Seana Bhraigh

Nr 160Seana Bhraigh

Wymowa: szona wrei

Znaczenie nazwy: old height (za MunroMagic)

Wysokość: 926m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 262.

Data wejścia: 27.6.15

Na ostatnią wycieczkę porzuciliśmy rejon Kintail i udaliśmy się na (prawie) Daleką Północ. Seana Bhraigh cieszy się opinią jednego z najbardziej odległych od cywilizacji munrosów (choć z tych które już zdeptaliśmy przebija ją Lurg Mhor z naszej rocznicowej wyrypy).

Start z A835 nieco na południe od Ullapool. Nie do przegapienia – u początku drogi stoi klasyczna, nieco tylko zdewastowana, brytyjska czerwona budka telefoniczna.

Krótki spacer przez Inverlael Forest, po czym skręcamy w lewo by zacząć podchodzenie na plateau, najostrzejsze podejście tego dnia.

Niekiedy naprawdę można zrozumieć czemu Highlandy maja największy wskaźnik samobójstw w Szkocji:

Acz wystarczy, że słońce nieco przyświeci, i nawet największe szare kopy robią się piękne.

Z plateau wspaniale widać góry Assynt i Sutherlandu, w tym wypadku Cul Beag, Cul Mor i Suilvena:

Jak widać na mapce, po wejściu na płaskowyż najpierw długo idziemy po względnie płaskim, by wreszcie osiągnąć upstrzony jeziorkami przesmyk pomiędzy dwoma wzniesieniami, z których jedno, Eididh nan Clach Geala (na suicydalnym zdjęciu kopa najbardziej po prawej) jest munrosem. Rozważaliśmy czy nie dodać go do wycieczki, ale zwyczajnie nie wyrobilibyśmy się czasowo.

Za przesmykiem jest niewielka równia, a potem obniżamy się niestety dość znacznie (ja wiem że to wszystko brzmi niewinnie, ale w realu to są całkiem konkretne odległości oraz wysiłek) do początku płaskowyżu tworzącego Seanę Bhraigh. Wierzchołek Seany to ten po lewej.

Kocioł Cagha Dearg robi wrażenie. Klimaty na razie bardziej cairngormskie niż rodem z zachodniego wybrzeża ale cairngormskie pozytywnie, monumentalne.

Plateau z czterema co prawda niezbyt strzelistymi munrosami też prezentuje się monumentalnie. Na najwyższym, Beinn Dearg, byliśmy dwa lata temu ale być może wycieczkę powtórzymy bo ze szczytu nie widzieliśmy nic.

Atak szczytowy na Seanę nie stanowi raczej wyzwania:

Za to widoki na drugą stronę… To już zdecydowanie nie Cairngormsy. Oj nie. raz, niesamowite jest że ta góra ma kotły po obu stronach – nie widziałam czegoś takiego w Highlandzie; dwa, kocioł Luchd Choire jest taki że można umrzeć z głodu w locie; trzy, scramblingowa grań kulminująca w Creag an Duine jest po prostu przepiękna. Dojście do niej jest jeszcze (i to sporo) dłuższe niż nasze, ale jeśli jeszcze kiedyś będziemy chcieli wejść na Seanę, to tylko tamtędy.

Krzesanice podszczytowe:

Kolejna porcja gór Dalekiej Północy, w centrum lansuje się Stach Polej (w oryginale Stac Pollaidh – kolego Ścibor, który sprzedałeś nam tę nazwę, jeśli masz ochotę się jeszcze wybrać razem w góry to daj znać!!!) 🙂

Klasyczny kadr, acz na większości podobnych zdjęć człowiek stoi nieco bliżej krawędzi. Co robić, wiało! 😉

Szczytowe z Bugi:

Przez cały dzień udało nam się nikogo nie spotkać a kiedy napawaliśmy się szczytem i mielonką pojawiła się ekipa Mountain Rescue z trzema psami. Psy zwąchały mielonkę więc trzeba było się podzielić, ekipie (na ćwiczeniach) zrobiliśmy zdjęcie grupowe na życzenie. Po czym zaczęło lać i wymiotło nas w drogę powrotną.

Powrót po własnych śladach. Było pięknie – po tym jedynym prysznicu cudownie się wypogodziło, po raz pierwszy w czasie tego urlopu mieliśmy słońce i doskonałą widoczność. Tak lansował się An Teallach:

Oraz The Fannaichs:

A także (na obu zdjęciach) wspomniany Beinn Dearg:

Wycieczka na Seanę była z całą pewnością klejnotem tego wyjazdu i tripem który będę wspominać najlepiej. Być może gdybyśmy mieli widoki na trasie przez Sgurr na Ciche mogłyby one to przebić, na pewno swoje zrobiła też fotogeniczna pogoda – niemniej góra jest piękna, poczucie pustki i ucieczki od cywilizacji niesamowite, chillout 10/10.

Na tym niestety trzeba było zakończyć urlop, ale co przeżyłam, to moje 🙂

A’ Ghlas Bheinn & the Falls of Glomach

Nr 159A’ Ghlas Bheinn

Wymowa: glaswen

Znaczenie nazwy: grey hill (za MunroMagic)

Wysokość: 918m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 273.

Data wejścia: 25.6.15


A’ Ghlas Bheinn ogranicza od zachodu Glen Affric, mega munrosową dolinę gdzie mamy zrobioną tylko jedna górę (na którą i tak wchodzi się od Glen Shiel więc bywa do tejże zaliczana). Jest to dość niefortunny munros, bo usadowiony opodal znacznie konkretniejszego i kształtniejszego sąsiada, Beinn Fhady, więc szału nie robi. Przynajmniej takie mieliśmy wrażenie z parkingu.

Poniżej Sgurr a Choire Ghairbh, część Beinn Fhady (wierzchołek znajduje się w innej partii masywu):

Oraz A’ Ghlas Bheinn niczym wielkanocna baba na której ktoś usiadł. I jeszcze się umościł.

Start z Morvich, maleńkiej miejscowości położonej nad Loch Duich, gdzie niemal zbiegają się wyloty Glen Shiel i Glen Affric.

