An Sgarsoch i Carn an Fhidhleir

Nr 241, An Sgarsoch; nr 242, Carn an Fhidhleir (Carn Ealar)

Wymowa: an skarsoh, karn an fidler

Znaczenie nazwy: place of sharp rocks; cairn-like peak of the fiddler

Wysokość: 1006 m n.p.m.; 994 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 126.; 148.

Data wejścia: 28-29.5.2020

Tak długiej przerwy w łażeniu chyba jeszcze nie mieliśmy, ponieważ od jesieni prześladował nas pech. Najpierw osobisty, czyli m.in. złamane żebro Mariusza, a potem globalny czyli pandemia i lockdown który zresztą wciąż trwa. Nosiło nas już jednak i pod koniec spędzanego w domu urlopu postanowiliśmy jednak zrobić jakąś wycieczkę.

Dwa munrosy, na które padło, są jednymi z bardziej odludnych, wznosząc się ponad Glen Geldie, szeroką doliną która od Północy oddziela je od zwartej grupy Cairngormsów. Z pozostałych stron otoczone są zaś morzem kapuścianych szczytów ciągnących się od Glen Shee po Drumochtery. Można do nich dojść na trzy sposoby: od Glen Feshie, od Glen Tilt oraz od Glen Dee. Dwie pierwsze opcje sa karkołomne przez swoją długość. Ostatnia też nie należy do krótkich (21 km w jedną stronę) ale jest jednak najkrótsza, ponadto jej większość można pokonać rowerem górskim. Nam akurat ta możliwość odpadła, bo z naszych rowerów tylko mój w tej chwili się nadaje, więc postanowiliśmy dojechać do Braema, z Braemar do Linn of Dee i stamtąd tuptać.

Nasz samochód był tego ranka jedyny, parking zamknięty (acz pełno miejsca przy drodze). Ruszyliśmy bardzo podekscytowani, pierwsza wycieczka po tak długim czasie to jest COŚ! Początek trasy był nam znany, bo szliśmy tamtędy ładnych parę lat temu z zamiarem wejścia na Devil’s Pointa i Cairn Toula (swoją drogą bardzo udany wypad). Pierwszy etap trasy to marsz wzdłuż rzeki Dee. Od samego początku nasze docelowe munrosy zamykały horyzont, ale nawet nie zrobiliśmy im zdjęcia gdyż wydawało nam się że to tylko jakieś szare kopy, zdecydopwanie za daleko żeby być naszym celem. W ogóle nie od razu zrobiło się fotogenicznie.

Po ok. pięciu km dochodzi się do Białego Mostu, gdzie można kontynuwać przez Glen Dee (w prawo), bądź tak jak my, w kierunku Glen Geldie (skręt w lewo). Można zobaczyć stamtąd fragment dalszego ciągu Glen Dee, z Cairn Toulem i kawałkiem Devil’s Pointa:

Glen Dee: fragment Devil’s Pointa oraz Cairn Toul

Stamtąd kontynuowaliśmy wzdłuż lasu, a raczej tego co z niego zostało (oprócz rzedkich modrzewi, mnóstwo powyrywanych z korzeniami pni); w kierunku Glen Geldie. Kiedy z oddali zaczyna majaczyć chatka (dawny cottage który niekiedy określa się jako Geldie Burn Bothy), wiadomo już że w niej- znaczy, dolinie – jesteśmy.

Zmierzając do chatki:

Idąc do Geldie Burn Bothy
Geldie Burn Bothy

Idąc przez Glen Geldie, docelowe munrosy mamy po lewej ręce; po prawej to zbocza Cairngormsów. Dnem doliny płynie Geldie Burn który musieliśmy przekraczać trzy czy cztery razy, co nie było wielkim problemem przy obecnym niskim stanie wody (choć raz trzeba było i tak zdjąć buty), ale wyobrażam sobie że w bardziej mokrym sezonie czy wczesną wiosną przejście przez ten potok może być po prostu niemożliwe.

To nasz już trzeci napotkany w tym rejonie wąż (raz znaleźliśmy też wylinkę) – najwyraźniej węży tam jak psów.

Poniżej natomiast An Sgarsoch oraz Carn an Fhidhleir w pełnej plaskatej krasie. Ale to i tak wcale nie są najmniej spektakularne munrosy w okolicy, co udowodnię!

Po naprawdę długim marszu ( w pewnym momencie zaczęłam opowiadać Mariuszowi nowele pozytywistyczne które olał był w szkole a ramach rozrywki), osiągamy kolejny charakterystyczny a malowniczy punkt trasy: ruiny Geldie Lodge. Na poniższym zdjęciu trochę się zlewają z tłem – trzeba ich szukać pomiędzy zieloną trawką a poziomym płatem śniegu.

