Aonach Eagach po raz drugi część II


5. Na szlaku co kilkanaście / dziesiąt metrów pojawiają się kilkumetrowe ścianki, niebezpieczne z tego samego powodu co kominy: ekspozycji. Nie można sobie tutaj pozwolić na zlekceważenie zasady trzech punktów oparcia, trzeba szukać chwytu aż do skutku. Nieodzowne okazuje się schodzenie przodem, które jak większość kobiet odbieram jako nienaturalne.

Znienawidzone przeze mnie schodzenie przodem okazało się niezbędne jedynie w bardzo niewielu i najtrudniejszych momentach. Tym razem nie dałam się przekonać Mariuszowi, który jest zwolennikiem takiego złażenia, i uparłam się, że robię po swojemu. Jak się okazało, można. Przodem schodziłam może ze trzy – cztery razy, na niewielkich fragmentach.

6. A tu najlepsze miejsce trasy, zaiste heart-stopping. Uwaga: szlak biegnie trawersem przez trawki aż do widocznego w dole komina zawieszonego nad przepaścią (…) Z tym miejscem naprawdę były jaja: nie dość, że wąski, nachylony i trudny, to jeszcze sprowadzał na wąską eksponowaną półeczkę, a dalej wcale nie było lepiej…

Komin Śmierci faktycznie może być kłopotliwy. Jest dość długi, w dolnej partii nie ma zbyt wielu chwytów i co najgorsze, faktycznie sprowadza tylko na niewielką półkę. Upadek prawie na pewno skończyłby się może nie lotem, bo tamtejsza przepaść nie jest ściętą ścianą nachyloną pod kątem prostym, tylko nadzwyczaj stromym zboczem – ale z pewnością dłuuugim i baaardzo szybkim turlaniem, co w temacie konsekwencji na jedno wychodzi.
Najlepszy dowód że Bat, który do tego momentu radził sobie świetnie, w KŚ zaczął zdradzać objawy paniki. Przez dłuższy czas nie mógł się zdecydować na żaden ruch, stwierdził nawet, że robi mu się niedobrze. Wreszcie z pomocą Mariusza pokonał paraliż i jakoś zlazł. Nie opisuję tej sytuacji po to, by nabijać się z kumpla, ale jako dowód, że to miejsce może psychicznie dać popalić, bo Baty w górach zawsze trzyma poziom, a nawet dla niego okazało się trudne.
Ja sama przeszłam komin ze strachem, lecz bez większych problemów (dużo dała mi świadomość, że już raz mi się udało), acz było to jedno z tych miejsc, gdzie musiałam zejść przodem i wcale nie trzeba mnie było przekonywać.
Poniżej zastanawiamy się z Batym co dalej u wylotu KŚ:

W KŚ. Siedzę w połowie długości i to ta dolna sprawia kłopoty. To zdjęcie dość dobrze oddaje skalę ryzyka, spad po lewej oraz półka zejściowa są nieźle widoczne:

7. Kiedy już udało się nam przedostać na półkę, czekała nas wspinaczka kilkunastometrową ścianą, która z dołu wyglądała na świetnie wyrzeźbioną (…), ale okazała się raczej przesrana, ponieważ uformowana była z grubsza w bardzo wysokie schody, tak wysokie że ani nogi zadrzeć, ani się złapać (krawędź schodów to jedna z ostatnich rzeczy, jakie chciałabym widzieć jako uchwyt). Jakoś się udało, ale nie bez trudu i stresu. W tym momencie byłam już w 100% pewna, że prędzej zadzwonię po 911 niż zawrócę, gdyby była taka konieczność. Za nic nie chciałam schodzić tą ścianką.

A to jest już bullshit drodzy państwo. Owszem, ścianka jest wysoka i eksponowana, ponieważ sytuuje się dokładnie nad naszą małą półeczką. Nie jest natomiast trudna. Nie wiem, gdzie ja widziałam te "schody". Chwyty są, jest na czym stanąć. Podejrzewam, że poprzednio byłam tak roztrzęsiona Kominem Śmierci, że zmieniło to moją perspektywę. Jest to jedyne miejsce szlaku co do którego moja obecna ocena różni się o 180 stopni.

"Ściana Śmierci", której już nie będę tak nazywać

8. Na szczęście nic gorszego już na nas nie czekało. Przy czym nie był to bynajmniej koniec trudności.

Tu się zgadzam. Należałoby zaznaczyć jedynie, że na tym właśnie odcinku szlaku sytuuje się ich najwięcej. W kilku momentach miałam małą zagwozdkę, ale faktycznie, niczego trudniejszego niż KŚ już tam nie ma.

9. Szlak (…) doprowadza do miejsca, którego w żaden sposób nie da się ominąć (…) Jedyny sposób to przejście tym właśnie kominkiem (po lewej), starając się wystawać z jego rynny najmniej, jak to możliwe.

Jak widać poniżej, nie jedyny.

10. Trasa dostaje ode mnie *****. Szlak tylko dla osób obytych z ekspozycją, które są pewne, że nie sparaliżuje ich lęk wysokości. Sporo podciągania na rękach. Koniecznie należy pamiętać o zasadzie trzech punktów oparcia, ścieżki szukać ostrożnie (momentami wariantów przejścia jest więcej, nie warto ryzykować trudniejszego). Brak możliwości wcześniejszego zejścia z ponad trzykilometrowej grani. Przy złej pogodzie, śliskiej skale lepiej się wycofać póki jeszcze można. Schodząc z ostatniego szczytu na trasie uważać na ścieżkę.

Pięć gwiazdek – tak, ale tylko dla KŚ. Dla szlaku jako takiego ****.

Generalnie: Aonach Eagach pokonywane na chłodno okazało się nie aż tak trudne. Sądzę, że przyczyna różnicy ocen leży wyłącznie w mojej psychice. Za pierwszym razem byłam totalnie zaskoczona, ponieważ moja eksperiencja w temacie szkockich gór była dużo skromniejsza i nie spodziewałam się, że można tu znaleźć podobne szlaki. Ponadto przez całą długość drogi nie wiedziałam, co mnie JESZCZE czeka, a wyobraźnia pracowała na ostro. Tym razem miałam kilka poważnych przewag: wiedziałam, że szlak już raz przeszłam, pamiętałam jego przebieg i charakter trudności całkiem nieźle, więc nie mordowała mnie własna imaginacja. Myślę, że to właśnie jest recepta na strach: dać sobie spokój w wyobrażaniem, skupić się na tym, co aktualnie robimy. Na Orlej Perci będzie to o tyle trudne, że znam tylko małe fragmenty więc siłą rzeczy coś tam sobie wyobrażać będę. Ale obiecałam sobie, że spróbuję te wizje zminimalizować i postaram się koncentrować jedynie na obecnie pokonywanych trudnościach. Warunki fizyczne mam dobre, jestem sprawna i wystarczająco silna, mam długie kończyny. Jeśli tylko dam radę zmierzyć się z własną psychiką, nie ma powodów dla którego miałabym tego szlaku nie przejść.
Cieszę się, że wybrałam się na Aonach Eagach po raz drugi. Zwłaszcza dlatego, że pozwoliło mi to dojść do takich, a nie innych wniosków.

Bardzo dobra mapka, przy czym my schodziliśmy ze Sgurra nam Fiannaidh ścieżką prosto do Clachaig Inn, nie zaznaczoną na mapie (cieńsza fioletowa linia nie reprezentuje drogi).
Komplet zdjęć tu: >>LINK<<

The Saddle


Nr 14, The Saddle

Wymowa: ang.

Znaczenie nazwy: siodło

Wysokość: 1010m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 121.

Data wejścia: 13.07.2008

Już od dawna korciła nas Glen Shiel, słynne skupisko 21 munrosów. Glen Shiel położona jest ok. 60 mil za Fort William, więc kiedy wybraliśmy się tam na weekend, postanowiliśmy wreszcie się z nią zapoznać. Za cel wycieczki obraliśmy sobie The Saddle, najbardziej spektakularny szczyt doliny. Rekomendowana trasa obejmuje prócz The Saddle także sąsiedniego munro Sgurr na Sgine, ale nie zdecydowaliśmy się na niego wchodzić. I tak nie zbierzemy wszystkich munrosów, postanowiliśmy więc nie ograniczać się żadną listą i wybierać po prostu co ciekawsze góry – co oczywiście nie wyklucza dalszego liczenia zdobytych munros, bo niby dlaczego.

Przez Glen Shiel biegnie droga A87, dość popularna, ponieważ prowadzi na wyspę Skye (jedyny most). W dolinie znajduje się kilka parkingów, kierujący się na The Saddle powinni wysiąść na tym przed Malagan Bridge (na mapach OS wszystko jest bardzo precyzyjnie zaznaczone), po lewej stronie szosy (jadąc w kierunku Skye). Odchodzą stamtąd dwa szlaki: jeden na Sgurr na Sgine, prostopadle do szosy, i drugi bardziej w prawo, wspinający się na niski wał wznoszący się nad drogą. Tym właśnie idziemy.

Na zdjęciu powyżej widać ten właśnie niski wał utworzony przez dwa wzniesienia bezpośrednio nad drogą. Szlak na przełęcz pomiędzy nimi (to ta po prawej stronie zdjęcia) jest chyba widoczny, choć możliwe że ja po prostu wiem gdzie patrzeć. Zza wału wyłania się z mgły Sgurr nan Forcan.

Na przełęcz wspinamy się bez trudności, łagodnie nachyloną ścieżką. Idzie to dość szybko, a podczas marszu można podziwiać rosnące w oczach Pięć Sióst Kintail po przeciwległej stronie szosy.

Dopiero z przełęczy otwiera się widok na The Saddle. Na zdjęciu poniżej jest to szczyt po prawej od Sgurra nan Forcan, najwyższego na fotce punktu masywu. The Saddle jest nieco w głębi, dlatego wygląda na niższy.

Z przełęczy Sgurr nan Forcan prezentuje się o wiele efektowniej niż nasz szczyt docelowy i trudno uwierzyć, iż to nie on jest najbardziej honornym szczytem Glen Shiel. Tymczasem sytuacja wygląda tak, że Forcan stanowi po prostu drugi najwyższy punkt spektakularnej grani, której kulminacją jest The Saddle. Forcan nie ma nawet statusu munro ze względu na zbyt małą wybitność.

Five Sisters of Kintail

Za przełęczą kawałek pokonujemy po względnie płaskim, po czym zaczynamy bezpośrednią wspinaczkę na Forcana.

Jakkolwiek wspinaczka istotnie w wielu momentach polega tu na wspinaniu zamiast wchodzeniu, trudno nie jest. Przyznam, bałam się co mnie czeka (opis w The Munros brzmiał trochę podejrzanie), ale niepotrzebnie. Forcan jest naprawdę łatwy do zdobycia, choć oczywiście należy zachować ostrożność, tym bardziej że szlak jest miejscami eksponowany.