Droga z początku biegnie przyjemną (lasy!!) doliną, by wreszcie zacząć wbijać się na coś w rodzaju płaskowyżu (coś w rodzaju, bo tak plaskate jak w Cairngormsach to jednak nie jest). 

O tak to wygląda (A’ Ghlas Bheinna nie ma w kadrze). Trochę byłam w szoku, bo spodziewałam się strzelistych kształtnych gór jak w nieodległej Glen Shiel, tymczasem widoczne na zdjęciu szczyty Glen Elchaig są… No mniej skowyrne, to na pewno. Munrosów jednakowoż tam nie ma z tego co kojarzę.

Tam gdzie ten niewinny strumyczek opada w dół, figuruje wodospad Glomach. Nie jest najwyższy w UK – spad liczy sobie 113 metrów – spotkałam się jednak z opiniami, że wywiera największe wrażenie.

Zdjęcia nie oddają lufy ani pełnej wysokości, ale faktycznie Glomach daje radę. Piękna sprawa. Zdecydowanie nie polecam na wycieczkę z małoletnimi dziećmi, chyba że na smyczy.

Od wodospadu trzeba było się kawałek wrócić, po czym zaczęliśmy włażenie na to co wydawało się wałem szczytowym munrosa.

Przy czym kiedy już wdrapaliśmy się na wał okazało się że do wierzchołka jeszcze dwa kilometry.

Szło w miarę sprawnie ale pogoda zaczęła się pogarszać – zanosiło się na powtórkę z poprzedniej wycieczki. Dammit! :/

Wyjątkowo pesymistyczne zdjęcie szczytowe:

Kiedy zaczęliśmy schodzić (nie było sensu moknąć na wierzchołku dłużej niż to konieczne do zrobienia zdjęcia) chmury zaczęły ustępować – a że byliśmy wciąż bardzo wysoko, widoki były praktycznie takie jak ze szczytu.

Loch Duich (na ostatnim planie Beinn Sgritheall):

Fragment masywu Beinn Fhady z wyłaniającym się Sgurr Fhuaran:

Po prawej Sgurr nan Saighead:

Oraz Beinn Fhada raz jeszcze – Hunter’s Ridge:

Zejście z A’ Ghlas Bheinna było nieco przerąbane: mnóstwo skalnych przedwierzchołków, wejść i zejść, jeden fałszywy wierzchołek za drugim. Przełęcz powitaliśmy z ulgą.

Powrotna dolina Gleann Choinneachain jest przepiękna, ścieżka biegnie wysoko ponad jej dnem, a my jeszcze trafiliśmy tam w czasie kiedy wszystko jest soczyście zielone.

Marsz tą doliną to była czysta przyjemność, nawet pomimo coraz bardziej dokuczającego odcisku 🙂

Widok na przełęcz. To po prawej należy do masywu Beinn Fhady:

Wycieczka (21,5 km) była piękna acz moim zupełnie i osobiście prywatnym zdaniem, nic nie ujmując wodospadowi Glomach, ale końcowa dolina była jednak tym co zrobiło dzień.



Sgurr nan Coireachan, Garbh Chioch Mhor i Sgurr na Ciche


Nr 156Sgurr nan Coireachan; nr 157, Garbh Chioch Mhor; nr 158, Sgurr na Ciche

Wymowa: skur nan korahan; garw hierh wor; skur na kih

Znaczenie nazwy: peak of the corries; big stony breast; peak of the breast (za "Walking the Munros")

Wysokość: 953m n.p.m.; 1013m n.p.m.; 1040m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 213.; 116.; 92.

Data wejścia: 23.6.15


Na te trzy munrosy, znane (z jeszcze jednym) jako Rough Bounds of Knoydart, idzie się z Glen Dessary. Nie jest to jeszcze półwysep Knoydart sensu stricto, ale jak nazwa wskazuje, jego ograniczenie. By się tam dostać trzeba przejechać wzdłuż długiego Loch Arkaig jedną z najbardziej zwariowanych dróg jakie można znaleźć w Szkocji: oczywiście z mijankami ale i z mnóstwem "blind summits" i to takich że maska samochodu zasłania dalszą drogę i pozostaje tylko nadzieja że z drugiej strony nic nie jedzie; efektownych "hopek" i ogólnie jest milion okazji żeby się malowniczo zabić. Na końcu jeziora jest spory parking. 

Ścieżek jest w okolicy sporo, więc może od razu mapka (z Walkhighlands) żeby było jasne , którędy:

Pogoda niestety nie robiła szału. Było dużo gorzej niż poprzedniego dnia kiedy słońce jednak chwilami wychodziło. 

Tego ranka miejscowa fauna prezentowała się bardziej malowniczo niż góry:

Ta górka (jeśli dobrze patrzę na mapę Creag an Taghain, 495m n.p.m.) wyglądała całkiem przyjemnie:

Ścieżka z początku biegnie dnem doliny, potem zboczami korbeta o pięknej nazwie Sgurr Cos na Breachd-laoidh (po naszemu to Góra W Której Znajduje Się Jaskinia Pstrego Cielęcia ☉_☉). Było niemożebnie mokro i błotniście. Po przekroczeniu potoku zaczęliśmy się stromo wspinać na Sgurr nan Coireachan gdzie sytuacja błotna bynajmniej się nie polepszyła.

Podczas podchodzenia tym zboczem zaliczyłam przynajmniej dwa kryzysy – nie dość że pieruńsko strome, to nie chciało się skończyć. W górnych partiach teren trochę się położył, ale odpocząć można było dopiero na końcówce, za niższym wierzchołkiem (zdjęcie robione z wierzchołka właściwego):

Oraz tenże wierzchołek plus pogarszające się warunki pogodowe w tle.

Na szczęście resztę trasy póki co było widać. Garbh Chioch Mhor i Sgurr na Ciche prezentowały się epicko, co wydaje mi się że akurat to zdjęcie oddaje nieźle ponieważ są na nim ludzie. No i niestety aż za dobitnie widać było jaki to kawał drogi i ile jeszcze podchodzenia…

Przełęcz między Sgurrem nan Coireachan a Garbh Chioch Mhor jest bardzo głęboka, obniżamy się o ponad 200 m. 

