Bynack More


Nr 79, Bynack More

Wymowa: bajnak mor

Znaczenie nazwy: the big cap

Wysokość: 1090m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 54.

Data wejścia: 25.09.11


Bynack More zamyka Cairgormsy od północy. Zanim zacznę opisywać trasę, zachęcam do porównania zdjęć z tej i poprzedniej notki, jak również zwrócenie uwagi na jakich miejscach listy znajdują się opisywane w nich munrosy.

Parkujemy opodal Reindeer Centre (fajna rzecz, chętnie kiedyś odwiedzę: >>LINK<<). Z początku wędrujemy wzdłuż szosy, by po krótkim czasie osiągnąć najładniejszą część trasy, Ryvoan Pass. Jest to wąskie gardło pomiędzy dwoma niskimi masywami, pokryte wspaniałą bujną roślinnością. Jest też atrakcja w postaci szmaragdowego jeziorka Lochan Uaine (genialny plener zdjęciowy!)

Kiedy dolina się kończy, wychodzimy na rozległą równię skąd widać przedwierzchołek naszego munro, Bynack Beag. Zachodzimy główne plateau szerokim łukiem, więc cairgormskich "olbrzymów" nie widać, okoliczne wzniesienia są niewielkie i jedynym munrosem w polu widzenia jest Bynack.

Bardzo łagodnie wznosząca się ścieżka wyprowadza na płaskowyż. Nie jest to oczywiście główne plateau, które usytuowane jest w zupełnie przeciwnym kierunku i z którym masyw Bynacka się nie łączy. Stąd widać już kopułę szczytową góry. I jedyne nieco ostrzejsze podchodzenie pod górę to właśnie kopuła, większa część trasy biegnie po niemal płaskim terenie.

Dawno nie byłam na tak długiej, a jednocześnie lekkiej wycieczce. Bynacka zdobywa się praktycznie bez wysiłku. Jedynym czynnikiem uprzykrzającym życie była tradycyjna cairgormska piździawa. Tym razem nie aż tak silna żeby przewrócić, ale w rejonie szczytu zarzucało mną nieźle.

Niestety, nad głównym plateau stały chmury i widoków w tym najbardziej interesującym kierunku nie było. Ze względu na wiatr na wierzchołku posiedzieliśmy może z pięć minut. Zdecydowaliśmy się na powrót tą samą drogą – alternatywna schodzi w od razu w dolinę ale obawialiśmy się że będzie tam zbyt mokro, jako że cały dzień popadywało.

Po drodze spotkaliśmy dwa renifery, które musiały uciec z Reindeer Centre. Takie rzeczy to tylko w Cairngormsach 🙂 Bardzo lubię ten rejon właśnie ze względu na subarktyczny, jak dla mnie z lekka surrealistyczny klimat.

Lubię te góry zwłaszcza teraz jesienią, kiedy trawa zmienia kolor (w ogóle jesień to moja ulubiona pora roku tutaj):

I na koniec tradycyjna tęcza (wypad w Cairgormsy bez tęczy się nie liczy ;P):

Reasumując, bardzo przyjemna wycieczka, jak zwykle w ten rejon – taki lajtowy munro bagging przy w miarę ładnej pogodzie bywa bardzo sympatyczny. To jeszcze tylko 21 zostało do skompletowania pierwszej setki ;PPP

Sgurr Alasdair

Nr 78, Sgurr Alasdair

Wymowa: skur alasdier

Znaczenie nazwy: Alexander’s rocky peak

Wysokość: 992m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 154.

Data wejścia: 9.08.11

Sgurr Alasdair jest najwyższy w paśmie Black Cuillins. Nie leży w grani głównej a lekko na uboczu. Był doskonale widoczny z kempingu w Glen Brittle, wyglądał pięknie, i chyba to zdecydowało że wybraliśmy go na kolejny cel. Droga najłatwiejsza wiedzie przez kamienisty żleb Great Stone Shoot – my postanowiliśmy nią schodzić, na wejście zaś wybraliśmy grań południowo-zachodnią o wycenie scramblingowej 3 aka tatrzańskie 0+ (wybór umożliwiła książeczka Skye scrambles pod patronatem SMC, wspaniałe i wyczerpujące źródło informacji).

Startujemy z kempingu, za domkiem łazienkowym jest furtka, wiedzie stamtąd droga którą wbijamy na dzielący nas od Cuillinów niski wał. Otoczenie Coire Lagan ukazuje się nareszcie odsłonięte w całości – od lewej kolejno Sgurr Mhic Choinnich, Sgurr Alasdair, Sgurr Sgumain oraz Sron na Ciche.

Na rozwidleniu skręcamy w prawo – lewe prowadzi do Coire Lagan i będziemy nim wracać. My musimy jednak zajść Sron na Ciche od żopy strony, aby osiągnąć Alasdaira od pleców, z Coire a’Ghrunnda.

Kiedy zaczynamy wbijać się w górę, w kierunku kotła, coraz głębiej pomiędzy skalne zbocza i ściany, teren niesamowicie zaczyna przypominać Tatry Wysokie. Rzeźba, rodzaj skały, formacje, wszystko jest zadziwiająco podobne. Złudzenie pryska kiedy się odwrócimy – ten quasi tatrzański krajobraz dotyka do morza. Poniżej wyspa Soay:

Do Coire a’Ghrunnda trochę włażenia jest, mamy na tym odcinku sporo scramblingu, także trójkowego. Pamiętajmy jednak, że po osiągnięciu kotła zostanie nam jedynie symboliczna wysokość do celu – to jest praktycznie całe nasze podejście. Na zdjęciu dolny kocioł, by wbić się do tego właściwego trzeba wspiąć się na wysoki próg:

A tu Sgurr Sgumain i Sgurr Alasdair z Coire a’Ghrunnda – stąd już tylko krótki marsz na grań.

Skała nie wszędzie jest identyczna jak w Tatrach Wysokich, niemniej ogólne podobieństwo krajobrazu jest uderzające. W Szkocji nie ma drugiego takiego pasma jak Cuilliny. Są góry równie ciekawe pod różnymi względami, ale drugich takich Tatr w miniaturze nie ma. A przecież Cuilliny na liście munrosów wcale nie okupują wysokich lokat!

Tak prezentuje się Sgurr Alasdair ze Sgurr Sgumaina. Na przełęcz pomiędzy nimi można schodzić ostrzem grani, ale pod koniec może to być opcja nieco problematyczna, dlatego strawersowaliśmy ten fragment po stronie Coire Lagan.

Poniżej Sgurr Dearg a turnia na jego wierzchołku to Inaccessible Pinnacle. Bez wejścia na Inn Pinna nie można sobie zaliczyć tego munrosa.

Inn Pinn zzoomowany. Wchodzi się tak jak pan w pomarańczowym, po grańce o gdzieniegdzie 30 cm szerokości, acz podobno technicznie raczej łatwej. Schodzi – zjazdem z drugiej strony. Inn Pinn jest szczególnie ciężki dla osób nielubiących obustronnej ekspozycji i wiem że mnie poczesze w swoim czasie.

Poniżej południowy kraniec grani Cuillinów – Sgurr a’Choire Bhig i Gars-Bheinn.

