Beinn Bhuidhe


Nr 93, Beinn Bhuidhe

Wymowa: ben wui

Znaczenie nazwy: yellow hill (za MunroMagic)

Wysokość: 948m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 216.

Data wejścia: 21.09.12


Beinn Bhuidhe leży pomiędzy grupą Ben Lui (Ben Lui, Beinn a’Chleibh, Beinn Dubhchraig i Ben Oss) a Alpami Arrocharskimi, i McNeish zalicza go właśnie do tych ostatnich. Jest to góra stojąca zupełnie samodzielnie, dlatego wycieczka z konieczności musiała być jednomunrosowa. 

Wymarsz z parkingu nad Loch Fyne. Najpierw musimy pokonać 7 kilometrów Glen Fyne, doliny może mało spektakularnej, choć w takich warunkach w jakich my się tam znaleźliśmy, całkiem urokliwej.

Image Hosted by ImageShack.us

Po raz pierwszy w tym roku dotarło do mnie, że lato już naprawdę się skończyło: rano wszystko było pięknie oszronione.

Image Hosted by ImageShack.us

Z parkingu można pójść prosto (tak też zrobiliśmy), bądź cofnąć się kawałek szosą przez most i tam dopiero skręcić w dolinę, by kontynuować drogą koło… Nie powiem czego, okazało się na końcu 😉 Oba warianty będą w każdym razie widoczne na mapce.

Niech absolutnie nie przychodzi wam do głowy pomysł kąpieli w River Fyne!

Image Hosted by ImageShack.us

Te siedem kilometrów poszło jak z bicza trzasnął. Po zeszłotygodniowej wycieczce wydawało się wszak zaledwie przebieżką.

Jesień robi się powoli ewidentna:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Tu pierwszy widok na Beinn Bhuidhe, acz wierzchołka z doliny nie było widać. Znajdował się on mocno w lewo, stanowiąc kulminację długiej grani szczytowej.

Image Hosted by ImageShack.us

Nie jestem pewna, które to góry z grupy Lui widać w tle. Patrząc na mapę, stawiam na Ben Oss i Ben Dubhchraig:

Image Hosted by ImageShack.us

Osiągając zabudowania Inverchorachan, musimy zlokalizować ścieżkę. Biegnie ona po lewej stronie potoku i jest niezwykle malownicza. Trochę się obawiałam patrząc na tego munrosa, że włazić będziemy monotonnym zboczem, a tymczasem ta część drogi nad wąwozem z potokiem okazała się naprawdę przyjemna.

Image Hosted by ImageShack.us

Wyżej osiągamy nieckę z niewielkim wodospadem, teren nieco się kładzie i kontynuujemy (cały czas ścieżka jest wyraźna) w górę, aż do ostatniego spiętrzenia którego najwyższym punktem jest wierzchołek.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na spiętrzeniu:

Image Hosted by ImageShack.us

Widok z wierzchołka, zresztą piękny, był dla mnie o tyle ciekawy, że to bliski nam rejon, w którym większość gór mamy jeśli nawet nie zaliczonych, to przynajmniej opatrzonych i potrafimy (znaczy, ja potrafię ;P) je nazwać.

Na poniższym zdjęciu widać przede wszystkim wzniesienia Glen Falloch, gdzie jak dotąd mamy zdeptane cztery munrosy. Przy tej skali zdjęcia rozpoznawalny jest jedynie charakterystyczny trójkąt Ben More’a.

