An Teallach

Nr 63, Sgurr Fiona i nr 64, Bidean a’Ghlas Thuill

Wymowa: skur fjona; bicien a glas tul

Znaczenie
nazwy:
white peak; pinnacle of the green hollow

Wysokość:
1060m n.p.m.; 1062m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 73.; 72.

Data wejścia: 5.06.10

An Teallacha tradycyjnie wymienia się na jednym oddechu z Liathach i Aonach Eagach jako trzy najlepsze scramblingowe cele w szkockim mainlandzie. Ta opinia nie wynika oczywiście ze stopnia ich trudności, a długości oraz spektakularności widoków. Wszystko są to długie, piękne i umiarkowanie lufiaste graniówki o dużym zagęszczeniu miejsc wymagających użycia rąk. Inne ambitne scramblingowe cele są albo znacznie krótsze, albo oferujące mniej efektowną scenerię, że wezmę za przykład nieporównywalnie przecież trudniejszą Tower Ridge. W kwestii Aonach Eagach jesteśmy już starymi wyjadaczami, Liathach również udało się w końcu przejść, do kompletu brakowało nam więc już tylko najbardziej oddalonego An Teallacha.

Masyw AT już z daleka robi wrażenie swoją rozległością i wysokością kontrastującą z leżącą przed nim (powiedzmy) równiną:

Poniżej najciekawsza, scramblingowa sekcja to jest turnie Corrag Bhuidhe, Lord Berkeley’s Seat oraz munro Sgurr Fiona.

Zdecydowaliśmy że będziemy szli od strony lewej (patrząc na pierwsze zdjęcie). Pierwsze wzniesienie od tamtej strony nazywa się Sail Liath i to na jego zboczu napotkaliśmy taką faunę, chyba charakterystyczną dla tego miejsca, bo nigdy wcześniej niczego takiego nie widzieliśmy a krótkie poszukiwania w Google wykazały, iż stworzenia te jeśli w ogóle się pojawiają, to jedynie w kontekście rejonu Dundonnell.

Zbocze Sail Liath jest łagodne, ścieżka (ścieżki?) jakoś mało wyraźne ale niepotrzebne, kierunek jest oczywisty.

Z wierzchołka nareszcie można podziwiać najtrudniejsze partie trasy. Myśmy – jak widać dwa zdjęcia poniżej – mieli podziwianie nieco utrudnione. Mgły uparcie zasłaniały to co interesowało mnie najbardziej, czyli podejście na Corrag Bhuidhe. Właśnie po to wszak wymogłam na Mariuszu wchodzenie od tej strony: żeby na najtrudniejszym fragmencie, Bad Stepie, miejscu śmiertelnych wypadków, piąć się do góry miast schodzić.

Grań opadająca z Sail Liath nie przedstawia sobą trudności, ale ma charakterek – na prawo opadają wspaniałe ściany.



Corrag Bhuidhe to to najwyższe w środku:



I na zoomie, rejon Bad Stepu jest pod samym wierzchołkiem:

Z najniższej przełęczy najpierw wbijamy się na grańkę niewysokiego Cadha Gobhlach – jak na razie, choć jest fajnie, skaliście i graniowo, ręce nie są konieczne.

Bad Step nie wygląda tak źle. Przede wszystkim: można go całkowicie ominąć. I to bynajmniej nie jednym wariantem, ścieżek – omijanek jest sporo, na różnej wysokości. Wolę jednak wchodzić "po ludzku", skałą. Wiadomo jednak, że najtrudniejszy wariant wprost mogę sobie odpuścić. Umawiamy się z Mariuszem następująco: on dla radochy wejdzie sobie najcięższą opcją podczas czego zrobię mu zdjęcia, a potem zejdzie i pomoże mi na łatwiejszym wariancie. Jakby co mamy odpowiednik łańcucha z taśm, zawsze to jakaś pomoc.
Plan realizujemy w 100%. Ja wchodziłam tak jak chłopaki na zdjęciu poniżej, a górną partię trawersowałam od lewej – kawałek omijanką i znów skały, "łańcuch" się przydał. Mariusz wszedł za tym pierwszym razem wprost, po prawej od charakterystycznego przewieszonego głazu.

Jedna z omijanek:

Po wbiciu się na Corrag Bhuidhe zaczyna się zabawa. Znów, są omijalne w stopniu całkowitym, a trudności można stopniować. Mariusz lezie granią, ja w większości również, choć bezpośrednio nad lufą przechodzę z pewną taką nieśmiałością. Kilka razy obniżam się łatwymi wariantami by za chwilę wrócić na grań. Zaliczyłam chyba wszystkie pinakle. Bardzo fajny kawałek trasy, bardzo przypominający Liathach.

Na dalszym planie przebyta trasa, ostatnie wzniesienie to Sail Liath:

Z mgieł wyłania się Sgurr Fiona, do którego jednak wcale nam się nie śpieszyło jako że miał zamykać najfajniejszą sekcję:

Kolejnym klasycznym punktem jest siedzenie lorda Berkeley, na którym każdy szanujący się munro-bagger winien, wzorem lorda, zasiąść i pomachać nogami. Ja dochodzę pod szczyt, zostaje mi tylko finalny głaz, ale czuję że w zupełności mnie to satysfakcjonuje. Odchodzę na odległość wystarczającą do zrobienia dobrego zdjęcia Mariuszowi, który beztrosko papuguje lorda spuszczając odnóża w przepaść przyprawiającą mnie o mrowienie karku (to nie figura stylistyczna, wiem o czym mówię).

Łatwą ale fantastyczną granią osiągamy pierwszego munrosa. Widoki miażdżą, droga zaś na Bideana a’Ghlas Thuill przedstawia się tak:

Choć w tej partii już łatwa, droga wciąż nie jest ceprostradą. Wciąż idziemy po grani, jest kontakt ze skałą, a że relaks, to dobrze, bo w końcu trzeba odpocząć. Podejście przez swą długość jest nieco żmudne, ale po osiągnięciu szczytu widok na przebytą trasę zapiera dech.



Bardzo, ale to bardzo silne skojarzenie mam z Rohaczami. Największe trudności w partiach podszczytowych pierwszego wzniesienia, które jest też eksponowane i charakterne (uznawszy że Corrag Bhuidhe i Sgurr Fiona to jedna całość). Piękne, choć łatwe podejście na wzniesienie drugie. Najbardziej spektakularnym punktem panoramy z drugiego jest to pierwsze. No kurcze, wszystko się zgadza 😀

Schodziliśmy trawersując ostatnie wzniesienie masywu, Ghlas Mheall Mor, ścieżką do Dundonnell Hotel (pod koniec wprawdzie ostro ścięliśmy bo nie pasowało nam drałować taki kawał szosą). Wariant długi, w bardziej mokrych warunkach możliwe że nie do przejścia. Polecałabym raczej opcję sugerowaną przez Scotland’s Mountain Ridges (dzięki Mikee :D) czyli schodzenie – tak tak, jeszcze z elementami scramblingu – przez Ghlas Mheall Liath. Wygląda krócej i ciekawiej.

