Stob Ghabhar

Nr 57, Stob Ghabhar

Wymowa: stob gur (z wydłużonym u)

Znaczenie nazwy: peak of the goats

Wysokość: 1090m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 55.

Data wejścia: 12.02.10

Jak dobrze że są jeszcze ciekawe cele na południu. Stob Ghabhar i jego sąsiad Stob a’Choire Odhair leżą w bajecznej lokalizacji. To rejon Blackmount (oryginalnie Monadh Dubh), otoczony przez Glen Etive i Glencoe Hills, grupę Cruachana, Crianlarich oraz Tyndrum Hills, a także dla kontrastu pustkowie Rannoch Moor. Nawet Marcin który twierdzi że w góry dla widoków nie chodzi, był zachwycony.

Miejsce startu na mapce (będzie, ale muszę się najpierw skonsultować z Mariuszem). Wędrujemy drogą po płaskim przez jakieś 5km – czyli jest dobrze, można się rozgrzać przed wbijaniem właściwym. Cel widać od razu. Planowaliśmy taką a nie inną drogę wejściową (możliwości jest wiele, nasze przewodniki rekomendują akurat inne) ze względu na atrakcję w postaci grani Aonach Eagach (po prawej, nie mylić z tą w Glencoe), której ostatni fragment miał być nieco lufiasty – jeśli można do łatwej trasy dodać odrobinę pieprzu, należy taką możliwość bezwzględnie wykorzystać.


Pogoda miała być taka sobie, tymczasem już na starcie zaczęła nas rozpieszczać.

Wbijkę do kotła urozmaicał strumień, który na licznych progach tworzył przepiękne wodospady, jeziorka w misach skalnych albo takie lodowe komnaty jak poniżej. W ramach terapii odstresowywującej jedno z owych jeziorek zostało obrzucone kamieniami (gremialnie) oraz… obsikane (indywidualnie) ]:P

Po osiągnięciu kotła postanowiliśmy dawać do góry skalistym południowym ramieniem. Śniegu nie było tam prawie w ogóle więc zapowiadał się normalny scrambling. Weszliśmy nie bez przygód – w pewnym momencie wmanewrowaliśmy się w nieciekawe miejsce ponad lufą niewielką (10m?) ale wystarczającą żeby się zabić, a chwyty i stopnie były bardzo kiepskie. Mariusz oczywiście wpakował się na górę, po czym nie miał wyjścia, musiał się piąć dalej ponieważ nie dałby rady tamtędy zejść. Ja wycofałam się z ostatniego miejsca gdzie jeszcze było to możliwe, i jakkolwiek nie było tam jakichś wielkich trudności technicznych miałam niezłego stresa, widząc między nogami te 10m pionu. Znaleźliśmy z Marcinem inny wariant, i potem już do grani było łatwo.

Sama grań w swej początkowej części – ot, grzbiet, dlatego nie mogłam się już doczekać tej ostatniej wąskiej sekwencji. W tle sąsiedni munro Stob a’Choire Odhair:

Gdzieś w tamtym rejonie zdecydowaliśmy, że na drugiego munrosa nie idziemy. Zwyczajnie nam się nie chciało. Pogoda była taka, że woleliśmy kontemplować spektakularne widoki niż zapieprzać, jak to zwykle ma miejsce w przypadku naszych zimowych wycieczek.

Końcówka Aonach Eagach nas nie rozczarowała. Może tylko swoją krótkością. Faktycznie było powietrznie, wąsko a brak jakichkolwiek trudności pozwalał delektować się tym bez przeszkód.

Niestety, sielanka trwała na przestrzeni może 100m, potem grań znów się rozszerzyła. Poniżej szczyt:

A na kolejnym zdjęciu rozciągające się za Marcinem Rannoch Moor:

Zaintrygowały nas ślady, które wyglądały jakby ktoś odcisnął je butem do garnituru. Inna rzecz że zestawienie moich raków z tym śladem jest nieco tendencyjne, same buty zupełnie by tam wystarczyły. Raki wrzuciliśmy przed zwężeniem grani tak na wszelki wypadek, i póki co nie chciało nam się ich zdejmować choć śnieg był raczej sypki.