Poniżej clou naszej trasy. Ten kominek jest najłatwiejszą opcją u zarania podejścia na wierzchołek Sgurr Alasdaira. Miał to być wprawdzie trójkowy scrambling, ale na zdjęciu w książce wyglądał nieszczególnie. Musieliśmy wziąć pod uwagę, że mogę tam potrzebować ubezpieczenia.

Kiedy podeń podeszliśmy, okazało się że wygląda inaczej niż w książce. Uważna analiza ujawniła, że w środku oberwał się blok skalny, dodając kilku stopni i chwytów w najtrudniejszym miejscu. Lina okazała się niepotrzebna.

Dalsza droga na Alasdaira była już prosta, znów można było iść ostrzem grani albo nieco z boku, w zależności od preferencji. Z tyłu Sgurr Sgumain a za nim Sron na Ciche:

Poniżej Sgurr Dubh na Da Bheinn i Sgurr nan Eag. Te wszystkie straszliwe nazwy w rzeczywistości mają absolutnie banalne znaczenie. Zresztą, ich fonetyczna zgroza także jest subiektywna – dla Brytyjczyka Jarząbczy Wierch czy Szeroka Jaworzyńska będą wyglądały i brzmiały równie bełkotliwie.

Sąsiedni munro Sgur Mhic Choinnich i wspinacze włażący King’s Chimney:

A to nieustraszony zdobywca na wierzchołku Sgurr Alasdaira. Faktycznie czuć, że jest najwyższy w paśmie.



Z Alasdaira łatwym scramblingiem schodzimy na przełęcz pomiędzy nim a Sgurr Thearlaich. Z przełęczy opada the Great Stone Shoot. Czułam, że będzie przewalony, ale jako weterankę która niejedno plugawe słowo rzuciła na drodze na Lodową Przełęcz przed zmodernizowaniem tamtego podejścia, nie był w stanie niczym mnie zaskoczyć. Powiem tyle, że tam naprawdę przydają się kaski oraz, że bardzo mnie cieszyło, że nikt za nami nie schodzi.

Naprawdę fajnie (i bezpieczniej) było znaleźć się na dole, w Coire Lagan. Kocioł budzi niebywale silne skojarzenia z Doliną Pięciu Stawów Spiskich – jezioro, skalne ściany dookoła, no i przede wszystkim piękne mutony. Niestety brak ekwiwalentu dla Terinki ale zawsze miło pomarzyć o słowackim piwie i parkach.

Ścieżka sprowadzająca z Coire Lagan łączy się wkrótce z tą dojściową – i szast prast jesteśmy z powrotem na kempingu.
Naszą trasę na Alasdaira bardzo polecam. Wszak dwukrotne pokonywanie Great Stone Shoot to byłby jakiś wyrafinowany masochizm. Jedynym trudniejszym – co nie znaczy że faktycznie trudnym – miejscem jest kominek, na pozostałych odcinkach scramblingowych wariantów jest wiele o różnych stopniach trudności. Nasz przewodnik opisuje jeszcze jedną trasę, przez grań południowo-wschodnią o gradacji zaledwie 2. Jakiejkolwiek opcji byście nie wybrali, na litość boską nie róbcie sobie tego i nie wchodźcie tym zakazanym żlebem. Męczenie się z nim w jedną stronę jest wystarczającą pokutą.

Mapka w przygotowaniu.

Beinn Alligin

Nr 76, Tom na Gruagaich, nr 77, Sgurr Mhor

Wymowa: tom na grujah; skur woor

Znaczenie nazwy: rounded hill of the maiden;  big peak (za MunroMagic)

Wysokość: 922m n.p.m.; 986m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 268.; 162.

Data wejścia: 2.08.11

Masyw Beinn Alligin to najmniej rozległy z trzech torridońskich olbrzymów. Pozostałych dwóch, Beinn Eighe i Liathach, nie trawersuje się zazwyczaj w całości, poprzestając na ogarnięciu fragmentu z munrosami, Beinn Alligin można za to bez problemu ogarnąć cały i nie jest to bynajmniej ekstremalna wyprawa.

Start z parkingu parę km za Torridon (przy drodze na Diabaig). Cel widać jak na dłoni. Najpierw będziemy piąć się w kierunku kotła pomiędzy ramionami pierwszego z munrosów w masywie, Tom na Gruagaich. Ścieżka jest wyraźna, inaczej niż w przypadku poprzedniej wycieczki mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć że zgubić się jej łatwo nie da.


Za pierwszym munrosem sytuacja będzie następująca: najwyższy punkt masywu, munro Sgurr Mhor, a potem trzy szczyciki Horns of Alligin, gdzie miało być trochę scramblingu (zwróćcie uwagę na szczelinę poniżej wierzchołka Sgurr Mhor):


Droga na Toma stromieje dopiero w kotle. Musimy wbić się na ramię po prawej stronie które szybko wyprowadza na wierzchołek. Wrażenie zrobiła na mnie głębia kotła Toll a’Mhadaih na którego stronę opada bardzo strome, niesamowite zbocze ukształtowane w charakterystyczny dla gór w tym rejonie sposób – całe pokryte regularnym deseniem skał ułożonych w poziome pasy.


W tle kolejno corbett Beinn Dearg, fragment Beinn Eighe oraz Liathach

Z wierzchołka dość stromo schodzimy na przełęcz, potem wznosimy się kawałek, osiągamy pomniejszy bezimienny szczycik, i dopiero stąd zaczyna się właściwe podchodzenie na Sgurr Mhor. Trasę urozmaicają klasyczne torridońskie "stosy bułek":


W krajobrazie największe wrażenie robi Liathach, choć grani Am Fasarinen właściwie nie widać, za to pięknie lansują się Northern Pinnacles:


Finałowe podejście jest zaskakująco łagodne i krótkie, dużo bardziej niż wydawało się z pierwszego munro. Idzie ekspresowo.

Szczelina opadająca spod wierzchołka – Eag Dubh, Czarna Szczerba – oglądana od góry po prostu rozwala!

Widoki ze szczytu moim subiektywnym zdaniem najbardziej spektakularne są na północ i zachód. Na morzu widać półwysep Trotternish na Skye, a dalej Hebrydy Zewnętrzne. Na północy można wypatrzeć An Teallach. Doliny po drugiej stronie masywu to pustkowie:

Fajnie prezentują się stąd Hornsy, choć wrażenie ostrości grani jest wywołane wyłącznie przez kąt pod jakim zostało zrobione zdjęcie. 

Na Hornsach scrambling jest opcjonalny, można trawersować po prawej, ale że nie jest trudno, warto przejść się granią wprost.

Zejście, z początku średnio lub bardzo strome, szybko łagodnieje a reszta drogi to już spacer doliną. Byłam zaskoczona jak szybko zleciał mi cały ten trawers – wcale nie mieliśmy rewelacyjnego tempa (nigdy nie mamy :P), a odcinek od pierwszego munro do końca grani Hornsów pokonaliśmy w AFAIR godzinę dwadzieścia, z postojem na posiłek. 

Wypad był bardzo fajny, niemniej z Liathach porównania nie ma – przede wszystkim scrambling jest o wiele łatwiejszy i nigdzie nie ma prawdziwej ekspozycji. Natomiast widoki na zachód, na morze, są o wiele bogatsze. Nabijać sobie munro-licznik takimi wycieczkami to czysta przyjemność.