Cudowna wycieczka. Aż nie wiem jak ją podsumować, myślę że zdjęcia mówią same za siebie. Wspaniała trasa, polecam nawet mało wprawnym – wszystkie trudności można ominąć a widoki będziecie mieć i tak.




Wszystkie fotki tu: >>LINK<<

Lochnagar

Nr 62, Cac Carn Beag

Wymowa: kah karn beg

Znaczenie nazwy: pass of the small cairn

Wysokość: 1155m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 21.

Data wejścia: 28.04.10

Położony w obrębie Cairngorms National Park, faktycznie Lochnagar to jeszcze Mounth, nie Cairngorm plateau. Arktyczne klimaty pozostają oczywiście te same. Lochnagarem jest nazywane wzniesienie położone na obrzeżu plateau, na południe i wschód łagodnie przechodzące w jego miękkie linie, na północny zachód opadające wspaniałym kotłem. Jak to na płaskowyżach bywa, dokładne ustalenie najwyższego punktu jest sprawą podstawową, gdyż rzadko jest on ewidentny. Na Lochnagarze wierzchołki są dwa, ale żeby zaliczyć munrosa trzeba oczywiście stanąć na wyższym, Cac Carn Beag.

Lochnagar zdobywaliśmy drogą najpopularniejszą, od Spittal of Glenmuick. Teraz uwaga, bo bardzo łatwo pomylić drogę (jako i my uczyniliśmy). Z początku jest to normalnie autostrada. Opuszczając parking mijamy niewielki lasek, potem idziemy otwartym polem. W oddali widoczne są zabudowania farmy. Kiedy autostrada skręca ostro w prawo, my obieramy azymut na charakterystyczny budynek, coś w rodzaju otwartego garażu. Ciężko opisać ale w terenie nie do pomylenia. Okrążamy garaż od prawej strony po czym prawie niewidoczną ścieżką wchodzimy w las. Za lasem droga pojawi się ponownie i więcej odcinków mylnych już nie będzie.

Pierwszy widok na Lochnagar z farmą w dole:

Przepiękne starodrzewy Ballochbuie Forest, fotka robiona akurat z miejsca przez które prawidłowa trasa nie prowadzi:

Po przekroczeniu strumienia droga gładko wyprowadza na zbocza Lochnagaru. Nie jest trudno, nie jest stromo, klimat taki bardziej spacerowy, widoki stają się coraz rozleglejsze i piękniejsze. Pełno fauny: jelenie, pardwy, cietrzewie, zające, żmije (!); flora surowa – same wrzosy, zero drzew. Można poczuć się jak za kołem polarnym.

Kiedy w końcu teren znacznie się spiętrza, oznacza to że osiągnęliśmy ostatnie podejście, The Ladder, które już bezpośrednio wyprowadzi nas na plateau. Podchodzenie nie trwa długo. Wkrótce stajemy na płaskowyżu i odsłania się nam w całym swym splendorze lochnagarowy kocioł, opadający do jeziorka tej samej nazwy:

O tym, że kocioł ów warto obadać pod kątem scramblingowym, wiedzieliśmy doskonale. Wycieczka miała być zresztą tak samo zrobieniem munrosa jak i rekonesansem. Z moich książek pamiętałam, że są tam na pewno jakieś czwórkowe (czyli trudne, ale osiągalne) scramblingi. Idąc wzdłuż krawędzi klifów, wypatrywaliśmy miejsc z potencjałem – tzn. takich, które byłyby realne dla nas wszystkich, bo znacznie trudniejszych akurat tam nie brakuje. Znaleźliśmy albo tak nam się wydaje.

Pogoda zmieniała się kilkanaście razy w ciągu dnia. Było pięknie (choć na górze panowała iście arktyczna zimnica, w kontraście do podejścia gdzie popylaliśmy radośnie w samych polarkach).

Po zdobyciu obu wierzchołków i napatrzeniu się na niesamowitą panoramę wracaliśmy ponownie przy krawędzi, ale tym razem pięknie świeciło słońce i można było dostrzec więcej. Jednym z potencjalnych celów jest turniczka poniżej, na którą panowie zresztą już by weszli, gdybym nie zaprotestowała. Było zbyt ślisko, a ponadto jak wchodzić to razem – tyle że ja, jako znany tchórz, wolałabym z liną. Nie wyglądało to na bardzo trudne ale ekspozycja cholerna.

Turniczka od strony "wejściowej":

Wypatrzyliśmy jeszcze ze trzy granie które wyglądały na leżące w zasięgu naszych możliwości, acz również dość lufiaste. Na pewno wrócimy tam latem.

Powrót tą samą drogą.

Lochnagar jest piękny a widok z plateau powala na kolana. Na pewno warto tę górę odwiedzić nawet ceprostradą, tym bardziej że jest ona tak nieforsowna, że do przejścia dla każdego. Fajnie gdyby utrafić z pogodą – zupełna lampa niekoniecznie pasowała by do klimatu tego miejsca, taka pogoda w kratkę jaką my mieliśmy (z chmurami jednak wysoko przez cały czas) idealnie podkreślała surowość krajobrazu – w oddali widzieliśmy strumienie deszczu spadającego w różnych miejscach, w dole tworzyły się tęcza za tęczą, chmury przeplatały się ze słońcem – wszystko to dawało dokładnie taki efekt, jak powinno*.

Polecam jako cel z pełnym przekonaniem.

*moje preferencje chadzają oczywiście różnymi drogami ;P


Południowa grań Glen Shiel, podejście pierwsze


Nr 59,
Creag nan Damh; nr 60, Sgurr an Lochain; nr 61, Sgurr an Doire Leathain

Wymowa: kreg nan daw; skur an lo-hen; skur an do’re – leen

Znaczenie nazwy: crag of the stags; rocky peak of the little loch; rocky peak of broad oak thicket

Wysokość: 918m n.p.m.; 1004m n.p.m.; 1010m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 274.; 131.; 122

Data wejścia: 24.04.10

Na pierwszy biwak w tym roku wybraliśmy Glen Shiel. Chcieliśmy przejść 11 kilometrową grań Seven Sisters, łańcuch dziesięciu wzniesień z których aż sześć ma status munro.

Z racji że plan był nad wyraz ambitny, postanowiliśmy pierwszy dzień poświęcić na dojście jak najbliżej punktu startowego, tj. grani. Samochód zostawiliśmy u końca trasy, pod Cluanie Inn, przeszliśmy te 11 km dołem, szosą, po czym zaczęliśmy szukać drogi na grań. Trasę tę tradycyjnie pokonuje się w drugą stronę, nie jestem pewna dlaczego. My postanowiliśmy zrobić po swojemu.

Jeszcze nie wszędzie umiem podpisać co jest co:




Maol Chinn-dearg; Sgurr Coire na Feinne i opadająca zeń grań Druim Thollaidh

Na II planie Sgurr nan Forcan i The Saddle

Podchodzenie zaczynamy z parkingu przy Malagan Bridge, tego samego, z którego szliśmy na The Saddle.