Wierzchołek Stob Ghabhar na południe opada pięknym urwiskiem, na północ dużo łagodniejszym zboczem:

Szcególnie widok na Glen Etive z Ben Staravem był piękny – niebo nad tamtym rejonem niebieściło się przez cały czas.

Atak szczytowy zajmuje kilka minut. Tradycyjnie mieliśmy chmurę, ale uparliśmy się, ze ją przeczekamy i wprowadziliśmy zamierzenie w czyn.

Widok na zachód, z ostrymi wierzchołkami Cruachana po prawej:

Schodziliśmy opadającym na południowy zachód ramieniem, którym biegnie zalecana przez McNeisha droga zejściowa, ale szybko nam się znudziło. Po znalezieniu odpowiednio wyglądających pól śnieżnych zjechaliśmy do kotła na dupach: operacja, pełna uciechy i niepozbawiona pewnych nieoczekiwanych przygód, pozwoliła zaoszczędzić kupę czasu. Po raz pierwszy tej zimy wsiadaliśmy do samochodu przed zachodem słońca.



Trasa jest świetna ze względu na odcinek grańką. Nie stanowi wyzwania, jest za to śliczny. Jeśli wbijać się na tę górę, to tylko tamtędy. O lokalizacji i widokach pisałam na początku. Klasyka. Warto!!!

Wszystkie foty pod >>LINKIEM<<.


Ben Cruachan i Stob Diamh

Nr 55, Ben Cruachan i nr 56, Stob Diamh

Wymowa: ben kruahan; stob daaf

Znaczenie nazwy: stacked hill; peak of the stag

Wysokość: 1126m n.p.m.; 998m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 31.; 143.

Data wejścia: 9.01.10

Na Cruachana byliśmy wyjątkowo zawzięci, ponieważ góra ta już trzykrotnie nie pozwoliła na siebie wejść. Dwukrotnie z powodu pogody a raz pomylenia trasy. Byliśmy naprawdę zdeterminowani, tym bardziej że Cruachan jest pięknym celem. Razem ze swymi pięcioma satelitami (z których tylko jeden ma status munro) tworzy układające się w podkowę mini pasmo górskie znane jako The Cruachan Horseshoe, w którego środku leży Cruachan Reservoir. Ze względu na swe położenie – blisko morza, tuż obok Glen Etive i Glencoe, mając Ben Lui za niedalekiego sąsiada – oraz na rozmiary i charakterystyczny kształt, jest jednym z bardziej rozpoznawalnych munrosów.

Pierwszym etapem zdobywania któregokolwiek z celów w obrębie Cruachan Horseshoe jest dotarcie do tamy na cruachańskim zbiorniku. Do tej pory za każdym razem podchodziliśmy tam krótką, ale stromą i nieprzyjemną ścieżką przez Falls of Cruachan. Jej wielkim minusem jest to, iż od razu po wyjściu z samochodu zaczynamy piąć się ostro pod górę, ponadto jest tam wiele fragmentów skalistych, niekomfortowych przy oblodzeniu. Dlatego tym razem wybraliśmy drogę alternatywną – o wiele dłuższą, ale wygodną drogę jezdną z Lochawe, wznoszącą się łagodnie na przestrzeni 3,5 km i pozwalającą spokojnie się rozchodzić bez mordowania już na samym początku wycieczki.

Poniżej Cruachan Dam i corbett Beinn a’Bhuiridh:

Okrążyliśmy zbiornik od lewej aż doszliśmy do miejsca, gdzie głębokie koryto strumienia biegnie dnem kotła pomiędzy Cruachanem a Meall Cuanail. Letnia ścieżka biegnie wzdłuż prawego brzegu strumienia, ale nam bardziej pasowało zacząć wchodzić wcześniej, po jego stronie lewej. Przy śniegu ścieżki i tak nie było więc wbijaliśmy się tak jak nam wygodnie. Celem była przełęcz, z której mieliśmy rozpocząć bezpośrednie już podchodzenie na szczyt Cruachana.

Przełęcz:

Z przełęczy prosto w górę granią na zachód opadającą łagodnie, na wschód miejscami urwistą. Nawigacja nawet w gęstej mgle nie sprawiała problemu.