Na Garbh Chioch Mhor wchodziło mi się lepiej, raz ze względu na mniejsze nachylenie, dwa teren jest tu znacznie bardziej urozmaicony – dużo więcej skały – no i oczywiście widoki. Całą długością grani biegnie murek dzięki czemu nie powinno być tu problemów nawigacyjnych nawet we mgle.

A chmura niestety przylazła, i już została. Sgurra na Ciche już mieliśmy tego dnia nie ujrzeć, jego widok z pierwszego munrosa musiał nam wystarczać. Poniżej Garbh Chioch Mhor z przedwierzchołka (Garbh Chioch Bheag, czyli też skalny cycek tyle że mały).

I to byłby już koniec widoków na ten dzień. Tadam.

Kolejna przełęcz, Feadan na Ciche (moje ulubione tłumaczenie to Whistle of the Breast, Gwizd Cycka) jest położona wysoko więc pomiędzy dwoma ostatnimi munrosami nie ma już specjalnie ciężkiej roboty. Takie zdjęcie akurat się trafiło, ale za dużo scramblingu to tam nie ma:

Kopuła szczytowa Sgurr na Ciche podobno jest efektowna – bardzo dużo tu skały. No fakt trochę skały było widać:

Stamtąd zerodowana i bardzo stroma (wiem, że zdjęcie tego nie oddaje) ścieżka zygzakuje pomiędzy formacjami skalnymi i rumowiskami. Są momenty że naprawdę lepiej się nie poślizgnąć. Wysokość nabiera się momentalnie.

Panorama ze szczytu (okres szary):

Za Feadan na Ciche zaczyna się najciekawsza część trasy, niezwykle malowniczy wąwóz. Tu już czyste niebo nie miało znaczenia. 

Wyspa Eigg i Loch Nevis:

Po wyjściu z wąwozu pokazało się jaki kawał jest jeszcze do przejścia. Przestrzeń pomiędzy laskami znajduje się dopiero w połowie drogi. Tym razem poszliśmy inną ścieżką niż rano, dłuższą, ale suchą i znacznie bardziej komfortową (bo jezdną) – można było przycisnąć i nie patrzeć cały czas pod nogi. Przycisnęliśmy zatem i muszę się pochwalić że czasowo powrót wyszedł nieźle 😉

Na Sgurra na Ciche muszę się jeszcze kiedyś wybrać. Muszę! Nie daruję widoków z tej góry.

Trasa liczy sobie 26 km. 



Sgurr a’Mhaoraich


Nr 155, Sgurr a’Mhaoraich

Wymowa: skur a wurit

Znaczenie nazwy: rocky peak of the shellfish (za MunroMagic)

Wysokość: 1027m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 104.

Data wejścia: 22.6.15


Na tegorocznym urlopie postanowiliśmy poeksplorować głównie rejon Kintail z przyległościami ponieważ (obok Monadliath) jest to miejsce gdzie mamy wciąż bardzo dużo do zrobienia (a w przeciwieństwie do Monadliath dość daleko jak na jednodniową wycieczkę). 

Chodzi mniej więcej o ten obszar:

Te rejony są bardzo atrakcyjnym celem dla górołazów ponieważ jest tu chyba największe nagromadzenie munrosów w Szkocji a góry są dzikie, piękne i znacznie bardziej charakterne od tych w centrum kraju.

Pierwsza wycieczka miała być bardziej rozruchowa (ok. 14 km jeśli wierzyć GPSowi). Munro Sgurr a’Mhaoraich leży nad Loch Quoich, nad którym nigdy wcześniej nie byliśmy.  Nie jest to jezioro naturalne a rezerwuar, ale na malowniczość nie ma to wpływu. 

Zaparkowaliśmy w zatoczce tuż za mostem, u podnóży munrosa. Z wypatrzeniem ścieżki wznoszącej się ramieniem góry nie było problemów (z tego co pamiętam początek jest oznaczony kopczykiem).

Munros Gairich:

A poniżej w oddali nasz cel na kolejny dzień: munrosy Sgurr nan Coireachan, Garbh Chioch Mhor i Sgurr na Ciche.

Ramię którym idziemy nie wyprowadza na munrosa a na corbett top, więc korbeta można spokojnie strawersować.

Wierzchołek Sgurr a’Mhaoraich i grań, którą będziemy podchodzić:

Po drugiej stronie doliny piętrzy się mur Five Sisters of Kintail, z którego mamy zrobioną połowę. Co prawda od tej strony brak krzesanic i kotłów jakie opadają do Glen Shiel, ale monumentalność i kubatura całej grani robi wrażenie.

Gleouraich, wyższy od Sgurr a’Mhaoraich o… 8 metrów:

Pod szczytem grań się zwęża i spiętrza w serii ziemno-skalnych pinakli. Jeśli ktoś jest bardzo zdesperowany żeby znaleźć jakiś scrambling może na nie powłazić 😉

Na samej końcówce jest nieco stromizny:

Niestety widoki ze szczytu bardzo straciły na potencjalnej efektowności ze względu na pogodę – chociaż wiedząc teraz co spotkało nas na kolejnych wycieczkach, powinnam docenić że w ogóle coś było widać.


Z okolicznych gór najcharakterniej prezentowało się The Saddle z Forcan Ridge, scramblingowa trasa na której byliśmy ładnych parę lat temu.


Są trzy opcje zejścia z wierzchołka: ramieniem opadającym z niego do Loch Quoich (wtedy trzeba by nadrabiać ok. 3km szosą); obniżyć się do przełęczy a stamtąd wspiąć się na grań Am Bathaich (na pewno opcja najfajniejsza krajobrazowo) albo z przełęczy zejść do doliny. Ponieważ pogoda była jaka była poszliśmy po linii najmniejszego oporu i wybraliśmy opcję numer trzy, najmniej forsowną ale i najbardziej mokrą.