Mapkę zrobię ASAP.

Sgurr nan Gillean


Nr 75
, Sgurr nan Gillean

Wymowa: skur nan giljan

Znaczenie nazwy: rocky peak of the young man (za MunroMagic)

Wysokość: 964m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 191.

Data wejścia: 31.07.11


Naszą przygodę z Black Cuillins na wyspie Skye postanowiliśmy rozpocząć właśnie tym przepięknym i charakternym munrosem. Prowadzą na niego trzy granie o różnym stopniu trudności. Najcięższa, Pinnacle Ridge, to piątkowy scrambling (tatrzańskie 3) i wymaga umiejętności zjeżdżania, którego ja wciąż muszę się nauczyć. Droga turystyczna to miejscami eksponowany, trójkowy solidny scrambling (tatrzańskie 0+) i nią mieliśmy schodzić. My wybraliśmy opcję trzecią, przez West Ridge. Ma ona również kilka wariantów do których jeszcze wrócę, nasz był najłatwiejszy (technicznie co nie znaczy że psychicznie), jedynkowy.

Zatrzymaliśmy się u przeciwległego, południowego krańca Cuillins, na kempingu w Glen Brittle (o kempingach napiszę oddzielnie). Jest to fantastyczny punt wypadowy w pasmo.


Droga rozpoczyna się z parkingu opodal Sligachan Hotel. Cel widnieje prosto przed nami, monumentalna bryła trzech szczytów: Sgurr nan Gillean, Am Basteir z jego słynnym zębem oraz już mniej śmiały Bruach na Frithe.


Póki co naszym celem jest przełęcz pomiędzy Sgurrem nan Gillian a Am Basteirem. Droga idzie prosto jak strzelił. Z początku wędrujemy wrzosowiskiem, wkrótce – na wysokości Basteir Gorge – grunt robi się stromszy i skalisty, natomiast pod samą przełęcz podchodzimy stromym piargiem.

Tak z podejścia prezentuje się Pinnacle Ridge:


A tak West Ridge (samego wierzchołka nie widać):


Z przełęczy możliwe są cztery warianty: dwa dwójkowe i dwa jedynkowe. Trudniejsze Nicholson’s Chimney oraz Tooth Chimney wyprowadzają na grań powyżej jej kluczowego miejsca, czyli Arete. Łatwy komin Tooth Groove wyprowadza wprost na Arete, a Lota Ledge idzie w ogóle od drugiej strony. My wybraliśmy wariant przez Tooth Groove. Oznaczało to dla mnie konieczność zmierzenia się z moimi lękami. Arete to krótki, ale bardzo i obustronnie eksponowany odcinek grani. Mimo jego niewielkiej technicznej trudności oboje wiedzieliśmy, że muszę tam iść na linie. Nie chcieliśmy powtórki z Lodowego Konia, a tu grań miała być węższa.

Tooth Groove to komin na wysokości pana w czerwonym polarze:

Ekipa przed nami w kominie:

Faktycznie okazał się prosty i równie dobrze mogliśmy użyć liny dopiero na górze.

Arete okazało się dokładnie tak przerażające jak sobie wyobrażałam. Grań na tym naprawdę krótkim odcinku tworzy kilka bloków skalnych, trochę podobnie jak na Koniu ale są mniejsze i nie da rady się po nich suwać. Ekspozycja jest ogromna. Potem mamy czterometrową ściankę, wciąż w ekspozycji, i… to koniec trudności. Dosłownie kilka metrów, nie wyglądających źle, ale z taką lufą, że nie można sobie pozwolić na najmniejszy błąd.

Mariusz przeszedł ten kawałek na pełnym luzie, na żywca, w ogóle nie zdeprymowany. Idąc tłumaczył mi gdzie będę mieć dobre stopnie i chwyty. Ciężko mi było na to patrzeć i odetchnęłam z ulgą kiedy skończył z przelotami i usiadł w już bezpiecznym miejscu.

Na Arete jak wspomniałam absolutnie nie dało by rady się suwać, należało tu wykonać kilka manewrów. Dla osoby z lękiem ekspozycji prawdziwe wyzwanie, nawet na linie (na żywca po prostu bym tam nie poszła). Chwyty i stopnie były, nie wszędzie rewelacyjne ale wystarczające. Przeszłam sprawnie, pozdejmowałam przeloty. Lufa wywarła na mnie ogromne wrażenie ale dzięki asekuracji mogłam się skupić na trudnościach technicznych, a te nie były duże. 

Reszta grani to dwójkowy – trójkowy scrambling, miejscami bardzo stromy ale z doskonałym tarciem. Bezpośredniej lufy już wiele nie ma, a jeśli już to tylko na jedną stronę.

Poniżej widok na Am Basteir, na którego również podchodzi się z tej przełęczy:

Tuż pod szczytem przechodzimy przez okno skalne:

O wierzchołku Sgurr nan Gillean przewodniki rozpisują się, jaki to on nie jest "powietrzny". Tu w Szkocji górskie szczyty poza Cuillinami są znacznie szersze i nie tak eksponowane, a przynajmniej nie z każdej strony, stąd wierzchołek porównywalny ze świnickim pod względem rozległości i lufiastości jest czymś na tyle niecodziennym, by robić z niego coś w rodzaju Żabiego Konia…

Żeby dostać się na południowo-wschodnią grań należy przejść przez długie i faktycznie nieźle podcięte, ale absolutnie bezproblemowe bloki skalne, po czym – z początku bardzo stromo – scramblingować w dół. Ta droga "turystyczna" nie cieszy się zbyt dobrą sławą, jako że (w lokalnych warunkach) swoim stopniem trudności przewyższa najcięższe warianty na większość gór. Mamy tu do czynienia z konkretnym scramblingiem, dla osoby chodzącej po Tatrach, nawet tylko po polskiej stronie i po szlakach, nie przedstawiającym niczego nowego. Faktem jednak jest że dla tych munro-baggerów, którzy nie mają aspiracji wspinaczkowych i na co dzień są przyzwyczajeni do podejść ścieżkami, może to być zupełnie nowa jakość.  

Na początku scramblingujemy bezpośrednio granią, po pewnym czasie jest możliwość przeniesienia się na łatwiejszy teren po prawej stronie. Droga wcale nie jest do końca oczywista i trzeba wybierać ją rozważnie, zwłaszcza kiedy idzie się w chmurach. Nam jak widać pogoda dopisała.

Jeden z fragmentów czysto scramblingowych:

W teorii powinno się zejść do przełęczy, ale kiedy grunt na zboczach trochę się położył, ścięliśmy kawałek. Droga powrotna do Sligachan jest niestety dużo dłuższa od podejścia i z początku wiedzie męczącym rumowiskiem. 

Wycieczka była po prostu wspaniała i większej zachęty do dalszej eksploracji Czarnych Cuillinów nie mogłam sobie wymarzyć. Z moim lękiem ekspozycji poradziliśmy sobie liną i polecam to wyjście wszystkim z analogicznym problemem, jako że technicznie naprawdę trudno nie jest. Przypominam też o pozostałych trzech wariantach. Ponadto West Ridge jest dużo krótsza od grani turystycznej, więc choć w jedną stronę ułatwiamy sobie życie.