Ze szczytu ładną granią z początku stromo w dół pośród głazów. Tu dopiero zaczęły się nam odsłaniać widoki. Poniżej Cruachan Reservoir, z Loch Awe na drugim planie:

Glen Etive (poniżej) i Glencoe przez pewien czas były widoczne jak na dłoni, ale ponieważ znajdowały się na wschód od nas, światło nie operowało tam tak pięknie.

Odcinek grani pomiędzy Cruachanem a satelitą Drochaid Ghlas jest bardzo efektowny – grań od lewej opada pięknymi urwiskami, od prawej nieco łagodniejszym, acz wciąż bardzo stromym zboczem. Latem zero stresu, przy śniegu jednak należało uważać, żeby po tym zboczu nie zjechać.

Ben Cruachan jest naprawdę piękną górą. Owszem, od południa dostępny bez trudności, w Tatrach równać się może co najwyżej ze szczytami polskich zachodnich. Ale wygląda jak Góra, przewyższenie ma jebitne, na wschód wysyła piękne przepaście – jest to jeden z tych munros na które wchodzi się dla nich samych, a nie dlatego, że mają taki a nie inny status.



Wierzchołek Drochaid Ghlas można sobie darować, co też uczyniliśmy, trawersując od razu na przełęcz pomiędzy nim a drugim munrosem, Stob Diamh. Grań, do Drochaid Ghlas dość wąska – znaczy nie na tyle żeby nie dało się iść w bezpiecznym oddaleniu od lufy, ale jednak bardzo "graniowa", po jego osiągnięciu rozszerza się dość znacznie.

Przed osiągnięciem Stob Diamh znowu ogarnęły nas chmury i niestety pozostały z nami wiernie do końca.

Drugiego munro zdobywaliśmy w totalnej mgle:

Na Stob Diamh podkowa bynajmniej się nie kończy, w jej obrębie znajdują się jeszcze dwa wzniesienia, Stob Garbh przez który przechodziliśmy (w sumie ma charakter przedwierzchołka Stob Diamh) oraz corbett Beinn a’Bhuiridh, którego zbocza trawersowaliśmy by wrócić do tamy. Bardzo pomogły ślady teamu, który wbijał się od strony przeciwnej (spotkaliśmy ich w rejonie Drochaid Ghlas), bo widoczność była taka, że nie było wiadomo gdzie kończy się śnieg a zaczyna niebo. Kontrolowane dupozjazdy pomogły zachować trochę tak potrzebnej na powrót drogą energii.
Cruachańska podkowa jest cudowna. Po prostu highlandzka klasyka. Zimą niewątpliwie bardziej charakterna niż latem, jest jednak trasą dość długą jak na krótki dzień – jeśli ktoś nie zapieprza jak dzik, niech weźmie to pod uwagę. Ale zimą czy latem, szczerze polecam – jest pięknie, miejscami nieco powietrznie ale bez trudności, do przejścia nawet dla kompletnie niedoświadczonych.
Potrzeba było czterech podejść żeby góra nas wpuściła ale była tego warta.
Cruachan, we salute you!
😉

Zdjęcia: >>LINK<<



Ben Starav


Nr 13, Ben Starav

Wymowa: tak jak się pisze ale z akcentem na drugą sylabę

Znaczenie nazwy: hill of rustling, wzgórze szelestu. Wersji jak zwykle jest legion, więc podaję najpopularniejszą

Wysokość: 1078m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 62.

Data wejścia: 31.05.2008

Ben Starav wystrzela 1078m nad powierzchnię Loch Etive. Loch Etive jest fiordem, zatem jego lustro stanowi poziom morza. Te tysiąc z hakiem metrów do góry plus zdjęcie w przewodniku Ben Nevis & Glen Coe kusiły nas już od dawna.

Glen Etive sąsiaduje z Glencoe. Na krótkim dystansie doliny biegną względnie równolegle, rozdzielone grzbietem Buachaille Etive Mor, a potem rozchodzą się w kierunach z grubsza zachodnim (Glencoe) i z grubsza południowym (Glen Etive). Charakter obu dolin różni się dość znacznie. Glen Etive jest prawie dwa razy dłuższa i o wiele szersza. Jest też znacznie spokojniejsza, ponieważ jedyna droga, która tamtędy biegnie jest wąska z licznymi mijankami i urywa się nad Loch Etive. Krótko mówiąc, służy jedynie celom turystycznym. Przez Glencoe przebiega natomiast słynna A82, na której ruch nie ustaje nawet nocą.