Glen Shiel, widok w kierunku wschodnim

Z początku napotykamy trochę łatwych nachylonych ścianek, dalej na kilkudziesięciumetrowym odcinku grań się wypłaszcza (z tego punktu wreszcie widać szczyt) po czym ponownie spiętrza – wyraźną stromą ścieżką plus skałami wbijamy się na wierzchołek Forcana.

Płaski odcinek grani przed Forcanem

Cały czas prowadzi nas ścieżka biegnąca to po ostrzu grani, to z jej prawej strony. Na ogół jest wyraźna ale czasami na moment ginie, należy wtedy zachować szczególną ostrożność.



Na szczycie Sgurr nan Forcan, na drugim planie dwuwierzchołkowe The Saddle

Dopiero z Forcana staje się oczywiste, dlaczego The Saddle nazywa się tak a nie inaczej: drugi wierzchołek, o wysokości identycznej z pierwszym, prostopadły do naszej grani i przez to jak dotąd niewidoczny, tworzy ze swoim bliźniakiem faktycznie siodło.

Wreszcie odsłania się też najtrudniejszy odcinek The Forcan Ridge:

Grań pomiędzy Forcanem a The Saddle to wypisz wymaluj Aonach Eagach, tyle że bez najcięższych fragmentów. Gdyby z AE wyciąć wielki komin (ok, nie był trudny, ale robił wrażenie), kilka mniejszych kominków i finałowe trudności, pozostałaby dokładnie Forcan Ridge. Ciężej – acz bez przesady – było mi tylko raz, na kilkumetrowym bardzo stromym zejściu. Co prawda wybraliśmy opcję ścieżkową, którą autor naszej książki uważa za pośledniejszą – wg niego honorowo jest jedynie cały czas po ostrzu grani. Czyli głównie okrakiem, bo tak tam sytuacja wygląda:/

Naprawdę się obawiałam, co mnie czeka, i żałuję że sobie na to pozwoliłam, bo strach odebrał mi wiele przyjemności, a koniec końców okazał się bezpodstawny. Ten szlak naprawdę nie jest trudny. Jedynie eksponowany.

Forcan z Forcan Ridge

Końcowe partie podejścia na The Saddle to już zwykłe wchodzenie, żadnej wspinaczki.

"Siodło" jest szerokie – w rejonie szczytu zmieściły się nawet dwa jeziorka – i od strony wschodniej opada całkiem łagodnie, hardkory występują od zachodu. Na południe i zachód odchodzą długie granie, które wyglądają na dość fajne, z tym że nie ma tam żadnych munrosów.

Grań południowa

Forcan Ridge ze szczytu The Saddle

Schodziliśmy wyraźną ścieżką opadającą z okolic drugiego wierzchołka. Ścieżka biegnie średnio stromo, głównie po trawie. Żadne skały już nas nie czekają. Na relaksie schodzimy na obniżenie pomiędzy The Saddle a Sgurr na Sgine, z którego – UWAGA! – jedyną sensowną drogą, o ile nie wbijamy się na drugiego munro, jest trawers do ścieżki którą wchodziliśmy. Doliną, choć jest to opcja kusząca, schodzić nie ma co. My popełniliśmy ten błąd i zaplątaliśmy się w liczne wąwozy, by wreszcie nadziać się na płot i wędrować wzdłuż niego aż do wysokości parkingu, gdzie napotkaliśmy szlak zbiegający ze Sgurr na Sgine. Opcja energochłonna i niekomfortowa, chyba że ktoś jest fanem jeleni: za płotem sporo tego się pasie (rezerwat jaki czy co?).

Szlak oceniam na ***. Polecam, jeśli ktoś słyszał już o Aonach Eagach i chciałby bezstresowo wczuć się w klimat. Piękna trasa i piękny szczyt. Widoki nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia, chyba przez nieciekawą pogodę, choć przyznaję że Pięć Sióstr i generalnie otoczenie Glen Shiel jest imponujące. Wycieczka z tych nienajdłuższych, osobom ambitnym polecam wzbogacenie jej o nieodległy Sgurr na Sgine. Dzikom z kolei sugeruję pokonanie Forcan Ridge non stop po grani, jak to rekomenduje autor The Munros. Mariusz orzekł, iż rzecz nie jest arcytrudna i byłby to w stanie zrobić, ale bez balastu czyli mnie. Balast ustosunkował się do tematu stwierdzając, że nie będzie z tego powodu rozpaczał, albowiem zna swoje możliwości.
Bardzo interesująca i godna polecenia trasa. Więcej zdjęć tu: >>LINK<<

Ben Starav


Nr 13, Ben Starav

Wymowa: tak jak się pisze ale z akcentem na drugą sylabę

Znaczenie nazwy: hill of rustling, wzgórze szelestu. Wersji jak zwykle jest legion, więc podaję najpopularniejszą

Wysokość: 1078m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 62.

Data wejścia: 31.05.2008

Ben Starav wystrzela 1078m nad powierzchnię Loch Etive. Loch Etive jest fiordem, zatem jego lustro stanowi poziom morza. Te tysiąc z hakiem metrów do góry plus zdjęcie w przewodniku Ben Nevis & Glen Coe kusiły nas już od dawna.

Glen Etive sąsiaduje z Glencoe. Na krótkim dystansie doliny biegną względnie równolegle, rozdzielone grzbietem Buachaille Etive Mor, a potem rozchodzą się w kierunach z grubsza zachodnim (Glencoe) i z grubsza południowym (Glen Etive). Charakter obu dolin różni się dość znacznie. Glen Etive jest prawie dwa razy dłuższa i o wiele szersza. Jest też znacznie spokojniejsza, ponieważ jedyna droga, która tamtędy biegnie jest wąska z licznymi mijankami i urywa się nad Loch Etive. Krótko mówiąc, służy jedynie celom turystycznym. Przez Glencoe przebiega natomiast słynna A82, na której ruch nie ustaje nawet nocą.

Rozległa Glen Etive jest bardzo zielona, zamieszkuje ją mnóstwo fauny (widzieliśmy jelenie), teraz na wiosnę wszędzie kwitną rododendrony. Znacznie ciaśniejsza Glencoe jest surowsza, za to zapiera dech spektakularnością szczytów po obu stronach. Jak dotąd nic w Highlandach nie wbiło mnie w fotel bardziej, niż widok na wyłaniające się zza zakrętu Three Sisters.

Bez wątpienia cała okolica to jeden z najefektowniejszych rejonów Szkocji.

Początek trasy był nieco problematyczny, dróżkę odchodzącą od szosy łatwo przegapić, brak jakichś charakterystycznych punktów. Zamiast tłumaczyć, podaję mapkę zgodną z tą z przewodnika (na mapce widać, że można zaparkować wcześniej i ściąć część trasy, nie wiem czemu przewodnik nie podał takiej wersji):



Po przejściu drugiego mostka należy zwiększyć uwagę, żeby nie przegapić rozwidlenia dróg. Wspinamy się szlakiem, który zaznaczyłam na zielono. Czerwonym będziemy schodzić. Można oczywiście odwrotnie, tym bardziej że obie opcje są równie żmudne, ale idąc zielonym (oczywiście kolory to moja licentia poetica) szybciej osiągniemy szczyt.

Na ostatnim planie Stob Dubh kończący Buachaille Etive Beag, po jego prawej stronie widoczna końcówka Buachaille Etive Mor, między nimi przełęcz przez którą można się przedostać do Lairig Eilde i Glencoe

Zdjęcie poniżej pozwala prześledzić sporą część trasy. Nasz szlak pnie się potężnym ramieniem na niewidoczny na razie szczyt. Potem mamy krótki kawałek płaskiej grani (to tam, gdzie śnieg), która następnie lekko się obniża by – na tym odcinku zębata i poszarpana, co będzie widoczne dopiero na zdjęciach z mniejszej odległości – osiągnąć niższy wierzchołek masywu, Stob Coire Dheirg. Dalej szlak oniża się, wciąż po grani, w kierunku przełęczy, której zdjęcie już nie objęło. Od tej przełęczy można udać się na kolejnego munro, Glas Bheinn Mor, lub schodzić drogą którą na mapce zaznaczyłam na czerwono:

Poniżej odcinek od Stob Coire Dheirg po Glas Bheinn Mor, wspomniana przełęcz stanowi największe obniżenie grani:

Szczytu nie zobaczymy jeszcze długo, ale rekompensują to coraz rozleglejsze widoki za plecami, zwłaszcza w kierunku Glencoe, gdzie dominuje masyw Bideana nam Bian.

Kiedy wreszcie ukazuje się szczyt, jesteśmy już naprawdę wysoko. Szlak na krótkim odcinku się wypłaszcza, po czym wzbija w górę, na kamienisty wierzchołek. Na poniższym zdjęciu (zresztą w realu odczucie jest identyczne) wygląda to tak, jakby na górę było już blizutko, hyc-hyc i delektujemy się widokami ze szczytu. Oczywiście nie jest tak. Większą część wejścia istotnie mamy za sobą, ale i przed nami jeszcze ładny kawałek.

Nareszcie widać całą grań szczytową, od wierzchołka głównego po Stob Coire Dheirg. Najbardziej cieszyliśmy się na końcowy odcinek grani, fajnie pozębiony i wyglądający na eksponowany.



Od miejsca z którego ukazuje się szczyt wędrujemy po względnie płaskim, wzdłuż przepięknych krzesanic obrywających się na lewą stronę. Z drugiej za to powoli zaczynają się otwierać widoki na Loch Etive i południe.

Im wyżej, tym więcej kamieni. Sama piramida szczytowa to ogromny kamienny kopiec.

W głębi Bidean nam Bian, Stob Coire Sgreamhach i Buachaille Etive Beag

Atak szczytowy zajmuje około kwadransa. Idzie się miło, bo kamienistość terenu wymusza korzystanie także z rąk, więc nogi mogą trochę odpocząć. Coś na kształt ścieżki momentami się przewija, ale nie warto się nią przejmować. Logiczny kierunek jest tylko jeden.




Poniżej wspomniane skrzesane urwiska, szlak jest wyraźny:

Stob Coire Dheirg i najbardziej obiecujący fragment grani (przy uważnym przypatrzeniu się można dostrzec, że znajdują się na niej dwie osoby):

Na wierzchołku Ben Starava po prostu trzeba rozsiąść się na dłużej. Takie widoki – zwłaszcza przy pogodzie, jaka nam się trafiła – nie są czymś, co przydarza się często. Dla mnie był to mój osobisty – jak w pratchettowskim Złodzieju Czasu – moment absolutnej perfekcji.

Loch Etive, po prawej fragment wyspy Mull

The Cruachan Horseshoe z Ben Cruachanem

Beinn Trilleachan

Po prawej Stob Coir’an Albannaich. Za szczytami Glencoe widać The Mamores

Ze szczytu najpierw lekko w dół, zupełnie płaskim odcinkiem grani:

Zza Bideana nam Bian wyłania się wierzchołek Ben Nevisa, po jego prawej stronie The Mamores

Po tym pierwszym podszczytowym odcinku przyszła kolej na najbardziej interesujący kawałek trasy, czyli poszarpańce wyprowadzające na wierzchołek Stob Coire Dheirg. Istotnie, ekspozycja jest tam spora, ale idzie się bardzo łatwo. Trochę taka Carn Mor Dearg Arete w miniaturce, tyle że CMDA jest o wiele dłuższa i bardziej spektakularna. Powtarzam, trudności brak, ale jeśli ktoś mimo wszystko wolałby bezpieczniejszą opcję, po prawej strony poniżej ostrza grani biegnie ścieżka.

