The Lochnagar Circuit

 

Nr 185, Carn a’Choire Bhoidheach; nr 186, Carn an t-Sagairt Mor; nr 187, Cairn Bannoch; nr 188, Broad Cairn

Wymowa: karn a kori wojih; karn ant sagart mor; kern banoh; angielska

Znaczenie nazwy: peak of the beautiful corrie; big peak of the priest; cairn-like hill of the cake; broad cairn-like hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1110m n.p.m.; 1047 m n.p.m.; 1012 m n.p.m.; 998 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 42.; 83.; 117.; 142.

Data wejścia: 18.6.2016

Lochanagar Circuit obejmuje pięć munrosów, ale że na samym Lochnagarze już byliśmy, tym razem postanowiliśmy go strawersować. Trochę szkoda bo to piękna góra i warto byłoby jeszcze raz stanąć na szczycie, ale trasa nawet trawersując to ok. 28 km. 

Start z parkingu w Spittal of Glenmuick. Wyjście na plateau będzie największym wysiłkiem – ten odcinek ma 6-7 km, stromiej jest tylko na końcówce, już przy samym słynnym kotle Lochnagaru. Do tego momentu jest dreptanina przez wrzosy:

Kocioł w rzeczy samej jest piękny. Zdjęcia i relacja z poprzedniej wycieczki tu: >>LINK<

Tym razem dosyć się nam śpieszyło, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na poświęcenie mu należytej uwagi.

Jak wspomniałam główne wyzwanie to wspiąć się na płaskowyż. Delikatne wybrzuszenia munrosów stanowią po prostu jego najwyższe punkty. Że znajdujemy się w górach i to jak na Szkocję całkiem wysokich, czuć dopiero kiedy jesteśmy blisko krawędzi plateau, tak jak poniżej – placek po lewej to munro Carn a’Choire Bhoidheach. Również posiada bardzo ładny kocioł, o wiele mniej znany niż sąsiedni kocioł Lochnagaru. Poszliśmy na wzniesienie na samej krawędzi kotła, The Stuic, żeby popodziwiać widoki. 

Z The Stuic na wierzchołek naszego pierwszego munrosa był moment.

Krajobraz płaskowyżu Mounth. Jakże inny od Kintail. Nie da się znaleźć w Highlandzie dwu bardziej różniących się typów krajobrazu górskiego (pomijam Cuilliny bo one są w ogóle do niczego lokalnego niepodobne).

Podejście na kolejnego munro Carn an t-Sagairt Mor jest tak łagodne że trudno sobie wyobrazić że może być jeszcze łatwiej (a będzie…). W tle numer trzy Cairn Bannoch.

Carn an t-Sagairt Mor ma dwa wierzchołki oznaczone kopcami, z których południowy jest wyższy (na zdjęciu północny). To co najciekawsze znajduje się na zboczach: szczątki wojskowego samolotu który rozbił się z nieznanych przyczyn w 1956 roku. Fragmenty są porozrzucane na dość sporym obszerze ale parę z nich leży zaledwie kilkadziesiąt metrów na wschód od północnego wierzchołka.

Na Cairn Bannoch jest spacer, dlatego tak się zagadaliśmy że z tego odcinka prawie nie ma zdjęć.

Wierzchołek tym razem jest oczywisty, bo przykryty naturalną czapą z kamieni.

Ostatni munrosowy odcinek – na Broad Cairn – to po prostu promenada. Bardzo ciężko uwierzyć że te dwa wyprztyki w plateau są na tyle prominentne żeby mieć status munrosów. Obniżenie pomiędzy nimi ma w najniższym punkcie, o ile dobrze czytam mapę, 934 m n.p.m. Ależ różnica po zdobywanych w pocie czoła czterech munrosach Loch Mullardoch, z których każdy stanowił samodzielną, potężną górę.

Wierzchołek Broad Carn jest również ubrany w kamienną czapeczkę.