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<

Beinn Ime i Beinn Narnain


Nr 73,
Beinn Ime i 74, Beinn Narnain

Wymowa: bin im; bin narnein

Znaczenie nazwy: hill of the butter; hill of the notches (za MunroMagic)

Wysokość: 1011m n.p.m.; 926m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 118.; 259.

Data wejścia: 22.05.11

Słabe prognozy pogody położyły naszą szansę na scrambling, przeprosiliśmy się więc z munro-baggingiem. Zależało nam żeby było blisko i nie bardzo długa trasa (12 km w deszczu a 20 ROBI różnicę) więc padło na Arrochar Alps, gdzie mieliśmy jeszcze trzy munrosy do przejścia. Jeden z nich nie spełniał kryterium krótkości trasy, pozostały więc Ben Ime oraz Ben Narnain, sąsiedzi jednej z naszych ulubionych gór Cobblera.

Samochód zostawiliśmy na znanym już nam parkingu w Succoth (nie wiem czy to się kwalifikuje jako część Arrochar czy odrębny przysiółek), wystarczy przejść na drugą stronę szosy i zaczyna się podejście (patrz mapka). Odcinek zalesiony jest o tyle przyjemny, że można się dobrze rozchodzić jako że nie jest stromo.

Pogoda nie pozostawiała miejsca na złudzenia, ale nastroje mieliśmy bardzo pozytywne, wielkich oczekiwań brak, miał być pożytecznie spędzony dzień i danie sobie w dupę, plus dla mnie i Mariusza kolejna zdobycz.

Loch Long i miasteczko Arrochar

Po wyjściu z "lasu" (w cudzysłowie bo tatrzański bór to to nie jest) osiągnęliśmy łyse Narnain Boulders, skąd widać już górne partie okolicznych wzniesień. Szliśmy ścieżką biegnącą pomiędzy Cobblerem a Beinn Narnain, wyprowadzającą na wielką przełęcz dzielącą ten ostatni od Beinn Ime. Na tym odcinku mieliśmy śmieszną przygodę – jedna z owiec, które niechcący spłoszyliśmy, przewróciła się na bok a że jej futro było bardzo namoknięte więc zapewne ciężkie, nie potrafiła wstać jedynie desperacko wymachując odnóżami. Była tak przerażona że nikt nie miał ochoty robić sesji zdjęciowej, Mariusz po prostu popchnął ją lekko tak że stanęła na nogi i tyle ją widzieliśmy (uratował owcę, przypominam, już po raz drugi ;)).

Z przełęczy na Beinn Ime wchodzi się połogim zboczem. Jest to najwyższy munro w Alpach Arrocharskich, ale – przynajmniej od strony naszego wejścia – niezbyt ciekawy.

Podczas wchodzenia na Beinn Ime, na II planie Beinn Narnain i the Cobbler

Powiem szczerze że włażenie trochę dało mi w kość, osobliwie w tych warunkach pogodowych. Przypominam jednak że nasz parking leżał prawie na poziomie morza (Loch Long jest fiordem). Plus, z przyczyn niezależnych od nas rzadko ostatnio łazimy, więc i kondycja spada…

Wierzchołek Beinn Ime osiągnęliśmy w mleku więc ewakuowaliśmy się dość szybko, tym bardziej że wiatr zrobił się masakryczny (nie wiedzieliśmy, że to dopiero preludium).

Zeszliśmy do przełęczy skąd nieco stromszy stok wyprowadzał na długi grzbiet Beinn Narnain.

Pogoda szalała, wiatr dawał z siebie wszystko, chmury pędziły więc warunki zmieniały się jak w kalejdoskopie: przez dwie minuty szliśmy w mleku, by przez następne dwie doświadczać pięknych widoków i nawet słońca, na grad i sporo deszczu też się znalazło miejsca, a jakże. Po osiągnięciu najwyższego punktu Beinn Narnain mieliśmy więcej szczęścia niż na poprzednim munrosie, bo COŚ było widać. Poniżej za Eweliną Loch Long.

A jeszcze niżej – Loch Lomond i Ben Lomond.

Już na grani szczytowej widać było, że Beinn Narnain nie jest takim zupełnie nudnym plaskaczem – było trochę skałek i bulderków; ale dopiero droga zejściowa okazała się naprawdę malownicza. Zamiast monotonnego zbocza ścieżka biegnie przez mały park skalny.



Na wypłaszczeniu poniżej wiatr dał czadu jak jeszcze nigdy. Do wglądu na moim profilu na fb – Daniel nakręcił dwa filmiki. Aż ciężko to opisać :)) Chłopaki choć więksi mieli pewien problem żeby ustać na nogach, a ze mną i z Eweliną wiatr robił co chciał, z przewracaniem włącznie. W pewnym momencie Mariusz prowadził mnie za pas biodrowy żebym była w stanie normalnie iść.



Niestety wietrzysko bardzo długo nie chciało ucichnąć, nawet kiedy już niewiele mieliśmy do granicy lasu dobrze dawało czadu. Zaliczyliśmy też kolejne sekwencje deszczu i słońca na przemian.

Poniżej: jeśli będziecie PODCHODZIĆ z Succoth na Beinn Narnain, to po pierwszej sekwencji leśnej kiedy osiągniecie szeroką drogę którą należy przeciąć, początek kontynuacji wygląda tak (zamieszczam zdjęcie ponieważ moim zdaniem nie jest ewidentne że to ścieżka):

A ta pierwsza sekwencja też jest raczej dzika:

Trasa jest fajna, w ogóle rejon Arrochar oferuje śliczne widoki z racji iż jest tam sporo lasów, więc krajobraz nie jest księżycowy jak choćby w rejonie bliskiej grupy Lawersa. Jeśli komuś mało może zrobić ją z trzecim munrosem, Ben Vane, ale tu już wymagana jest lepsza niż nasza kondycja i pogoda. Bardzo sympatyczne munros, zwłaszcza Beinn Narnain (plusy głównie za malowniczą drogę zejściową). Z Cobblerem łączyć nie polecam, tej górze warto poświęcić całkiem osobny wypad.

Beinn an Dothaidh


Nr 72,
Beinn an Dothaidh

Wymowa: ben an do-hi

Znaczenie nazwy: hill of the scorching (za MunroMagic)

Wysokość: 1004m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 129.

Data wejścia: 26.02.11

Beinn an Dothaidh, choć nie byliśmy na nim wcześniej, nie był nam górą nieznaną. Raz że jest częścią Great Wall of Rannoch, koło którego przejeżdżamy zawsze w drodze do Glencoe / Fort William / generalnie w bardziej północne rejony zachodniego Highlandu. Po drugie połowę drogi na niego mieliśmy już kiedyś zrobioną, bo munros ten łączy się z drugim, Beinn Dorainem, naszym pierwszym w ogóle, a najdogodniejsza trasa na oba wiedzie przez przełęcz pomiędzy nimi.