Rozległa Glen Etive jest bardzo zielona, zamieszkuje ją mnóstwo fauny (widzieliśmy jelenie), teraz na wiosnę wszędzie kwitną rododendrony. Znacznie ciaśniejsza Glencoe jest surowsza, za to zapiera dech spektakularnością szczytów po obu stronach. Jak dotąd nic w Highlandach nie wbiło mnie w fotel bardziej, niż widok na wyłaniające się zza zakrętu Three Sisters.

Bez wątpienia cała okolica to jeden z najefektowniejszych rejonów Szkocji.

Początek trasy był nieco problematyczny, dróżkę odchodzącą od szosy łatwo przegapić, brak jakichś charakterystycznych punktów. Zamiast tłumaczyć, podaję mapkę zgodną z tą z przewodnika (na mapce widać, że można zaparkować wcześniej i ściąć część trasy, nie wiem czemu przewodnik nie podał takiej wersji):



Po przejściu drugiego mostka należy zwiększyć uwagę, żeby nie przegapić rozwidlenia dróg. Wspinamy się szlakiem, który zaznaczyłam na zielono. Czerwonym będziemy schodzić. Można oczywiście odwrotnie, tym bardziej że obie opcje są równie żmudne, ale idąc zielonym (oczywiście kolory to moja licentia poetica) szybciej osiągniemy szczyt.

Na ostatnim planie Stob Dubh kończący Buachaille Etive Beag, po jego prawej stronie widoczna końcówka Buachaille Etive Mor, między nimi przełęcz przez którą można się przedostać do Lairig Eilde i Glencoe

Zdjęcie poniżej pozwala prześledzić sporą część trasy. Nasz szlak pnie się potężnym ramieniem na niewidoczny na razie szczyt. Potem mamy krótki kawałek płaskiej grani (to tam, gdzie śnieg), która następnie lekko się obniża by – na tym odcinku zębata i poszarpana, co będzie widoczne dopiero na zdjęciach z mniejszej odległości – osiągnąć niższy wierzchołek masywu, Stob Coire Dheirg. Dalej szlak oniża się, wciąż po grani, w kierunku przełęczy, której zdjęcie już nie objęło. Od tej przełęczy można udać się na kolejnego munro, Glas Bheinn Mor, lub schodzić drogą którą na mapce zaznaczyłam na czerwono:

Poniżej odcinek od Stob Coire Dheirg po Glas Bheinn Mor, wspomniana przełęcz stanowi największe obniżenie grani:

Szczytu nie zobaczymy jeszcze długo, ale rekompensują to coraz rozleglejsze widoki za plecami, zwłaszcza w kierunku Glencoe, gdzie dominuje masyw Bideana nam Bian.

Kiedy wreszcie ukazuje się szczyt, jesteśmy już naprawdę wysoko. Szlak na krótkim odcinku się wypłaszcza, po czym wzbija w górę, na kamienisty wierzchołek. Na poniższym zdjęciu (zresztą w realu odczucie jest identyczne) wygląda to tak, jakby na górę było już blizutko, hyc-hyc i delektujemy się widokami ze szczytu. Oczywiście nie jest tak. Większą część wejścia istotnie mamy za sobą, ale i przed nami jeszcze ładny kawałek.

Nareszcie widać całą grań szczytową, od wierzchołka głównego po Stob Coire Dheirg. Najbardziej cieszyliśmy się na końcowy odcinek grani, fajnie pozębiony i wyglądający na eksponowany.



Od miejsca z którego ukazuje się szczyt wędrujemy po względnie płaskim, wzdłuż przepięknych krzesanic obrywających się na lewą stronę. Z drugiej za to powoli zaczynają się otwierać widoki na Loch Etive i południe.

Im wyżej, tym więcej kamieni. Sama piramida szczytowa to ogromny kamienny kopiec.

W głębi Bidean nam Bian, Stob Coire Sgreamhach i Buachaille Etive Beag

Atak szczytowy zajmuje około kwadransa. Idzie się miło, bo kamienistość terenu wymusza korzystanie także z rąk, więc nogi mogą trochę odpocząć. Coś na kształt ścieżki momentami się przewija, ale nie warto się nią przejmować. Logiczny kierunek jest tylko jeden.