Na dole okazało się, że dolina tętni życiem: trwała tam budowa. Koparki i spychacze jeździły w te i nazad, z zakonspirowanych głośników dudniły jakieś siermiężne popy. Ktoś ewidentnie ma za dużo pieniędzy jeśli może sobie pozwolić na budowanie się w takiej lokalizacji- niee, wcale ale to wcale nie zazdroszczę 😉

Powrót wzdłuż odnogi jeziora byłby niewątpliwie przyjemniejszy gdybyśmy nie musieli uważać na toczące się drogą pojazdy. Swoją drogą robotnikom trafiła się fucha w fajnym miejscu. 

Gdyby nie ogólna szarzyzna pogodowa (tak wiem że mogło być jeszcze gorzej – i zresztą później było), to mogłaby być fantastyczna wycieczka. A tak – było po prostu fajnie.



Beinn Sgritheall

Nr 154, Beinn Sgritheall

Wymowa: ben skril

Znaczenie nazwy: scree hill (za MunroMagic)

Wysokość: 974m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 183.

Data wejścia: 12.6.15


Beinn Sgritheall ma opinię wyjątkowo męczącego, gdyż raz że wyrasta bezpośrednio z morza przez co wysokości względna i bezwzględna pokrywają się, dwa wszystkie opisy mówią o znacznej stromiźnie. Było wiadomo że czeka nas ciężka praca.

Góra znajduje się na półwyspie Glenelg, a idzie się na nią z maleńkiego Arnisdale. Munros góruje nad miasteczkiem (jeśli tak to można nazwać – nie ma nawet sklepu), które nieśmiało kuli się przy plaży. Poniżej Bealach Arnasdail na którą prowadzi ścieżka (na munrosa skręca się w lewo). 

A to poniżej to sam wierzchołek munrosa:

Woda poniżej pomimo nazwy (Loch Hourn) nie jest jeziorem a zatoką. Po drugiej stronie widać półwysep Knoydart, mający opinię jednego z najdzikszych rejonów w Szkocji (oczywiście od czasów Clearances – wcześniej, jak zresztą w całych highlandach, tętniło tu życie). Na Knoydart nie ma drogi jezdnej, można się tam dostać albo wodą albo baraaaardzo daleko tuptać z buta. Dlatego wyprawa na widoczny poniżej masyw Ladhar Bheinna będzie nieco bardziej niż zwykle skomplikowana logistycznie.

Wejście na przełęcz owszem męczy ponieważ nie ma kiedy się rozchodzić, ale aż tak stromo jak wynikałoby z opisów póki co nie jest.

Za przełęczą skręcamy na kopułę będącą przedwierzchołkiem munrosa o wysokości 906m, i tu już stromizna w połączeniu z piargami faktycznie może zmęczyć.

Na ostatnim planie załapał się Ben Nevis – w realu był wyraźnie widoczny, na zdjęciu niestety już ledwo. Oczywiście tradycyjnie wierzchołek cały odsłonięty, pewnie dlatego że nas tam nie było.

Nieziemskie jest to wrażenie pustki i dziczy, chociaż to przecież żaden park narodowy, w dolinach leżą mniejsze i większe miejscowości i toczy się normalne życie.

Arnisdale cały czas doskonale widoczne, mogliśmy mieć na oku nasz samochód 😉

Kopuła na drugim planie to wspomniany przedwierzchołek, skąd na szczyt wyprowadza łagodna w jednym miejscu zwężająca się grań.

Szczyt:

Rejon Glen Shiel – można rozpoznać charakterystyczne sylwetki Five Sisters oraz The Saddle.

Mieliśmy chwilę grozy kiedy napatoczyła się chmura… Akurat z tej góry nie darowałabym sobie nie mieć widoków. 

Widok na wyspy Eigg, Rum i półwysep Sleat na Skye. Nad Black Cuillin niestety piętrzyły się chmury.

Trasa i sama góra nam obojgu bardzo kojarzyły się ze Sliochem >>LINK<<

Szczytowe:

Teraz jedynie należało zejść do drogi… Pozornie bułka z masłem 😀 W rzeczywistości czekało nas najpierw bardzo długie, strome (ale już bez piargów!) zejście na wypłaszczenie, potem zaś równie stromy marsz jednym z tych niezwykle urokliwych highlandzkich lasków które są przepiękne ale człowiek zawsze żałuje że nie zabrał maczety. 

Po przygodach w lasku, gdzie tradycyjnie dużo brzydkich słów padło, mieliśmy jeszcze ok. 3km szosą do Arnisdale. Po drodze spotkaliśmy wyluzowane renifery, których widok nas zaskoczył bo kojarzyły nam się dotąd wyłącznie z rejonem Cairngormsów.

Gdyby ktoś decydował się na wchodzenie naszą drogą zejściową, jej początek oznaczony jest kopczykiem (przewodniki mówią o niebieskiej beczce ale zdecydowanie jej tam nie było) – trzeba być uważnym bo łatwo go przegapić. 

Na deser rododendrony, nie moje ulubione pąsowe ale takich właśnie fioletowych jest w Highlandzie najwięcej:

Wycieczka była owszem forsowna ale nastawiła nas pozytywnie do urlopu który rozpoczynamy w niedzielę. Właśnie w tej rejon będziemy uderzać, jako że mamy tu multum munrosów do zrobienia, a robią się wolno bo to jednak za daleko na day trip.

Mapka pochodzi z Walkhighlands:

An Socach


Nr 153, An Socach

Wymowa: an sokak

Znaczenie nazwy: the snout ;D (za MunroMagic)

Wysokość: 944m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 227.

Data wejścia: 11.4.15


Kolejne wyjście miało być mniej forsowne i gdzieś blisko. Padło na Glen Shee (dwie godziny jazdy) i pojedynczego munrosa. Cała trasa to blisko 15 km. 

Start z drugiego (patrząc od południa) parkingu za Glenshee Ski Centre, przy niewielkim acz charakterystycznym lasku.