Geldie Lodge z An Sgarsoch w tle

Tak wyglądają od drugiej strony (zdjęcie robione następnego dnia, stąd inne warunki):

Geldie Lodge

Z grubsza od tego momentu nie kontynuujemy dnem doliny, a zaczynamy delikatnie trawersować baaardzo pochyła zbocza pierwszego munrosa. Bierzemy azymut na niewysoką kopkę (Sgarsoch Bheag czyli Mały Sgarsoch), ponieważ ścieżka pnie się tak żeby obejść ją od zachodu (prawa ręka). I ta ścieżka na większości trasy jest, i to wyraźna.

Sgarsoch Bheag to to po prawej stronie zdjęcia, ścieżka będzie zakręcać tak by obejść go od drugiej strony:

OK, to teraz obiecany najmniej spektakularny munros czyli Król Plaskaczy. Masyw widoczny na zdjęciu to końcówka Cairngormsów. W centrum zdjęcia mamy naleśnika który ma status munro albowiem jego najwyższy punkt plasuje się na odpowiedniej wysokości. Jest to Mullach Clach a’Bhlair, na którym już mieliśmy średnią przyjemność być (znaczy wycieczka była bardzo fajna, tylko wrażenia górskie trochę niemrawe):

A kiedy jesteśmy już nieco wyżej, prezentuje się on następująco:

Widok w kierunku grupy którą zwykle określam (nieco na wyrost) jako góry Glen Shee:

Wchodzenie na An Sgarsoch nie było bynajmniej hardkowowe – włazi się łagodnym zboczem i na większości trasy jest ścieżka – ale przyznaję, że byliśmy już nieco zmęczeni oraz zaprzątało nas zagadnienie gdzie najlepiej się rozbić na noc.

Plan był taki żeby wejść na munrosa i znaleźć odpowiednie miejsce poniżej wierzchołka.

Szczyt osiągnęliśmy jeszcze w takim czasie, że nie musieliśmy w panice rozbijać namotu bo zrobi się ciemno. Maj i czerwiec w Szkocji, tym bardziej dalej na Północy, to zresztą moment kiedy o ciemność nie trzeba się specjalnie martwić (powiedziałabym, że wręcz przeciwnie).

Na wierzchołku a w zasadzie plateau szczytowym. Widoki nie należały do spektakularnych, dominował masyw Beinn a’Ghlo po sąsiedzku od południa.

Ze szczytu zaczęliśmy schodzić w kierunku doliny pomiędzy obiema munrosami, i trochę poniżej (wciąż na wysokości „munrosowej” jak mi się wydaje) znaleźliśmy wypłaszczenie które okazało się idealne pod namiot. Tu z widokiem na sąsieda Carn an Fhidhleir:

Trzeba przyznać że był to piękny wieczór.

Nie obyło się bez przygód, zanim mogliśmy się wygodnie wyłożyć w cieple śpiworów. Okazało się że zapomniałam pudełka na kontakty… Jak sobie z tym poradziliśmy? Po skorzystaniu z JetBoila do zagotowania wody na zupki, wlaliśmy do niego płyn do soczewek i posłużył jako jednokomorowe, wielkie pudło. Mam co prawda kontakty o różnej mocy, ale stwierdziłam że i tak są tylko dwa, więc lepiej poużerać się z nimi chwilę więcej niż zwykle niż po prostu wywalić.

Ranek okazał się fanastycznie słoneczny i ciepły, a soczewki udało mi się od razu założyć prawidłowo. Uznaliśmy to za dobre znaki.

Najpierw należało zejść na przełęcz pomiędzy munrosami, co robi na zdjęciu Mariusz z widokiem na, jak mi się zdaje, Beinn Dearg po lewej:

Masyw Beinn a’Ghlo oraz Carn a’Chlamainn:

Schodzenia na przełęcz, ona sama oraz włażenie na Fhidhleira normalnie musiało by być niebywale upierdliwe (typ terenu był nam dobrze – za dobrze- znany) ale w obecnym zaskakująco suchym sezonie było całkiem łatwo i przyjemnie. Element przegody wprowadził nieomijalny płat śniegu na którym można było się poślizgnąć i zacząć turlać z powrotem:

Poniżej Mariusz na wale szczytowym Fhidhleira, z Beinn a’Ghlo dominującym w tle:

Oraz zdjęcie szczytowe:

Patrzę na Zachód, w stronę Ben Nevisa, Grey Corries i Creag Meagaidh, ale nie byłam pewna co właściwie udało mi sie wypatrzeć i dlaczego zdecydowanie nie było widać Benka.

Zejście w dolinę nie należało do najprzyjemniejszych ale byłoby jeszzce gorsze w normalnych mokrych warunkach.