Poniżej wspomniane skrzesane urwiska, szlak jest wyraźny:

Stob Coire Dheirg i najbardziej obiecujący fragment grani (przy uważnym przypatrzeniu się można dostrzec, że znajdują się na niej dwie osoby):

Na wierzchołku Ben Starava po prostu trzeba rozsiąść się na dłużej. Takie widoki – zwłaszcza przy pogodzie, jaka nam się trafiła – nie są czymś, co przydarza się często. Dla mnie był to mój osobisty – jak w pratchettowskim Złodzieju Czasu – moment absolutnej perfekcji.

Loch Etive, po prawej fragment wyspy Mull

The Cruachan Horseshoe z Ben Cruachanem

Beinn Trilleachan

Po prawej Stob Coir’an Albannaich. Za szczytami Glencoe widać The Mamores

Ze szczytu najpierw lekko w dół, zupełnie płaskim odcinkiem grani:

Zza Bideana nam Bian wyłania się wierzchołek Ben Nevisa, po jego prawej stronie The Mamores

Po tym pierwszym podszczytowym odcinku przyszła kolej na najbardziej interesujący kawałek trasy, czyli poszarpańce wyprowadzające na wierzchołek Stob Coire Dheirg. Istotnie, ekspozycja jest tam spora, ale idzie się bardzo łatwo. Trochę taka Carn Mor Dearg Arete w miniaturce, tyle że CMDA jest o wiele dłuższa i bardziej spektakularna. Powtarzam, trudności brak, ale jeśli ktoś mimo wszystko wolałby bezpieczniejszą opcję, po prawej strony poniżej ostrza grani biegnie ścieżka.

Stob Coire Dheirg

Ze Stob Coire Dheirg schodzimy na głęboką przełęcz, z której albo w dół, by połączyć się ze szlakiem dojściowym, albo na Glas Bheinn Mor. Ta druga opcja jest zastrzeżona dla osób z dobrą kondycją, ponieważ na szczyt kolejnego munrosa jest niezły kawał, a trzeba jeszcze zejść. Jeżeli ktoś planuje tę trasę a nie jest dzikiem, powinien zacząć wchodzenie naprawdę wcześnie.

My schodziliśmy przytulną kotlinką ograniczoną od prawej przez malutki Glas Bheinn Chaol, grzbiecik dzielący na pół olbrzymi kocioł poniżej Ben Starava i Glas Bheinn Mora. Dnem kotlinki biegnie głęboki widowiskowy wąwóz którym płynie Allt nam Meirleach. Zejście jest dość przyjemne, jedynie z początku trochę żwirku. Kiedy pokażą się pierwsze górskie sosny to znak, że wkrótce połączymy się ze szlakiem "zielonym", a stamtąd już tak samo jak w drugą stronę, przez mostki i las.

Piękna wycieczka, piękna góra, a Glen Etive to jedno z cudniejszych miejsc w ogóle, jakie widziałam do tej pory. Szlak oceniam na **, i przypominam, iż w paru miejscach należy zachować znaczną ostrożność pomimo ich łatwości technicznej. Długość drogi jest raczej tatrzańska niż highlandzka (jakby nie było, dajemy ponad tysiąc metrów do góry), i to pomimo iż atakujemy bezpośrednio, bez żmudnych podejść dolinami. Polecam i życzę podobnie pięknej pogody, jak podczas naszej wycieczki. Czyli przy ostrożnych szacunkach macie średnio dziesięć szans w roku, żeby się spełniło;)

Zielony – droga dojściowa, czerwony – zejściowa, żółty – grań pomiędzy szczytem a ostatnią przełęczą

Meall Cuanail albo o górze, co nas nie lubi

Za kolejny cel obraliśmy pięknego munrosa Ben Cruachana. Ben Cruachan (1126m n. p. m.) położony jest w West Highland, nad brzegami wielkiego Loch Awe, już całkiem blisko otwartego morza. Wygląda to tak, że znad jeziora wystrzela efektowne i potężne gniazdo górskie, Cruachan Horseshoe. W środku podkowy znajduje się niewielka dolina wisząca, a w niej – sztuczne jezioro Cruachan Reservoir (więcej o jeziorze i elektrowni na stronie Scottish Power). Wymyśliliśmy sobie, że przejdziemy całą podkowę, zaliczając oprócz BC jeszcze jednego munrosa, Stob Diamh. Taki też szlak rekomenduje pan szanowny autor naszej książki o munros, z którego rad korzystaliśmy do tej pory. Podejście pierwsze miało miejce jakoś pod koniec czerwca.