Ścieżka z początku jest wyraźna, nastromienie średnie, ogólnie nie szło by się źle ale że mieliśmy ciężkie wory i 11 km w nogach, musieliśmy robić bardzo częste przystanki. Za plecami towarzyszył nam widok na potężny Sgurr na Ciste Duibhe. Wszystkie szczyty Glen Shiel sprawiają wrażenie niezwykle wielkich, przytłaczających – wszystko dlatego, że startujemy z ok. 200m n.p.m. czyli przewyższenia są spore, nawet do 800-900 metrów.



Szło się słabo i wkrótce miało się ściemnić, zatem już w okolicach połowy drogi na grań, po wejściu do zacisznej dolinki, zaczęliśmy wypatrywać odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu, czytaj: płaskiego i w miarę możliwości suchego (czyli w tym przypadku mniej mokrego niż reszta otoczenia).

Jedynym znakiem obecności człowieka była wijąca się w dole nitka szosy. Poza tym, pustkowie, surowość, przestrzeń; wszystko w kolorystyce jeszcze rudej, nie zielonej. Z jednej strony piękna sprawa, z drugiej – krajobraz szalenie melancholijny i rozdzierający…

Po nocy w najsuchszym i najbardziej płaskim miejscu jakie udało się znaleźć (z zimna nie mogłam spać, a Mariusz nie spał bo ciągle wpadał w dziurę, ale to drobiazgi) dzielnie ruszyliśmy do góry coraz bardziej stromiejącym stokiem. Ścieżka zrobiła się zupełnie rozmazana, ale nie miało to już znaczenia, kierowaliśmy się prosto w gorę, na przełęcz.

W międzyczasie zaczęła się psuć pogoda. Na przełęczy okazało się jasne, że optymistyczne prognozy się nie ziszczą:

Szczyty w polu widzenia to Creag nan Damh i Sgurr an Lochain. Jako że wydawały się leżeć na wyciągnięcie ręki, postanowiliśmy osiągnąć drugi z nich w południe (była 10.30, szliśmy tak wolno bo ciążyły nam wory). Wydawało się, że będzie to bułka z masłem.

… nie była.
Kiedy trasa zaczęła nam dosłownie rosnąć w oczach zrozumieliśmy, że padliśmy ofiarą wyjątkowo wrednego skrótu perspektywicznego. Za pierwszym munrosem – nawiasem to co wzięliśmy za jego szczyt okazało się przedwierzchołkiem, a do szczytu właściwego był kawał – grań załamywała się i zataczała pętlę, czego z przełęczy nie było widać. Co gorsza, do pokonania było leżące na owej pętli kolejne wzniesienie, nie munros co prawda, ale też wysokie.

Był nawet krótki odcinek scramblingu, gdzie trochę siałam panikę jako że skały były ośnieżone i śliskie – na zdjęciu nie wygląda na trudne, ale nawet Mariusz przyznał, że ten pierwszy krok nie był przyjemny.

Tego corbetta (muszę sprawdzić czy to na pewno corbett, najwyżej wyedytuję) pomiędzy munrosami trawersowaliśmy ścieżką wydeptaną przez munro-baggerów. Przy krótszej trasie można się wziąć na ambicję i iść cały czas granią, ale tu po prostu nie było sensu.

Chmury obniżały się coraz bardziej, więc na tym odcinku Mariusz strzelił ostatnie fotki (znów, jeszcze nie umiem ich na 100% podpisać):

Z przełęczy za corbettem na Sgurr an Lochain podchodziło się bardzo żmudnie – odcinek nie jest długi, ale stromy. Wierzchołek osiągnęliśmy już we mgle. Zamierzaliśmy w tym miejscu być w południe, mieliśmy tymczasem półtora godzinny poślizg – wina nie tylko worów, ale będącej dla nas totalnym zaskoczeniem długości tego odcinka. Wiadomo było, że należy się ewakuować pierwszym możliwym zejściem. Po analizie poziomic i ukształtowania terenu na mapie padło na grań Druim Thollaidh (tej z trzeciego zdjęcia), opadającej z czwartej siostry, nieletniej, bo liczonej do Sióstr pomimo niebycia munrosem. Czyli zostały nam do pokonania jeszcze dwa wzniesienia i długie zejście – perspektywa nie była wesoła, ale że innych możliwości nie widzieliśmy, kontynuowaliśmy marsz.

W zupełnej mgle zdjęć nie było jak robić, jednak opadające na północ urwiska, momentami niemalże klify, były doskonale widoczne. Z mapy wynikało że północne zbocza są w większości strome i przepaściste, więc przy tak kiepskiej widoczności właściwy wybór drogi zejścia był sprawą kluczową.

Kiedy dotarliśmy na szczyt Sgurr an Doire Leathain, byliśmy już tak zmęczeni, że postanowiliśmy powtórnie przestudiować mapę. Okazało się, ze słusznie – całkiem dobrą opcję mieliśmy z miejsca gdzie się znajdowaliśmy: wyglądało to na w górze bardziej, niżej średnio stromy stok. Zaczęliśmy schodzić, choć oczywista na mapie trasa niezupełnie była taka w terenie. Z początku prowadziły nas ślady – nie my pierwsi wybraliśmy ten wariant – potem się rozmyły i szliśmy na intuicję. Raki były potrzebne tylko na moment, w miękkim śniegu bardziej zawadzały niż pomagały. Kiedy w końcu obniżyliśmy się popod mgłę, okazało się, że idziemy w dobrym kierunku. Dojście do drogi zajęło nam wieki, ale w końcu, mokrzy od nasilającego się deszczu i zmachani, stanęliśmy na asfalcie. Uwaga: wzdłuż szosy płynie rzeka, a przekroczyć ją na sucho można tylko w miejscu, gdzie wpada do skalnego tunelu. Dlatego nie można ulec pokusie wędrowania po skosie, tak aby ściąć jak najwięcej asfaltówki. Trzeba niestety iść prosto. Tunel zaznaczony jest na mapie, w terenie widoczny jest w formie niewielkiej górki przy samej szosie.

Marsz szosą dał nam w kość, ale przynajmniej odpadły wątpliwości nawigacyjne. Przy samochodzie zameldowaliśmy się o 19. Stanu naszego zmachania oraz ulgi po pozbyciu się worów nawet nie będę próbować opisywać.

Trasę definitywnie dokończymy, "mniejsza połowa" została zrobiona, a to co pozostało wydaje się być mimo wszystko nieco lżejszym wyzwaniem. Na kolejny raz zaplanowaliśmy wchodzenie granią Druim Thollaidh – nie mogę się już doczekać, Glen Shiel jest przepiękne.


Beinn Bhreac

Nr 58, Beinn Bhreac

Wymowa: bin wrek

Znaczenie
nazwy:
speckled hill

Wysokość:
931m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 249.

Data wejścia:
14.03.10

Znalazłam u
McNeisha bardzo trafny cytat o Cairngormsach, przepraszam że podaję w
oryginale ale tłumaczę podobnie jak obieram ziemniaki: co z tego że wiem
jak, kiedy efekt jest kwadratowy:

Sir
Henry
Alexander suggested that for many, first acquaintance with these hills
was occasionally accompanied by a sense of disappointment. But, he goes
to say, "as one explores them and wanders among them, the magnitude of
everything begins to reveal itself, and one realises the immensity of
the scale upon the scene is set, and the greatness and dignity and calm
of the Cairngorms cast their spell over the spirit.