Widok z Broad Carn na Loch Muick jest niewątpliwie piękny, ale mnie fascynuje głównie rzeźba terenu, a dokładnie płaskowyże z trzech stron. Nawiasem widać (choć przy tym rozmiarze zdjęcia dojrzenie ścieżek jest problematyczne) niemal całą drogę zejściową, która najpierw schodzi na płaski teren ponad jeziorem, potem niewidocznymi od tej strony zygzakami zbiega stromo nad wodę i wreszcie kontynuuje do lasku w którym znajduje się parking.

Zaoferowano nam rzadką opcję zrobienia zdjęcia grupowego, więc skorzystaliśmy:

Poniżej Broad Cairn i plateau ze ścieżki nad jeziorem. Z dołu czuć ten ogrom i trudno uwierzyć że kiedy się po tym łazi człowiek ma wrażenie zaliczania kolejnych garbków, nie czując w ogóle wysokości.

Na końcowym odcinku spotkaliśmy dwa renifery. Nie były przesadnie płochliwe ale też nie dążyły do konfrontacji. Jeden umknął w dół zbocza:

Drugi natomiast w górę, i bardzo przebiegle się zakamuflował 😀 

Do Spittal of Glenmuick doszliśmy nieco obolali, ale nie było porównania z wycieczką nad Loch Mullardoch pomimo podobnej odległości i takiej samej liczby zdobytych munrosów. Jest to chyba najłatwiejsza wielomunrosówka jak dotąd, nawet sąsiednie cztery munrosy Glen Shee wspominam nieco ciężej. Jedyne co może zmęczyć to dystans bo podejść jest naprawdę niewiele. Polecam oczywiście w wersji z Lochnagarem, w sumie z perspektywy myślę że nie stanowiłoby różnicy gdybyśmy jednak na niego weszli. 

Mapka ASAP.



Glas Tulaichean

 

Nr 164, Glas Tulaichean

Wymowa: glas tulahen

Znaczenie nazwy: grey-green hillocks (za MunroMagic)

Wysokość: 1051 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 79.

Data wejścia: 19.3.16

 

W sobotę dzień był jak jeden na milion. Chociaż obydwoje jesteśmy przepracowani nie dało rady nie pójść w góry. Celem były dwa munrosy nieopodal Glen Shee, ale daliśmy radę zdeptać tylko jednego. 

Rejon płaskowyżu Mounth do którego zalicza się Glen Shee jest wybitnie naleśnikowaty, niewiele tu kotłów i skalnych formacji charakterystycznych dla położonych nieco na północ Cairngormsów, jest jednak bardzo fotogeniczny. W tych rolujących się wzgórzach bez charakterystycznych punktów jest jakiś wielki spokój.

Start z parkingu w Spittal of Glenshee, skąd należy się kierować w stronę Dalmunzie House Hotel. Za hotelem asfalt się kończy i wchodzimy w wąską Glen Lochsie.

Nie poszliśmy drogą dnem doliny ponieważ płynie nim rzeka, a teraz podczas roztopów wszystkie górskie rzeki i strumienie szaleją. Wspięliśmy się do ścieżki biegnącej równolegle do zboczy i nią doszliśmy suchą nogą do ruin Glenlochsie Lodge, gdzie dołączyliśmy do drogi. Od tego miejsca biegnie już ona w górę, łagodnym wałem opadającym z plateau szczytowego Glas Tulaicheana.

 

Patrząc z wału, jedynym charakterystycznym punktem krajobrazu jest masyw Beinn a’Ghlo, wielki i mniej naleśnikowaty niż reszta:

 

Oraz – widoczne ponad ramieniem sąsiedniego Carn an Righ, na którego nie weszliśmy – Cairngormsy, które jeszcze pokażę na zbliżeniu.

 

Plateau szczytowe (wciąż nie mogę wyjść z szoku nad tym jaka pogoda nam się trafiła):

I typowy dla Mounth krajobraz. Tych zdjęć mamy całą serię, i wszystkie wyglądają niemal identycznie. Ale taki obraz mogłabym mieć na ścianie. Zawsze w Glen Shee mam malarskie skojarzenia. Tym razem również kulinarne – ja tu widzę wielkiego murzynka posypanego cukrem pudrem.