Szlak zaczyna się koło stacji kolejowej Falls of Cruachan. Na próg doliny wspinamy się stromo, początkowo lasem. Droga biegnie powyżej strumienia spadającego po stromych progach z Cruachan Reservoir, pośród bujnej roślinności, w dole błyszczy Loch Awe. Ten odcinek jest trochę męczący, za to bardzo ładny:

W pewnym momencie trzeba pokonać taki wynalazek, ustawiony pewnie dlatego, żeby nie robić wyrwy w płocie i uniemożliwić lokalnym owcom ucieczkę:

Po czasie krótszym niż pół godziny osiąga się próg doliny, w której leży zbiornik.

 

Ben Cruachan po lewej w chmurach

Tu góra po raz pierwszy pokazała, gdzie nas ma. Zaczęło lać, chmury opuściły się nisko nad ziemię i z żalem musieliśmy zrezygnować z dalszego wchodzenia.

Kolejny raz próbowaliśmy wejść na Cruachana wczoraj, 15 lipca. Pogoda nadzwyczajnie dopisała, nie było więc powodów przypuszczać, że może się nie udać.

Loch Awe

Nie mieliśmy mapy, zasugerowaliśmy się więc tą zamieszczoną w "The Munros" (Cameron McNeish, wyd. Lomond Books 2006). Pan autor zaleca tam, żeby zrobić pętlę po całej grani otaczającej jezioro, o w taki sposób:

Mapka pochodzi ze strony Ordnance Survey, nie z "The Munros"!

Zanim jednak zaczęliśmy się wspinać, trzeba było popodziwiać tamę (jak to ujął M., nie Solina, ale też ładnie)…

Oraz jezioro (nie Morskie Oko, ale… Chociaż nie. Tu jednak nie ma co porównywać, nawet żartem).

Zbiornik został przez nas ochrzczony mianem Loch Bobka, ze względu na to iż jego bezpośrednia okolica jest, pardon, niemożebnie wprost obsrana przez owce.

Ponieważ nie mogliśmy znaleźć szlaku ani niczego, co by go przypominało (Loch Bobka okrążała jakaś ścieżka, ale my zgodnie z instrukcjami z książki chcieliśmy wbijać się od razu na grań), zaczęliśmy wchodzić ubitą drogą, znajdującą się tam prawdopodobnie po to, żeby było którędy dostawać się do położonej trochę wyżej stacji przekaźnikowej.

Droga z początku trawersowała górę, potem jednak zaczęła opadać, wobec czego porzuciliśmy ją i zaczęliśmy wchodzić szerokim zboczem, pokonując kolejne garby. Jakiekolwiek widoki mieliśmy jedynie za plecami:

W międzyczasie zdaliśmy sobie sprawę, jak cała ta podkowa jest wielka. Przejście całości odpuściliśmy sobie z góry, nie o tej porze, ale postanowiliśmy osiągnąć przynajmniej nasz główny cel, BC.

Krajobraz powyżej towarzyszył nam prawie przez całą trasę. W dole widoczny jest wąwóz, w którym na tym odcinku leży Loch Awe. Sceneria zdecydowanie nie ma wysokogórskiego klimatu – w kierunku południowym gór już właściwie nie ma, w zachodnim znajduje się morze z wyspą Mull, z kolei highlandzkie widoki na wschód i północ skutecznie zasłaniało bądź zbocze, po którym wchodziliśmy, bądź przeciwległa część The Cruachan Horseshoe:

Beinn a’ Bhuiridh, 897m n. p. m.

Wreszcie po długiej, monotonnej i nudnej wspinaczce zbocze przeszło w grań, z jednej strony opadającą ładnymi urwiskami do doliny ze zbiornikiem – wreszcie zobaczyliśmy Ben Cruachana, sami znajdując się na przełączce pod jakimś mniejszym szczytem.