Mam dokładnie takie same odczucia. Cairngormsy po etapie rozczarowania (te naleśniki to mają być najwyższe góry Szkocji?) rozkochały mnie w sobie.

Celem ostatniej wycieczki były dwa munrosy we wschodniej części grupy, nieeksploatowanej jeszcze przez nas Glen Derry.

Od parkingu przy Linn of Dee, znaną nam drogą (wracaliśmy nią z Penisa >>LINK<<) maszerujemy do Derry Lodge. 

Jest to chyba najbardziej zalesiona dolina, jaką ogarnęliśmy w szkockich górach. Oprócz flory zachwyca też cairngormska fauna – jelenie, zające bielaki, pardwy. Szkocka Arktyka 🙂

Od Derry Lodge odbijamy w kierunku Glen Derry. Do konkretów niestety jeszcze spory kawałek.

To na górze to już Glen Derry, my mieliśmy się wbijać na wał po prawej stronie. W przepadającym paskudnym śniegu osiągnięcie plateau zajęło wieki. Co i rusz wydawało mi się że już jestem w rejonie szczytowym, ale nie – otwierał się kolejny plan. Niby kopa, ale w tych warunkach śniegowych wysysała energię ekspresowo. Widoki mieliśmy jedynie za sobą, na Glen Derry i zachód.


Bein Bhreac jest największym plaskaczem jakiego zdeptałam. Gdyby nie to, ze najwyższy punkt jest oznaczony kopcem, w życiu byśmy go nie znaleźli. Pomiędzy nim a następnym munrosem (poniżej) rozciąga się zaś zupełnie płaski fragment plateau, teren spiętrza się dopiero pod koniec. W warunkach letnich można to przejechać na rowerze, w głębokim śniegu jednak nie było już tak łatwo.

Na tym zupełnie płaskim, acz długim (kilka kilometrów) odcinku mało się nie zarżnęliśmy. Były fragmenty, że wpadaliśmy w śnieg po uda. Niezbyt motywujący był tez fakt, iż nad munrosem wisiała cały czas nieładna chmura, i ogólnie widoczność była kiepska.

Poniżej munrosy po drugiej stronie doliny: Derry Cairngorm, stromy kocioł prawdopodobnie opadający z masywu Macduia i Beinn Mheadhoin:

W którymś momencie powiedziałam pas. Byłam już tak zmęczona torowaniem sobie drogi w śniegu, a Beinn a’Chaorainn zdawał się w ogóle nie przybliżać, że kiedy dodatkowo zaczęła się zadymka uznałam, że nie dam rady. Wyjęliśmy bothy bag i spędziliśmy w nim ponad kwadrans, regenerując się herbatą. Ustaliliśmy też, że w tych warunkach nie będziemy mieli siły wrócić z drugiego munro, więc zawracamy teraz.

Wracaliśmy po własnych śladach. Była opcja, żeby zejść w dolinę ale im niżej, tym śnieg był mniej związany więc postanowiliśmy zostać na plateau jak najdłużej. Mało rozsądnie strawersowaliśmy potencjalnie lawiniaste zbocze – byliśmy już tak zmęczeni, że było nam wszystko jedno – dowlekliśmy się na dół i rozpoczęliśmy powrotny marsz doliną.

Z planowanych 29 km zrobiliśmy ok. 25, czyli klasyczny cairngormski trekking.

Niestety, właśnie takich warunków śniegowych można będzie się spodziewać w ciągu najbliższego miesiąca – dwóch. Dlatego z Cairngormsami na razie się żegnamy i zaczynamy kierować się bardziej na zachód. Najmokrzejszy w roku sezon w Szkocji uważam za oficjalnie rozpoczęty.

Stob Ghabhar

Nr 57, Stob Ghabhar

Wymowa: stob gur (z wydłużonym u)

Znaczenie nazwy: peak of the goats

Wysokość: 1090m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 55.

Data wejścia: 12.02.10

Jak dobrze że są jeszcze ciekawe cele na południu. Stob Ghabhar i jego sąsiad Stob a’Choire Odhair leżą w bajecznej lokalizacji. To rejon Blackmount (oryginalnie Monadh Dubh), otoczony przez Glen Etive i Glencoe Hills, grupę Cruachana, Crianlarich oraz Tyndrum Hills, a także dla kontrastu pustkowie Rannoch Moor. Nawet Marcin który twierdzi że w góry dla widoków nie chodzi, był zachwycony.

Miejsce startu na mapce (będzie, ale muszę się najpierw skonsultować z Mariuszem). Wędrujemy drogą po płaskim przez jakieś 5km – czyli jest dobrze, można się rozgrzać przed wbijaniem właściwym. Cel widać od razu. Planowaliśmy taką a nie inną drogę wejściową (możliwości jest wiele, nasze przewodniki rekomendują akurat inne) ze względu na atrakcję w postaci grani Aonach Eagach (po prawej, nie mylić z tą w Glencoe), której ostatni fragment miał być nieco lufiasty – jeśli można do łatwej trasy dodać odrobinę pieprzu, należy taką możliwość bezwzględnie wykorzystać.


Pogoda miała być taka sobie, tymczasem już na starcie zaczęła nas rozpieszczać.

Wbijkę do kotła urozmaicał strumień, który na licznych progach tworzył przepiękne wodospady, jeziorka w misach skalnych albo takie lodowe komnaty jak poniżej. W ramach terapii odstresowywującej jedno z owych jeziorek zostało obrzucone kamieniami (gremialnie) oraz… obsikane (indywidualnie) ]:P

Po osiągnięciu kotła postanowiliśmy dawać do góry skalistym południowym ramieniem. Śniegu nie było tam prawie w ogóle więc zapowiadał się normalny scrambling. Weszliśmy nie bez przygód – w pewnym momencie wmanewrowaliśmy się w nieciekawe miejsce ponad lufą niewielką (10m?) ale wystarczającą żeby się zabić, a chwyty i stopnie były bardzo kiepskie. Mariusz oczywiście wpakował się na górę, po czym nie miał wyjścia, musiał się piąć dalej ponieważ nie dałby rady tamtędy zejść. Ja wycofałam się z ostatniego miejsca gdzie jeszcze było to możliwe, i jakkolwiek nie było tam jakichś wielkich trudności technicznych miałam niezłego stresa, widząc między nogami te 10m pionu. Znaleźliśmy z Marcinem inny wariant, i potem już do grani było łatwo.

Sama grań w swej początkowej części – ot, grzbiet, dlatego nie mogłam się już doczekać tej ostatniej wąskiej sekwencji. W tle sąsiedni munro Stob a’Choire Odhair:

Gdzieś w tamtym rejonie zdecydowaliśmy, że na drugiego munrosa nie idziemy. Zwyczajnie nam się nie chciało. Pogoda była taka, że woleliśmy kontemplować spektakularne widoki niż zapieprzać, jak to zwykle ma miejsce w przypadku naszych zimowych wycieczek.

Końcówka Aonach Eagach nas nie rozczarowała. Może tylko swoją krótkością. Faktycznie było powietrznie, wąsko a brak jakichkolwiek trudności pozwalał delektować się tym bez przeszkód.