Image Hosted by ImageShack.us

W przeciwną stronę natomiast, pełen wypas – od masywu Cruachana (nie zmieścił się w kadrze), poprzez wzgórza Glen Etive, Glencoe (acz rozpoznałam stamtąd tylko Bideana), the Mamores i Ben Nevisa, the Grey Corries, aż po munrosy nad Loch Treig (musicie mi uwierzyć na słowo):

Image Hosted by ImageShack.us

Spotkaliśmy pana, który nosi ze sobą w góry taki system, dzięki któremu łapie sygnały od górołazów w różnych częściach świata:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Powrót – tą samą drogą:

Image Hosted by ImageShack.us

W drugą stronę Glen Fyne już się trochę dłużyła, chociaż nudno nie było – dolina jest zamieszkana, trwało zawijanie bel siana w folię, kręciło się pełno różnorakiej rogacizny:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Już niedaleko wylotu doliny, na rozwidleniu dróg skręciliśmy w lewo, ot tak żeby mieć odmianę (oba warianty wyprowadzały na parking). Była to genialna decyzja. Wyszliśmy prosto na browar, gdzie można było zakupić lokalne wyroby – butelkowanie i z kija 😀

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wyroby okazały się bardzo smaczne i uznaliśmy, że los nagrodził nas za dzisiejsze trudy. Z browaru już dosłownie moment do mostu, a stamtąd może sto metrów szosą na parking.

Dystans całości to ok. 20 km, ale z tego 14 idzie się po płaskim, więc wycieczka jest dużo mniej forsowna niż mogłoby się wydawać.

Zdjęcia: >>LINK<<

Beinn Ime i Beinn Narnain


Nr 73,
Beinn Ime i 74, Beinn Narnain

Wymowa: bin im; bin narnein

Znaczenie nazwy: hill of the butter; hill of the notches (za MunroMagic)

Wysokość: 1011m n.p.m.; 926m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 118.; 259.

Data wejścia: 22.05.11

Słabe prognozy pogody położyły naszą szansę na scrambling, przeprosiliśmy się więc z munro-baggingiem. Zależało nam żeby było blisko i nie bardzo długa trasa (12 km w deszczu a 20 ROBI różnicę) więc padło na Arrochar Alps, gdzie mieliśmy jeszcze trzy munrosy do przejścia. Jeden z nich nie spełniał kryterium krótkości trasy, pozostały więc Ben Ime oraz Ben Narnain, sąsiedzi jednej z naszych ulubionych gór Cobblera.

Samochód zostawiliśmy na znanym już nam parkingu w Succoth (nie wiem czy to się kwalifikuje jako część Arrochar czy odrębny przysiółek), wystarczy przejść na drugą stronę szosy i zaczyna się podejście (patrz mapka). Odcinek zalesiony jest o tyle przyjemny, że można się dobrze rozchodzić jako że nie jest stromo.

Pogoda nie pozostawiała miejsca na złudzenia, ale nastroje mieliśmy bardzo pozytywne, wielkich oczekiwań brak, miał być pożytecznie spędzony dzień i danie sobie w dupę, plus dla mnie i Mariusza kolejna zdobycz.

Loch Long i miasteczko Arrochar

Po wyjściu z "lasu" (w cudzysłowie bo tatrzański bór to to nie jest) osiągnęliśmy łyse Narnain Boulders, skąd widać już górne partie okolicznych wzniesień. Szliśmy ścieżką biegnącą pomiędzy Cobblerem a Beinn Narnain, wyprowadzającą na wielką przełęcz dzielącą ten ostatni od Beinn Ime. Na tym odcinku mieliśmy śmieszną przygodę – jedna z owiec, które niechcący spłoszyliśmy, przewróciła się na bok a że jej futro było bardzo namoknięte więc zapewne ciężkie, nie potrafiła wstać jedynie desperacko wymachując odnóżami. Była tak przerażona że nikt nie miał ochoty robić sesji zdjęciowej, Mariusz po prostu popchnął ją lekko tak że stanęła na nogi i tyle ją widzieliśmy (uratował owcę, przypominam, już po raz drugi ;)).

Z przełęczy na Beinn Ime wchodzi się połogim zboczem. Jest to najwyższy munro w Alpach Arrocharskich, ale – przynajmniej od strony naszego wejścia – niezbyt ciekawy.