Przejście doliny pomiędzy munrosami zajęło chwilę, potem było tzreba się wspiąć na zbocza Sgarsoch Bheag, by dopiero po jakimś czasie osiągnąć moment kiedy poprzedniego dnia zaczęliśmy włazić na piewrszego munrosa. Przynajmniej jednak wiedzieliśmy już że od tego momentu jesteśmy na trasie którą już przeszliśmy a więc mamy bliżej niż dalej do samochodu.

Tym razem udokumentowaliśmy przeprawę przez największy z brodów:

Droga powrotna dłużyła się tak że mogłaby konkurować z wyprawą na munrosy Ben Aldera, albo na te nad Loch Mullardoch. Dodatkowo słońce po prostu szalało. Ten powrót to było dość ciężkie przedsięwzięcie, tym bardziej że nie mieliśmy wystarczającej ilości jedzenia.

Kiedy doszliśmy do samochodu (koło 19) i zobaczyliśmy że jest nienaruszony, a co więcej nie jest jedyny (parkowało ich obok chyba z sześć), radość i ulga były zupełne. W takim razie od razu dodam że nie byliśmy jedynymi łazikami na trasie: ogółem spotkaliśmy pięć osób (dwie pary i samotnika).

Trasa liczy sobie 42 km i naprawdę polecam zabrać rowery jeśli jest taka możliwość.

Derry Cairngorm

 

 Nr 161, Derry Cairngorm

Wymowa: angielska

Znaczenie nazwy: blue peak of Glen Derry (za MunroMagic)

Wysokość: 1155m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 20.

Data wejścia: 7.8.15

 

Derry Cairngorm deptany samodzielnie to jedna z krótszych wycieczek w Cairgormsach, niewiele ponad 20 km. Wycieczka składa się z dwóch etapów: najpierw drogą przez Glen Lui to Derry Lodge, a stamtąd niemal od razu marsz do góry, skąd długie ramię serią kop wyprowadza na szczyt. 

Spacer przez Glen Lui z jej starodrzewami i wijącą się wężowo rzeką to zawsze przyjemność. W tę stronę oczywiście 😉

Kawałek za Derry Lodge rozpoczyna się podchodzenie. Aż do samego końca ścieżka jest bardzo dobra i praktycznie niemożliwa do zgubienia. Ten wstępny kawałek jest najbardziej stromy, kiedy dostaniemy się na pierwszą kopkę reszta drogi jest na wielu odcinkach niemal pozioma. To na ostatnim planie to już okolice szczytu.

W panoramie wyróżnia się masyw Beinn a’Ghlo:

Niestety załamanie pogodowe uniemożliwiło ukazanie pełnego uroku Cairngormsów na zdjęciach. Na żywo skala i kubatura tych gór robią wrażenie niezależnie od ich względnie łagodnych linii. Piszę „względnie” bo kotły i zerwy też tam gdzieniegdzie są i prezentują się spektakularnie.

Ogólnie rzecz biorą owszem są to kopy ale kopy którym należy się szacunek.

Wierzchołki są dwa, niemal tej samej wysokości. Właściwy jest ten północny.

Po zrobieniu zdjęcia od razu rozpoczęliśmy odwrót bo deszcz zacinał, a tymczasem okazało się że gdybyśmy posiedzieli na szczycie ze 20-30 minut zrobiłyby się takie warunki:

Nie pierwsza i nie ostatnia taka sytuacja w górach. Przynajmniej powrotny spacer przez Glen Lui odbył się w przyjemnych okolicznościach przyrody. Ponadto po raz pierwszy wracając tamtędy nie czułam się kompletnie wypluta, tak łagodna i nieforsowna jest trasa na tę górę.

Poniżej widać całe podejście na Derry Cairngorm czyli tę symetryczną kopułkę na ostatnim planie.

 

Gdyby komuś było mało z Derry Cairngorma można kontynuować na Beinn Mheadhoin albo nawet Ben Mcdui. Tę pierwszą opcję rozważaliśmy, ale ostatecznie pogoda zdecydowała za nas. W takiej formie jak poszliśmy jest to lekka wycieczka a jednak wyprowadza w samo serce Cairngormsów.

 

Carn a’Mhaim


Nr 133, Carn a’Mhaim

Wymowa: karn a waim

Znaczenie nazwy: cairn like peak of the large rounded hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1037 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 95.

Data wejścia: 7.6.14

Cairngormsy po ostatniej morderczej wyrypie czekały na nas ponad półtora roku. Teraz po wycieczce mogę powiedzieć, że brakowało mi ich!

Start z dobrze znanego nam parkingu w położonym paręnaście km od Braemar Linn of Dee (mapki z poślizgiem, ale robię, więc ta też prędzej czy później się pojawi :P), skąd wędrujemy szeroką, piękną i bardzo "północną" (arktyczna fauna i flora) Glen Lui. Ludzi – pieszych i cyklistów – sporo, ale poczucie dzikości terenu, odległości od cywilizacji mam tam zawsze. Odcinek do Derry Lodge idzie prawie cały czas po płaskim więc jest mnóstwo czasu na rozgrzanie się. 