Niestety, sielanka trwała na przestrzeni może 100m, potem grań znów się rozszerzyła. Poniżej szczyt:

A na kolejnym zdjęciu rozciągające się za Marcinem Rannoch Moor:

Zaintrygowały nas ślady, które wyglądały jakby ktoś odcisnął je butem do garnituru. Inna rzecz że zestawienie moich raków z tym śladem jest nieco tendencyjne, same buty zupełnie by tam wystarczyły. Raki wrzuciliśmy przed zwężeniem grani tak na wszelki wypadek, i póki co nie chciało nam się ich zdejmować choć śnieg był raczej sypki.

Wierzchołek Stob Ghabhar na południe opada pięknym urwiskiem, na północ dużo łagodniejszym zboczem:

Szcególnie widok na Glen Etive z Ben Staravem był piękny – niebo nad tamtym rejonem niebieściło się przez cały czas.

Atak szczytowy zajmuje kilka minut. Tradycyjnie mieliśmy chmurę, ale uparliśmy się, ze ją przeczekamy i wprowadziliśmy zamierzenie w czyn.

Widok na zachód, z ostrymi wierzchołkami Cruachana po prawej:

Schodziliśmy opadającym na południowy zachód ramieniem, którym biegnie zalecana przez McNeisha droga zejściowa, ale szybko nam się znudziło. Po znalezieniu odpowiednio wyglądających pól śnieżnych zjechaliśmy do kotła na dupach: operacja, pełna uciechy i niepozbawiona pewnych nieoczekiwanych przygód, pozwoliła zaoszczędzić kupę czasu. Po raz pierwszy tej zimy wsiadaliśmy do samochodu przed zachodem słońca.



Trasa jest świetna ze względu na odcinek grańką. Nie stanowi wyzwania, jest za to śliczny. Jeśli wbijać się na tę górę, to tylko tamtędy. O lokalizacji i widokach pisałam na początku. Klasyka. Warto!!!

Wszystkie foty pod >>LINKIEM<<.


Ben Cruachan i Stob Diamh

Nr 55, Ben Cruachan i nr 56, Stob Diamh

Wymowa: ben kruahan; stob daaf

Znaczenie nazwy: stacked hill; peak of the stag

Wysokość: 1126m n.p.m.; 998m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 31.; 143.

Data wejścia: 9.01.10

Na Cruachana byliśmy wyjątkowo zawzięci, ponieważ góra ta już trzykrotnie nie pozwoliła na siebie wejść. Dwukrotnie z powodu pogody a raz pomylenia trasy. Byliśmy naprawdę zdeterminowani, tym bardziej że Cruachan jest pięknym celem. Razem ze swymi pięcioma satelitami (z których tylko jeden ma status munro) tworzy układające się w podkowę mini pasmo górskie znane jako The Cruachan Horseshoe, w którego środku leży Cruachan Reservoir. Ze względu na swe położenie – blisko morza, tuż obok Glen Etive i Glencoe, mając Ben Lui za niedalekiego sąsiada – oraz na rozmiary i charakterystyczny kształt, jest jednym z bardziej rozpoznawalnych munrosów.

Pierwszym etapem zdobywania któregokolwiek z celów w obrębie Cruachan Horseshoe jest dotarcie do tamy na cruachańskim zbiorniku. Do tej pory za każdym razem podchodziliśmy tam krótką, ale stromą i nieprzyjemną ścieżką przez Falls of Cruachan. Jej wielkim minusem jest to, iż od razu po wyjściu z samochodu zaczynamy piąć się ostro pod górę, ponadto jest tam wiele fragmentów skalistych, niekomfortowych przy oblodzeniu. Dlatego tym razem wybraliśmy drogę alternatywną – o wiele dłuższą, ale wygodną drogę jezdną z Lochawe, wznoszącą się łagodnie na przestrzeni 3,5 km i pozwalającą spokojnie się rozchodzić bez mordowania już na samym początku wycieczki.

Poniżej Cruachan Dam i corbett Beinn a’Bhuiridh:

Okrążyliśmy zbiornik od lewej aż doszliśmy do miejsca, gdzie głębokie koryto strumienia biegnie dnem kotła pomiędzy Cruachanem a Meall Cuanail. Letnia ścieżka biegnie wzdłuż prawego brzegu strumienia, ale nam bardziej pasowało zacząć wchodzić wcześniej, po jego stronie lewej. Przy śniegu ścieżki i tak nie było więc wbijaliśmy się tak jak nam wygodnie. Celem była przełęcz, z której mieliśmy rozpocząć bezpośrednie już podchodzenie na szczyt Cruachana.

Przełęcz:

Z przełęczy prosto w górę granią na zachód opadającą łagodnie, na wschód miejscami urwistą. Nawigacja nawet w gęstej mgle nie sprawiała problemu.



Ze szczytu ładną granią z początku stromo w dół pośród głazów. Tu dopiero zaczęły się nam odsłaniać widoki. Poniżej Cruachan Reservoir, z Loch Awe na drugim planie:

Glen Etive (poniżej) i Glencoe przez pewien czas były widoczne jak na dłoni, ale ponieważ znajdowały się na wschód od nas, światło nie operowało tam tak pięknie.

Odcinek grani pomiędzy Cruachanem a satelitą Drochaid Ghlas jest bardzo efektowny – grań od lewej opada pięknymi urwiskami, od prawej nieco łagodniejszym, acz wciąż bardzo stromym zboczem. Latem zero stresu, przy śniegu jednak należało uważać, żeby po tym zboczu nie zjechać.

Ben Cruachan jest naprawdę piękną górą. Owszem, od południa dostępny bez trudności, w Tatrach równać się może co najwyżej ze szczytami polskich zachodnich. Ale wygląda jak Góra, przewyższenie ma jebitne, na wschód wysyła piękne przepaście – jest to jeden z tych munros na które wchodzi się dla nich samych, a nie dlatego, że mają taki a nie inny status.



Wierzchołek Drochaid Ghlas można sobie darować, co też uczyniliśmy, trawersując od razu na przełęcz pomiędzy nim a drugim munrosem, Stob Diamh. Grań, do Drochaid Ghlas dość wąska – znaczy nie na tyle żeby nie dało się iść w bezpiecznym oddaleniu od lufy, ale jednak bardzo "graniowa", po jego osiągnięciu rozszerza się dość znacznie.

Przed osiągnięciem Stob Diamh znowu ogarnęły nas chmury i niestety pozostały z nami wiernie do końca.