Parkujemy w Bridge of Orchy, koło stacji kolejowej. Po przejściu krótkim tunelem pod torami od razu zaczyna się nasza trasa. Nawigacyjnie jest to jedna z najbardziej oczywistych dróg w Highlandzie: kierujemy się prosto jak strzelił na widoczną poniżej przełęcz (nasz munros po lewej, Beinn Dorain po prawej, a ten pan nie wiem co tam tworzy :P):

Podejście jest trochę żmudne, przede wszystkim ze względu na swą monotonię. Kiedy wchodzimy pomiędzy ramiona gór teren znacznie się spiętrza. Z samej przełęczy jakiś szałowych widoków nie ma, jest za nisko położona. Nie robiliśmy tam postoju tylko od razu ruszyliśmy do góry. Na początku jest trochę opcjonalnych skałek, gdzie znaleźliśmy naszym zwyczajem scrambling, super-mini ale zawsze ;D

Widok z przełęczy na Loch Lyon

Monotonnym ramieniem kierujemy się prosto w górę. Z początku wydawało się, że nie będzie zbyt ciekawie, dlatego po wbiciu się w partię szczytową byliśmy zaskoczeni widokiem kotła, który opadał od strony niewidocznej z drogi wejściowej. Okazało się że góra kryje także bardziej charakterną twarz.

Beinn an Dothaidh ma trzy wierzchołki, z których pierwszy jest najwyższy, ale warto odwiedzić wszystkie, szczególnie z ostatniego są wspaniałe widoki. Poniżej Marcin bierze kurs na środkowy:


Niestety nad Glencoe stały chmury, za to patrząc w tamtym kierunku mogliśmy podziwiać ogromne Rannoch Moor:

Poniżej w tle Beinn Achaladair, kolejny munros tworzący Great Wall of Rannoch. Oprócz niego w tej grupie zostały nam jeszcze dwa.

Trzeci wierzchołek i widok na Mamlorn Hills:

Marcin nie mógł się oprzeć i uskutecznił własną wersję Jezusa ze Świebodzina, czy też z Corcovado, jeśli wziąć pod uwagę że stoi na górze:

Otoczenie Loch Lyon po raz kolejny. Góry w tym rejonie nie powalają śmiałością kształtów (wyjątkiem jest Beinn Dorain, a i to tylko z jednej strony), ale – mnie przynajmniej – urzekają swoim spokojnym klimatem.

Za mną a konkretnie za moim plecakiem widać munrosa Beinn Mhanach, drugiego po Beinn Dorainie który podoba mi się z kształtu (zdjęcie musiałoby pokazać go całego, by oddać czemu) i który będzie moim kolejnym celem w tej grupie.

Tradycyjna droga zejściowa pokrywa się z wejściową, ale woleliśmy zejść po swojemu, na rympał zboczem opadającym w kierunku Bridge of Orchy. Z początku jest bardzo strome, potem stopniowo łagodnieje (przy śniegu – cóż za fantastyczna miejscówka do dupozjazdów :D). Dzięki takiemu wyborowi drogi przez cały czas mieliśmy przed sobą widok na Loch Tulla, Glen Orchy, góry Glen Etive oraz Blackmount.

Loch Tulla i wzgórza Glen Etive

Klasyczny szkocki widok: górskie zbocze, owce oraz "loch":

W dole mieliśmy małą zagwozdkę którędy przekroczyć wyjątkowo rwący (wiosna idzie!) strumień, ale w końcu się udało. Wracać postanowiliśmy przez Glen Orchy, w celu pokazania chłopakom fantastycznego przełomu River Orchy. Tu widok na dolinę, niestety nie dało się nie ująć w kadrze niechcianych bohaterów pierwszego planu:

Rzeka nie zawiodła. Dzięki wysokiemu stanowi wody część formacji była wprawdzie pozakrywana, ale pędzące masy wody robiły wrażenie. Głębokościomierz pokazywał prawie pięć metrów, z wycieczek w innych częściach roku pamiętam, że to dużo.

Beinn an Dothaidh jest ładną i widokową górą, akces jest łatwy i topograficznie oczywisty, myślę że jest to bardzo fajny cel zwłaszcza na początek zbierania munrosów, bo stanowczo nie powinien zniechęcić. Trasa jest ponadto bardzo krótka. Opcja dobra też, kiedy nie mamy ochoty ani energii na adrenalinowy wypad, a chcemy po prostu w niezbyt męczący sposób nabić sobie munro-licznik.

Meall Corranaich & Meall a’Choire Leith

Nr 70, Meall Corranaich i nr 71, Meall a’Choire Leith

Wymowa: mil kora nah; mil a kori lej

Znaczenie nazwy: hill of lament; hill of the grey corrie (obie wersje za MunroMagic)

Wysokość: 1069m n.p.m.; 926m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 68.; 261.

Data wejścia: 29.12.10

Dwa ostatnie munrosy zdobyte w tym roku leżą w grupie Lawersa, którą bardzo lubię z następujących względów: mamy do niej blisko, góry są tam ładne i nie takie znów niskie jak na Highland (przypominam że Ben Lawers zamyka pierwszą dziesiątkę munros), do większości można się dostać z położonych na wysokości prawie 500m parkingów, trasy  – z wyjątkiem tej na Lawersa – nie są zatłoczone.

W tamtej okolicy byliśmy na Beinn Ghlasie* (i to, nie z własnej woli, trzykrotnie), na Lawersie** oraz zwiedziliśmy Meall nan Tarmachan***.

*>>LINK<<

**>>LINK<<

***>>LINK<<

Tym razem mieliśmy startować z drugiego parkingu, ale udało się zostawić samochód trochę dalej. Ścieżki nie ma, wolna amerykanka, i bardzo dobrze.


Idziemy tak jak prowadzi nas ukształtowanie terenu. Z początku nie ma jakichś specjalnych stromizn. Z tyłu towarzyszy nam widok na Loch Tay. Tym razem całą dolinę z jeziorem zalegały mgły, i tak miało pozostać do końca dnia.

Spektakl, jaki nam zafundowało wznoszące się z mgieł słońce, pomógł przetrwać ten pierwszy moment rozchadzania się i rozgrzewania.



Po pierwszym stromszym odcinku, gdzie było trochę śmiechu (powstała m. in. nowa dyscyplina: bobking, tj. lawirowanie wśród wiadomych produktów przemiany materii podczas czworakowania na stromym zboczu), wyszliśmy na wypłaszczenie. Przyszedł czas na kolejne atrakcje wizualne. Z mgieł zaczęły się wyłaniać okoliczne szczyty, ale same czubki, co powodowało złudzenie optyczne że znajdujemy się w górach co najmniej równych wysokością Tatrom. Poniżej Beinn Ghlas:

Oraz Meall nan Tarmachan:

Ostatnie podejście wbrew przypuszczeniom nie wyprowadziło nas na szczyt, a na obszerne plateau, gdzie najwyższy punkt, do którego był jeszcze kawałek, wyznaczał kopiec, inaczej ciężko byłoby określić gdzie on się znajduje. Poniżej na końcu wypłaszczenia punkt który wzięliśmy z dołu za wierzchołek, a z tyłu Tarmachan oraz szczyty Ben More’a i Stob Binneina:

Oraz zbliżenie na bohaterów drugiego planu:

Z przeciwnej strony lansował się Ben Lawers z An Stucem. Za nimi znajdują się jeszcze dwa munrosy – An Stuc i one to ostatnie które nam zostały z grupy Lawersa. Na szczęście jak najbardziej można je ogarnąć za jednym podejściem.