Podczas wchodzenia na Beinn Ime, na II planie Beinn Narnain i the Cobbler

Powiem szczerze że włażenie trochę dało mi w kość, osobliwie w tych warunkach pogodowych. Przypominam jednak że nasz parking leżał prawie na poziomie morza (Loch Long jest fiordem). Plus, z przyczyn niezależnych od nas rzadko ostatnio łazimy, więc i kondycja spada…

Wierzchołek Beinn Ime osiągnęliśmy w mleku więc ewakuowaliśmy się dość szybko, tym bardziej że wiatr zrobił się masakryczny (nie wiedzieliśmy, że to dopiero preludium).

Zeszliśmy do przełęczy skąd nieco stromszy stok wyprowadzał na długi grzbiet Beinn Narnain.

Pogoda szalała, wiatr dawał z siebie wszystko, chmury pędziły więc warunki zmieniały się jak w kalejdoskopie: przez dwie minuty szliśmy w mleku, by przez następne dwie doświadczać pięknych widoków i nawet słońca, na grad i sporo deszczu też się znalazło miejsca, a jakże. Po osiągnięciu najwyższego punktu Beinn Narnain mieliśmy więcej szczęścia niż na poprzednim munrosie, bo COŚ było widać. Poniżej za Eweliną Loch Long.

A jeszcze niżej – Loch Lomond i Ben Lomond.

Już na grani szczytowej widać było, że Beinn Narnain nie jest takim zupełnie nudnym plaskaczem – było trochę skałek i bulderków; ale dopiero droga zejściowa okazała się naprawdę malownicza. Zamiast monotonnego zbocza ścieżka biegnie przez mały park skalny.



Na wypłaszczeniu poniżej wiatr dał czadu jak jeszcze nigdy. Do wglądu na moim profilu na fb – Daniel nakręcił dwa filmiki. Aż ciężko to opisać :)) Chłopaki choć więksi mieli pewien problem żeby ustać na nogach, a ze mną i z Eweliną wiatr robił co chciał, z przewracaniem włącznie. W pewnym momencie Mariusz prowadził mnie za pas biodrowy żebym była w stanie normalnie iść.



Niestety wietrzysko bardzo długo nie chciało ucichnąć, nawet kiedy już niewiele mieliśmy do granicy lasu dobrze dawało czadu. Zaliczyliśmy też kolejne sekwencje deszczu i słońca na przemian.

Poniżej: jeśli będziecie PODCHODZIĆ z Succoth na Beinn Narnain, to po pierwszej sekwencji leśnej kiedy osiągniecie szeroką drogę którą należy przeciąć, początek kontynuacji wygląda tak (zamieszczam zdjęcie ponieważ moim zdaniem nie jest ewidentne że to ścieżka):

A ta pierwsza sekwencja też jest raczej dzika:

Trasa jest fajna, w ogóle rejon Arrochar oferuje śliczne widoki z racji iż jest tam sporo lasów, więc krajobraz nie jest księżycowy jak choćby w rejonie bliskiej grupy Lawersa. Jeśli komuś mało może zrobić ją z trzecim munrosem, Ben Vane, ale tu już wymagana jest lepsza niż nasza kondycja i pogoda. Bardzo sympatyczne munros, zwłaszcza Beinn Narnain (plusy głównie za malowniczą drogę zejściową). Z Cobblerem łączyć nie polecam, tej górze warto poświęcić całkiem osobny wypad.

The Cobbler po raz drugi

Na Cobblerze już byliśmy, w samych początkach naszego poznawania szkockich gór: >>LINK<<. Bardzo nam się wtedy podobało i, nieco bardziej na skutek upływu czasu doświadczeni, postanowiliśmy połazić po nim ponownie, trenując (trochę też dla zabawy) asekurację.

Cobbler (aka Ben Arthur, od gaelickiego Beinn Artair) leży w Arrochar Alps gdzie wzgórza są niezbyt wysokie i raczej obłe (choć trzeba oddać sprawiedliwość, że do naleśników takich jak np. Drumochtery im daleko). On bynajmniej nie jest najwyższy w rejonie, mierząc 884m n.p.m. posiada zaledwie status corbetta, za to zdecydowanie wyróżnia się kształtem i możliwościami jakie oferuje.