Meall Cuanail (918m n.p.m.) i Ben Cruachan

Ben Cruachan ze swoim sąsiadem Stob Dearg (1104m n.p.m., ale za słabo wyodrębniony by być munro) prezentowały się wyjątkowo imponująco.

Niestety, było już za późno żeby wchodzić na Cruachana. Nie przypuszczaliśmy, że będzie nas od niego dzieliła tak głęboka przełęcz, po której trzeba jeszcze pokonywać potężną różnicę wysokości. Na naszej niekoniecznie precyzyjnej mapce tych rzeczy po prostu nie było widać. Mając do wyboru wchodzenie z ryzykiem zaskoczenia przez ciemności w drodze powrotnej, bądź wejście tylko na Meall Cuanail, pod którego szczytem już się znajdowaliśmy, wybraliśmy to drugie.

Na Meall Cuanail, z widokiem w wyspę Mull

Zejście na przełęcz zajęło nam około kwadransa.

Widok z przełęczy na Meall Cuanail

Zejście

Z przełęczy w dolinę schodziliśmy widocznym, ładnym szlakiem, biegnącym wzdłuż strumienia. Loch Bobka przez dłuższy czas nie było widać, a droga nad niego zajęła nam prawie godzinę. Nie przypuszczaliśmy, że ta dolina jest aż tak długa, podobnie jak nie mieliśmy pojęcia o tej najprostszej i najoczywistszej możliwości. Sugerując się książkową mapką nawet nie zastanowiliśmy się, czy nie lepiej byłoby sprawdzić drogę naokoło jeziora. Tymczasem sytuacja wygląda tak, że szlak ten po względnie płaskim terenie doprowadza pod samego Ben Cruachana – tu wspina się na przełęcz, i stąd już bezpośrednio na szczyt. Gdybyśmy wiedzieli o tej opcji, nie marnowalibyśmy czasu na bezsensowną wspinaczkę na dzika i może, pomimo zbyt późnego rozpoczęcia wchodzenia, udało by nam się jednak wejść na BC.

Ponieważ nic już nie można było poradzić na to, iż Ben Cruachan wciąż nie znalazł się na naszej osobistej munro-liście, pocieszaliśmy się, że COŚ (Meall Cuanail) jednak zostało zaliczone, odbyliśmy ładną wycieczkę i pożegnał nas śliczny, ładniejszy niż z rana widok na spokojną toń Loch Bobka.

Cruachan Reservoir aka Loch Bobek

Wracaliśmy przez Glen Orchy i zaprawdę powiadam wam: jeśli kiedyś znajdziecie się w okolicy, dysponując pewną ilością wolnego czasu, wybierzcie drogę przez tę dolinę w celu popodziwiania potoku Broighleachan. Jest co.

Woda wyżłobiła w brzegach prawdziwe cuda.

Sam potok jest bardzo rwący i niebezpieczny. Na moście znaleźliśmy przywiązany do balustrady, całkiem już uschły bukiet. Może to tam utopiła się nastolatka, o której czytaliśmy jakiś czas temu? Nie kojarzę nazwy która wystąpiła w artykule, ale rzecz jest bardzo prawdopodobna.

A poniżej coś, czemu już od dawna chcialiśmy strzelić fotkę: stoi sobie taki wariat przy drodze za Crianlarich jako reklama, i za każdym razem kiedy go w naszych highlandzkim tripach mijamy, wywołuje szerokie uśmiechy – ależ wynalazek! Chciałabym takiego na własność, pojeździło by się po górach:D

Szlaku wyjątkowo oceniać nie będę, ponieważ go nie polecam. Odcinkiem prawidłowym jedynie schodziliśmy, zresztą nie całym. Mogę natomiast następująco doradzić wszystkim, którzy planują wycieczkę na Ben Cruachana:

– droga jest długa, tej górze trzeba poświęcić trochę czasu;

– jeśli macie w planie większą część grani, zarezerwujcie cały dzień;

szlak okrąża jezioro od lewej, po czym odbija w górę przy wiatraczku.

Życzę wyprawy bardziej efektywnej niż nasza i mam nadzieję, że w końcu wejdziemy jednak na tego Cruachana:)

A powinno się iść tak: