, ponieważ cały czas na wierzchołku stała chmura.

Każdy chce zaliczyć najwyższy szczyt Brytanii, więc mieszają się tam narodowości, kolory skóry i języki:

A ponieważ droga klasyczna jest tak łatwa, ludzie wchodzą masowo z psami i całkiem malutkimi dziećmi. Podobno w latach 50-tych ktoś wniósł na górę małe pianino.

Rzeczywiście, jest bardzo prosta i bardzo nudna. Taka akurat do zejścia, kiedy człowiek jest zmęczony. Emocji żadnych, ale rozumiem, że oficjalna trasa na szczyt, który ze względów oczywistych jest super popularny, musi być tak łatwa jak tylko to możliwe – ze względów bezpieczeństwa i nie tylko. Powstała zresztą nie jako szlak turystyczny, a z myślą o dostarczaniu zaopatrzenia do obserwatorium.

Kiedy wracaliśmy, nad Glen Nevis świeciło słońce, ale szczyt (samego wierzchołka z dołu nie widać) musiał być w chmurach, które ciągle stały wysoko nad tym jednym miejscem. Ben Nevis, najwyższy punkt w okolicy, po prostu je zatrzymuje. W piękny dzień z czystym niebem nie ma problemu, ale w taki średni wszystkie inne góry mogą być poniżej pułapu chmur, ale nie on.

Glen Nevis

Szlak którym wchodziliśmy (z zastrzeżeniem, że na sporym odcinku drogi jako takiej nie ma i wybieramy własną) oceniam na ***, zejście na *. Zrobienie pętli, i to w takim kierunku jak my, pozwala zobaczyć dwa zupełnie różne oblicza Ben Nevisa, odczuć trochę emocji na eksponowanej, ale naprawdę łatwej grani, wreszcie nie iść dwa razy tym samym zatłoczonym szlakiem. Zejście jest niezbyt męczące, z tym że nie polecam skrótów, są strome i nieprzyjemne i w rezultacie wcale nie zaoszczędza się czasu. Wycieczka jest długa – tym razem nie jechaliśmy z Livingston tego samego dnia, a spędziliśmy noc w Fort William. Trzeba zarezerwować ok. 10 godzin na całą trasę (opcja nasza – a jesteśmy przeciętnie sprawni i robimy wiele postojów na zdjęcia i delektowanie się otoczeniem; jeśli kogoś te sprawy nie interesują, na pewno jest w stanie wyrobić się szybciej).

[żółty – nasze wejście, czerwony – szlak popularny, zielony – tak wg przewodnika powinniśmy iść wybierając opcję przez grań]

Ładna wycieczka, chociaż po najwyższej górze Wyspy spodziewaliśmy się więcej.