Obiecane Cairngormsy, a konkretnie otoczenie Lairig Ghru. Po lewej ciemny Devil’s Point, za nim Cairn Toul, Angel’s Peak i Braeriach. Po prawej Cairn a’Mhaim przechodzący w masyw Ben Macdui. Z tego zdjęcia byliśmy na wszystkich wierzchołkach.


Schodziliśmy krawędzią kotłów które stanowią jedyny ciekawszy rys Tulaicheana – nawisy są jeszcze całkiem spore.

Dupozjazd po tym zboczu okazał się jednym z głupszych pomysłów. Bardzo głupim wręcz. Dobrze że nikomu nic wielkiego się nie stało.

Po podjęciu decyzji o niekontynuowaniu na Carn an Righ rozpoczęliśmy powrót przepiękną Glen Taitneach. Zresztą nie wiem czy faktycznie była przepiękna czy to ta niesamowita pogoda sprawiała że wszystko wydawało mi się być jak nie z tej ziemi. 

To zdjęcie ma jedynie lekko podniesiony kontrast i jest podostrzone. Przy kolorach nic nie było majstrowane. 

Takie niebo zdarza się w Szkocji może kilkanaście razy w roku, więc sami sobie odpowiedzcie jakie są szanse że akurat będzie to nasza wspólna wolna sobota. 

 

Zanim Glen Taitneach się wypłaszczy, opada stromym progiem. Ścieżka biegnie wzdłuż potoku tworzącego gdzieniegdzie malownicze wodospadziki. Mimo ograniczonych widoków był to IMO najładniejszy odcinek trasy.  

 

Przyznaję w pewnym zażenowaniem że choć zrobiliśmy zaledwie niecałe 25 km i to w dużej mierze po płaskim, koniec trasy powitałam z wielką ulgą. Miało w tym na pewno udział to że na asfalcie pomiędzy parkingiem a Dalmuznie House scarpy mnie zniszczyły, choć nie był to długi odcinek.

Trochę mnie boli że nie zaliczyliśmy tego Carn an Righ. Głównie dlatego, że mieliśmy szansę to zrobić w pogodę, która już się nam tam raczej nie trafi. Dziwnie będzie wbijać się tam w najbardziej prawdopodobnym klimacie pt. „Kapusty we mgle” pamiętając jak to było poprzednim razem.

Póki co bez mapki bo mam z nią problem techniczny.

 


An Socach


Nr 153, An Socach

Wymowa: an sokak

Znaczenie nazwy: the snout ;D (za MunroMagic)

Wysokość: 944m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 227.

Data wejścia: 11.4.15


Kolejne wyjście miało być mniej forsowne i gdzieś blisko. Padło na Glen Shee (dwie godziny jazdy) i pojedynczego munrosa. Cała trasa to blisko 15 km. 

Start z drugiego (patrząc od południa) parkingu za Glenshee Ski Centre, przy niewielkim acz charakterystycznym lasku.

Pierwsze 3 kilometry idziemy doliną. Krajobraz – typowo dla wschodnich płaskowyży – jest raczej księżycowy oraz mocno obły, ale widoczność i światło sprawiały, że było po prostu pięknie.

Za strumieniem (był, jak to o tej porze roku, dość głęboki i trochę się tam nakombinowaliśmy jak przejść bez przemaczania butów) należy zacząć się wznosić (są ścieżki) orientując się na konkretnych rozmiarów kopczyk widoczny po lewej. Nachylenie zbocza jest niewielkie, idzie się fajnie.

To poniżej to początek wału szczytowego – najstromsze podejście na trasie. Niższego (o 6 metrów) drugiego wierzchołka nie widać, ale z tego co widać już na niego niedaleko. Również jest oznaczony kopcem. To jest ten rodzaj gór że bez kopczyków w życiu nie dałoby się na 100% ustalić że stało się na najwyższym punkcie.

Okolice Glen Shee zawsze o tej porze roku wyglądają jak obraz akwarelowy. Lubię też poczucie przestrzeni. Choć góry są tu naleśnikowate chętnie do nich wracam. Zostało nam tu jeszcze osiem munrosów.