Widok w kierunku kolejnego munro kompletnie nas zaskoczył, wydawało nam się że tam już nic nie ma, dopiero oględziny mapy wykazały, że Meall a’Choire Leith to ta brązowa, jedna z wielu, kopa w tle. W pierwszej chwili mieliśmy ochotę go sobie odpuścić, ale zdecydowaliśmy, że skoro jest tak mało atrakcyjny a przy tym odległościowo trudno dostępny, to jeśli nie zdepczemy go teraz, nie zrobimy tego już nigdy. A wszak w naszej munroistycznej karierze czekają nas chociażby jeszcze Drumochtery aka pancakes, i zęby trzeba będzie zacisnąć i tak, więc trzeba się dzielnie przyzwyczajać.

Wkrótce ogarnęły nas chmury i nie warto było robić zdjęć. Na drugiego munro z początku spacerkiem, pod koniec stromiej, sam szczyt – kopa, ale satysfakcja że jednak nam się chciało i mamy zaliczonego 71-go była spora. Trasę zejścia starałam się bez większych odchyleń zaznaczyć na mapce, ogólny kierunek na pewno się zgadza ;). Dolina którą wracaliśmy była klimatyczna – otoczone niskimi, obłymi i nagimi wzgórzami odludzie, żadnej roślinności oprócz wrzosów, kosmos. Klimat z gatunku: love it or hate it. My zdecydowanie skłaniamy się ku pierwszej opcji. Nawet ja, choć wpadłam do zdradliwego ukrytego pod śniegiem strumienia, przewróciłam na plecy i machałam w panice odnóżami "jak robak" (jak podsumował Mariusz) dopóki Marcin mnie nie wyciągnął. Zdjęcie byłoby bezcenne, niestety Mariusz nie zdążył wyjąć aparatu na czas.

Gdy doszliśmy do asfaltówki wzdłuż jeziora, wydawało się że do samochodu tylko moment, niestety był to jeszcze kawał. Na osłodę mieliśmy widok na Ben Vorlicha oraz czarną, stromą ścianę Tarmachana po prawej. Ten odcinek bardzo dał mi popalić, jako że dłuższy marsz w scarpach po twardej nawierzchni kończy się u mnie paskudnym bólem nóg.

Po raz kolejny mieliśmy o wiele więcej szczęścia niż mogliśmy się spodziewać w kwestii pogody. Trasa nie była wyzwaniem ani przygodą, ale podobało nam się i tak – fajny, bezpretensjonalny hillwalking połączony z zaliczeniem 2 munrosów, generalnie wartościowo spędzony dzień.

An Caisteal

Nr 69, An Caisteal

Wymowa: an-kasz-tiel (akcent na kasz)

Znaczenie
nazwy:
the castle

Wysokość: 995m n.p.m.

Pozycja na liście
munrosów:
147.

Data wejścia: 5.12.10

An Caisteal McNeish poleca połączyć z dwoma sąsiednimi munrosami, ale na to moglibyśmy się porwać tylko przy związanym śniegu. Ile i czy w ogóle jakiegoś zdepczemy, zależeć miało więc od warunków.

Początek trasy z szosy A82 tuż za Crianlarich. Parking znajdował się po przeciwnej stronie drogi, ale nie bardzo umiałam zaznaczyć go na mapie.

Wyruszyliśmy w kopnym śniegu, tnąc zbocze jak najwygodniej i pokonując kolejne antyowcze płotki, w większości ozdobione u góry *%#(^%%@ drutem kolczastym (uważać na spodnie i zawartość!)

Jak widać na mapie, cały masyw ma kształt podkowy o długich ramionach. Skierowaliśmy się na ramię prawe (patrząc z parkingu), rozpoczynające się wzniesieniem o nazwie Stob Glas, z którego mogliśmy już kontynuować grzbietem do końca na wierzchołek. Najgorsze było podchodzenie na Stob Glas, ponieważ tu na dole śnieg był najgłębszy. Liczyliśmy że na grzbiecie będzie lepiej.

Widoczność i warunki mieliśmy idealne, Highland w śniegu prezentował się wspaniale. poniżej nasz pierwszy munro, Beinn Dorainn:


Rewelacyjnie lansował się Ben Lui  (po jego prawej Ben Oss, jeszcze czeka w kolejce):

Za wierzchołkiem Stob Glas znaleźliśmy sobie osłonięte od wiatru miejsce i zrobiliśmy przerwę na herbatę. Stąd odsłoniła się nam już cała dalsza droga, tak na oko niespecjalnie długa.

Szło się niespecjalnie. Żeby jeszcze podłoże było jednolite, ale tu mieliśmy na przemian głęboki śnieg, śnieg zmrożony i lód (i tak mogłoby być cały czas), czy lekko tylko przyprószone skały, po których masakrycznie słabo szło się w rakach. Z drugiej strony z dwojga złego lepiej było w rakach niż bez bo na tych zmrożonych a co stromszych odcinkach i tak trzeba byłoby je zakładać. Generalnie, pomijając widoki, nie była to najprzyjemniejsza wędrówka.

Na ostatnim planie Ben Lomond:

Śmieszna była taka jedna pionowa skarpka, wysoka może na dwa metry. Śnieg był tam totalnie luźny i przy każdej próbie wdrapania się na nią zjeżdżał razem ze mną (szłam pierwsza). Jakoś się w końcu udało, choć musiałam w tym celu natworzyć trochę dziwacznych figur ;D

Na szczyt wbiliśmy się nieźle zmachani, ale szczęście było pełne, poniżej Marcin i Mariusz:

Czasu na podziwianie widoków mieliśmy niewiele, była już 15. Poniżej Ben More i Stob Binnein. Na Benie byliśmy, ale jest to tak piękna (plus najwyższa w okolicy) góra, że bardzo chciałabym tam wrócić, koniecznie w sezonie zimowym – no i tym razem ogarnąć go z bliźniakiem.

Choć kształt duetu Ben Vorlich – Stuc a’Chroin jest bardzo charakterystyczny, trochę czasu zajęło mi zidentyfikowanie go. Nigdy jeszcze nie widziałam tych dwóch munro całych na zimowo.

Poniżej widok w kierunku z płd-wsch, mała piramidka po prawej to Ben Ledi, wzgórze wznoszące się nad Callander:

Ponieważ do zmroku pozostało niewiele czasu, przy schodzeniu napieraliśmy jak się dało, robiąc przerwy jedynie na uzupełnienie kalorii i popstrykanie niesamowitego zachodu słońca.

Schodziliśmy niewiele ponad… godzinę! Aż trudno w to uwierzyć. Zaoszczędziliśmy tyle czasu głównie na ostatnim odcinku, zejściu ze Stob Glas, które w odwrotną stronę tak nas umordowało. Udało nam się dotrzeć do samochodu jeszcze zanim zdążyliśmy użyć czołówek.

Wycieczkę zaliczam do nadzwyczaj udanych. Zmęczyliśmy się, ale przecież po to chodzi się w góry. Pogoda nie mogła trafić się lepsza. Widoki… sami oceńcie.