Stob Coire Dheirg

Ze Stob Coire Dheirg schodzimy na głęboką przełęcz, z której albo w dół, by połączyć się ze szlakiem dojściowym, albo na Glas Bheinn Mor. Ta druga opcja jest zastrzeżona dla osób z dobrą kondycją, ponieważ na szczyt kolejnego munrosa jest niezły kawał, a trzeba jeszcze zejść. Jeżeli ktoś planuje tę trasę a nie jest dzikiem, powinien zacząć wchodzenie naprawdę wcześnie.

My schodziliśmy przytulną kotlinką ograniczoną od prawej przez malutki Glas Bheinn Chaol, grzbiecik dzielący na pół olbrzymi kocioł poniżej Ben Starava i Glas Bheinn Mora. Dnem kotlinki biegnie głęboki widowiskowy wąwóz którym płynie Allt nam Meirleach. Zejście jest dość przyjemne, jedynie z początku trochę żwirku. Kiedy pokażą się pierwsze górskie sosny to znak, że wkrótce połączymy się ze szlakiem "zielonym", a stamtąd już tak samo jak w drugą stronę, przez mostki i las.

Piękna wycieczka, piękna góra, a Glen Etive to jedno z cudniejszych miejsc w ogóle, jakie widziałam do tej pory. Szlak oceniam na **, i przypominam, iż w paru miejscach należy zachować znaczną ostrożność pomimo ich łatwości technicznej. Długość drogi jest raczej tatrzańska niż highlandzka (jakby nie było, dajemy ponad tysiąc metrów do góry), i to pomimo iż atakujemy bezpośrednio, bez żmudnych podejść dolinami. Polecam i życzę podobnie pięknej pogody, jak podczas naszej wycieczki. Czyli przy ostrożnych szacunkach macie średnio dziesięć szans w roku, żeby się spełniło;)

Zielony – droga dojściowa, czerwony – zejściowa, żółty – grań pomiędzy szczytem a ostatnią przełęczą

Na Gruagaichean


Nr 12, Na Gruagaichean

Wymowa: na grujehan

Znaczenie nazwy: the maidens, panny

Wysokość: 1056m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 74.

Data wejścia: 18.05.2008

Tym razem zachciało nam się Mamoresów. The Mamores (w sumie powinnam spolszczać to słowo na "mamory", ale "mamoresy" mają jedyny w swoim rodzaju czar:D) to efektowne pasmo o fenomenalnym położeniu pomiędzy Ben Nevisem a Glencoe. Z Ben Nevisem sąsiadują, do Glencoe jest wciąż blisko, ale jednak dalej – przy czym to nawet lepiej, co zamierzam udowodnić zdjęciami. Z Mamoresów pięknie widać całe otoczenie doliny, od Buachaille Etive Mor po Sgorr na Ciche i dalej.

Mamoresy można ekspolatować od Glen Nevis bądź od Loch Leven położonego po stronie przeciwnej. Do miasteczka Kinlochleven, bo tę opcję wybraliśmy, od Glencoe jedzie się zaledwie kilkanaście minut.

Co do trasy, to koncepcje mieliśmy dość mgliste, tym razem miała jedynie być krótka i niezbyt forsowna. Na Na Gruagaichean padło, ponieważ prowadziła nań najkrótsza droga, i to pomimo że góra wcale słaba nie jest – pod względem wysokości trzecie miejsce w grupie Mamoresów, a trochę tam szczytów jest. Zachęcił nas też opis z The Munros, które przezornie wzięliśmy że sobą, że niby Na Gruagaichean jest "most imposing" w tym paśmie.

Trasa zaczyna się przy hotelu Mamore Lodge. Hotel jest położony wysoko – przejeżdżając przez Kinlochleven możecie dostrzec hen na zboczu rzucające się w oczy (oj ktoś miał fantazję, że tam się pobudował) domki. To właśnie hotel (to większe) i nieodległy dom nie wiem czyj, ale cholernie tej osobie zazdroszczę. Parking pod Mamore Lodge kosztuje 3 funty, a zaoszczędzamy kupę czasu i około 200 metrów różnicy wzniesień.

Najpierw czeka nas krótka przechadzka przez bujny las. Bujny las tu, w Szkocji, to prawdziwa gratka. Ten, choć puszcza to nie była, prezentował się w majowej szacie po prostu cudnie. Wszędzie rosną tam rododendrony. Drzew iglastych jest niewiele. Przyroda niby swojska, północnoeuropejska, ale jednak zupełnie inny klimat niż w Tatrach.

Am Bodach, Stob Coire a’Chairn i Na Gruagaichean widziane ze zbocza powyżej Kinlochleven. Białe punkciki w ramieniu Am Bodach to Mamore Lodge (lewy) i wspomniany dom

Po krótkim (za krótkim!) marszu lasem skręcamy do doliny, którą nazwę doliną Ba, jakoże płynie nią Allt Coire na Ba. I dalej nią, terenem łagodnie się wznoszącym, szczyt docelowy (a właściwie szczyty, gdyż Na Gruagaichean jest dwuwierzchołkowy) mając po ręce prawej, nie chowający się ani na chwilę. Od lewej dolinę flankuje Am Bodach, który w miarę jak nabieramy wysokości staje się coraz bardziej imponujący. Na Gruagaichean jest wyższy, ale z doliny to Am Bodach robi większe wrażenie.

Górne partie grani Na Gruagaichean nie chowają się, jak wspomniałam, ani na chwilę, więc od razu szukajcie o, takiej przełęczy:

Jest to największe obniżenie w grani, już bardzo blisko pierwszego ze szczytów, więc tam właśnie należy się wbijać.

Kolejno wygląda to tak: idziemy wyraźną ścieżką wzdłuż Allt Coire na Ba, aż szlak skręca w prawo i zaczyna się wznosić, by po jakimś czasie,kiedy jesteśmy już całkiem wysoko, skręcić w lewo. Jest to mniej więcej pod przełęczą, więc skręcamy tylko na chwilę (skręt dłuższy wyprowadziłby nas na Stob Coire a’Chairn, a dalej hulaj dusza, granie Mamoresów stoją otworem – opcja jak najbardziej do wypróbowania), i kierujemy się na rympał prosto w górę. Trochę mozolnie, ale króciutko. Na przełęczy otwierają się nowe widoki, a w krajobrazie dominuje Ben Nevis widziany od strony Carn Mor Dearg Arete.

Poniżej rejon, w którym szlak skręca przed rozpoczęciem podchodzenia na przełęcz:

I sama przełęcz:

Już na przełęczy, widok w kierunku The Grey Corries:

Z rejonów podszczytowych Na Gruagaichean Mariusz cyknął fajną panoramkę. Zobaczcie koniecznie (należy kliknąć w zdjęcie, aby powiększyć) >> LINK <<. Żałuję tylko, że z przyczyn wiadomych nie miałam jak opisać tego, co na niej widać. Poniżej kilka wybranych zdjęć:

Początek Glencoe. Plan trzeci zajmują Glen Etive Hills. Pasmo na planie drugim to Buachaille Etive Mor, kulminujące w Stob Dearg (najb. po lewej) i Stob na Doire. Pasmo z planu pierwszego to dłuuuuuuuugaśna grań, której klejnotem jest króciutkie Aonach Eagach

Plan III: Stob Dubh, Beinn Fhada, Stob Coire Sgreamhach, Bidean nam Bian. Plan II: grań sięga już do początków szlaku przechodzącego przez Aonach Eagach. Rozpoczyna go kopulasty wierzchołek Am Bodach

Z tyłu Bidean, bliżej wreszcie Aonach Eagach – to te ciemne poszarpańce – przechodzące w Stob Coire Leith i Sgorr nam Fiannaidh

A tu koniec grani z efektowną piramidką Sgurr na Ciche

Am Bodach i Sgurr an Lubhair

Sgurr a’Mhaim, najwyższy w Mamoresach. Piękny. Jak piramidka bitej śmietany



Jest i król. Ben Nevis wyglądający jak fala tsunami, Carn Mor Dearg Arete i Carn Mor Dearg

Z przełęczy na pierwszą pannę wchodzi się szybko. Szczyt jest długi i spłaszczony, ale fajna ekspozycja na obie strony – na prawą owszem dałoby się zejść, wprawdzie kosztem wielkich zakwasów, ale na lewą nie polecam. Nowe widoki na rejon Perthshire, Great Wall of Rannoch i Crianlarich Hills. Widać Ben Mora i Stob Binneina, ale trzeba wiedzieć gdzie patrzeć, bo z tej odległości to mikroby są.

Z panny nr 1 stromo na przełęcz, skąd na pannę 2 jest dosłownie kilka minut.

Na fotce powyżej jasno widać, że panna pierwsza ma gdzieniegdzie co pokazać. Zbocze po prawej to już prawie ściana.

Widoki z najwyższego punktu Na Gruagaichean są tak zbieżne z już opublikowanymi, że wrzucam tylko jedno zdjęcie. Poniżej Loch Eilde Mor a dalej Blackwater Reservoir:

Schodziliśmy obniżającą się długą granią, a kiedy stało się oczywiste że podążanie nią do końca, tj,. do samego dołu skaże nas na bardzo długie podchodzenie do szlaku ku Mamore Lodge, zdecydowaliśmy się na zejście na dzika zboczem, bezpośrednio do Doliny Ba. Zejście było męczące, długie, bardzo strome ale torfowo-trawiaste, więc bez niebezpieczeństw, acz wchodzić przy takim nachyleniu bym nie chciała. W dolinie pozostało przedostać się przez ogrodzenia dla owiec i po kwadransie od zejścia byliśmy na parkingu.

Mamoresy są… piękne. Dla miłośników szkockich gór obowiązkowe. Następnym razem w tym rejonie będziemy robić Ring of Steall, graniówkę obejmującą większość szczytów the Mamores – to już kosztowniejsza impreza, bo z noclegiem, ale nie mam najmniejszych watpliwości, że wrażenia z nawiązką zrekompensują każdego funta. I to pomimo że szlakowi przebytemu daję *, i jakoś mi się nie wydaje żeby w tym rejonie była szansa na hardkory. Ale te widoki, wysokość – miód. Polecam.

Beinn Ghlas


… albo raczej: Porażka Pod Ben Lawersem. Albo: Odwrót Spod Moskwy. Albo: Lawers, Lawers, ty WUJU…

No, tak czy siak, ordnung muss sein:

Nr 11, Beinn Ghlas:

Wymowa: bin glas

Znaczenie nazwy: green-grey hill, szarozielone wzgórze (znów za The Munros, ale może coś w tym być – munromagic.com podaje green hill)

Wysokość: 1103m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 47.