Drugiego munro zdobywaliśmy w totalnej mgle:

Na Stob Diamh podkowa bynajmniej się nie kończy, w jej obrębie znajdują się jeszcze dwa wzniesienia, Stob Garbh przez który przechodziliśmy (w sumie ma charakter przedwierzchołka Stob Diamh) oraz corbett Beinn a’Bhuiridh, którego zbocza trawersowaliśmy by wrócić do tamy. Bardzo pomogły ślady teamu, który wbijał się od strony przeciwnej (spotkaliśmy ich w rejonie Drochaid Ghlas), bo widoczność była taka, że nie było wiadomo gdzie kończy się śnieg a zaczyna niebo. Kontrolowane dupozjazdy pomogły zachować trochę tak potrzebnej na powrót drogą energii.
Cruachańska podkowa jest cudowna. Po prostu highlandzka klasyka. Zimą niewątpliwie bardziej charakterna niż latem, jest jednak trasą dość długą jak na krótki dzień – jeśli ktoś nie zapieprza jak dzik, niech weźmie to pod uwagę. Ale zimą czy latem, szczerze polecam – jest pięknie, miejscami nieco powietrznie ale bez trudności, do przejścia nawet dla kompletnie niedoświadczonych.
Potrzeba było czterech podejść żeby góra nas wpuściła ale była tego warta.
Cruachan, we salute you!
😉

Zdjęcia: >>LINK<<



Ben Vane

Nr 54, Ben Vane

Wymowa: ben wiin

Znaczenie nazwy: middle hill

Wysokość: 915m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 283.

Data wejścia: 2.01.10

Ben Vane zamyka listę munrosów, mierząc 3001 stóp. Pomimo iż to jedynie 77 metrów wyżej niż Krupówki, można się nieco zmęczyć, jako że startujemy z 50m n.p.m. Położony w Alpach Arrocharskich, na przeciwko Ben Vorlicha, został przez nas wybrany dość przypadkowo – ze względu na pozytywne prognozy pogody dla tego rejonu oraz nieco ciekawszy, niż dla jego sąsiadów, opis z The Munros. A tak naprawdę było nam raczej wszystko jedno, byleby w końcu ruszyć tyłki po przerwie spowodowanej moim choróbskiem.

Początek trasy taki jak na Vorlicha, przez Glen Sloy. Wkrótce skręcamy w lewo, do dolinki oddzielającej naszego Bena od sąsiadów, Beinn Narnain oraz Beinn Ime. Z dolinki wbijaliśmy się na rympał, ewentualne ścieżki i tak były przysypane. Stok, z początku łagodny, wkrótce wystromiał. Śnieg był sypki, dość głęboki, raki przydały się dopiero w partiach podszczytowych, gdzie był mocno związany, było też sporo lodu. Nawigacja nie stanowiła problemu ponieważ prowadziło nas samo ukształtowanie terenu.

Trasa sama w sobie nie była szczególnie ekscytująca, ale widoki mieliśmy momentami bardzo przyjemne:

Liczyliśmy na zabawę taką jak na Ben Lui, ale nie wyszło przede wszystkim ze względu na warunki śniegowe. Ten południowo-zachodni zakątek Szkocji jest dość ciepły ze względu na Golfsztrom, co nie czyni okolic Loch Lomond wymarzonym celem na zimowe wycieczki. Postanowiliśmy, że na razie damy sobie spokój z tym obszarem, i będziemy szukać tras bardziej na wschód.

Z wierzchołka schodziliśmy po swojemu, kierując się na tamę na Loch Sloy. Nie obyło się bez przygód. Było wpadanie w dziury, zabawy na zalodzonym stawku, liczne upadki, odrąbywanie sopli oraz rzucanie nimi, ataki na zamrożone kolonie owczych bobków, a Mariusz z pożyczonym drugim czekanem przeszedł kilkumetrowy pionowy lodospadzik żeby zobaczyć jak to jest. Stwierdził, że męcząco 😉

Przy schodzeniu towarzyszył nam ładny widok na Ben Lomonda:

Wycieczka bez szału, ale sympatyczna, choć teraz zdecydowanie mamy ochotę na jakiś konkretniejszy cel. Niech tylko pogoda pozwoli, na weekend jest już parę pomysłów…

Ben Lui

 
Nr 53, Ben Lui (Ben Laoigh)

Wymowa: ben lui

Znaczenie nazwy: hill of the calf

Wysokość: 1130m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 28.

Data wejścia: 12.12.09

Ben Lui bardzo nas zainspirował oglądany z Ben Vorlicha. Postanowiliśmy wejść na niego trochę mniej standardowo, granią rekomendowaną w Scotland’s mountain ridges. Wyczytałam tam że w warunkach zimowych jest to trójkowy scrambling (0+) – podkreślam, w zimowych, czyli latem spacer; i że warto go zrobić jako właśnie jako wstęp do scramblingów w zimie.

Samochód zostawiamy kawałek przed Tyndrum (patrz mapka) i maszerujemy ani długo, ani krótko przez Glen Cononish. Nasz cel ukazuje się bardzo szybko.

Nasza trasa, The Gaothaich Circuit, miała być pętlą okrążającą głęboką misę Coire Gaothaich.



Podchodzenie zaczęło się po przekroczeniu rzeki. Wymagało to pewnej ekwilibrystyki, jako że kamienie były totalnie zalodzone, co nie powiem, zaniepokoiło mnie. Nie miałam ochoty napotkać lodu na grani.

Za potokiem zaczęliśmy wbijać się pod górę, korzystając z wyraźnej ścieżki, aż osiągnęliśmy próg kotła i zarazem granicę śniegu. Stąd należało się przedostać na grań. Tu już ścieżki nie było, a jeśli nawet, to i tak ginęła pod śniegiem. Wchodziliśmy po swojemu i już to pierwsze podejście okazało się na tyle strome, że postanowiliśmy zaprzyjaźnić się z rakami i czekanami.

Dwoje z naszej grupy jako nie mający na nogach raków waliło bezpośrednio granią, po odsłoniętych skałach. Reszta zawzięcie wypróbowywała zimowy ekwipunek na połogim zboczu poniżej. W moim przypadku chodziło nie tyle o zabawę, ile o to, że w rakach na skale czuję się jeszcze bardzo niepewnie.

Po drodze Mariusz inteligentnie upuścił mapę, którą na szczęście udało mi się przechwycić, jako że znajdowałam się kilka metrów pod nim. Odnotowuję, bo on wypomina mi wielkanocne zgubienie mapy w Glencoe do dziś ;P

Dwa fragmenty trasy były bardzo strome i to ich tyczy się zimowa scramblingowa wycena 3. Najpierw trzeba było się kawałek wspiąć, co latem nie byłoby niebezpieczne – przepaści tam nie ma, w najgorszym wypadku spadło by się z kilku metrów – w zimie jednak szansa zatrzymania się na zaśnieżonym stoku jest już mniejsza, więc trzeba było uważać. Nie czułam się pewnie scramblingując po skale w rakach, na szczęście panowie pomogli. Dorota też potrzebowała pomocy – ona z kolei, nie mając raków na nogach, obawiała się śniegu i lodu cienką warstwą zalegającego na skalnych stopniach. Jednym słowem, na baby nie ma mocnych :/

Drugi ciekawy moment był technicznie (dla mnie) prostszy bo zalegało tam dużo więcej śniegu, ale należało strawersować stromą rynnę sprowadzającą na sam dół, co było ciut deprymujące.

Osiągamy wypłaszczenie powyżej pierwszej trudności:

Z wypłaszczenia na wierzchołek już niedaleko – był to niewątpliwie, razem z partiami szczytowymi, najpiękniejszy odcinek trasy.


Przed samym wierzchołkiem teren trochę się spiętrza i gdzieś tam znajduje się wylot wspomnianej rynny, z dołu niewidoczny bo jest po drugiej stronie grani.