Na wale szczytowym paskudnie wiało, nie tak żeby przewracać, ale temperatura odczuwalna zdecydowanie poniżej zera. W ruch poszły maski a wkrótce także kurtki oraz zimowe rękawice.

Wierzchołek to kumulacja drugiego z garbików na II planie. Plan III, wyższy, to są własnie jedne z tych munrosów na których jeszcze nie byliśmy. Nie da się ukryć że An Socach do spektakularnych nie należy… We mgle byłaby to strata czasu, ale pogoda ocaliła dzień.

Pięknie lansowały się Cairngormsy. Nawiasem pozwalam sobie na odrobinę prywaty. Otóż Mariusz i Marcin uważają że jestem okropną fe purystką, ponieważ poprawiam ich kiedy nazywają Cairngormsami cały teren Cairngormskiego Parku Narodowego, w tym również teren Glen Shee. Marcina jeszcze załóżmy rozumiem ale Mazio, jak współautor bloga i osoba słusznie pretendująca do miana ogarniętej w temacie szkockich gór, powinien wiedzieć lepiej.

Dla Mariusza, cytat z Wikipedii >>LINK<<:

Although The Cairngorms are within the Cairngorms National Park, they are only a part of it. Watson (1975) delineates the main Cairngorm massif as being between Aviemore in the north-west, Glen Gairn, Braemar in the south-east, and Glen Feshie in the south-west.

Czyli tak, o:

Amen.

(Cairngormsy to te wysokie na ostatnim planie):

To naprawdę dobrze, że wierzchołek jest oznaczony 😉

Powrót tą samą drogą: dwa kilosy wału szczytowego, zejście, wypłaszczenie z kopcem, kolejne zejście. Potem strumień i marsz doliną.

Pod koniec doliny pasły się konie, na tle nagłej a krótkiej zamieci wyglądało to malowniczo, zwłaszcza jeden siwek. On też się nami zainteresował.

Ruszył prosto na Marcina i mnie, dał się pogłaskać po pysku… Szybko jednak okazało się że nie interesują go pieszczoty a żarcie. Żarcie niosłam ja. Koń wyczuł tattie scones, bekon, serek brie i czekoladę – ogólnie takie raczej mało końskie smaki? Ja tam się zresztą nie znam.

Trochę mnie zestresował (no kurcze, wielkie bydlę z jeszcze większymi zębami!) ale panowie zamiast pomóc mieli polewkę. W końcu Mazio się zlitował, wyjął tattie scone’a i dał zwierzęciu – owo zaczęło żreć, a my pośpiesznie się oddaliliśmy.

Wycieczka bardzo przyjemna i luzacka, taki bardziej spacer – zwłaszcza w porównaniu do poprzedniej. Niby plaskacz, ale w ładną pogodę polecam!

Cairn of Claise, Tom Buidhe, Tolmount i Carn an Tuirc


Nr 113, Cairn of Claise; nr 114, Tom Buidhe; nr 115, Tolmount; nr 116, Carn an Tuirc

Wymowa: kern o kleś, tom bui; tol-mun; karn an turk

Znaczenie nazwy: cairn like peak of the grassy hollow; yellow hill; valley hill; cairn like peak of the wild boar (za MunroMagic)

Wysokość: 1064m n.p.m.; 957m n.p.m.; 958m n.p.m.; 1019m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 71.; 204.; 202; 113.

Data wejścia: 6.07.13


Płaskowyże na południe od Cairngormsów to idealne miejsce do ponabijania sobie munro-licznika. Jak już się raz człowiek wbije na plateau, to może natrzaskać murosów na ile tylko starczy mu determinacji, oraz oczywiście czasu. Przewyższenia pomiędzy szczytami są niewielkie, podejścia łagodne, niemal wszędzie łatwy akces prosto z szosy więc nie trzeba robić takich chorych odległości jak w Cairngormsach. Tym razem padło na cztery munrosy które najłatwiej zdobywać z Glen Shee – i tam też przenocowaliśmy.