Pierwsze 3 kilometry idziemy doliną. Krajobraz – typowo dla wschodnich płaskowyży – jest raczej księżycowy oraz mocno obły, ale widoczność i światło sprawiały, że było po prostu pięknie.

Za strumieniem (był, jak to o tej porze roku, dość głęboki i trochę się tam nakombinowaliśmy jak przejść bez przemaczania butów) należy zacząć się wznosić (są ścieżki) orientując się na konkretnych rozmiarów kopczyk widoczny po lewej. Nachylenie zbocza jest niewielkie, idzie się fajnie.

To poniżej to początek wału szczytowego – najstromsze podejście na trasie. Niższego (o 6 metrów) drugiego wierzchołka nie widać, ale z tego co widać już na niego niedaleko. Również jest oznaczony kopcem. To jest ten rodzaj gór że bez kopczyków w życiu nie dałoby się na 100% ustalić że stało się na najwyższym punkcie.

Okolice Glen Shee zawsze o tej porze roku wyglądają jak obraz akwarelowy. Lubię też poczucie przestrzeni. Choć góry są tu naleśnikowate chętnie do nich wracam. Zostało nam tu jeszcze osiem munrosów.

Na wale szczytowym paskudnie wiało, nie tak żeby przewracać, ale temperatura odczuwalna zdecydowanie poniżej zera. W ruch poszły maski a wkrótce także kurtki oraz zimowe rękawice.

Wierzchołek to kumulacja drugiego z garbików na II planie. Plan III, wyższy, to są własnie jedne z tych munrosów na których jeszcze nie byliśmy. Nie da się ukryć że An Socach do spektakularnych nie należy… We mgle byłaby to strata czasu, ale pogoda ocaliła dzień.

Pięknie lansowały się Cairngormsy. Nawiasem pozwalam sobie na odrobinę prywaty. Otóż Mariusz i Marcin uważają że jestem okropną fe purystką, ponieważ poprawiam ich kiedy nazywają Cairngormsami cały teren Cairngormskiego Parku Narodowego, w tym również teren Glen Shee. Marcina jeszcze załóżmy rozumiem ale Mazio, jak współautor bloga i osoba słusznie pretendująca do miana ogarniętej w temacie szkockich gór, powinien wiedzieć lepiej.

Dla Mariusza, cytat z Wikipedii >>LINK<<:

Although The Cairngorms are within the Cairngorms National Park, they are only a part of it. Watson (1975) delineates the main Cairngorm massif as being between Aviemore in the north-west, Glen Gairn, Braemar in the south-east, and Glen Feshie in the south-west.

Czyli tak, o:

Amen.

(Cairngormsy to te wysokie na ostatnim planie):

To naprawdę dobrze, że wierzchołek jest oznaczony 😉

Powrót tą samą drogą: dwa kilosy wału szczytowego, zejście, wypłaszczenie z kopcem, kolejne zejście. Potem strumień i marsz doliną.

Pod koniec doliny pasły się konie, na tle nagłej a krótkiej zamieci wyglądało to malowniczo, zwłaszcza jeden siwek. On też się nami zainteresował.

Ruszył prosto na Marcina i mnie, dał się pogłaskać po pysku… Szybko jednak okazało się że nie interesują go pieszczoty a żarcie. Żarcie niosłam ja. Koń wyczuł tattie scones, bekon, serek brie i czekoladę – ogólnie takie raczej mało końskie smaki? Ja tam się zresztą nie znam.

Trochę mnie zestresował (no kurcze, wielkie bydlę z jeszcze większymi zębami!) ale panowie zamiast pomóc mieli polewkę. W końcu Mazio się zlitował, wyjął tattie scone’a i dał zwierzęciu – owo zaczęło żreć, a my pośpiesznie się oddaliliśmy.

Wycieczka bardzo przyjemna i luzacka, taki bardziej spacer – zwłaszcza w porównaniu do poprzedniej. Niby plaskacz, ale w ładną pogodę polecam!

Lurg Mhor i Bidein a’Choire Sheasgaich



Nr 151, Lurg Mhor i nr 152, Bidein a’ Choire Sheasgaich

Wymowa: luarg wor; bidżyn a kori sziskah

Znaczenie nazwy: big ridge; summit of the corrie of the fallow cattle (za MunroMagic)

Wysokość: 986m n.p.m.; 945m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 163.; 224.

Data wejścia: 3.4.15


Na naszą rocznicę chcieliśmy zrobić coś wyjątkowego, przeżyć przygodę. Zaplanowaliśmy dwa odległe od cywilizacji munrosy – cała pętla to trzydzieści osiem kilometrów, czyli nie do zrobienia jednego dnia (trasa jak trasa, ale sama jazda samochodem w jedną stronę to cztery godziny). Na szczęście po drodze znajduje się bothy a nocleg na pustkowiu jak najbardziej spełniał kryteria przygody, zwłaszcza że w ten sposób jeszcze nigdy nie nocowaliśmy.

Cała kobyła na mapie skopiowanej z >>Walkhighlands<<:

Pierwszego dnia dojechaliśmy do Lochcarron, miejscowości dobrze nam znanej i lubianej, gdzie zjedliśmy konkretny obiad mając świadomość że potem będziemy się kontentować zawartością plecaków. Po posiłku przemieściliśmy się do położonego po drugiej stronie jeziora Attadale, gdzie znajduje się duży parking i początek trasy.

Lochcarron i Beinn Bhan (tamtędy biegnie droga do Applecross) ze wschodniego wybrzeża jeziora:

Niestety byliśmy zmuszeni zabrać wory, ponieważ zachodziła konieczność wzięcia śpiworów (letnich, więc po dwa na głowę), maszynki, raków i czekanów, dwudniowych zapasów jedzenia, a także wieczornych czasoumilaczy tj. książek i piwa. W moim przypadku także kosmetyczka mieszcząca płyn do soczewek, pudełko i etui na okulary – niby nic, ale dodane do reszty też waży.