Wierzchołki Cobblera to od lewej kolejno najniższy Szczyt Południowy aka Arthur’s Seat, główny – turnia którą ochrzciliśmy Igiełką, oraz najbardziej rozległy Szczyt Północny.

Zaparkowaliśmy inaczej niż poprzednio, w samym Arrochar. Nieopodal z daleka widocznego sterczącego z lasu masztu zaczyna się wygodna droga, nieco dłuższa ale też przyjemniejsza od tej z Glen Croe.

Na Arthur’s Seat postanowiliśmy się wbijać od frontu. Pierwszego zaatakowanego buldera odpuściliśmy. Skała była fatalna do zakładania przelotów – słabo urzeźbiona i w jakieś totalnie obłe formy. Wbiliśmy się kolejnym (dzięki za kolano Marcin :)), ponad którym była scramblingowa pionowa ścianka widoczna poniżej. I na bulderze i na niej asekurowaliśmy się. Nie dlatego że technicznie nie dalibyśmy rady tego przejść na żywca, ale przyjechaliśmy tam przecież po to, żeby poćwiczyć.

Krajobrazy oczywiście wymiatały, ten rejon Szkocji jest ładny przede wszystkim dlatego że dość mocno zalesiony. Poniżej Ben Lomond a pod nim Loch Long:

Spodziewaliśmy się że wejście będzie trudniejsze i dłuższe, ale i tak fajnie było znaleźć się na górze. Lufa jest tam elegancka na trzy strony, a sam szczyt jest na tyle szeroki, że można było się rozłożyć z tobołami i spokojnie delektować pogodą. Poniżej lans na tle Igiełki:

Schodziliśmy drogą którą Mariusz za pierwszym razem wchodził. Pierwszy odcinek był trudny i niemiły: gładki blok skalny z bardzo niepewnymi stopniami, więc tu zeszliśmy z liną. Moim zdaniem opłacało się budować stanowisko, bo choć ten odcinek miał zaledwie kilka metrów, poślizgnięcie było tam prawie pewne. Dalszy etap nie wymagał już asekuracji, bo jakkolwiek było się skąd spieprzyć, sam scrambling nie należał do najtrudniejszych. Choć gwoli uczciwości przyznam, iż ten odcinek również przeszłam z liną z tego prostego powodu że Mariusz się uparł, że skoro już jestem związana to mam tak zostać i basta. Ale sensu większego to nie miało.

Poniżej teren naszego zejścia:

Na Igiełkę wymyśliłam, że wejdziemy od frontu. Wejście tradycyjne, wg Wikipedii zwane "threading the needle" (zapewne z powodu przechodzenia przez okno skalne jako ucho igielne, a może też z powodu kształtu turni – tak czy siak zbieżne z moim skojarzeniem) z którego skorzystaliśmy poprzednim razem, postanowiliśmy zostawić sobie na zejście. Opcja od przodu dawała powód do użycia liny, no i zawsze fajnie zrobić coś inaczej niż większość.

Technicznie było łatwo, ale tam na żywca nie odważyłabym się wchodzić, kadr nie obejmuje lufy ale zapewniam: była. Znaczy już sam upadek do podnóża Igiełki miałby nieprzyjemne konsekwencje, lufy mogłoby nawet nie być – wspominam o niej dlatego, że jednak nieco deprymowała.

Arthur’s Seat spod wierzchołka Igiełki:

Szczyt Północny i kolekcja Arrochar Alps: od lewej Ben Vane, Ben Vorlich (zlewają się) i Beinn Narnain.

Na Igiełkę od punktu w którym się odwiązywaliśmy wchodzi się banalnie, acz należy uważać. Ostatni krok to półka nad ponad trzydziestometrową (w ostatniej notce oszacowałam ją na kilkanaście metrów, ale zweryfikowałam tę informację) pionową ekspozycją. W zejściu trochę nieprzyjemny dla psychiki, acz tym razem tam nie kombinowałam, tylko siadłam, spuściłam nogi i zeszłam.