Nie jest to moja ulubiona dolina, ale swój specyficzny urok ma. Krajobraz jest tu księżycowy, tylko łagodnie falujące nagie wzgórza i – za każdym razem! – rekordowa ilość zabitych królików na szosie. 

Startujemy z ponad 600m n.p.m., co również bynajmniej nie utrudnia ogarnięcia kilku munro-sztuk od jednego machu.

Image Hosted by ImageShack.us

Początek trasy na parkingu nieopodal centrum narciarskiego. Pierwsze podejście jest zarazem najdłuższe, bo musimy się na ten płaskowyż wbić. Wędrujemy wzdłuż wyciągów i płotów wznoszącymi się łagodnie zboczami munro Glas Maol, na którego wierzchołku już byliśmy, tym razem więc należało go ominąć. 

Image Hosted by ImageShack.us

Niestety już na plateau pojawił się problem: chmury zakryły nas całkowicie, a wiadomo jak to jest na płaskowyżach bez widoczności. Żadnych puntów orientacyjnych, ścieżek jest więcej niż jedna i wszystkie wątłe (z powodu łatwości terenu ludzie chodzą milionem wariantów), po paru minutach można kompletnie się zamotać. Po dobrych 40 minutach kluczenia z kompasem wciąż nie byliśmy pewni czy idziemy w dobrym kierunku a czy nie na Glas Maol na przykład. Na szczęście w chmurach zaczęły robić się dziury, co prawda tylko na chwilę ale wystarczyło żeby mniej więcej zorientować się w kierunkach. W końcu natrafiliśmy ponadto na ścieżkę która wydawała się bardziej ewidentna.

Na pierwszego munrosa, Cairn of Claise idzie się terenem tak łagodnie nachylonym że w ogóle nie czujemy iż jesteśmy w górach. Na podejściu odsłaniało się nam już całkiem sporo na północnym wschodzie, niestety kolejny munros (Tom Buidhe) wciąż ginął w chmurzyskach i zanosiło się że będziemy go szukać na czuja.

Tego wyprztyka na drugim planie w ogóle nie wzięliśmy natomiast za oddzielną górę, dopóki mapa nie uświadomiła nam jednoznacznie iż jest to nasz trzeci w kolejce, Tolmount:

Image Hosted by ImageShack.us

Taki to już naleśnikowy urok płaskowyżu Mounth!

Ten z kolei Mount Pancake to nie co innego a Tom Buidhe. Nie można powiedzieć by wspinaczka stanowiła wyzwanie…

Image Hosted by ImageShack.us

Jednakowoż zanim ruszyliśmy zdobywać owe strzeliste turnie, trzeba było wbić się na szczyt Cairn of Claise. Pogodowo wciąż jeszcze było słabo co w połączeniu z tym akurat typem krajobrazu powodowało że nie chciało się za bardzo wyciągać aparatów. Niemniej fotka szczytowa obowiązkowa:

Image Hosted by ImageShack.us

Przynajmniej w międzyczasie chmury poszły sobie i zrobiło się całkiem przyjemnie oraz – dzięki niebieskiemu niebu – choć odrobinę bardziej dekoracyjnie, nawet Tom Buidhe zaczął się wydawać o promil czy dwa smuklejszy:

Image Hosted by ImageShack.us

Te Andy to natomiast kontynuacja w kierunku Lochnagaru, gdzie będzie można zrobić pętlę tym razem pięciomunrosową.

Image Hosted by ImageShack.us

Na Tom Buidhe, absolutnie nie czując że zdobyło się już dwa munrosy:

Image Hosted by ImageShack.us

Z Toma na Tolmounta jest moment. I właśnie Tolmount, ten jak go nazwałam wyprztyk, sprawił przyjemną niespodziankę: z niepozornego szczyciku odsłonił się zaskakująco uroczy widok na ukrytą Glen Callater z adekwatnie nazwanym Lochem, oraz cairngormskie olbrzymy Beinn a’Bhuird i Ben Avon, które dały nam popalić we wrześniu:

Image Hosted by ImageShack.us

Na czwartego munrosa, Carn an Tuirc, trochę się idzie, ale znów baaardzo łagodnie. Pogoda unormowała się już całkowicie, a ładne światło sprawiało że otoczenie nagle zaczęło wydawać się całkiem malownicze a brak charakteru stracił zupełnie na znaczeniu.