Droga przez pierwsze 2,5 km idzie po płaskim. Przechodzimy koło Attadale Gardens do których niestety nie było czasu zajrzeć (a korciło, bo kilkanaście metrów od wejścia rósł sobie pierwszy kwitnący, w dodatku na ciemno-różowo, rododendron! Te dzikie dopiero mają pąki), mijamy sympatyczne domki do wynajęcia. Wreszcie zaczyna się podchodzenie – zygzaki ścieżki wspinają się na swojego rodzaju "wyżynę":

Ta "wyżyna" to bardzo urozmaicony, wysoko wyniesiony i mocno pofałdowany teren, którym wędrujemy cały czas się wznosząc, ale raczej delikatnie.

Po kolejnych 3 kilometrach z hakiem osiągamy nie tyle przełęcz, co rodzaj wąskiego korytarza pomiędzy dwoma masywami po ok. 460m n.p.m. każdy. Dopiero z tego rejonu, gdzieś mniej więcej w połowie drogi do bothy ukazuje się widok na docelowe munrosy: Bidein a"Choire Sheasgaich, zwany przez baggerów Cheescake, oraz Lurg Mhor po prawej.

Tak czuliśmy po prognozach że to nasza nie tylko pierwsza ale i ostatnia szansa żeby je sobie popodziwiać.

Droga, choć od korytarzo-przełęczy biegła już lekko w dół, zaczęła się nieziemsko dłużyć od kiedy wreszcie ujrzeliśmy cel – chałupinka była natenczas oddalona o jeszcze jakieś 6 km i wcale nie chciała się powiększać!

Pod koniec trasy niespodziewana atrakcja – taki bajerancki mostek wisi sobie nad przełomem Uisge Dubh, czyli Czarnej Wody: 

Bothy – Bendronaig Lodge – należy do Attadale Estate. Większy budynek obok to cottage do wynajęcia, z bothy natomiast korzystać może każdy, choć rekomendowany czas to nie dłużej niż 48 godzin. Zresztą nie byłoby skąd wziąć wystarczającej ilości drewna na opał.

W środku – duża główna izba ze stołem na wiktuały, trzy mini-pokoiki z kominkami, i kibel który trzeba spłukiwać wodą ze strumienia, który na szczęście płynie tuż koło chatki. Dla chętnych – książka wpisów 🙂 Estate zapewnia pewną ilość drewna (stos za chałupą – warto przynieść nieco do środka żeby było suche dla następnych użytkowników), które trzeba sobie porąbać na szczapy (kartka na ścianie informuje że nie należy używać progu jako pieńka drwalskiego). Siekiera jest, nie trzeba taszczyć 😀

Napalić zdecydowanie trzeba było, temperatura wewnątrz była zbliżona do na zewnątrz tyle że bez wiatru. Przedsenna lektura przy kominku raczący się piwem nie tylko spełniła, ale wręcz przebiła nasze wizje rocznicowego wieczora.

Sielanka skończyła się w nocy kiedy ogień zgasł i obudziło nas zimno. Zdecydowanie trzeba zainwestować w wytrzymalsze śpiwory.

Rano pogoda była taka jak mówiły prognozy, czyli słaba. Tak miało być więc się nie przejęliśmy.

Pierwszym etapem wycieczki było dostanie się nad Loch Calavie, skąd dopiero mieliśmy zacząć podchodzenie na przełęcz pomiędzy munrosami.

Śnieg był mokry, przepadający, w dodatku zaczęło mżyć. Na przełęczy wszystkie ciuchy miałam już z lekka wilgotne. Tam mżawka zmieniła się w śnieg, czyli panowały temperatury około zerowe. W mokrawych ciuchach raczej średnia przyjemność, ale przynajmniej nie robiliśmy specjalnych postojów bo ząb zaczynał wtedy uderzać o ząb.

Niestety ta sama chmura która zapewniła opady wyłączyła też widoki. Szliśmy po czyichś śladach co umożliwiało nie patrzenie na GPS co trzy minuty. W chmurze mało nie wpakowaliśmy się do kotła. Zdjęcie szczytowe – i jak najszybszy powrót na przełęcz.

Na pierwszego munrosa jest z przełęczy około kilometra, na drugiego 800 metrów, czyli odległość niewielka. A jednak na Cheescake’u się umęczyliśmy. Ostatnie 200 (?) metrów biegło stromym polem śnieżnym, gdzie ze względu na nachylenie dobrze by było użyć raków ale kondycja śniegu na to nie pozwalała. 

To cholerne pole wyprowadziło na szczęście na samą grańkę szczytową, skąd do wierzchołka były trzy minuty.

O ile do tego momentu mieliśmy luksus podążania za śladami, teraz musieliśmy już radzić sobie sami!

Schodziło się upierdliwie, bo baaaardzo szerokim ramieniem góry, gdzie we mgle ciężko było trzymać właściwy kierunek. GPSa należało sprawdzać niemal non stop, a że potrzebował czasu żeby się ustawić, dosyć nas to spowalniało. Choć sama munrosowa pętelka to zaledwie 10 kilometrów, do chatki dotarliśmy już nieźle zmęczeni.

Po posiłku czekał nas 14-kilometrowy powrót. Nie będę wchodzić w detale, ale trochę nas poskładał 😀 Zwłaszcza paradoksalnie fragmenty całkiem równe gdzie scarpy dobitnie udowadniały że są butami pod raki, a nie na spacery. Niestety zabranie podejściówek oznaczałoby dalsze obciążenie worów więc nawet nie rozważaliśmy tego…

Wycieczka udała się fantastycznie (zwłaszcza ze później mieliśmy cały weekend na regenerację), ale najbardziej jestem zadowolona że zrobiliśmy w końcu jakieś "survivalowe", wymagające logistycznie munrosy. Jest ich w Szkocji pewna ilość ale na ogół zostawiamy je na kiedyś tam, wybierając łatwiejsze opcje – a przecież mamy zamiar wejść na wszystkie. Uważam że zrobiliśmy bardzo dobry początek.

Beinn a’Chroin


Nr 150, Beinn a’Chroin

Wymowa: bin a kroin

Znaczenie nazwy: hill of the sheepfold (za MunroMagic)

Wysokość: 940m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 233.