Było tak cudnie, że nie wiedzieliśmy co fotografować. Morza mgieł skutecznie zasłaniały widoki, pozwalając tylko najwyższym górom odsłaniać wierzchołki, ale coś za coś: klimat był baśniowy, a chmury tworzyły formacje nie mniej efektowne od gór.

Widok z partii podszczytowych na drugi, niższy wierzchołek:

Narada przed forsowaniem rynny (znów te baby, w tym wypadku Dorota):

Jak wspomniałam niewiele było widać ale euforia była pełna:

Partie szczytowe Bena tworzą podkowę, z jednej strony wypuszczającą dość strome, ale jak najbardziej do zejścia zbocze, z drugiej obrywającą się do Coire Gaothaich. Wchodząc, obserwowaliśmy dwójkę turystów pnących się direttissimą przez środek kotła, i do celu dotarli bardzo szybko… Świetnie to wyglądało i zazdrościliśmy im, ale wobec mikrego zimowego doświadczenia i braków sprzętowych nie było się po co tam pchać – nie tym razem.

Podczas zejścia rozdzielilismy się – ja chciałam schodzić opcją najoczywistszą, granią wprost, ale że Dorota obawiała się stromizny (przy braku raków w pełni zrozumiałe) eskortowana przez kolegów schodziła wysuniętym na zachód łagodniejszym zboczem. Nasze drogi miały się przeciąć na dole przy potoku. Nam zejście upłynęło bez przygód, czego nie można powiedzieć o reszcie grupy. Kolega Przemek, chcąc tuż przy krawędzi uskutecznić dupozjazd, został ściągnięty na bok, przeleciał przez krawędź i zniknął. Kiedy objawił się ponownie przerażonym obserwatorom, okazało się że zjechał na samo dno kotła. Szczęśliwie nic mu się nie stało, ale potwierdza się że choć dupozjazdy rzecz fajna, pomyśleć czasem trzeba.

Reszta wycieczki, tj. zejście i wspólny powrót przez Glen Cononish, na szczęście nie obfitowała w dramatyczne wydarzenia. Ustaliliśmy, że wszystkim ogromnie się podobało, tak ze względu na znakomite warunki, jak i trasę samą w sobie, a Marcin odkrył że jego przeznaczeniem jest czekanowspinaczka 😉 Góra jest świetna, z Pasa Centralnego wciąż blisko, możliwości wejścia dużo, nie tylko naszą opcją bynajmniej – jeśli ktoś jeszcze nie wie, jaki cel wybrać na krótki zimowy dzień, Ben Lui jest bardzo fajną propozycją.

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<


Ben Vorlich nad Loch Lomond

Nr 52, Ben Vorlich

Wymowa: ben worlih

Znaczenie nazwy: hill of the bay

Wysokość: 943m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 229.

Data wejścia: 28.11.09

Po Scafell Pike’u zrobiliśmy jeszcze jedną wycieczkę, ale zakończyła się jedynie powtórnym zdeptaniem Cairn Gorma. Mimo to zapraszam do obejrzenia świetnych fot Doroty – tu >>LINK<<. Nowego munrosa udało się zrobić dopiero w zeszłą sobotę. Ben Vorlichy są dwa, dlatego zaznaczyłam że chodzi o tego nad Loch Lomond. Tego znad Loch Earn zaliczyliśmy już – na wiosnę.
Loch Lomond o poranku:

Z początku wędrujemy dnem Glen Sloy. Góry po tej stronie jeziora to Alpy Arrocharskie – nazwa zabawna, ale miejsce bardzo ładne, a szczególnie wart odwiedzenia, pomimo nieposiadania statusu munro, jest Cobbler >>LINK<<. Arrochar Alps są wyższe i mniej kopiaste niż ich sąsiedzi ze wschodu, Trossachs. Jest to niezwykle malowniczy i łatwo oraz szybko dostępny z Pasa Centralnego rejon Szkocji, świetne miejsce na krótkie zimowe wypady z Glasgow i Edynburga.
Ben Vorlicha tworzą dwie długie granie. Pierwsza położona jest prostopadle do Loch Lomond, a szczyt znajduje się w połowie jej długości. Druga, ciąg trzech efektownych wzniesień znany jako Little Hills, schodzi z wierzchołka w kierunku północnym pod kątem prostym do grani numer 1. Na Bena można wchodzić od dowolnej strony, możliwości jest multum a ceprostrady brak, dlatego też jest on jednym z najmniej zerodowanych munrosów.
My wchodziliśmy następująco: idąc przez Glen Sloy wypatrzyliśmy siodłowate obniżenie w grani, a że zbocze było tam w miarę łagodnie nachylone, zaczęliśmy się wbijać na rympał. W górnej partii natrafiliśmy na ścieżkę, która wyprowadziła nas na piękną, szeroką grań Ben Vorlicha.

Loch Sloy:

Wreszcie pokazał się śnieg, którego z dołu prawie w ogóle nie było widać. Nie było go wiele, ale też nie należy spodziewać się więcej aż do stycznia – lutego. A i to nie wszędzie, pewniakami są jedynie Cairngormsy i rejon Ben Nevisa. Poniżej The Little Hills:

W tle Trossachs, kraina Rob Roya, i Loch Katrine:

Wędrówka długą, najeżoną skałkami granią była bardzo przyjemna, góra położona jest bowiem w nadzwyczaj fajnym punkcie. Można z niej podziwiać, oprócz wspomnianych Arrochar Alps i Trossachs, także Crianlarich Hills z Ben Morem, Tyndrum Hills z Ben Lui i Beinn Dorainem, a także z całą pewnością rejon Glen Etive, Glen Coe i Ben Nevisa, acz tak podpowiada mi logika, bo akurat nad tą częścią panoramy zalegały jakieś chmuro – mgły.

Uwielbiam górską zimę. Nawet jeśli jest to taka pół-zima, jak tutejsza. Śnieg z każdych pagórków robi Góry. Jeśli tylko pogoda jest ładna, nic tylko podziwiać i pstrykać, pstrykać i podziwiać…

Szczytowanie z trzema munrosami w tle – od lewej Ben Lui, Ben Oss i Ben Dubhchraig:

Poniżej zaś Ben More i Stob Binnein. Wciąż jeszcze granica śniegu przebiega wysoko.

Mariusz cyknął zdjęcie, które ogromnie mi się podoba, i potwierdza tezę, że jak piękne fotki bez zbytniego spinania się, to tylko w zimie:

Wracaliśmy granią, przed oczyma mając Loch Lomond. Biegła tamtędy mało wyraźna ścieżka, której postanowiliśmy się w miarę możliwości trzymać nie wiedząc, którędy najbezpieczniej schodzić. Kiedy w końcu ją zgubiliśmy, co było do przewidzenia bo była naprawdę słabo widoczna, w dole było już dobrze widać asfaltówkę na dnie Glen Sloy, do której samodzielne zejście nie nastręczało problemów. Fantastyczne światło sprawiało, że widoki były jak z bajki. Poniżej skąpane w oparach znad Loch Long małe Arrochar, kadr jak z filmu fantasy:

Oraz częściowo zachmurzony Ben Lomond:

Trasa genialna na zimę, przynajmniej dla nas bo blisko, niedługo, nietrudno i widokowo. Jedynym mankamentem jest sporo luda, skuszonego powyższymi walorami. Przy ładnej pogodzie na samotność nie ma co liczyć.