A poniżej tego eksponowanego miejsca schodzi się piękną półą, która kończy się oknem skalnym ("Argyll’s eyeglass"):

Klasyczny kadr, który gości zapewne w tysiącach albumów papierowych i internetowych:

Szczyt Północny sobie darowaliśmy, jako że scramblingów tam nie ma, jest albo zwykła ścieżka albo o, takie cuda, na które jeszcze się nie pchamy:

Schodziliśmy z przełęczy u podnóża ostatniego wierzchołka. Ścieżka jest niefajna, krucha i kamienista – jako drogę wejściową bardziej polecam ścieżynę równoległą do naszego wejścia, biegnącą poniżej skalistych partii.

Wycieczkę oceniliśmy jako nadzwyczaj udaną. Żaden wielki cel nie padł, ale fantastycznie się bawiliśmy, a Cobbler jest bardzo piękną górą. Ponadto pogoda nas rozpieściła i widoczność była tego dnia wyjątkowo dobra.

A jak będziemy bardziej ogarnięci, są tam tematy dla których warto jeszcze odwiedzić to miejsce – co też na pewno zrobimy.

Ben Vane

Nr 54, Ben Vane

Wymowa: ben wiin

Znaczenie nazwy: middle hill

Wysokość: 915m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 283.

Data wejścia: 2.01.10

Ben Vane zamyka listę munrosów, mierząc 3001 stóp. Pomimo iż to jedynie 77 metrów wyżej niż Krupówki, można się nieco zmęczyć, jako że startujemy z 50m n.p.m. Położony w Alpach Arrocharskich, na przeciwko Ben Vorlicha, został przez nas wybrany dość przypadkowo – ze względu na pozytywne prognozy pogody dla tego rejonu oraz nieco ciekawszy, niż dla jego sąsiadów, opis z The Munros. A tak naprawdę było nam raczej wszystko jedno, byleby w końcu ruszyć tyłki po przerwie spowodowanej moim choróbskiem.

Początek trasy taki jak na Vorlicha, przez Glen Sloy. Wkrótce skręcamy w lewo, do dolinki oddzielającej naszego Bena od sąsiadów, Beinn Narnain oraz Beinn Ime. Z dolinki wbijaliśmy się na rympał, ewentualne ścieżki i tak były przysypane. Stok, z początku łagodny, wkrótce wystromiał. Śnieg był sypki, dość głęboki, raki przydały się dopiero w partiach podszczytowych, gdzie był mocno związany, było też sporo lodu. Nawigacja nie stanowiła problemu ponieważ prowadziło nas samo ukształtowanie terenu.

Trasa sama w sobie nie była szczególnie ekscytująca, ale widoki mieliśmy momentami bardzo przyjemne:

Liczyliśmy na zabawę taką jak na Ben Lui, ale nie wyszło przede wszystkim ze względu na warunki śniegowe. Ten południowo-zachodni zakątek Szkocji jest dość ciepły ze względu na Golfsztrom, co nie czyni okolic Loch Lomond wymarzonym celem na zimowe wycieczki. Postanowiliśmy, że na razie damy sobie spokój z tym obszarem, i będziemy szukać tras bardziej na wschód.

Z wierzchołka schodziliśmy po swojemu, kierując się na tamę na Loch Sloy. Nie obyło się bez przygód. Było wpadanie w dziury, zabawy na zalodzonym stawku, liczne upadki, odrąbywanie sopli oraz rzucanie nimi, ataki na zamrożone kolonie owczych bobków, a Mariusz z pożyczonym drugim czekanem przeszedł kilkumetrowy pionowy lodospadzik żeby zobaczyć jak to jest. Stwierdził, że męcząco 😉

Przy schodzeniu towarzyszył nam ładny widok na Ben Lomonda:

Wycieczka bez szału, ale sympatyczna, choć teraz zdecydowanie mamy ochotę na jakiś konkretniejszy cel. Niech tylko pogoda pozwoli, na weekend jest już parę pomysłów…

Ben Vorlich nad Loch Lomond

Nr 52, Ben Vorlich

Wymowa: ben worlih

Znaczenie nazwy: hill of the bay

Wysokość: 943m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 229.