Data wejścia: 14.3.15

Na Beinn a’Chroin idzie się z Glen Falloch, doliny przez którą przebiega droga A82 pomiędzy Loch Lomond a Crianlarich. W bezpośredniej okolicy zrobiliśmy już wszystkie munrosy, w tym dwa które spokojnie można byłoby połączyć z Beinn a’Chroinem w jedną ambitniejszą wycieczkę: Beinn Chabhair i An Caisteal. Rzeźba terenu jest typowa dla gór w okolicy Loch Lomond: strzelistych wierzchołków w większości brak, najwyższe punkty czasem trudno zlokalizować, ale rejony szczytowe to bynajmniej nie płaskowyże, ale wysoko wyniesione mocno pofałdowane tereny z mnóstwem dziwacznych formacji skalnych, jeziorek itp.

Start z parkingu przy A82 tuż za Crainlarich. Zaczynamy spacer łagodnie się wznoszącą drogą wzdłuż rzeki Falloch.

Bryła Beinn a’Chroina zamyka dolinkę. Wchodzić będziemy tak jak najlogiczniej, pofałdowanym ramieniem po lewej stronie.

Kiedy droga się kończy mamy jeszcze do przejścia około dwóch kilometrów zanim będzie trzeba przekroczyć "rzekę" i zacząć się wznosić na ramię. Dolinka, jak to w Szkocji bywa, jest niemożebnie bagnista i marne są szanse uchowania się z suchymi skarpetami. 

Na podejściu na ramię znaleźliśmy ścieżkę. Ten odcinek, miejscami dość stromy, to bardzo przyjemny kawałek trasy. 

Niestety okazało się że jednak nie będziemy mieć widoczności na wierzchołku. Na górze przez cały czas siedziała chmura. Okazało się że prognozę BBC należało potraktować dosłownie: nad Crianlarich miało być pełne słońce, i owszem przez większość czasu było… Nad miasteczkiem widniała wielka dziura przez którą widać było błękit. Okazało się że pozornie sprzeczne prognozy MWiSa (20% szans na widoczność na munrosach w tym rejonie) i BBC (słoneczne Crianlarich) nie kłamały.

W wyższych partiach znaleźliśmy się w innym świecie, gdzie wciąż panowała prawdziwa zima. Wrzuciliśmy po cztery warstwy na górę i najgrubsze rękawice a zimno mimo to dokuczało. Nałożyliśmy też raki bo pełno było lodu oraz twardego, zmrożonego śniegu.

Przy rzeźbie terenu takiej jak opisana na początku notki i wobec braku widoczności bardzo łatwo było się zgubić, co też zrobiliśmy. Zaczęliśmy napierać w kierunku przełęczy między Beinn a’Chroinem i An Caistealem, i z błędu wyprowadził nad dopiero GPS. Bez niego tego dnia na 99% nie znaleźlibyśmy szczytu.

Wierzchołek niespecjalnie wyróżnia się w terenie: ot jeszcze jedno niewielkie przewyższenie, nawet kopczyk jest raczej symboliczny. We mgle nie czuć że to najwyższy punkt.

Zeszliśmy tą samą drogą, tyle że tym razem nie było potrzeba GPSa, wystarczyły własne ślady.

Na zejściu pogoda, jak to często bywa pod wieczór, zaczęła się poprawiać. Chmura nie opuściła szczytu całkowicie ale przerzedziła się na tyle iż niewykluczone że dałoby radę mieć stamtąd jakieś widoki. Sytuacja od początku do końca taka sama jak mieliśmy na sąsiednim Beinn Chabhairze.

Wycieczkę oceniam zdecydowanie bardziej jako munro-rzemieślnictwo ale też i o nic więcej nie chodziło po tak długiej przerwie.



Stob Poite Coire Ardair i Carn Liath


Nr 148, Stob Poite Coire Ardair; nr 149, Carn Liath

Wymowa: sto płat kori atier; karn lija

Znaczenie nazwy: pointed hill of the pot of the high corrie; grey cairn-like peak (za MunroMagic)

Wysokość: 1054m n.p.m.; 1006m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 76.; 127

Data wejścia: 21.9.14

Tym razem postanowiliśmy dokończyć zeszłoroczną trasę na Creag Meagaidh i dwóch sąsiadów >>LINK<<. CM udało się wtedy zaliczyć ale nie mieliśmy żadnych widoków więc sąsiadów zostawiliśmy sobie na ładniejszy dzień. Start z parkingu nad Loch Laggan.

Wrzosy w większości przekwitły, za to sezon na jarzębiny w pełni:

Szkocja jesień potrafi być nie mniej piękna i złota niż polska.

Z początku trawersujemy zbocza munrosów które potem będziemy przechodzić górą. Dolina wydała mi się o wiele piękniejsza niż poprzednim razem, w szary i mglisty majowy dzień. Wreszcie mogliśmy też popodziwiać opadający z Creag Meagaidh Coire Ardair, który poprzednio odsłonił się nam tylko częściowo:

Za jeziorkiem coraz stromsza ścieżka zaczyna się piąć na charakterystyczną przełęcz zwaną The Window:

Taka widoczność i światło nie trafia się nam często.

Malownicze widoki po drugiej stronie miały dla mnie jeden mankament: nie potrafiłam zlokalizować żadnej góry, ponieważ w tej centralnej części Highlandu, która wyrasta pomiędzy tak różnymi światami jak strzeliste The Mamores oraz monumentalne płaskie Cairngormsy, bywaliśmy jak dotąd rzadko i trochę tam głupieję. Zapewne było widać rejon Glen Shiel i Glen Affric, ale z tej perspektywy nie bardzo to ogarniam.

The Window:

Po krótkim dreptaniu z przełęczy osiągamy… Nie wiem jak to nazwać. Wał szczytowy? Jest to owszem grań a nie plateau –  szeroka, ale po obu stronach posiada zbocza. Jest też niemożebnie plaskata. Jednakowoż słowo "grań" nieodparcie kojarzy mi się z czymś węższym, więc chyba ten wał pasuje najbardziej.