Image Hosted by ImageShack.us

… acz pozostawał niekwestionowalny.

Image Hosted by ImageShack.us

W tle Glas Maol, najwyższy munro w okolicy:

Image Hosted by ImageShack.us

Jakkolwiek nie powiem żebym czuła w nogach te cztery munrosy, finałowy szczyt powitałam z ulgą. Nie jest to trasa ekstremalna ale swoją długość ma.

Image Hosted by ImageShack.us

Poniżej odcinek jaki musieliśmy przejść szosą: od parkingu w Glen Clunie (po prawej) do centrum narciarskiego w Glen Shee.

Image Hosted by ImageShack.us

Zejście jest proste: rumowiskiem na rympał, i poniżej zaczyna się piękna, szeroka ściecha która wyprowadza na sam parking (na mapie jest coś nie tak, jestem na 100% pewna że zaznaczyłam trasę dobrze). Całkiem przyjemny odcinek w porównaniu z marszem szosą. Szosą idzie się bowiem pod lekką, ale wyczuwalną górkę, modląc się by żaden motocyklista o cię nie zahaczył oraz slalomując pomiędzy mniej lub bardziej zmasakrowanymi trupkami królików.

Wycieczkę zakończyliśmy w kafejce centrum narciarskiego, pałaszując burgery. W okolicy mamy jeszcze osiem munrosów, ale na razie będą musiały poczekać.

Trasa do nabicia wspomnianego licznika IDEALNA. Gdybym jednak nie dbała o licznik a jedynie o estetykę, spróbowała bym raczej Glen Callater – widać, że piękne miejsce i można się z niej wspiąć na co najmniej kilka górek.



The Cairnwell, Carn a’Gheoidh i Carn Aosda

Nr 98, The Cairnwell; nr 99, Carn a’Gheoidh; nr 100, Carn Aosda

Wymowa: kern-uel; karn a kui; karn usta

Znaczenie nazwy: peak of bags; cairn like peak of the goose; ancient peak (za MunroMagic)

Wysokość: 933m n.p.m.; 975m n.p.m.; 917m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 245.; 180.; 278.

Data wejścia: 2.02.13


Kilka faktów: 
1. Punkt startowy na te trzy munrosy leży na wysokości 665m n.p.m.
2. Są to munrosy niskie, raczej z końca listy, a przewyższenia pomiędzy są niewielkie.
3. Cala trasa liczy ok. 11 km.
4. Do Glenshee mamy półtorej godziny jazdy.
5. No a my po ostatniej wycieczce mieliśmy zrobionych 97…

Nie będę nawet próbowała udawać, że był to wybór przypadkowy 😉

Ten rejon to płaskowyż Mounth, położony na południe od Cairngormsów i dzielący z nimi większość cech. Wzgórza są tu łagodne, naleśnikowate, pozbawione drzew; gdzieniegdzie występują kotły, z najbardziej spektakularnym kotłem Lochnagaru, klimat też jest podobny. Różnica polega na tym że Cairngormsy są znacznie wyższe i te wszystkie charakterystyczne dla wschodnich Grampianów rysy tam osiągają formy ekstremalne.

No i Cairngormsy zimą są zdecydowanie bardziej niebezpieczne.

Zaparkowaliśmy kolo Ski Centre. Ludzi multum, z czego pewnie ponad 90% narciarzy. Po zaopatrzeniu się w trzeci już egzemplarz mapy OS "Braemar & Blair Atholl" (pierwszy kupiliśmy, drugi został znaleziony, nie zabraliśmy żadnego bo nie zdawaliśmy sobie sprawy że ta właśnie mapa bez problemu pokrywa naszą trasę), ruszyliśmy na Cairnwella wzdłuż wyciągu.
Image Hosted by ImageShack.us
Zdobywanie Cairnwella to faktycznie śmiech na sali. Startujemy z takiej wysokości że na szczycie jesteśmy zanim się na dobre zmęczymy. Jedynym minusem jest to iż nie ma się kiedy rozchodzić, bezpośrednio z szosy zaczynamy podchodzenie.