Data wejścia: 28.11.09

Po Scafell Pike’u zrobiliśmy jeszcze jedną wycieczkę, ale zakończyła się jedynie powtórnym zdeptaniem Cairn Gorma. Mimo to zapraszam do obejrzenia świetnych fot Doroty – tu >>LINK<<. Nowego munrosa udało się zrobić dopiero w zeszłą sobotę. Ben Vorlichy są dwa, dlatego zaznaczyłam że chodzi o tego nad Loch Lomond. Tego znad Loch Earn zaliczyliśmy już – na wiosnę.
Loch Lomond o poranku:

Z początku wędrujemy dnem Glen Sloy. Góry po tej stronie jeziora to Alpy Arrocharskie – nazwa zabawna, ale miejsce bardzo ładne, a szczególnie wart odwiedzenia, pomimo nieposiadania statusu munro, jest Cobbler >>LINK<<. Arrochar Alps są wyższe i mniej kopiaste niż ich sąsiedzi ze wschodu, Trossachs. Jest to niezwykle malowniczy i łatwo oraz szybko dostępny z Pasa Centralnego rejon Szkocji, świetne miejsce na krótkie zimowe wypady z Glasgow i Edynburga.
Ben Vorlicha tworzą dwie długie granie. Pierwsza położona jest prostopadle do Loch Lomond, a szczyt znajduje się w połowie jej długości. Druga, ciąg trzech efektownych wzniesień znany jako Little Hills, schodzi z wierzchołka w kierunku północnym pod kątem prostym do grani numer 1. Na Bena można wchodzić od dowolnej strony, możliwości jest multum a ceprostrady brak, dlatego też jest on jednym z najmniej zerodowanych munrosów.
My wchodziliśmy następująco: idąc przez Glen Sloy wypatrzyliśmy siodłowate obniżenie w grani, a że zbocze było tam w miarę łagodnie nachylone, zaczęliśmy się wbijać na rympał. W górnej partii natrafiliśmy na ścieżkę, która wyprowadziła nas na piękną, szeroką grań Ben Vorlicha.

Loch Sloy:

Wreszcie pokazał się śnieg, którego z dołu prawie w ogóle nie było widać. Nie było go wiele, ale też nie należy spodziewać się więcej aż do stycznia – lutego. A i to nie wszędzie, pewniakami są jedynie Cairngormsy i rejon Ben Nevisa. Poniżej The Little Hills:

W tle Trossachs, kraina Rob Roya, i Loch Katrine:

Wędrówka długą, najeżoną skałkami granią była bardzo przyjemna, góra położona jest bowiem w nadzwyczaj fajnym punkcie. Można z niej podziwiać, oprócz wspomnianych Arrochar Alps i Trossachs, także Crianlarich Hills z Ben Morem, Tyndrum Hills z Ben Lui i Beinn Dorainem, a także z całą pewnością rejon Glen Etive, Glen Coe i Ben Nevisa, acz tak podpowiada mi logika, bo akurat nad tą częścią panoramy zalegały jakieś chmuro – mgły.

Uwielbiam górską zimę. Nawet jeśli jest to taka pół-zima, jak tutejsza. Śnieg z każdych pagórków robi Góry. Jeśli tylko pogoda jest ładna, nic tylko podziwiać i pstrykać, pstrykać i podziwiać…

Szczytowanie z trzema munrosami w tle – od lewej Ben Lui, Ben Oss i Ben Dubhchraig:

Poniżej zaś Ben More i Stob Binnein. Wciąż jeszcze granica śniegu przebiega wysoko.