Poniżej podchodzę do właściwego wierzchołka, kolejny też z kopczykiem jest o 2 m niższy czego w tej płaskości się absolutnie nie czuje.

Coire Ardair. Nie jest to najbardziej spektakularny kocioł w Highlandzie ale ma wiele uroku, także dzięki jeziorku. Miejsce malownicze, łatwo dostępne i warte odwiedzenia nawet na spokojny spacer bez dalszej wspinaczki.

Rejon szczytowy Creag Meagaidh, właściwy wierzchołek jest po prawej stronie:

Z pierwszego munrosa na kolejnego (w słońcu poniżej) trochę się idzie, ale nie czuć tego. Trasa jest wyjątkowo łagodna, żadnych stromizn, żadnego męczącego podchodzenia, czysty relaks na łagodnie wijącym się – ekhm – wałku. No grań mi naprawdę nie pasuje. Widoki na obie strony powalają, przepięknie lansuje się Loch Laggan.

Na Carn Liath w rzeczywistości nie byłam AŻ TAK padnięta… Bardziej niechętna pozowaniu 😀

Schodząc kierowaliśmy się na wyraźniej widoczną niżej ścieżkę (w górnych partiach nie mogliśmy jej namierzyć). Choć nawigacja była raczej oczywista chodziło o znalezienie przejścia przez uroczy lasek w dolinie – już się zapychaliśmy w takie laski, bez maczety nie podchodź. Niżej na szczęście ścieżka jest ewidentna i bezboleśnie przeprowadza przez krzaczory.

Ostatni rzut oka na Creag Meagaidh, The Window, oraz poranną drogę dojściową:

Zrobiliśmy ok. 17 km, ale nie czułam tego. Fizycznie jedna z łatwiejszych i przyjemniejszych dwumunrosówek.


Beinn Fhionnlaidh (Glen Etive)

Nr 147, Beinn Fhionnlaidh

Wymowa: ben fionly

Znaczenie nazwy: Finlay’s hill (za MunroMagic)

Wysokość: 959m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 198.

Data wejścia: 6.9.14

Mapka pochodzi z nieocenionego Walkhighlands.

Beinn Fhionnlaidh jest sąsiadem góry na której byliśmy (raz bez sukcesu) dwukrotnie, czyli Beinn Sgulairda. Pamiętam jak oglądaliśmy go ze Sguilarda i komentowaliśmy ależ to będzie rzeźnia: niesamowicie rozciągnięty, lekko acz bezlitośnie pnący się do góry stok,w sumie sześć kilometrów monotonnego marszu pod górkę. Szukałam jakiegoś zdjęcia ale ewidentnie woleliśmy wtedy fotografować bardziej spektakularnych sąsiadów z Glencoe i Glen Etive.


Start z parkingu w Glen Creran, potem około kilometra do farmy Elleric u zarania Glen Ure. Widziałam dwa nieśmiało i rachitycznie zakwitające rododendrony, co mnie nieco zszokowało. Tam naprawdę panuje jakiś mikroklimat. Beinn Fhionnlaidh – to co wygląda na szczyt znajduje się w jakiejś jednej trzeciej drogi – po lewej.

Za farmą odbijamy w lewo, i wkrótce zaczynamy się wznosić. Krajobraz idylliczny, grunt dość bagnisty więc ścieżka często ginie. 

Wczesna jesień jest obok maja-czerwca (drony!) oraz końcówki zimy (śniegi!) najładniejszym sezonem w Highlandzie. W sumie chyba najmniej malownicze jest pełne lato. Dowody:

Zbocze okazało się dokładnie tak upiorne jak przypuszczaliśmy. Sześć kilosów monotonnej wspinaczki na kolejne garbki, bez perspektyw zobaczenia wierzchołka aż do samej końcówki:

W dodatku wkrótce ogarnęły nas chmury. Z początku wydawało się że szybko przejdą (ranek był wszak przepiękny!), ale nie dość że zostały, to jeszcze zaczęło padać. Warunki na zdjęcia fatalne. Ten niesamowity głaz musieliśmy jednak uwiecznić:

Wejście naprawdę się dłużyło i było dość heroiczne, jako że od pewnego momentu byliśmy przemoczeni totalnie. Teren raczej mało urozmaicony; mniej więcej w połowie drogi znajdowały się dwa malownicze jeziorka, potem grunt wystromiał nieco i zbocze się zwęziło w coś w rodzaju wciąż szerokiej grani, zrobiło się też bardziej kamieniście. Tylko to mieliśmy niestety do podziwiania. Kiedy wreszcie dodrapaliśmy się na szczyt panowała totalna ulewa i mizeria:

Odwrót momentalny, i jak najszybszy marsz w dół, do ciepłego i suchego samochodu.

Stopniowo niebo zaczynało się klarować, chmury rzedniały, przy jeziorkach można było już wyjąć aparat:

Gdybyśmy rozpoczęli podchodzenie dwie godziny później, mielibyśmy widoki na wierzchołku oraz zejściu. Ale kto to mógł przewidzieć! 

Elleric:

Beinn Fhionnlaidh okazał się jednym z bardziej irytujących i męczących murosów. W warunkach jakie mieliśmy – czysty masochizm. Tym bardziej jestem dumna że nie zawróciliśmy choć był moment że na serio to rozważałam.

Na dole panowała już sielanka, a ostatnie chmury powoli odpływały… Munros nieźle nas strolował.

Beinn Sgulaird, góra, którą bardzo lubię i polecam także nie-baggerom:

Glen Ure, pomiędzy Fhionnlaidhem i Sgulairdem:

Oraz sam Fhionnlaidh. Tu bez sentymentów. Po zejściu spontanicznie pokazałam mu środkowy palec.

Wątpię byśmy chcieli kiedyś powrócić na tego akurat munrosa. Z drugiej strony tak niesamowicie żal widoków na Glencoe i Glen Etive… Tak czy inaczej nie wcześniej niż za dekadę.