Data wejścia: 5.04.2008

Ben Lawers miał być naszym kolejnym celem. Najbliższy nam munro z pierwszej dziesiątki (na ostatnim miejscu, ale zawsze), o na tyle łagodnych kształtach, że trasa jest raczej bezpieczna także w zimie; w dodatku znajdujący się dalej na wschód, niż kiedykolwiek zawędrowaliśmy w Highlandach, czyli zupełnie nowe widoki, w tym na położone bezpośrednio u podnóża góry Loch Tay.

Do Ben Lawersa dojeżdżamy przez Callander, a potem (obok stacji benzynowej przed Crianlarich) należy skręcić na Killin. Za tym bardzo malowniczym miasteczkiem odbijamy w ultrawąską drogę (nie do przegapienia, jest drogowskaz) i nią w górę, przez las i łyse zbocza aż na parking koło Visitor Centre, skąd zaczyna się trasa.




Parking z początków szlaku na Ben Lawersa. W dole za wałem leży Killin

Szlak jest wyraźny, na początkowym odcinku oznaczony. Wędrujemy krętą drogą przez dolinę, otoczoną wałami z jednej strony Ben Lawersa (którego jeszcze długo nie zobaczymy, jedyne co widać, to właśnie należący do tego samego masywu Beinn Ghlas) i munro Meall Corranaich po stronie przeciwnej.

Na ostatnim planie Stob Binnein oraz Ben More

Marsz przez dolinę trwa około 20 minut. Wreszcie zaczynamy się wspinać na wał, który wyprowadzi nas na Beinn Ghlasa i dalej, na Ben Lawersa. I może nawet – taki był plan – na kolejnego munrosa, An Stuc.

Beinn Ghlas, widać ludzi na szlaku

Szlak jest nietrudny, stromy raczej umiarkowanie, jedynie w niektórych miejscach bardziej. W sumie nie ma jakoś bardzo wiele podchodzenia, a przynajmniej nie tyle, ile można by się spodziewać po tak wysokich (jak na Highland rzecz jasna) górach. Po prostu sam parking położony jest już na pewnej wysokości – gdyby podchodzić od podnóży, czyli od brzegów Loch Tay, dopiero by się poczuło, że atakuje się dziesiątego z munro-listy.

Wał po drugiej stronie doliny, kulminujący w Meall Corranaich (1069m n.p.m.)

Widok w kierunku północnym

Ponieważ już na starcie mamy fory, na widoki nie trzeba długo czekać. Ładnie wygląda Loch Tay, dumnie prezentuje się Ben More ze Stob Binneinem, ale naprawdę piękne panoramy otwierają się na wschodzie i północy. Niestety, nie umiem jeszcze zidentyfikować większości szczytów.

Śniegu było dużo więcej niż w środę na Ben More, i prawie cały czas sypał. Co tam zresztą sypał, on zacinał – jakby ktoś ciskał w twarz garściami ryżu, kuleczkami homeopatycznymi albo styropianem mającym żelazne wypełnienie.

To już ostatnie podejścia przed szczytem Beinn Ghlasa. Na dolnym zdjęciu widać zbocze, po którym prowadzi droga, i Loch Tay:

Silnie wiało, więc niebo zmieniało się jak kalejdoskop. Generalnie jednak widoczność była znakomita, a najgorsze chmury trzymały się wysoko, byliśmy więc dobrej myśli. Gdyby nie ten walący po twarzy śnieg i lodowaty wiatr, komfort byłby kompletny…

Meall Corranaich

Szczyt Ben Lawersa ukazał się dopiero z wierzchołka Beinn Ghlasa. Wielki, byczy grzbiet kojarzy się trochę z Ben Nevisem, i ma charakterystyczną dla wielu szkockich gór cechę: jest obły z jednej strony, a skalisty i stromy z drugiej.


Z Beinn Ghlasa obniżamy się na długą przełęcz:

Widok z przełęczy na Ben Lawersa i położony za nim kolejny munro, An Stuc (1118m n.p.m.)



Potok Allt a’Chobhair w dolinie, po prawej An Stuc

Na przełęczy, już bezpośrednio pod ścianą Ben Lawersa, zdecydowałam się założyć dodatkową garderobę i wsadzić w rękawiczki wkładki rozgrzewające. Wiatr był nie do zniesienia, i nawet nie chciałam myśleć, co będzie na wierzchołku…

Polarnik :))

Po lewej zbocze Beinn Ghlasa. Przez siodło pomiędzy nim a Meall Corranaich wiedzie alternatywna droga, którą schodziliśmy

"Atak szczytowy" zapowiadał się na średniołatwy. Ścieżka była wyraźna, gdzieniegdzie jednak zalodzona, co przy stromiźnie zbocza wymuszało sporą ostrożność. Ogólnie jednak w dobrych warunkach pogodowych to musi być relaks.

Beinn Ghlas

Już na przełęczy widzieliśmy wielkie paskudne chmurzysko, ale liczyliśmy że przejdzie bokiem. Tymczasem kiedy byliśmy może w jednej trzeciej drogi na szczyt, niebo zaczęło szarzeć coraz bardziej, a wiatr dąć coraz silniej.

Ostatnie widoki

Wkrótce nic już nie było widać. W szalejącej zadymce wchodziliśmy dalej, mając świadomość, że zawrócić praktycznie pod samym szczytem jest niehonorowo.

Wreszcie znaleźliśmy jakieś skałki, pomiędzy którymi schowaliśmy się, żeby trochę się rozgrzać i przeczekać najgorsze momenty. Ja byłam już jednym soplem lodu, pomimo hot-padów w rękawicach, polara, spodni chroniących od wiatru i niezawodnej jak dotąd kurtki.
Za skałkami odbyła się dramatyczna narada, co robić dalej. Mariuszowi zimno tak nie dokuczało, poza tym z racji większej wagi wiatr nie miotał nim tak jak mną, był więc skłonny iść dalej. Koniec końców spasowałam jednak. Ręce bolały jak wściekłe, twarz niewiele mniej, a kiedy wstałam, znów zaczęło mną rzucać. Nie jestem chucherkiem, ale po raz drugi w górach miałam bardzo realne wrażenie, że zaraz mnie zepchnie w przepaść – pierwszy raz miał miejsce podczas burzy z piorunami, ulewą i gradobiciem na szczycie Kopy Kondrackiej. Zaczęliśmy odwrót.
Kiedy już dotelepaliśmy się jakoś do przełęczy okazało się, że czeka tam na nas trzech tubylców, którzy wcześniej szli przed nami i w czasie kiedy my dyskutowaliśmy za skałkami też zaczęli uciekać w dół. Zaproponowali, żebyśmy poszli z nimi, bo przez szczyt Beinn Ghlasa w tych warunkach nie ma jak wracać, schodzą więc do doliny i dalej przez szerokie siodło, za którym połączymy się ze szlakiem dojściowym.
Schodziliśmy trawersując zbocze Beinn Ghlasa, po ścieżce która raz się pojawiała, raz niknęła zasypana. Zbocze było dość mocno nachylone i na stromych śniegach – a śniegiem było pokryte praktycznie w całości – należało bardzo uważać. Parę razy o włos, a zjechałabym na sam dół. Śnieg był w wielu miejscach tak zmarznięty, że ciężko było wbić w niego nogę i łatwo było o poślizg.
Od szerokiej przełęczy trasa zrobiła się łatwiejsza, weszliśmy do tej samej doliny, którą prowadzi szlak dojściowy. Na górze wciąż trwała zadymka. Nawet tu, w dolinie, napadało mnóstwo świeżego śniegu. Ale na dole było po prostu cudownie, bo NIE WIAłO.
Końcówka drogi przeszła już bezproblemowo.

Na Ben Lawersa jeszcze się wybierzemy, bo nam pojechał po ambicji. Szlak oceniam na ** (druga gwiazdka w warunkach oblodzenia). Sam Beinn Ghlas – no cóż, widokowa góra, ale dla nikogo raczej nie jest celem samym w sobie. Nie jest to szczyt, którym miałabym ochotę się chwalić nie mogąc w tym samym zdaniu wspomnieć o Ben Lawersie. Niby jedenasty muros zdobyty, ale nie mam specjalnej satysfakcji. Znaczy fajna przygoda, i generalnie z wycieczki jestem zadowolona. Tyle że nie mam poczucia, że w dziedzinie munroistycznej zrobiłam jakiś postęp;)
Rejon Ben Lawersa wygląda ciekawie, munrosów jest tam całkiem sporo, widoki piękne – na pewno warto się wybrać.
Komplet zdjęć jak zwykle w linkach.

Ben More


Nr 10, Ben More:

Wymowa: ben moar

Znaczenie nazwy: hill of the anvil, szczyt kowadła (kowadłowy?). Tym razem podaję za The Munros

Wysokość: 1174m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 16.

Data wejścia: 2.04.2008


Ben More należy do Crianlarich Hills. Miasteczko Crianlarich położone jest przy drodze A85 pomiędzy Callander a Tyndrum, jeszcze stosunkowo "płytko" w Highlandach, więc dojazd z Pasa Centralnego zajmuje około dwóch godzin – a zarazem wystarczająco głęboko, żeby z każdej strony otaczały nas fascynujące górskie widoki.

Ben More i jego bliźniak Stob Binnein (niekiedy Stobinion bądź Stobinian), niższy o 9m i osiemnasty na munro-liście, są najwyższe w okolicy. Rozumiem przez to, że w ogarnialnym wzrokiem sąsiedztwie nie mają rywali. Najbliższym wyższym szczytem jest Ben Lawers niedaleko Killin, położony jednak zbyt daleko by stwarzał realną wizualną konkurencję.

Ben More jest nie do przegapienia, ponieważ wznosi się tuż nad drogą do Crianlarich. Kiedy już go zidentyfikujemy, co nie jest trudne – potężne kopuły jego i Stob Binneina są doskonale widoczne z samochodu – uważajmy na parking po prawej stronie szosy (zakładam że jedziemy od Callander). Z parkingu jeszcze ćwierć mili do tabliczki z napisem "To Ben More", od której zaczyna się szeroka droga jezdna.



Ben More

Droga okrąża górę od prawej strony, po czym urywa się. Na Ben More nie prowadzi żadna ścieżka, więc opcji mamy nieskończoną ilość, z tym że najrozsądniejsze wydają się dwie:

– iść wspomnianą drogą do końca, aż ukaże się przełęcz pomiędzy Ben More a Stob Binneinem. Atakować przełęcz i z niej już bezpośrednio szczyt;

– wbijać się na górę "od frontu", tj. mając cały czas za plecami szosę.

My wybraliśmy na wejście wariant drugi. Zbocze jest strome i wspinaczka trochę daje w kość, z drugiej strony plusem takich bezpośrednich podejść jest szybkie zyskiwanie wysokości.

