Ben Lui

 
Nr 53, Ben Lui (Ben Laoigh)

Wymowa: ben lui

Znaczenie nazwy: hill of the calf

Wysokość: 1130m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 28.

Data wejścia: 12.12.09

Ben Lui bardzo nas zainspirował oglądany z Ben Vorlicha. Postanowiliśmy wejść na niego trochę mniej standardowo, granią rekomendowaną w Scotland’s mountain ridges. Wyczytałam tam że w warunkach zimowych jest to trójkowy scrambling (0+) – podkreślam, w zimowych, czyli latem spacer; i że warto go zrobić jako właśnie jako wstęp do scramblingów w zimie.

Samochód zostawiamy kawałek przed Tyndrum (patrz mapka) i maszerujemy ani długo, ani krótko przez Glen Cononish. Nasz cel ukazuje się bardzo szybko.

Nasza trasa, The Gaothaich Circuit, miała być pętlą okrążającą głęboką misę Coire Gaothaich.



Podchodzenie zaczęło się po przekroczeniu rzeki. Wymagało to pewnej ekwilibrystyki, jako że kamienie były totalnie zalodzone, co nie powiem, zaniepokoiło mnie. Nie miałam ochoty napotkać lodu na grani.

Za potokiem zaczęliśmy wbijać się pod górę, korzystając z wyraźnej ścieżki, aż osiągnęliśmy próg kotła i zarazem granicę śniegu. Stąd należało się przedostać na grań. Tu już ścieżki nie było, a jeśli nawet, to i tak ginęła pod śniegiem. Wchodziliśmy po swojemu i już to pierwsze podejście okazało się na tyle strome, że postanowiliśmy zaprzyjaźnić się z rakami i czekanami.

Dwoje z naszej grupy jako nie mający na nogach raków waliło bezpośrednio granią, po odsłoniętych skałach. Reszta zawzięcie wypróbowywała zimowy ekwipunek na połogim zboczu poniżej. W moim przypadku chodziło nie tyle o zabawę, ile o to, że w rakach na skale czuję się jeszcze bardzo niepewnie.

Po drodze Mariusz inteligentnie upuścił mapę, którą na szczęście udało mi się przechwycić, jako że znajdowałam się kilka metrów pod nim. Odnotowuję, bo on wypomina mi wielkanocne zgubienie mapy w Glencoe do dziś ;P

Dwa fragmenty trasy były bardzo strome i to ich tyczy się zimowa scramblingowa wycena 3. Najpierw trzeba było się kawałek wspiąć, co latem nie byłoby niebezpieczne – przepaści tam nie ma, w najgorszym wypadku spadło by się z kilku metrów – w zimie jednak szansa zatrzymania się na zaśnieżonym stoku jest już mniejsza, więc trzeba było uważać. Nie czułam się pewnie scramblingując po skale w rakach, na szczęście panowie pomogli. Dorota też potrzebowała pomocy – ona z kolei, nie mając raków na nogach, obawiała się śniegu i lodu cienką warstwą zalegającego na skalnych stopniach. Jednym słowem, na baby nie ma mocnych :/

Drugi ciekawy moment był technicznie (dla mnie) prostszy bo zalegało tam dużo więcej śniegu, ale należało strawersować stromą rynnę sprowadzającą na sam dół, co było ciut deprymujące.

Osiągamy wypłaszczenie powyżej pierwszej trudności:

Z wypłaszczenia na wierzchołek już niedaleko – był to niewątpliwie, razem z partiami szczytowymi, najpiękniejszy odcinek trasy.


Przed samym wierzchołkiem teren trochę się spiętrza i gdzieś tam znajduje się wylot wspomnianej rynny, z dołu niewidoczny bo jest po drugiej stronie grani.

Było tak cudnie, że nie wiedzieliśmy co fotografować. Morza mgieł skutecznie zasłaniały widoki, pozwalając tylko najwyższym górom odsłaniać wierzchołki, ale coś za coś: klimat był baśniowy, a chmury tworzyły formacje nie mniej efektowne od gór.

Widok z partii podszczytowych na drugi, niższy wierzchołek:

Narada przed forsowaniem rynny (znów te baby, w tym wypadku Dorota):

Jak wspomniałam niewiele było widać ale euforia była pełna:

Partie szczytowe Bena tworzą podkowę, z jednej strony wypuszczającą dość strome, ale jak najbardziej do zejścia zbocze, z drugiej obrywającą się do Coire Gaothaich. Wchodząc, obserwowaliśmy dwójkę turystów pnących się direttissimą przez środek kotła, i do celu dotarli bardzo szybko… Świetnie to wyglądało i zazdrościliśmy im, ale wobec mikrego zimowego doświadczenia i braków sprzętowych nie było się po co tam pchać – nie tym razem.

Podczas zejścia rozdzielilismy się – ja chciałam schodzić opcją najoczywistszą, granią wprost, ale że Dorota obawiała się stromizny (przy braku raków w pełni zrozumiałe) eskortowana przez kolegów schodziła wysuniętym na zachód łagodniejszym zboczem. Nasze drogi miały się przeciąć na dole przy potoku. Nam zejście upłynęło bez przygód, czego nie można powiedzieć o reszcie grupy. Kolega Przemek, chcąc tuż przy krawędzi uskutecznić dupozjazd, został ściągnięty na bok, przeleciał przez krawędź i zniknął. Kiedy objawił się ponownie przerażonym obserwatorom, okazało się że zjechał na samo dno kotła. Szczęśliwie nic mu się nie stało, ale potwierdza się że choć dupozjazdy rzecz fajna, pomyśleć czasem trzeba.

Reszta wycieczki, tj. zejście i wspólny powrót przez Glen Cononish, na szczęście nie obfitowała w dramatyczne wydarzenia. Ustaliliśmy, że wszystkim ogromnie się podobało, tak ze względu na znakomite warunki, jak i trasę samą w sobie, a Marcin odkrył że jego przeznaczeniem jest czekanowspinaczka 😉 Góra jest świetna, z Pasa Centralnego wciąż blisko, możliwości wejścia dużo, nie tylko naszą opcją bynajmniej – jeśli ktoś jeszcze nie wie, jaki cel wybrać na krótki zimowy dzień, Ben Lui jest bardzo fajną propozycją.

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s