Mariusz cyknął zdjęcie, które ogromnie mi się podoba, i potwierdza tezę, że jak piękne fotki bez zbytniego spinania się, to tylko w zimie:

Wracaliśmy granią, przed oczyma mając Loch Lomond. Biegła tamtędy mało wyraźna ścieżka, której postanowiliśmy się w miarę możliwości trzymać nie wiedząc, którędy najbezpieczniej schodzić. Kiedy w końcu ją zgubiliśmy, co było do przewidzenia bo była naprawdę słabo widoczna, w dole było już dobrze widać asfaltówkę na dnie Glen Sloy, do której samodzielne zejście nie nastręczało problemów. Fantastyczne światło sprawiało, że widoki były jak z bajki. Poniżej skąpane w oparach znad Loch Long małe Arrochar, kadr jak z filmu fantasy:

Oraz częściowo zachmurzony Ben Lomond:

Trasa genialna na zimę, przynajmniej dla nas bo blisko, niedługo, nietrudno i widokowo. Jedynym mankamentem jest sporo luda, skuszonego powyższymi walorami. Przy ładnej pogodzie na samotność nie ma co liczyć.

The Cobbler

The Cobbler, czyli Szewc – znany także jako Ben Arthur (w gaelic Beinn Artair) liczy sobie 884m n.p.m., co oznacza iż łapie się do corbetts, nie do munros (ale o korbetach kiedy indziej). Położony w Alpach Arrocharskich, na zachodnim brzegu Loch Lomond, bardzo się odróżnia od swojego urodziwego, ale raczej mało spektakularnego towarzystwa. Jeżeli o Rohaczu Ostrym pisałam, że jest charakterny, to Cobbler nie dość że ma charakter, ma też świra.

Już przed Arrochar zza wału niższych gór wyłania się coś, co wygląda jak żuchwa wielkiego smoka:

Trasę rozpoczęliśmy na parkingu w Glen Croe (Visitor Centre przy drodze A83, nad Loch Long). Odchodzi stamtąd wyraźna, wygodna i dobrze oznaczona ścieżka. Nad parkingiem góruje południowy szczyt Cobblera, Arthur’s Seat:

Tą przyjemną drogą idziemy nieśpiesznie około 20 minut, po czym skręcamy w las. Uwaga – leśna ścieżka na którą musimy odbić jest maleńka i łatwa do przegapienia, dlatego należy mieć oczy otwarte i oczywiście mapę.

Leśnym, wąskim i stromym szlakiem wędrujemy około 40 minut (po drodze niesamowity strumień spadający po przepięknie wyrzeźbionych płytach, plus… koszmarne błoto), by osiągnąć płaskowyż (to nie jest do końca precyzyjne określenie, ale niech już będzie), z którego już bezpośrednio wyrasta Cobbler oraz sąsiedni munro Beinn Narnain. Na wysokości tamy musimy dokonać wyboru: atakować Cobblera od tyłu, podchodząc ciągiem kolejnych garbów, czy wbijać się na przełęcz pomiędzy częścią środkową a szczytem północnym. My wybraliśmy opcję pierwszą, czyli (bo zdaję sobie sprawę, że powyższy opis brzmi jak na razie cokolwiek abstrakcyjnie) wbijanie się na górę od strony lewej.

Szczyt południowy, część środkowa z "Igiełką" (najwyższy punkt masywu), przełęcz z której schodzi szlak oraz szczyt północny

Pod Cobblera podchodzi się dość szybko, teren wznosi się łagodnie więc marsz nie jest męczący, a końcowe stromizny to zaledwie 100 metrów z hakiem. U samego podnóża góry widać już, że 90% włażenia mamy za sobą.

Szczyt południowy jest najniższy, ale najbardziej hardkorowy: piękna i dumna wieża o pionowych, skrzesanych ścianach.