Tym zboczem prosto w górę



Crianlarich

Od pewnego momentu zaczynamy czuć, że znajdujemy się wyżej niż cokolwiek w bezpośredniej okolicy. Za wzniesieniami, które otaczały nas gdy zaczynaliśmy wspinaczkę, otwiera się drugi, trzeci, dziesiąty plan.



Munro Cruach Ardrain po drugiej stronie Benmore Glen

Trawiaste zbocze staje się po pewnym czasie bardziej skaliste i jeszcze stromsze. Kopuły szczytowej wciąż nie widać. Za to było coraz więcej śniegu 🙂

Od lewej: munro Beinn Tulaichean, munro Cruach Ardrain, wznoszący się nad doliną wał ze szczytami Stob Garbh i Stob Coire Bhuidhe, zza których wyłania się munro An Caisteal

Wreszcie, po ostatnich skałkach i kamieniach, wychodzimy na kopułę szczytową, łagodnie nachyloną, rozległą i gładką – w sensie, że bez kamulców. Stąd na wierzchołek już tylko paręnaście minut.

Śnieg dodaje dostojeństwa każdym górom. Pod białą kołderką nawet relatywnie niewysokie wzniesienia Highlandu prezentują się jak miniaturowe (ok, bardzo miniaturowe:P) Alpy.



Najwyższy punkt Ben More jest oznaczony kamiennym słupkiem. Widoki… A co tu gadać. To trzeba zobaczyć. Najlepiej teraz, kiedy tam w górze jeszcze panuje zima, ale temperatury są już znośne.

Stob Binnein

Stob Binnein, oddzielony od Ben More głęboką przełęczą, wyglądał przepięknie, ale zrezygnowaliśmy ze wspinaczki. Za dużą mieliśmy przerwę w chodzeniu po górach. Acz będąc w lepszej formie jak najbardziej bym się zdecydowała, podejście jest strome, ale niedługie.

Trossachs

Cruach Ardrain

Żeby nie wracać tą samą drogą zeszliśmy na przełęcz – Stob Binnein prezentował się z niej o wiele łagodniej i aż zapraszał – i trawersując zbocze Ben More, zaczęliśmy się obniżać w kierunku Benmore Glen.

Cały czas trawersując i przekraczając liczne, bardzo teraz rwące potoczki, w towarzystwie owiec (owca na owcy owcą tam pogania) osiągnęliśmy miejsce gdzie zaczyna się wspomniana na początku szeroka droga, która już bez najmniejszych trudności, po około pół godziny wyprowadza na szosę.

Trasa jest piękna i bardzo widokowa. Nietrudna technicznie (*), ale może zmęczyć bo wchodzimy na naprawdę konkretną górę. Wielkim atutem jest brak jakichkolwiek trudności nawigacyjnych, i to pomimo iż ścieżka jako taka nie istnieje: góra wyrasta praktycznie z szosy, nie ma żadnych męczących podchodzeń przez doliny, kierunek jest oczywisty – byle wyżej, nieważne którędy. Żałuję tylko, że nie udało się tym razem zdobyć Stob Binneina, ale mamy zamiar to nadrobić.
Reszta fotek tu.


Ben Lomond

Nr 9, Ben Lomond:

Wymowa: ben lomond

Znaczenie nazwy: beacon hill

Wysokość: 974m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 184.

Data wejścia: 30.12.2007

Ben Lomond, położony na samym skraju Highlandu, tuż za północnymi przedmieściami Glasgow, jast najbardziej na południe wysuniętym munrosem. To, oraz bliskość przepięknego Loch Lomond, największego jeziora Szkocji, uczyniło z BL jeden z najpopularniejszych celów w tutejszych górach. Widoki są ponadto jedyne w swoim rodzaju, bo obejmują z jednej strony Highlands, z drugiej Lowlands; przy dobrej pogodzie można nawet zobaczyć Edynburg.

Ben Lomond nie powala na kolana wysokością, ale w rzeczywistości jest górą imponującą. Raz, bo chociaż leżące po sąsiedzku Arrochar Alps nie są pozbawione munros, i to nawet wyższych niż BL, on jedyny jest położony nad samym jeziorem, co nadaje mu wyjątkową malowniczość. Dwa, bo jest to konkretny kawał góry. Ben Lomonda tworzą dwa potężne wały, których graniami biegną dwie trasy – żadna z nich nie jest trudna, za to obie długie. To nie Cobbler ani nawet wyższe przecież Buachaille Etive Mor. Tu zdecydowanie trzeba się nastawić na zakwasy.

Przed wycieczką mieliśmy z Mariuszem lekką tremę – bo nie wiadomo jak z kondycją po trzech miesiącach przerwy w łażeniu, a poza tym była to nasza pierwsza w ogóle wyprawa zimowa. No i trzeba było zmieścić się w sześciu i pół godzinach jasności, co oznaczało rozpoczęcie wchodzenia najpóźniej o 9.00 rano.

Trasa popularna, przez grań Sron Aonaich, zaczyna się przy parkingu w Rowardennan.

Po lewej grań Ptarmigan, po prawej Sron Aonaich, szczyt Ben Lomonda w chmurach

Chmury z początku znajdowały się wysoko, tak że pomimo braku słońca zapowiadało się nieźle. Trasą wędrowały tłumy niewiele mniej liczne od tych z Ben Nevisa. Droga przez Sron Aonaich jest wybitnie spacerowa – pokonujemy kolejne potężne garby, teren jest średnio nachylony, momentami idziemy praktycznie po płaskim. Szczyt, widoczny gdy znajdujemy się nieco powyżej początku trasy, wkrótce się chowa. Po prawej ręce mamy za to widok na Stirling, wzgórza Ochil a nawet pagórek, na którym wznosi się wyglądający jak zapałka Wallace Monument.

Loch Lomond

Szczyt staje się ponownie widoczny dopiero, gdy po pokonaniu dwóch garbów wychodzimy na szerokie wypłaszczenie:

Wydaje się stąd, że wierzchołek jest już na wyciągnięcie ręki, ale nic bardziej błędnego. Przed nami jeszcze kawał drogi, z tym że głównie po płaskim (i bardzo dobrze, bo droga była mocno zalodzona), sama wspinaczka jest raczej krótka.

Wierzchołek BL, wyglądający jak wielkanocna baba przysypana cukrem pudrem, w kierunku z którego zmierzamy jest nachylony raczej łagodnie. Tak naprawdę stromiej robi się dopiero tuż poniżej linii śniegu.

Zza wału Ptarmigan wyłania się Cobbler

Poniżej początki stromszego terenu – ścieżka była całkiem zalodzona i wiele osób wspinało się zboczem, co było opcją dużo rozsądniejszą. Na sam wierzchołek wydeptane jest kilka wariantów, ale równie dobrze można wchodzić po swojemu, po tej stronie góry przepaści czy innych niespodzianek nie ma.

Niestety gdy byliśmy już całkiem niedaleko od szczytu, przylazły chmury i widoczność stopniowo malała, by wreszcie stać się zerowa – do końca dnia.

Śniegu była zaledwie cienka warstwa, i dzięki temu chodziło się po nim bardzo przyjemnie, bo przyczepniej niż po lodzie.

Grań szczytowa jest długa i pofałdowana – wzniesienie widoczne poniżej bynajmniej nie było jeszcze wierzchołkiem:

Grań w bezpośrednich okolicach szczytu znacznie się zwęża, i można zajrzeć na jej drugą stronę. I wtedy – no proszę! – Ben Lomond okazuje się powtarzać przypadek Ben Nevisa: góra z jednej strony obła, kopulasta, łagodna i raczej nudna, z drugiej kryje piękne przepaście i skaliste ściany.

Od przełączki, za którą po raz pierwszy odsłania się skalista strona góry, na szczyt może jeszcze z dziesięć minut oblodzoną granią. Na szczęście jest wciąż na tyle szeroka, że w razie poślizgu w żadną przepaść raczej nie spadniemy.

To również nie wierzchołek, ale kolejny "ząb" na grani, która przypomina grzebień.

Pod samym szczytem

Wierzchołek przy braku widoczności nie był godny uwagi. Dość rozległy, acz bynajmniej nie takie obszary, jak na Ben Nevisie; standardowo z tablicą opisującą panoramę na wszystkie strony, teraz całkowicie bezużyteczną. Za to kilkanaście metrów od najwyższego punktu zauważyliśmy całkiem interesujące skały, przez które prowadziła w dół stroma ścieżka. Domyśliliśmy się, że jest to początek trasy przez Ptarmigan, i postanowiliśmy nią schodzić, żeby uniknąć powtórnego przechodzenia monotonnej drogi przez Sron Aonaich. Z początku mieliśmy spore wątpliwości, bo skały na znacznej powierzchni pokrywał lód, a na tym pierwszym podszczytowym odcinku byłoby gdzie zlecieć. Ale bez ryzyka nie ma przygody, więc zaczęliśmy schodzić, używając do tego czterech a nawet pięciu kończyn (w sytuacjach takich jak ta udzielam bowiem moim pośladkom awansu do roli kończyny).

Skały tworzące tę lodową stromiznę w warunkach letnich byłyby banalne, są bardzo ładnie wyrzeźbione. Natomiast zimą należy tu bardzo uważać i zastanawiać się nad każdym krokiem.

Sople

Teren ze skalistego przechodzi wkrótce w bardziej trawiasty. Po zejściu na pierwszą przełęcz zaczyna się wypłaszczać – szlak skręca tu z grubsza w lewo, opuszczamy rejon kopuły szczytowej by zacząć wędrować obniżającą się ku jezioru granią Ptarmigan.

Trasa przez Ptarmigan jest długa i dużo ciekawsza niż nasza dojściowa. Tu nie idziemy monotonnym zboczem, lecz granią szeroką i mocno pofałdowaną, szlak jest bardziej kręty. Na końcowym odcinku pięknie widać Loch Lomond z pomostem w Rowardennan. Droga chyba lepsza do wchodzenia – przede wszystkim dlatego, że przy oblodzeniu w końcowej partii znacznie bezpieczniej jest posuwać się w górę, a także, bo ścieżka z drugiej strony jest wręcz spacerowa a chyba lepiej wybrać forsowniejszą trasę na początek, kiedy człowiek ma jeszcze energię, i mieć miłą świadomość, że przy schodzeniu czeka nas relaks (choć droga zejściowa też nie jest krótka). Żałuję, że ominęły nas widoki, ale z pogodą i tak mieliśmy szczęście, było praktycznie zero wiatru i względnie ciepło, co dość znacznie odbiegało in plus od moich wyobrażeń o wędrowaniu zimą. Ten wariant kończy się nieopodal budynku Rowardennan Lodge, skąd do parkingu jest nie więcej niż dziesięć minut po płaskiej drodze (będącej zresztą częścią West Highland Way).

Odcinek przez Sron Aonaich dostaje ode mnie *, przez Ptarmigan również *, jedynie podszczytowym skałom daję *** (ale tylko w warunkach takich jak opisałam, latem to nie może być więcej niż jedna gwiazdka). Ten drugi fragment nie jest wprawdzie trudniejszy, ale ciekawszy i – tak przypuszczam – bardziej widokowy. Jest też znacznie mniej popularny, spotkaliśmy na nim zaledwie kilkanaście osób, podczas gdy z drugiej strony walą tłumy.

