Zmałpiej!


… czyli jak zakosztować emocji związanych z wysokością bez wybierania się w góry.

W Dniu Dziecka zrobiliśmy sobie prezent szalejąc na Go Ape. Go Ape, cytuję za ulotką an award-winning high wire forest adventure course, mieści się w David Marshall Lodge Visitor Centre, obok miejscowości Aberfoyle w Trossachs. Dojazd z Glasgow drogą A81, ze Stirling kolejno A84, A873 i A81, ale najbardziej polecam opcję przejechania najpierw przez Callander, a potem w sąsiednim Kilmahog odbicie na A821, aby doświadczyć fantastycznej drogi przez wysoko położoną Dukes Pass. Widoki na Trossachs i Loch Venachar wymiatają.

Jako że bilety trzeba rezerwować wcześniej, będąc u celu udaliśmy się najpierw do kasy, gdzie potwierdziliśmy rezerwację, zostawiliśmy co cenniejszą zawartość kieszeni, oraz otrzymaliśmy karty z zasadami bezpieczeństwa do podpisania. Karty zawierały m.in. informację, że już dwie osoby zleciały na Go Ape, ponieważ nie zabezpieczyły się prawidłowo. Trochę nas zaniepokoił brak uzupełnienia, co się z nimi stało.

Po formalnościach trzeba było jeszcze chwilę poczekać, aż skończy się szkolić poprzednia grupa, i przyszła kolej na nasz trening. Każdy dostał od instruktora uprząż z dwoma karabinkami oraz został dopilnowany, by założyć ją prawidłowo (jak mnie pan instruktor docisnął, miałam wrażenie, że mi odpadnie górna połowa ciała). Zostaliśmy jeszcze raz pouczeni o zasadach bezpieczeństwa, po czym najpierw pokazano nam, jak i w jakiej kolejności należy się wpinać w zabezpieczenia, a potem każdy demonstrował, czy załapał.

Kiedy instruktor uznał, że jesteśmy gotowi, można było zacząć zabawę. Zacząć od razu, bowiem na teren Go Ape dostaje się półkilometrowym zjazdem nad doliną (poniżej stanowisko zjazdowe):

Początek zjazdu:

Widoki podczas zjazdu są fantastyczne, ale zrobienie zdjęć ze względów oczywistych jest dość trudne.



Kiedy się czekało na swoją kolej, wrażenie było naprawdę niesamowite: malejące figurki znikały kolejno w pokrytym mgłą lesie… Było, nie ma. Następny… A jeśli to wszystko podpucha, i coś tam na nas czyha?;D

Ten pierwszy zjazd dostarcza adrenaliny do tego stopnia, że kiedy w lesie człowiek otrzepuje się z trocin i przestaje się już śmiać, od razu ma ochotę na więcej i pędzi szukać wrażeń.

Go Ape jest podzielone na pięć sekcji, tak zorganizowanych, że automatycznie trafia się z jednej do drugiej, a każda kolejna jest tworzona przez wyższe platformy, co pozwala się oswoić z wysokością, a ta pod koniec jest naprawdę konkretna. Każda sekcja to kilka różnego rodzaju mostków rozpiętych pomiędzy platformami i zakończonych zjazdem. Żeby wejść na teren danej sekcji, trzeba wstukać kod, podany wcześniej przez instruktora. Kod zmienia się codziennie, więc mój sprytny plan, żeby znaleźć naziemną drogę na Go Ape i przyjeżdżać sobie tak często jak tylko się chce na darmową rozrywkę (bo wkrótce mamy sobie kupić własne zestawy do via ferrat) nie ma niestety szans realizacji 😉

Wpinanie się jest bardzo łatwe, zresztą pod drzewami kręcą się instruktorzy, których można poprosić o pomoc. Ponadto na platformie mogą być jednocześnie obecne trzy osoby, więc w razie czego kolega może potwierdzić, czy zabezpieczyliśmy się prawidłowo.



Mostki są bardzo różne, oprócz tych sfotografowanych pamiętam jeszcze podłużną ażurową beczkę, do której wchodziło się na czworakach.

Najlepsze są i tak zjazdy pod koniec, każdy kolejny z większej wysokości. Ostatni naprawdę odrobinę zmiękcza kolana.

Najtrudniejszym przejściem okazał się mostek (określenie mocno na wyrost) utworzony z luźno zwisających strzemion. Był też jedynym, obok którego prowadziło przejście alternatywne, ze zwisających poziomo palików. Przyznaję że zdecydowałam się na to drugie, widząc jakie akrobacje wyprawia Mariusz na strzemionach (albo raczej, co strzemiona wyprawiają z Mariuszem). Aczkolwiek szacunek, bo poradził sobie pięknie.

Najważniejsze to pokonać odruch chwytania wszystkiego rękami. W uprzęży jesteśmy bezpieczni czy się trzymamy, czy nie, więc rozpaczliwe łapanie się czego popadnie naraża nas jedynie na późniejsze zakwasy.

Ostatnia sekcja trochę nam dała popalić. Znajduje się tam najbardziej hardkorowy element, wysoki tarzan swing, gdzie cały wic polega na tym, że lina jest luźna – więc najpierw się spada, a dopiero potem leci, by jak wór kartofli pieprznąć w siatkę. Tu nie wystarczy się dyskretnie zsunąć z platformy, tu już trzeba skoczyć. Czy z pozycji pionowej czy kucznej, skok w dół jest nie do uniknięcia, wbrew protestującemu instynktowi przetrwania. Większość z nas poradziła sobie w miarę bezboleśnie, ale jeden kumpel przestał na platformie prawie 10 minut zanim się pod wpływem intensywnego dopingu zdecydował.

Po przejściu wszystkich sekcji wracamy tak jak przybyliśmy, zjazdem nad doliną. Mały ekran umieszczony na platformie pozwala zobaczyć, czy poprzednia osoba już wylądowała.

I na tym zabawa się kończy. Podobało się nam bardzo i na Go Ape na pewno jeszcze przyjedziemy.

Info praktyczne na stronie www: goape.co.uk
Tam też należy rezerwować bilety (alternatywą jest telefon ale wtedy płacimy funta więcej). Koszt biletu to 25 funtów dla dorosłych i 20 dla dzieci powyżej 10. roku życia.
Na stronie jest spis wszystkich 16 Go Ape’ów na terenie UK (w Szkocji znajduje się tylko ten jeden). Są też filmiki.


Kurcze, gdyby mnie było stać jeździłabym tam co weekend 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s