Meall na Teanga


Nr 51,
Meall na Teanga

Wymowa: miel na cienga

Znaczenie nazwy: rounded hill of the tongue

Wysokość: 918m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 275.

Data wejścia: 17.10.09

Pogoda na zeszły weekend zapowiadała się sucha i słoneczna. Postanowiliśmy zatem wykorzystać te sprzyjające okoliczności przyrody na coś mniej spacerowego, jakiś scrambling. Kryteria, jakie przyjął Mariusz, instruując mnie odnośnie szukanej drogi, były następujące:

– wycena scramblingowa na 3 (dwójki nie są wyzwaniem w ładną pogodę, a czwórek się jeszcze boję)

– co najmniej jeden munro na trasie.

Warunki, jak stwierdziłam po dość pobieżnej lekturze, idealnie spełniała opisana w Scramblings in Lochaber droga na Meall Dubh znad Loch Lochy. Meall Dubh nie ma co prawda nawet statusu donalda, ale można z niego przejść na dwa munrosy, Sron a’Choire Ghairbh bądź Meall na Teanga. Postanowiliśmy zrealizować opcję scramblingową a potem zastanowić się, czy damy radę zdeptać jednego czy dwa.

Wschód słońca zaczął się w Glencoe, i do maleńkiego Clunes, skąd zaczyna się trasa, dotarliśmy o bardzo fotogenicznej godzinie. Poniżej ponad mgłą Nevis Range, na fotce pod nim Loch Lochy:

Dojeżdżamy do leśnego parkingu za Clunes, skąd szeroką drogą do miejsca, gdzie wg mapy (patrz na koniec) las na zboczach jest najwęższy. Zbocze ponad drogą obrywa się nagle może czterometrowym, dobrze urzeźbionym uskokiem – tamtędy wbijaliśmy się do góry. Dalej lasem, o ścieżce zapomnijcie, przez plątaninę zwalonych pni, młodych drzewek (niestety głównie iglastych, gogle wskazane ]:>) i gęstego poszycia, po lewej mając głęboki wąwóz (uważać!). Jeśli posiadacie maczetę, koniecznie ją zabierzcie. Jeśli nie, zastanówcie się dwa razy zanim zdecydujecie się na tę trasę.

Po wyjściu z … lasu (w miejsce trzykropka można wstawić dowolny epitet/epitety, gwarantuję że będziecie mieć na to ochotę) ukazała się nam dalsza trasa, tj środkowa z poniższych grzęd. Trochę nie chciało nam się uwierzyć, jak na wpół wrzosowe zbocze może mieć wycenę 3 (0+), ale konsultacja z rysunkiem w książce nie pozostawiała wątpliwości, że idziemy dobrze.

Do początku trasy, gdzie jak informowała książka wyrasta pojedynczy nie do przegapienia iglak (to nie ten poniżej), należało najpierw przetrawersować stromym zboczem. Tzn. wtedy jeszcze wydawało nam się strome, potem już nie.



Iglak właściwy widoczny jest na fotce poniżej. Od momentu kiedy zakończyliśmy trawersowanie i rozpoczęliśmy wbijanie do góry, stało się jasne że trasa nasza nie będzie bułką z masłem.

Zbocze było dość pionowe. Pionowe nie w znaczeniu geometrycznym, bo do 90 stopni jednak mu nieco brakowało. Było jednak wystarczająco strome, by uniemożliwiać korzystanie jedynie z nóg. Gdyby zeń skoczyć, lotu swobodnego nie zaliczyłoby się więcej niż pół metra – metr – gdzieniegdzie dwa, za to reszta byłaby bardzo szybkim turlaniem aż do samego podnóża. Gdyby to była skała, ale taka porządnie urzeźbiona, z konkretnymi stopniami i chwytami, szła bym z lekkim cykorem, ale myślę że pewnie. Tymczasem musieliśmy pełznąć przez porośnięte wrzosem zbocze, i właśnie wrzosy służyły nam za chwyty, a czasem także stopnie.

Na tym najtrudniejszym odcinku, któremu trasa zawdzięcza swoją wycenę, skał nie było prawie w ogóle. Sama absolutnie nie uważam tej drogi za scramblingową. Jest to raczej jakiś wrzosowy hardkor dla masochistów.

Skałki zaczęły się pojawiać na górnym odcinku, gdzie teren nieco (ale nie było to duże "nieco") się położył. Wszystkie były omijalne, można więc było wybierać, czy w danym miejscu bardziej satysfakcjonuje nas scrambling czy wrzosing.

Poniżej Loch Lochy i Nevis Range:

Kiedy osiągnęliśmy łagodną grań Meall Dubh, byliśmy zjechani jak konie po westernie. Natomiast uczucia mieliśmy mocno mieszane – z jednej strony, potrzeba adrenaliny została w pełni zaspokojona; z drugiej, w zupełnie inny sposób, niż się spodziewaliśmy i niż jaki by nas usatysfakcjonował.

Z Meall Dubh postanowiliśmy ruszać od razu na Meall na Teanga i stamtąd jakoś zejść – na dwa munrosy nie starczałoby by nam światła dziennego. Odcinek od wierzchołka Meall Dubh do szczytu munrosa zajął nam 45 minut. Podejście jest łagodne, jest tam też ścieżka. Jest to jedyna część pokonanej przez nas trasy, na której w ogóle jakaś ścieżka egzystuje. Na naszym wejściu i zejściu nie znaleźliśmy nawet śladu buta.

Widok na południowy zachód z podejścia na Meall na Teanga:

Z naszego munro, od którego już bliżej niż dalej do ogarnięcia pierwszej setki, skierowaliśmy się w stronę przełęczy łączącej go z sąsiednim wzniesieniem. Z przełęczy zeszliśmy na rympał nad jezioro, najpierw przyjemną trawiastą kotliną, eskortowani przez rozryczane jelenie, a potem, po raz drugi tego dnia, *&&%"::::?$@ lasem. Tym właśnie ślicznym, kolorowym lasem, który tak ładnie się lansuje poniżej:

Nad przeprawą przez las nie będę się rozwodzić, ostrzegę tylko iż należy uważać na zamaskowane dziury, bagna, skupiska młodych choinek, śliskie i wypróchniałe pnie oraz coś śluzowatego co tam wszędzie się pleni.
Na drogę udało nam się wyskoczyć w miejscu gdzie nie było żadnych uskoków. Przebyte trudy wynagrodził trochę widok zachodu słońca nad jeziorem.

Z całą pewnością mogę o naszej wycieczce powiedzieć dwie rzeczy:
1. Bardzo mi się podobało.
2. Nie mam zamiaru jej powtarzać.

Jeśli mimo to ktoś chciałby nasz szlak zdublować, życzę powodzenia i zalecam uczynienie tego w równie dobrych warunkach pogodowych, bo te wrzosy i na sucho były nieszczególne.

Całość: >>LINK<<