Ben Lomonda polecam jako zimową wycieczkę szczególnie osobom mieszkającym w szkockim Pasie Centralnym, tj. pomiędzy Edynburgiem a Glasgow. Że z Glasgow, to wiadomo, ale nawet z Edynu bez problemu i wstawania o 4.00 rano zdążycie dojechać na tyle wcześnie, żeby nie schodzić po ciemku. My wyszliśmy z domu o 7.00, wchodzenie zaczęliśmy o 9.00, o 15.30 byliśmy z powrotem w samochodzie. Byłoby oczywiście szybciej, gdyby nie lód, ale i tak udało się przed zachodem słońca.

Na mapie Ordance Survey (Loch Lomond North: Tyndrum, Crianlarich & Arrochar, nr mapki 364) precyzyjnie zaznaczone są oba warianty dojścia. Poniżej mapka z ich strony, na której uzupełniłam na czerwono szlak przez Ptarmigan:

Buachaille Etive Mor

Nr 7, Stob Dearg:

Wymowa: stob dyerek

Znaczenie nazwy: red peak, czerwony szczyt

Wysokość: 1021m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 110.

Data wejścia: 8.09.07

Nr 8, Stob na Broige:

Wymowa: stob na bruka

Znaczenie nazwy: znalazłam dwie wersje, absolutnie rozbieżne i obie brzmiące dość głupawo – lively peak bądź peak of the shoe, jeszcze poszukam; 

Wysokość: 956m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 207.

Data wejścia: 8.09.07

Grań Buachaille (czyt. bukal) Etive Mor, Wielkiego Pasterza Glen Etive, jest jakoby w pierwszej piątce najpopularniejszych celów Highlandu. Faktycznie, stopniem zatłoczenia przypomina szlaki tatrzańskie. Powody nie są trudne do odgadnięcia: położenie w Glencoe, dwa munrosy po drodze, zapewne widowiskowość (my mieliśmy pecha pod tym względem, ale biorąc pod uwagę położenie masywu, przy lepszej pogodzie wrażenia muszą być takie, że proszę siadać), wreszcie łatwość techniczna i stosunkowo niewiele podchodzenia do góry.

Szlak zaczyna się tradycyjnie koło parkingu, chyba drugiego w dolinie. Nawet jeśli się mylę, nie powinno być żadnych problemów z właściwym zlokalizowaniem go – kiedy już wypatrzymy szczyt Stob Dearg, który rozpoczyna Buachaille Etive Mor, nazwijmy w skrócie BEM…

… i zaczniemy go okrążać… 

Po lewej Stob Dearg

… wkrótce ukaże się przełęcz, na którą wspina się nasz szlak – a zaczyna się on dokładnie na parkingu.

Przełęcz jest położona na wysokości 902m. n.p.m.

Szlak jest dość stromy, dzięki czemu bardzo szybko zyskujemy wysokość. Wejście na grań zajmuje (z postojami) około godziny.

Ostatni odcinek pokonuje się po pięknie wyrzeźbionych skałach – niestety, tylko z parkingu wygląda to ciekawie, w rzeczywistości ani na trudności, ani na ekspozycję nie ma co liczyć. Cały czas idziemy po wygodnych i bezpiecznych schodkach.

Z przełęczy można się udać w obu kierunkach: na wierzchołek Stob Dearg bądź dalej wzdłuż grani. Większość turystów łączy obie opcje – Stob Dearg jest najwyższym punktem BEM, a wejście na niego zajmuje zaledwie ok. 20 min i nie jest szczególnie forsowne. Góra znajduje się u wylotów Glencoe i Glen Etive, z wierzchołka musi się zatem roztaczać wspaniały widok na obie doliny oraz cudownie posępne przestrzenie Rannoch Moor. Niestety, chmury towarzyszyły nam tego dnia permanentnie.

Końcowy odcinek tuż przed szczytem Stob Dearg to jedyne miejsce całej trasy, gdzie momentami występuje chociaż cień sugestii ekspozycji:

Po zdobyciu munrosa wróciliśmy na przełęcz i kontynuowaliśmy marsz po grani. Absolutnie nie przypomina ona Aonach Eagach, jest spłaszczona, szeroka i bezpieczna. Z początku szliśmy po płaskim, mając jednak świadomość, że przed nami jeszcze trzy znaczące wzniesienia, z czego pierwsze, Stob na Doire, jest zaledwie o 10m niższe od Stob Dearg. Widoczność była słaba, zaledwie na kilkadziesiąt metrów, więc w tej kwestii musieliśmy całkiem zaufać mapie. We mgle człowiek głupieje, więc zaniepokoiliśmy się trochę, kiedy chmury nieco się przerzedziły i tuż przed nami na moment pokazało się coś, co wyglądało jak wielka i bardzo stroma góra:

Tymczasem wejście na Stob na Doire okazało się stosunkowo łagodne, chociaż istotnie podejść kawałek trzeba było. Szczyt nie ma statusu munro ze względu na zbyt małą wybitność, ale jest drugim co do wysokości punktem trasy – 1011m n.p.m.

Były to już ostatnie momenty, kiedy przynajmniej na krótko dało się coś dostrzec poprzez mgłę.

Schodząc ze Stob na Doire zgubiliśmy szlak. Nie od razu zdaliśmy sobie z tego sprawę. Ścieżka, do szczytu wyraźna, po drugiej stronie rozmyła się, we mgle nie było widać, które z opadających z wierzchołka zboczy przechodzi w grań, a które sięgają w doliny. Schodziliśmy jakimś kosmicznie stromym żlebem, pełnym żwiru, aż w końcu M. stwierdził, że chyba złazimy do Glen Etive i musimy spróbować przetrawersować jeszcze kawałek zbocza po czym wrócić na grań, do szlaku. W tym momencie wielki szacun, ponieważ mój wewnętrzny kierunkowskaz mówił mi wyraźnie, że schodzimy na stronę dokładnie przeciwną, i również w przeciwnym kierunku powinniśmy wchodzić. Tymczasem po chwili okazało się, że M. ma 100% racji.

Przed nami wędrowało trzech miejscowych, którzy altruistycznie wysłali jednego w tył, żeby nas ogarnął i doprowadził na szlak. Też zabłądzili na wierzchołku Stob na Doire, ale mieli GPSa, kompasy i wszystko, więc kiedy zdali sobie sprawę, że poszli źle, wiedzieli dokładnie którędy dostać się na właściwą drogę.

Moje wewnętrzne poczucie kierunku było już jednak całkiem rozregulowane, i aż do końca trasy mówiło mi, że idziemy w stronę przeciwną niż powinniśmy. Ciekawe że obaj koledzy mieli tak samo, jeden M. wykazał się intuicją.

Napotkana ekipa była bardzo sympatyczna, a munrosy BEM okazały się być ich sto piętnastym i sto szesnastym. My też pochwaliliśmy się, że parę mamy już na rozkładzie. Próbowałam nauczyć się prawidłowej wymowy Aonach Eagach – to jest AFAIR coś w stylu ionak’ ieegak’, ze zmiękczeniami jak w rosyjskim – ogólnie wymowa w gaelic jest strasznie popieprzona. Dowiedziliśmy się też, którędy schodzić – z najgłębszej (820m) przełęczy na trasie, pomiędzy Stob na Doire a kolejnym szczytem, opada ścieżka do doliny Lairig Gartain, która (to wiedzieliśmy) odchodzi od Glencoe. Początek ścieżki jest oznaczony kopczykiem z kamieni.

Na przedostatnim wzniesieniu, Stob Coire Altruim (941m n.p.m.) spotkaliśmy nietypowego turystę:

Jest tam gdzieniegdzie nawet trochę przepaściście, ale o trudnościach można zapomnieć:

Chmury robiły się coraz gęstsze, wilgoć coraz większa, wiatr silniejszy. Gdyby nie chęć zaliczenia ostatniego munro, pewnie byśmy zawrócili, bo ani widoków, ani trudności – dupa, panie.

Stob Coire Altruim

Munro Stob na Broige liczy sobie 956m wysokości i zamyka grań BEM, która dalej opada już do Glen Etive.

Schron na szczycie Stob na Broige

Z munrosa wycofaliśmy się do przełęczy, z której w dolinę sprowadza wzdłuż potoku stroma ścieżka – bądź w formie chodniczka, bądź po łatwych, naturalnie wyrzeźbionych skałach.

Do Lairig Gartain schodzi się szybko, nie więcej niż 40 min. dość urozmaiconym terenem. Sama dolina to jedno wielkie torfowisko, podmokłe, błotniste, pełne dziur, w które można wpaść po kolano, usiane zielonymi kępami, po których fajnie jest przeskakiwać dopóki odległość pomiędzy naszą a najbliższą kępą nie będzie tak duża, że pluśniemy w błoto.

Zwłaszcza dziury są wyjątkowo wredne, bo zamaskowane i ciężko wydostać z nich nogę bez pomocy. A i potem nie chcą cię wpuścić do samochodu dopóki nie pozbędziesz się butów i skar;P

Odcinek doliną do parkingu w Glencoe to jakaś godzina – mogłoby być krócej, gdyby nie konieczność szukania suchej (w zasadzie to mniej mokrej) drogi w torfowisku.

Szlak jest średnio długi, łatwy, taki na *. Z tym, że orientacyjne trudności jak widać wystąpić mogą, w rejonie szczytu Stob na Doire droga nie jest ewidentna. Na tym odcinku, zwłaszcza we mgle, należy bardzo uważać.

Żałuję, że nie jestem w stanie powiedzieć niczego o widokach, przez co opis wypadł dość zdawkowo. Sama będę chciała za jakiś czas powtórzyć tę trasę przy pięknej pogodzie, bo pomimo zaliczenia dwóch munrosów czuję niedosyt. Myślę, że szlak jest wart polecenia nawet w ciemno – jak wspomniałam, BEM jest tak położone, że przy dobrej widoczności musi tam być pięknie, a że trudności nie ma żadnych i męcząco też jakoś bardzo nie jest, warto spróbować się o tym przekonać.

Kiedy powtórzymy wycieczkę w bardziej sprzyjających warunkach, oczywiście wrzucę zdjęcia.

Ben Nevis

Nr 6, Ben Nevis:

Wymowa: ben nevys

Znaczenie nazwy: zetknęłam się z bardzo różnymi wersjami; moja ulubiona strona MunroMagic podaje cloudy hill, zachmurzone wzgórze

Wysokość: 1344m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 1.

Data wejścia: 26.08.07

Ben Nevis (Beinn Nibheis) jest najwyższym wzniesieniem Wielkiej Brytanii i rzeczywiście dominuje w otoczeniu. Numer dwa, Ben Macdui, jest tylko o 35m niższy, ale znajduje się w innej części Highlandu – w swym ogarnialnym wzrokiem sąsiedztwie Ben Nevis nie ma konkurencji.

Na szczyt prowadzi dostępny dla każdego, łatwy szlak od strony Glen Nevis, którym walą tłumy. Autor naszego przewodnika napisał, że iść tą trasą, to tak jakby pójść na plażę i nie zobaczyć morza. Nie daje ona zupełnie pojęcia o prawdziwej twarzy góry, która jest czymś zupełnie innym, jeśli patrzeć od zachodu i południa, a czym innym od wschodu i północy. Z tej pierwszej perspektywy Ben Nevis jest łagodny, o obłych, kopulastych liniach, imponujący jedynie wysokością. Z drugiej – skały, hardkory, w ogóle inna bajka. Dalej autor podał precyzyjne wskazówki, jak dostać się na górę od tej ciekawszej strony, przez Carn Mor Dearg Arete. Wypróbowaliśmy ten szlak jako wariant dojściowy, schodząc z kolei klasycznie, mamy więc porównanie.

Oba warianty zaczynają się u wylotu Glen Nevis.

Ścieżka prowadzi szerokimi, łagodnymi trawersami wśród paproci. Po ok. 1,5 godziny wychodzimy na rozległą równię pomiędzy Meall an-t-Suidhe, jednym z mniejszych wzniesień w masywie, a właściwym wierzchołkiem Ben Nevisa, na który jeszcze połowa drogi (szlakiem klasycznym). Tu skręcamy w lewo – od szlaku oddziela się wyraźna i szeroka ścieżka. Idziemy nią wzdłuż jeziorka Lochan Meall an-t-Suidhe (wg naszego przewodnika Half Way Lochan) i wypatrujemy po prawej niewielkiej, słabo widocznej dróżki. Uwaga: na naszej mapie (Ordnance Survey) droga ta jest nakreślona jako jedyna w tym rejonie, tymczasem w rzeczywistości szeroka ścieżka, którą szliśmy, wyprowadza nad jezioro i tam się urywa – dlatego trzeba uważać gdzie skręcić na tę mało wyraźną dróżkę, żeby nie zapędzić się za daleko.

Po mniej więcej pół godzinie wchodzimy do dolinki otoczonej granią w kształcie podkowy, której prawą stronę stanowią ściany Ben Nevisa. W dolinie stoi dyżurka Mountain Rescue:

Od tej strony wreszcie staje się jasne, o co chodziło z "prawdziwą twarzą" Ben Nevisa. Tu już nie ma łagodnych, szerokich zboczy, jest za to niesamowity park skalny:

Droga z przewodnika idzie po grani (Carn Mor Dearg Arete), ale w którym miejscu na nią wejść, musieliśmy zdecydować sami. Ścieżki żadnej nie ma. Trasa w przewodniku jest tak obmyślana, by po drodze zaliczyć jeszcze jednego munro, Carn Mor Dearg, ale że nam zależało głównie na Ben Nevisie, a pogoda zaczęła się psuć, zrobiliśmy to po swojemu. Dno doliny idzie dość ostro w górę, tak że im dalej, tym krótsza droga na grań. Podeszliśmy dość daleko, tak żeby wyjść na nią w obniżeniu za tamtym munrosem, i zaczęliśmy wchodzić.

Odcinek grani zamykający dolinę

Włażenie po zboczu Carn Mor Dearg było najbardziej żmudnym i irytującym odcinkiem trasy. Teren jest tak nachylony, że momentami wygodniej jest iść na czworakach, pełno ruchomych śliskich kamieni. Na pewno opcja bardzo niemiła w schodzeniu, przypominająca nasze niezapomniane zejście ze Stob Coire nan Lochan.

To podejście jest bardzo męczące, ale plusem jest, że szybko zyskujemy wysokość. Wchodzenie na grań trwa około godziny. My mieliśmy pecha, bo kilkadziesiąt metrów przed osiągnięciem przez nas celu przyszła chmura i wszystko zakryła.

Poniżej odcinek, który wyglądał dość niepokojąco: bardzo stromy początek bezpośredniego podejścia na wierzchołek Ben Nevisa. Przez te chmury nie było widać, jak jest długi i czy po drodze są jakieś trudne momenty. Kiedy osiągnęliśmy grań, nie było już nad czym się zastanawiać, ponieważ widoczność stała się praktycznie zerowa.

Po prawej rozpoczyna się podejście na szczyt

Grań nie jest trudna. Owszem, eksponowana, ale wystarczy ostrożnie (ruchome kamienie!) stawiać nogi, i nie powinno być żadnych problemów z przejściem. Ścieżka momentami przewija się na lewą stronę, momentami niknie – wtedy idziemy po spiętrzonych kamieniach ostrzem grani.

Okazało się, że wyszliśmy praktycznie pod szczytem Carn Mor Dearg, dosłownie kilkanaście metrów poniżej. Nie wiem, czy mimo to mogę uznać tego munro za zaliczony. Na prywatny użytek uważam, że tak, ale oficjalnie tego nie uwzględniam;)

Carn Mor Dearg. Wchodziliśmy po linii z grubsza prostej, aby (niechcący) wyjść po prawej stronie tuż pod szczytem

W tle Aonach Mor i Aonach Beag

Widoki odsłaniały się na chwilę i tylko częściowo, ale były piękne:

Grań po pewnym czasie spiętrza się, rozszerza i gwałtownie wspina się w górę. Zaczynamy podchodzenie na szczyt. Idziemy około 40 min. po wielkim i stromym rumowisku skalnym, gdzie również należy bardzo uważać na ruchome kamienie. Ścieżka zupełnie niknie, starajmy się więc trzymać linii możliwie prostej, żeby nie zapędzić się w jakieś przepaście. My mieliśmy ułatwione zadanie, szliśmy za dwoma miejscowymi, którzy zdawali się doskonale znać trasę i wyprowadzili nas na sam wierzchołek.

Szczyt to rozległe plateau, a tłumy na nim nie gorsze niż na najbardziej zatłoczonych tatrzańskich szlakach. Stoi tam schron (na ścianie naklejki m. in. Speleologicznego Klubu z Dąbrowy Górniczej oraz Klubu Harnasie), ruiny obserwatorium i kopiec kamieni, na który można wejść, wyznaczający najwyższy punkt. Co do widoków nie wypowiadam się, ponieważ cały czas na wierzchołku stała chmura.

Każdy chce zaliczyć najwyższy szczyt Brytanii, więc mieszają się tam narodowości, kolory skóry i języki:

A ponieważ droga klasyczna jest tak łatwa, ludzie wchodzą masowo z psami i całkiem malutkimi dziećmi. Podobno w latach 50-tych ktoś wniósł na górę małe pianino.

Rzeczywiście, jest bardzo prosta i bardzo nudna. Taka akurat do zejścia, kiedy człowiek jest zmęczony. Emocji żadnych, ale rozumiem, że oficjalna trasa na szczyt, który ze względów oczywistych jest super popularny, musi być tak łatwa jak tylko to możliwe – ze względów bezpieczeństwa i nie tylko. Powstała zresztą nie jako szlak turystyczny, a z myślą o dostarczaniu zaopatrzenia do obserwatorium.

Kiedy wracaliśmy, nad Glen Nevis świeciło słońce, ale szczyt (samego wierzchołka z dołu nie widać) musiał być w chmurach, które ciągle stały wysoko nad tym jednym miejscem. Ben Nevis, najwyższy punkt w okolicy, po prostu je zatrzymuje. W piękny dzień z czystym niebem nie ma problemu, ale w taki średni wszystkie inne góry mogą być poniżej pułapu chmur, ale nie on.

Glen Nevis

Szlak którym wchodziliśmy (z zastrzeżeniem, że na sporym odcinku drogi jako takiej nie ma i wybieramy własną) oceniam na ***, zejście na *. Zrobienie pętli, i to w takim kierunku jak my, pozwala zobaczyć dwa zupełnie różne oblicza Ben Nevisa, odczuć trochę emocji na eksponowanej, ale naprawdę łatwej grani, wreszcie nie iść dwa razy tym samym zatłoczonym szlakiem. Zejście jest niezbyt męczące, z tym że nie polecam skrótów, są strome i nieprzyjemne i w rezultacie wcale nie zaoszczędza się czasu. Wycieczka jest długa – tym razem nie jechaliśmy z Livingston tego samego dnia, a spędziliśmy noc w Fort William. Trzeba zarezerwować ok. 10 godzin na całą trasę (opcja nasza – a jesteśmy przeciętnie sprawni i robimy wiele postojów na zdjęcia i delektowanie się otoczeniem; jeśli kogoś te sprawy nie interesują, na pewno jest w stanie wyrobić się szybciej).

[żółty – nasze wejście, czerwony – szlak popularny, zielony – tak wg przewodnika powinniśmy iść wybierając opcję przez grań]

Ładna wycieczka, chociaż po najwyższej górze Wyspy spodziewaliśmy się więcej.

Orla Perć Glencoe: Aonach Eagach Ridge

Nr 4, Meall Dearg:

Wymowa: mil dyerek

Znaczenie nazwy: red hill, czerwone wzgórze

Wysokość: 953m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 212.

Data wejścia: 17.08.07

Nr 5, Sgorr nam Fiannaidh

Wymowa: skyr nam fijani

Znaczenie nazwy: peak of the fair haired warriors, szczyt jasnowłosych wojowników

Wysokość: 967m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 188.

Data wejścia: 17.08.07

Przejście Aonach Eagach to nasza pierwsza munroistyczna wycieczka, kiedy munrosy zdecydowanie nie były główną atrakcją. Jest to też pierwszy szlak który dostaje ode mnie pięć gwiazdek, co od dziś nie będzie się tłumaczyło jako "nigdy więcej", ale jako "prawdziwe szaleństwo, i NA PEWNO tam wrócę":)))

Droga zaczyna się koło parkingu po prawej (patrząc w kierunku miejscowości Glencoe) stronie szosy, koło domku nad potokiem Allt-na-reigh, na wysokości Trzech Sióstr. Trudno mi to określić precyzyjniej – AFAIR jest to czwarty parking w dolinie. Chodnik wspina się prosto w górę, cały czas wzdłuż potoku. Ścieżka jest wyraźna i raczej nie ma możliwości by ją zgubić. Wspięcie się na obniżenie w grani zajmuje około dwóch dość nudnych godzin, praktycznie bez widoków – te odsłonią się dopiero po osiągnięciu grani. Wreszcie wychodzimy na szeroką przełęcz, skąd rozpoczyna się nasza właściwa trasa, wyglądająca póki co dość niewinnie:

Na przełęczy spotkaliśmy sympatycznego tubylca, z którym ucięliśmy pogawędkę. Wyglądał na niezłego dzika, zresztą napomknął, że 14 lat temu łaził w zimie po Tatrach Wysokich. Na nasze pytanie o szlak udzielił nam przydatnej informacji, żeby przy schodzeniu uważać na fałszywą ścieżkę prowadzącą w przepaść, dodał też, że ta grań to coś w stylu tatrzańskiej "path of the eagles". Tak więc zaczynało zapowiadać się ciekawie, chociaż  początek szlaku był bardzo łatwy:

Pierwszym wzniesieniem na trasie jest Am Bodach, 943m n.p.m. W tym rejonie napotyka się już wstępne trudności: strome i eksponowane trawersowanie skalnego zbocza, zdecydowanie podwyższające poziom adrenaliny. Kiedy przez nie przechodziliśmy, wydawało nam się dość hardkorowe. Pod koniec trasy uznaliśmy, że to była dopiero rozgrzewka.

Na tym odcinku, z wyjątkiem wspomnianego miejsca, szlak nie jest jednak szczególnie trudny, a tylko eksponowany, jak to graniówka:

Prawdziwe szaleństwo sytuuje się na odcinku grani pomiędzy Meall Dearg a Stob Coire Leith, w rejonie Crazy Pinnacles, które my, nic jeszcze nie wiedząc o tej nazwie, ochrzciliśmy Wariatami:

Do Wariatów, które już z tej odległości prezentowały się raczej niepokojąco, czekała nas jeszcze jedna ciekawa akcja.

Grupa Bideana nam Bian: Stob Coire nan Lochan, Aonach Dubh, szczyt Bideana, stob Coire nam Beith; w dole Loch Achtriochtan

Crazy Pinnacles

Atrakcją okazał się piękny 15-metrowy komin, który z punktu, z jakiego ujrzeliśmy go po raz pierwszy, prezentował się po prostu strasznie. Było to pierwsze (i po prawdzie ostatnie, acz tylko dlatego, że potem nie miałabym odwagi na wycofywanie się) miejsce, gdzie powiedziałam: pieprzę, nie idę. Na szczęście M. namówił mnie, żebym zeszła aż do samego podnóża komina i dopiero stamtąd oceniła możliwości – faktycznie, z tej perspektywy wyglądał na całkiem łatwy. Owszem, totalnie pionowy, ale tak znakomicie wyrzeźbiony, że szło się jak po drabinie, bez żadnych trudności.

W drodze wyjątku, poniższe zdjęcia z braku materiału własnego pozwoliłam sobie przekopiować ze strony www.gla.ac.uk:

My dysponujemy jedynie fotkami ze środka komina:

O ile komin wyglądał tragicznie, a okazał się łatwy, o tyle na Wariatach było inaczej. I wyglądały, i były hardkorowe. Ekspozycja cały czas, momentami bardzo poważna, ŻADNYCH ubezpieczeń, skały generalnie nieźle wyrzeźbione, ale w kilku wspinaczkowych momentach nie było łatwo o dobry chwyt. Jak to ujął autor naszej książki: (…) it also offers several heart-stopping moments if you’re not used to exposure – ja bym nawet zaryzykowała stwierdzenie, że obycie z ekspozycją wcale nie miało kluczowego znaczenia, ponieważ ten szlak jest autentycznie trudny sam w sobie.

Za Wariatem Stob Coire Leith i najwyższy na trasie Sgorr nam Fiannaidh

Z zdjęciami o tyle jest problem, że 1) nie w każdym miejscu da się wyjąć aparat; 2) nie są w stanie w pełni oddać głębi i perspektywy. Z pierwszego powodu tak mało tu tych "heart-stopping" akcji, z drugiego – nawet te miejsca, które uwieczniliśmy, wyglądają na fotkach dużo niewinniej niż w rzeczywistości. Potencjalni czytelnicy muszą mi uwierzyć na słowo, do jakiego stopnia zwariowany jest ten szlak. Nie umiem ocenić, na ile jego trudność jest spowodowana brakiem ubezpieczeń, nie wiem, czy ołańcuchowany stałby się banalny. W każdym razie w takiej postaci, w jakiej jest teraz, spokojnie wytrzymuje porównanie z zejściem z Koziej Przełęczy do Pięciu Stawów, a na pewno jest dużo gorszy niż np. Granaty.

Poniżej kolejny komin, których trochę tam jest. Same w sobie do przejścia, są groźne z powodu ekspozycji: upadek niesie bardzo duże ryzyko zatrzymania się dopiero na dole.

Łatwiejsze partie pozwalają ponacieszać się trochę widokami. Od strony Glencoe zdecydowanie dominuje masyw Bideana.

Aonach Eagach oznacza notched ridge, pokarbowaną grań. Trudno o nazwę mniej pretensjonalną w swej trafności:

Na szlaku co kilkanście / dziesiąt metrów pojawiają się kilkumetrowe ścianki, niebezpieczne z tego samego powodu co kominy: ekspozycji. Nie można sobie tutaj pozwolić na zlekceważenie zasady trzech punktów oparcia, trzeba szukać chwytu aż do skutku. Nieodzowne okazuje się schodzenie przodem, które jak większość kobiet odbieram jako nienaturalne.

Przed nami ostatnie i najgorsze momenty, najwyższy z Wariatów:

To zdjęcie jest klasycznym przykładem wypaczania rzeczywistości przez obiektyw. Fragment grani, na którym siedzę, musieliśmy pokonywać okrakiem. Z obu stron opadają mocno nachylone żleby, które na fotce zlały się z planem pierwszym, zwłaszcza prawy – za szarym kamieniem jest spad, i to taki, że gdyby polecieć, zatrzymało by się pewnie dopiero na blacie szosy A82. 

A tu najlepsze miejsce trasy, zaiste heart-stopping. Uwaga: szlak biegnie trawersem przez trawki aż do widocznego w dole komina zawieszonego nad przepaścią. Nie jestem w stanie określić dokładnego przebiegu drogi, ponieważ mnie samą zastanawia, jak właściwie myśmy tamtędy zeszli:

Zbliżenie na komin. Z tym miejscem naprawdę były jaja: nie dość, że wąski, nachylony i trudny, to jeszcze sprowadzał na wąską eksponowaną półeczkę, a dalej wcale nie było lepiej….

W kominie:

Kiedy już udało się nam przedostać na półkę, czekała nas wspinaczka kilkunastometrową ścianą, która z dołu wyglądała na świetnie wyrzeźbioną (zasada: myśl nie o przepaści za tobą, a o faktycznych trudnościach zadziałała bez pudła, wspinaczkę zaczęłam bez strachu), ale okazała się raczej przesrana, ponieważ uformowana była z grubsza w bardzo wysokie schody, tak wysokie że ani nogi zadrzeć, ani się złapać (krawędź schodów to jedna z ostatnich rzeczy, jakie chciałabym widzieć jako uchwyt). Jakoś się udało, ale nie bez trudu i stresu. W tym momencie byłam już w 100% pewna, że prędzej zadzwonię po 911 niż zawrócę, gdyby była taka konieczność. Za nic nie chciałam schodzić tą ścianką.

Na szczęście nic gorszego już na nas nie czekało. Przy czym nie był to bynajmniej koniec trudności. Tu akurat fragment "relaksacyjny":

Po kilku kolejnych ściankach przyszła kolej na ostatni już komin na trasie. Szlak, wyraźnie widoczny za M., doprowadza do miejsca, którego w żaden sposób nie da się ominąć:

Jedyny sposób to przejście tym właśnie kominkiem (po lewej), starając się wystawać z jego rynny najmniej, jak to możliwe:

Na szczęście zejście od drugiej strony okazało się dużo mniej ryzykowne:

Od Crazy Pinnacles aż do Stob Coire Leith, i dalej do najwyższego punktu na trasie, Sgorr nam Fiannaidh, grań nie sprawia już żadnych kłopotów. 

Na przełęczy pomiędzy Stob Coire Leith i Sgorrem spotkaliśmy dwoje turystów, faceta z młodziutką dziewczyną. Po udzieleniu nam informacji co do drogi zejścia wyjawili, że planują przejść całą grań. Zdziwiliśmy się, bo było już po 18, ostrzegliśmy ich uczciwie o trudnościach jak i o tym, że my robiliśmy odcinek od pierwszej przełęczy trzy godziny. Podziękowali, ale nie wyglądało że informacje te wywarły na nich szczególne wrażenie. Rozeszliśmy się każda para w swoją stronę.

Widok ze Sgorra nam Fiannaidh jest piękny i rozległy, ale prawdę mówiąc marzyliśmy już tylko o tym, by jak najszybciej zejść i zdobyć coś do picia, ponieważ tuż po Wariatach skończył nam się niemały przecież zapas.

 Sgorr nam Fiannaidh

Za szczytem należy bardzo uważać: przed oczkiem wodnym zbiega w dół fałszywa ścieżka, która sprowadza do przepaści. Należy ją ominąć, a za chwilę trafi się na właściwą, oznaczoną kopczykami z kamieni.

Zejście jest męczące, długie, upierdliwe i nie do końca bezpieczne. Bardzo strome piargi albo (momentami lekko eksponowane) skałki. Oczywiście do Wariatów nie ma porównania, ale na pewno należy uważać, zwłaszcza że człowiek zmęczony traci pewność ruchów. Droga w dół zajęła nam dwie godziny. Do parkingu szliśmy jeszcze około czterdziestu minut, podziwiając naszą grań:

Ściemniało się już, siąpił rzadki deszczyk. Zastanawialiśmy się, gdzie są teraz napotkani przez nas turyści, czy jeszcze w górze, czy też udało im się zejść bezpiecznie. Odpowiedź przyszła do nas sama. Zaczepiły nas kolejno dwie ekipy ratowników, wypytując, czy to my jesteśmy Andrew i jego towarzyszka, którzy zadzwonili z grani, że utknęli i proszą o pomoc. Udzieliliśmy możliwie jak najobszerniejszych informacji co do miejsca i godziny, kiedy to widzieliśmy ich na trasie, życzyliśmy ratownikom powodzenia i poszliśmy w swoją stronę. Nie sądzę, żeby akcja miała się zakończyć źle – jeśli tylko nasi turyści byli na tyle inteligentni, by nie posuwać się dalej tylko zabiwakować w osłoniętym miejscu, nic nie powinno im się stać. Później w samochodzie zastanawialiśmy się jeszcze, czy nie mogliśmy ostrzec ich jakoś skuteczniej, bardziej przestraszyć, ale z drugiej strony – skąd mieliśmy wiedzieć, czy nie mamy do czynienia z dzikami takimi jak ten pierwszy facet? Mam w każdym razie nadzieję, że wszystko zakończyło się szczęśliwie.

Trasa dostaje ode mnie *****. Szlak tylko dla osób obytych z ekspozycją, które są pewne, że nie sparaliżuje ich lęk wysokości. Sporo podciągania na rękach. Koniecznie należy pamiętać o zasadzie trzech punktów oparcia, ścieżki szukać ostrożnie (momentami wariantów przejścia jest więcej, nie warto ryzykować trudniejszego). Brak możliwości wcześniejszego zejścia z ponad trzykilometrowej grani. Przy złej pogodzie, śliskiej skale lepiej się wycofać póki jeszcze można. Schodząc z ostatniego szczytu na trasie uważać na ścieżkę.

My wybieramy się tam znowu za rok, potrenować przed Orlą Percią. Miłośnikom tego typu przejść grań Aonach Eagach z pewnością się spodoba.