Więcej zdjęć: >>LINK<<

Stob a’Choire Mheadoin i Stob Coire Easain

Nr 67, Stob a’Choire Mheadoin i nr 68, Stob Coire Easain

Wymowa: stob a kori wijon; stob kori esan

Znaczenie
nazwy:
peak of the middle corrie; peak of the corrie of the little waterfall (obie wersje za MunroMagic)

Wysokość: 1105m n.p.m.; 1115m n.p.m.

Pozycja na liście
munrosów:
46.; 39.

Data wejścia: 21.11.10

Jako że mieliśmy przerwę w chodzeniu, postanowiliśmy zamiast męczyć się na scramblingach wrócić na chwilę do nieco zaniedbanego przez nas munro baggingu. Jak zwykle o tej porze roku kłopot był z wyborem trasy – bo w okolicy zostało już niewiele fajnych gór a dzień jest krótki. W końcu zdecydowaliśmy się zdeptać dwa munrosy nad loch Treig, z jednej strony mające Grey Corries, gniazdo górskie przylegające od wschodu do Nevis Range, co dałoby możliwość zobaczenia Bena i Mamoresów z zupełnie nowej perspektywy. Jezioro Treig leży na północnym krańcu Rannoch Moor, nieco poniżej Glen Spean i drogi A86. Na wschód zaczynają się góry Monadhliath a dalej za nimi leżą już Cairgormsy. Tak bardzo w centrum Highlandu jeszcze nie byliśmy.

Z Fort William obieramy kierunek na Spean Bridge i kontynuujemy A86, by za niedalekim Roybridge skręcić w prawo, wąską podrzędną drogą do parkingu w miejscu (bo miejscowością ciężko to nazwać) zwanym Fersit.

Przed rozpoczęciem trasy mieliśmy małe spięcie, mianowicie kategorycznie odmówiłam zabrania raków i czekana. Śniegu nie było dużo i tylko w górnych partiach zboczy, stwierdziłam więc że nie będę dźwigać czegoś co z dużym prawdopodobieństwem okaże się niepotrzebne. Wobec powyższego Mariusz, choć nie był za szczęśliwy, również zrezygnował z zabrania sprzętu. Wziął go tylko Marcin.

Poszliśmy tak jak w McNeishu, drogą wzdłuż Loch Treig i ledwo widoczną ścieżką zaczęliśmy wbijać się na zbocze (patrz mapka). Nie była to jednak najmądrzejsza opcja. Ścieżka wkrótce zniknęła, więc parliśmy do góry tak jak nam było najdogodniej, a stok zrobił się mało przyjemny – wystromiał na tyle, że zmęczenie szybko zaczęło dawać w kość. Zdecydowanie lepiej byłoby wchodzić ramieniem góry od samego początku, od parkingu, zamiast wbijać się bokiem tak jak my. Kiedy osiągnęliśmy grzbiet i teren się wypłaszczył, dopiero mogliśmy zacząć cieszyć się wycieczką, wcześniej to była masakra.

Od miejsca gdzie wbiliśmy się na grzbiet do szczytu Stob a’Choire Mheadhoin był jeszcze spory kawałek, ale teren był tu nachylony dość łagodnie. Zbocze opadające w kierunku jeziora stanęło dęba jeszcze bardziej, tu już nie dało by się wejść tak łatwo. Coraz częściej pojawiał się lód. Powoli zaczynałam żałować mojej decyzji odnośnie raków.
Z wierzchołka odsłonił się rejon, który widokowo najbardziej nas interesował: Mamores i Grey Corries. Tzn. na początku mogliśmy go podziwiać jedynie fragmentarycznie z powodu chmur.



Na Stob Coire Easain był dosłownie kawałek, ale ten odcinek dostarczył trochę górskiej radości. Wiatr rozpędził chmury, po czym zaczął pizgać tak, że ciężko było utrzymać równowagę, a w dodatku walił po oczach śniegiem (nie wzięłam gogli!). Na szczyt wbijaliśmy się w szalejącym żywiole, i jak później ustaliliśmy z Marcinem, to uczucie bycia, ekhem, walonym przez Naturę jest bezcenne, zwłaszcza kiedy pomimo niego twardo prze się do celu 😉

Stob Coire Easain

Stob a’Choire Mheadhoin

Widoki odsłoniły się zupełnie i bardzo ciekawie było podziwiać ten rejon od zupełnie nowej strony. Nie jestem tylko pewna czy i co widzieliśmy z Nevis Range, bo Grey Corries zasłaniały i na dalszym planie zlewały i nie bardzo umieliśmy rozpoznać, co jest co.

Poniżej Cruach Innse i Sgurr Innse, dwa maluchy z których przynajmniej pierwszy mocno się wyróżnia z otoczenia swoja skalistą strukturą. warto kiedyś go odwiedzić dla potencjalnych scramblingów.



Przy schodzeniu ze Stob Coire Easain zaczęła się zabawa. Śnieg po tej stronie zboczy nie był miękki jak na wejściu, a zmrożony. Jakoś sobie radziłam, głęboko zabijając podeszwy, ale w pewnym momencie zaczęło się robić naprawdę nieciekawie. Stok był bardzo długi i zjechanie po tej szklance na pewno nie pozostało by bez drastycznych konsekwencji. Gdyby nie pomoc Marcina schodzenie zakończyło by się dla mnie zdecydowanie źle. Raz faktycznie pojechałam, ale zatrzymał mnie czekanem i wyrąbał mi kilka stopni, dzięki którym jakoś pokonałam najgorszy odcinek. Oczywiście chyba nie muszę mówić jak wkurzeni byli na mnie oboje za niezabranie raków. No cóż, mieli rację.

Poniżej Mamores, od Binnein Mor po Sgurr a’Mhaim:

Trawersując grzbiet którym przyszliśmy, obniżaliśmy się w dolinę gdzie w końcu pokazała się ścieżka (łatwo ją wypatrzeć z góry, początek wyznacza jakaś dziwna kamienna konstrukcja). Ścieżką do samego parkingu, upiornie długim podejściem, pod koniec wzdłuż nieużywanej linii kolejowej. Ten odcinek bardzo nas zmęczył i dał popalić, jako że był niemożebnie błotnisty, a że na ostatnim fragmencie szliśmy w ciemnościach, lawirowanie wśród błocka i krzaczorów było średnio przyjemne.

Poniżej mapka którą – mam wielką nadzieję – udało mi się oznaczyć w miarę precyzyjnie. Widać jak bardzo wlecze się zejście. Widać też gdzie zaczyna się ramię góry, którym polecałabym wchodzić zamiast włażenia zboczem od jeziora.

Binnein Beag i Binnein Mor


Nr 65,
Binnein Beag i nr 66, Binnein Mor

Wymowa: binion beg; binion mor

Znaczenie
nazwy:
small hill; large hill

Wysokość: 943m n.p.m.; 1130m n.p.m.

Pozycja na liście
munrosów:
230.; 27.

Data wejścia: 28.08.10

Binnein Beag i Binnein Mor to ostatnie które nam zostały szczyty w grupie The Mamores. W Mamoresy na pewno będziemy jednak wracać, bo to przepiękny rejon i jest tu trochę celów scramblingowych.