Trochę nas niepokoiło że wiatr stawał się coraz silniejszy, podczas     gdy według prognoz miało go praktycznie nie być. Na wierzchołku pizgało już naprawdę zdrowo. Było bardzo, bardzo zimno.

Image Hosted by ImageShack.us

Po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy na drugiego munro, Carn a’Gheoidh:

Image Hosted by ImageShack.us

To co w innych warunkach byłoby spacerkiem, na odcinku pomiędzy munrosami zmieniło się w prawdziwą górską przygodę. Wszystko przez wiatr, który zrobił się tak silny, że momentami miałam deja vu z Ben More Assynta i Conivala >>LINK<<. Raz mnie wywrócił i trzy razy próbowałam wstać i nie mogłam. W dodatku próbował mnie zepchnąć z płaskowyżu na zbocze – umówmy się, że przepaści czy wielkich stromizn tam nie ma, ale nie uśmiechało mi się sturlać w dolinę. W końcu udało mi się przekrzyczeć wiatr i zawrócić Mariusza, więc kolejne kilkaset metrów przeszliśmy trzymając się za ręce. Taka walka z wiatrem niesamowicie fizycznie wykańcza. Te trzy kilometry prawie płaskiego terenu to była orka na ugorze.

Image Hosted by ImageShack.us

Trochę mi poprawiło samopoczucie spotkanie skiturowców zmierzających na tę górę co i my. Nie byłam pewna czy aby w panujących warunkach nie rozsądniej byłoby zawrócić, więc widząc że nie jesteśmy sami utwierdziłam się w decyzji o kontynuowaniu trasy.

Image Hosted by ImageShack.us

Szczyt Cairnwella, a to wielkie za nim to Creag Leacach, na którym już byliśmy: >>LINK<<.

Image Hosted by ImageShack.us

Zdobycie wierzchołka równało się pewności że zrealizujemy plan, bowiem ostatni munros leżał i tak po drodze.

Image Hosted by ImageShack.us

Carn Aosda:

Image Hosted by ImageShack.us

Podchodząc na niego, byliśmy już mocno zmęczeni, głównie walką z wiatrem. Ten na szczęście w międzyczasie zelżał i można było nawet zacząć w końcu rozmawiać.

Kiedy po raz pierwszy odsłonił się nam parking, byliśmy w lekkim szoku: nasz samochód zaparkowaliśmy bowiem w piątym rzędzie, wówczas ostatnim, a teraz sytuacja wyglądała tak…

Image Hosted by ImageShack.us

Wbijaliśmy się brzegiem trasy narciarskiej, trochę bezczelnie ale nie mieliśmy już energii na bobrowanie w kopnym śniegu. Trochę surrealistyczny klimat jak na zdobywanie munrosa, ale przynajmniej było inaczej niż zwykle.

Image Hosted by ImageShack.us

Na wierzchołku z dumą uścisnęliśmy sobie dłonie: pierwsza setka w końcu padła!



Widok na Cairngormsy z charakterystyczną sylwetką Devil’s Pointa:

Image Hosted by ImageShack.us

Tu pięknie widać, jak luzackie jest wejście na Cairnwella:

Image Hosted by ImageShack.us

A tu jeszcze rzut oka na całe centrum:

Image Hosted by ImageShack.us

Po zejściu uczciliśmy sukces colą w sezonowym pubie i po niecałych dwóch godzinach byliśmy już w domu.

Uważam że fajnie nam się udało zakończyć tę setkę – piękny dzień, trasa w innych warunkach nudna, w   tych które mieliśmy okazała się satysfakcjonująca, a przede wszystkim bawiliśmy się świetnie. Do końca przyszłego roku chcielibyśmy dobić do półmetka, wydaje mi się że to realny plan.

Creag Leacach i Glas Maol


Nr 33, Creag Leacach i nr 34, Glas Maol

Wymowa: kreg lehtah; glasz mul

Znaczenie nazwy: slabby crag; grey-green hill*

Wysokość:
987m n.p.m.; 1068m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 159.; 69.

Data wejścia: 8.05.2009

Poprzednia trasa spodobała nam się na tyle, że tym razem wybraliśmy się o rzut beretem.
Do Glen Shee kierujemy się drogą A93 (my jechaliśmy z południa, przez Perth i Blairgowrie). Jest tam sporo munros
ów, a w północnej części doliny zaczyna się już Cairngorms National Park. Ambitny plan zakładał zrobienie – tak jak poleca przewodnik McNeisha – sześciu munros, co nie jest takim wyzwaniem, jak by się mogło wydawać, bo trasa jest owszem długa, ale już pisałam o specyfice łażenia po płaskowyżach. Niestety pogoda pozwoliła nam zrealizować jedną trzecią planu, to jest Creag Leacach i Glas Maol.
Początek trasy na pierwszym w dolinie parkingu, po prawej stronie, za Spittal of Glenshee. Początkowo droga jest wyraźna. Po przekroczeniu strumienia porzucamy ją i zaczynamy wspinać się dość łagodnym zboczem na grzbiet (dostałam opieprz od Mariusza że zbytnio szafuję słowem "grań", co wzięło mi się od obcowania z lokalną g
órską literaturą, gdzie ridge to i grań sensu stricto, i grzbiet, i żebro), którym na nieodległy szczyt Creag Leacach.

Podchodzenie zboczem:

Droga A93, na zdjęciu na wysokości 670m n.p.m.:

Na pierwszym munro pogodę mieliśmy fatalną, wiało tak, że co chwila wiatr mnie przesuwał i ku uciesze Mariusza zatrzymywałam się każdorazowo na murku nawigacyjnym. Poniżej tenże murek biegnący w kierunku Glas Maol:

Jakkolwiek wiatr nie raczył ustać ani na moment, zmieniał jedynie natężenie, przynajmniej chmury sobie poszły. Widoki były niesamowite. Tundra. Zero drzew, nawet w dolinkach. Zero wiosny, która zaczęła już nieśmiało docierać do West Highlands. O tym, jak taki krajobraz na mnie działa, mogłabym napisać dużo, ale boję się, że popłynę i zacznę – jak mawia moja druga połowa – górnolotnie popierdalać.

Na Glas Maol kawałek się idzie, ale głównie o, po takiej Nizinie Mazowieckiej jak na Driesha:

W tle grzbiet, ktorym się wbijamy i Creag Leacach

Wiatr i dość późna pora były czynnikami które zdecydowały o niekontynuowaniu sześciomunrosówki. Z Glas Maol schodzi się nadzwyczaj wygodną tj. szeroką, bitą ścieżką – ze względu na obecność wyciągu w sezonie jest zapewne bardzo uczęszczana, stąd ta wygoda – z powrotem na szosę, skąd jakieś 2km do samochodu.

Poniżej zbocze wyprowadzające na Creag Leacach:

Pora za późna na kontynuowanie łażenia nie była za późną na zwiedzanie na czterech kołach. Wracaliśmy okrężną drogą, przez Cairngorms National Park. Kilka zdjęć:

A tu te właściwe Cairngormsy, te najwyższe. Drogi jezdne omijają je z dala, i bardzo dobrze.

Piękny rejon, wymarzony (tak wiem wspominałam) do włóczęg z namiotem. Już niedługo…

* pisownia w gaelic pozostaje dla mnie zagadką – w taki sam sposób tłumaczona jest nazwa Beinn Ghlas. O ile zgaduję że beinn i maol oznaczają różne typy gór, zapewne nieprzetłumaczalne (Eskimosi mają jakąś kosmiczną liczbę rodzajów śniegu, to Szkoci mogą mieć rodzaje gór), o tyle czemu raz jest ghlas, a raz glas, nie potrafię ogarnąć. W highlandzkim nazewnictwie takie różnice w pisowni zdarzają się nagminnie i czasem naprawdę żałuję, że nie wiem nic o gaelic.