W ogóle piony, przewieszki i urwiska są na Cobblerze fantastyczne:

Na szczyt południowy odważył się wejść tylko Mariusz. Próbowaliśmy wszyscy – ścieżka wchodziła na trawiastą i eksponowaną, ale szeroką galeryjkę, skąd można było zacząć się wspinać kominkami i pęknięciami. Mariusz szybko zniknął nam z oczu, po czym po jakichś trzech minutach rozległo się z góry jego wołanie – kategorycznie zabraniał mi wchodzić za nim. I tak nie bardzo miałam możliwość, ponieważ Kuba utknął nade mną w połowie ściany:P Kiedy już udało mu się zejść, zdecydowaliśmy, że na górę nie ma się co pchać bo nawet jeśli się uda, z powrotem może być kiepsko.

Mariusz zaczyna forsować ścianę, na drugim planie "Igiełka"

W międzyczasie na szczyt wchodziły jakieś typy, ktoś schodził (z asekuracją) – w ogóle ruch był tam spory jak na szkockie góry. Mariusz zszedł – co obserwowałam z napięciem – bardzo sprawnie, ale już na dole oznajmił, że droga jest trudna, parę momentów było typowo siłowych w znacznej ekspozycji, i że mogłabym nie dać rady, a przynajmniej nie tą samą trasą.

Szczyt południowy, na drugim planie Ben Lomond

Na pierwszy wierzchołek nie udało się nam z Kubą wejść, ale postanowiliśmy, że "Igiełki" (piszę w cudzysłowiu bo to nasza nazwa) sobie nie podarujemy.

"Igiełka" jest nawyższym punktem Cobblera, choć z dołu wydaje się, że wysunięte w przód pozostałe szczyty nad nią dominują.

Wejście okazało się nietrudne. Najpierw należało przejść przez okno skalne, potem atakować od prawej. Technicznie do ogarnięcia, ale ekspozycja taka, że – przyznam się – w zejściu miałam przez chwilę problem. Był tam, na samej górze, fragment gdzie właściwie najlepiej byłoby posadzić dupę i przefiknąć obie nogi na drugą stronę: manewr prosty, ale nie nad kilkudziesięciumetrową przepaścią. W końcu udało mi się przejść, ale musiałam w tym celu zrobić praktycznie szpagat, a i tak by nie wyszło gdybym była niższa i miała krótsze nogi.

Powrót przez okno skalne:

Po emocjach "Igiełki" wspięliśmy się na szczyt północny, jedyny z trzech na który droga jest łatwa i raczej bezpieczna. Co nie oznacza bynajmniej, że ta część góry jest mniej spektakularna od pozostałych – poniżej największa chyba przewieszka na Cobblerze:

Szczyt południowy, w dole Loch Long

Cobbler jest naprawdę niesamowity. Pełno głazów o dziwnych kształtach, okien skalnych, dziur (jaskiń?), nie wspominając o wszechobecnych przepaściach. Tak jakby bogowie, którzy stwarzali Arrochar Alpes ostatniego dnia zrobili bibę na okoliczność finału, i w stanie wskazującym postanowili postawić taką właśnie kropkę nad I.

Ben Donich i Beinn an Lochain – prawdopodobnie. W tym rejonie orientuję się jeszcze słabo i mogłam coś pokręcić. Oczywiście jeśli stwierdzę, że jest byk, zweryfikuję!

Beinn Narnain

Zejście z przełęczy nie nastręcza trudności. Po półgodzinie znów jesteśmy przy tamie a dalej – tą samą drogą którą wchodziliśmy, przez błotnisty las.

Cobblera polecam z całego serca, widoki, emocje i przede wszystkim świetna zabawa gwarantowane. Szlak jest krótki, mało forsowny i – pominąwszy najbardziej spektakularne fragmenty w rejonie szczytowym – łatwy. Szczyt południowy Mariusz ocenił na mocne *****, "Igiełce" daję **** przede wszystkim ze względu na ekspozycję. Wrażenia – także, a może przede wszystkim estetyczne – potężne, nawet jeśli ktoś zdecyduje się pominąć oba cięższe momenty.

Cobbler dołączył niniejszym do ścisłej czołówki moich ulubionych gór.