Tu link do poprzednich wycieczek w to pasmo, może ktoś będzie chciał sobie wykombinować całkowicie własną trasę: >>LINK<<

Drogę rozpoczęliśmy z Mamore Lodge. Nad Loch Eilde Mor dochodzimy spacerowo, łagodnie nabierając wysokości. Wkrótce (patrz mapka) skręcamy w lewo, by łagodnym zboczem osiągnąć wypłaszczenie pomiędzy Sgurr Eilde Mor a Sgurr Eilde Beag. Jak na razie – widoki tylko za plecami, za to pierwszej klasy, na południe (Glencoe i Southern Highlands).

Poniżej widok na Loch Leven (to charakterystyczne małe po lewej to Pap of Glencoe), zdjęty z puntu widokowego na początku trasy. Warto usiąść na marmurowej ławce i trochę się pogapić, jest to bowiem jeden z najładniejszych (także dzięki obecności bujnego lasu) highlandzkich landszaftów.

Poniżej to samo, tylko już ze ścieżki prowadzącej do jeziora Eilde Mor.

Tu zaś – podejście na wypłaszczenie. W tym miejscu po raz pierwszy załamała nam się pogoda. Oczywiście, jakże typowo dla Szkocji, nie totalnie: warunki zmieniały się dosłownie co kilka minut, wielokrotnie zlał nas deszcz, słońce to wychodziło to się chowało, widoczność generalnie nie była jednak najgorsza. Softshell, który przez cały pobyt w Tatrach wyjęłam tylko raz – w dodatku na siedzenie przed schroniskiem – tu okazał się niezbędny. Jeśli chodzi o pogodę, Highland naprawdę ciężko przebić 😀

Z wypłaszczenia trawersujemy ścieżką zbocza pomiędzy Sgurrem Eilde Beag a Binnein Morem. Jeśli ktoś chciałby wracać tą samą drogą, polecam nie trawersować, a od razu wbijać na niedaleki wierzchołek SEB i stamtąd kontynuować na Binnein Mora – granią. Nam jednak taka opcja nie pasowała, ponieważ z naszego drugiego munro mieliśmy schodzić na przeciwną stronę.

Trawers wyprowadza na kolejne wypłaszczenie, tym razem pomiędzy dwoma Binneinami. Jesteśmy już dość wysoko więc obojętnie w którą stronę nie czeka nas za wiele wchodzenia, a na mniejszego z munrosów to już w ogóle jest spacer. Dosłownie kilkanaście minut i pyk, jesteśmy. Piarżyste zbocze trochę jeździ, co irytowało, ale też i ułatwiało schodzenie (surfing na piargach to ciekawa sprawa ;P)

Binnein Beag z drogi na Binnein Mora

Binnein Beag, choć prezentuje się tak mało okazale, wcale nie jest najniższym z munrosów. Wrażenie sprawia takie a nie inne ze względu na sąsiedztwo – Mamoresy nie są najwyższymi Grampianami, ale wszystkie przewyższają go "o głowę", a niedaleko piętrzy się potężne Nevis Range i niższe, ale też spore The Grey Corries. BB ma pecha znajdować się pośrodku tego całego zamieszania i dlatego wygląda jak wypierdek, zwłaszcza że jego najbliższy sąsiad, Binnein nr 2, jest najwyższym szczytem w paśmie.

Poniżej pozytywna strona szkockiej pogody. Szkocja jest krainą tęczy:

Na Binnein Mora idzie spacerowa ścieżka, ale Marcin wymyślił, że urozmaicimy sobie wejście i poszliśmy północno – wschodnim, poprzerastanym skałami zboczem, w poszukiwaniu mini scramblingów. Choć w 100% opcjonalne, kilka momentów było nawet ciekawych. Wśród skał dominował marmur – nigdy jeszcze nie szłam po takim podłożu. Stopnie i chwyty oferował całkiem przyzwoite, trzeba było jedynie uważać na gładkie fragmenty, nie gwarantujące dobrego tarcia. Zbocze wkrótce przeszło w grań, która (wciąż w miarę możliwości scramblingowo) wyprowadziła nas na szczyt.

Szczyt to dwa o niemal identycznej wysokości wierzchołki z krótką grańką pomiędzy.

Jako że na tym etapie pogodę mieliśmy już bardzo ładną, a przejrzystość powietrza była wysoka, widoki zapierały dech w piersiach.

Poniżej Sgurr Eilde Mor z pierwszym wypłaszczeniem (tam gdzie jeziorko). Na dalszym planie niebieszczy się Blackwater Reservoir. Ze szczytów na horyzoncie przy takim rozmiarze zdjęcia da się rozpoznać tylko piramidkę Schiehalliona, musicie mi więc uwierzyć na słowo że opodal było też widać grupę Lawersa, Ben More’a ze Stob Binneinem a nawet Ben Vorlicha i Stuc a’Chroina oraz Ben Lomonda.

W centrum da się wypatrzeć wzniesienia Great Wall of Rannoch, po prawej początek Glencoe: masyw Creise oraz Stob Dearg. To małe na pierwszym planie to Sgurr Eilde Beag.

Nevis Range tak się lansowało, że już bardziej nie można. Pomimo że z tego kierunku widać zaledwie maleńki kawałeczek północnej ściany, Ben robi wystarczające wrażenie samym ogromem masywu, tak wzdłuż jak i wszerz.

Kiedy już tak się wymarzliśmy, że zimno zwyciężyło z potrzebami estetycznymi, udaliśmy się granią na Na Gruagaicheana. Na tym pięknym munrosie już z Mariuszem byliśmy – była to nasza pierwsza wycieczka w rejon The Mamores – nie bardzo jednak widzieliśmy lepszą opcję zejścia. Na Na Gruagaicheana (wiecie jak się męczę za każdym razem wystukując to słowo? W mowie jest o wiele łatwiej, tę straszną nazwę wymawia się po prostu "na grujehan") prowadzi niemęcząca grań, którą pokonuje się w tempie ekspresowym, a z przełęczy między jego wierzchołkami wiedzie najkrótsza droga w dolinę, do Mamore Lodge.

Na Gruagaichean nie jest mniej widokowy od sąsiada. W panoramie odsłania się Loch Leven:

Obok zaś mamy wspaniały Ring of Steall, czyli pierścień czterech munrosów i kilku pomniejszych wzniesień, który przeszliśmy jak dotąd latem i bardzo chcemy powtórzyć go tej zimy:

Poniżej na pierwszym planie niższy wierzchołek Na Gruagaicheana (echch…) na który tym razem nie poszliśmy. Z przełęczy stromym trawiastym zboczem zeszliśmy do ścieżki, której dalej możemy się trzymać albo robić skróty, jak nam wygodnie. Kierunek – wylot doliny – jest oczywisty i zgubić się tam nie da. Kiedy dochodzimy do szerokiej drogi, do Mamore Lodge już tylko kilka minut marszu.



Trasa zachwyca, jak wszystkie w okolicy. W końcu to Lochaber. Technicznie do wejścia przez każdego. Można ją skombinować ze Sgurrem Eilde Mor, co daje dodatkowego munro w kieszeni; można pewnie tworzyć też inne kombinacje, bo prawie wszystkie Mamoresy są połączone graniami, więc jak już się wbić na któregoś, można tych munrosów jednego machu nieźle nastukać.

Zdjęcia: >>LINK<
Mapka jak Mariusz zrobi 😉