Lui Water, a w oddali wyłania się jeszcze przez nas niezdeptany Derry Cairngorm:

Carn a’Mhaim pokazuje się stosunkowo szybko. To góra po prawej. Nie wygląda zbyt imponująco. Na tym etapie wydawało nam się, iż to będzie jeden z tych munrosów typowo do zaliczenia z bonusem w postaci dania sobie w dupę, jak to w Cairngormsach. 

Widać ściechę. Najwyższy widoczny punkt jest przedwierzchołkiem, od szczytu właściwego oddziela go płytkie siodło. Widać, że z tą akurat górą dużo roboty nie będzie…

Wschodni kocioł masywu Ben Macdui prezentował się natomiast już całkiem spektakularnie – i jest to chyba najlepszy rys tej góry, poza tym imponującej tylko wysokością. Nie trzeba koniecznie dochodzić do Luibeg Bridge, zależnie od stanu wody można przeprawić się przez rzeczkę wcześniej i ściąć kawałek trasy.

Na Carn a’Mhaim faktycznie wchodziło się jak złoto: dość połogie zbocze, niezbyt długie podejście… Technicznie jeden z najłatwiejszych munrosów.

Widok na Glen Lui z dominującym horyzont masywem Lochnagaru. Klasyczny cairngorm spirit: przestrzeń, powietrze, odległość. Spędziliśmy z kwadrans leżąc na zboczu, grzejąc się w słońcu i pijąc ten klimat.

Czyli reasumując, Carn a’Mhaim nie prezentuje się bynajmniej spektakularnie… Jest bardzo prosty do wejścia, nie powala wysokością… A jednak kiedy osiągnęliśmy rejon szczytu okazało się że ten munros z całą pewnością jest wart odwiedzenia dla samego siebie, nie wyłącznie odhaczenia pozycji na liście. A konkretnie, dla niepowtarzalnego (bo byliśmy na sąsiednim Macduiu i to nie to samo), wspaniałego widoku na Lairig Ghru i flankujące ją szczyty.

Najbliżej znajduje się niewiele niższy Devil’s Point, górka która teoretycznie powinna być totalnie przytłoczona ogromnym sąsiadem Cairn Toulem, a dzęki swojemu charakterowi rwie oczy najbardziej ze wszystkich widocznych szczytów. Cairn Toul, trzeba oddać sprawiedliwość, wydaje się naprawdę olbrzymi, podobnie wyłaniający się zza niego Braeriach. To są najwyższe góry Szkocji i choć brak im śmiałych linii Czarnych Cuillinów czy gór Torridonu, czuć tę wielkość.

Widokowi smaczku dodawał fakt iż na większości szczytów już byliśmy.

Obowiązkowe (nie wszystkie publikuję, bo zdarzają się nieudane, ale wszystkie szczytowe foty oprócz jednej posiadam) ;P:

Fascynująca mnie już od dawna Glen Geusachan oraz dwa munrosy na których jeszcze nie byliśmy, Beinn Bhrothain i Monadh Mor:

Macdui… Oprócz zaprezentowanego wcześniej kotła nie wygląda spektakularnie. Owszem, jest wielki, ale to taki kloc. Nie wytrzymuje konkurencji z Ben Nevisem. Wejść warto, dla widoków, ale nie jest to moja ulubiona góra.

Z Carn a’Mhaim na Macduia można przejść początkowo obniżając się do przełęczy pomiędzy nimi granią Ceann Crionn ("cienki koniec"). Zeszliśmy nią na przełęcz – przyjemny i dość nietypowy spacer, bo faktycznie jest to grań (nie super wąska, ale grań), czyli rzecz w Cairngormsach niemal niespotykana.

Z przełęczy zeszliśmy na dzika bezimienną dolinką. Ścieżki nie stwierdzono, ale ktoś tam na pewno bywa (był ślad buta). Baliśmy się że trafimy na bagno, tymczasem było (jak na szkockie warunki) całkiem znośnie, nawet nie przemoczyłam butów. Spod nóg pryskały żaby, ptactwo i jaszczurki, a nawet zdarzyło nam się upolować fotograficznie… węża 🙂

Niżej dobiliśmy do ścieżki biegnącej doliną pomiędzy Macduiem a Derry Cairngorm (dolina na zdjęciu), i kontynuowaliśmy nią aż do Derry Lodge, przez większość czasu równolegle do wariantu którym podchodziliśmy.

Cała tura to ok. 26km i muszę przyznać że w drodze powrotnej Glen Lui już mi się nie wydawała taka ponętna… Odcinek od mostu do parkingu mnie wręcz dobił. I pomyśleć, że zrobiliśmy tylko jednego munrosa…

Powtarzam, żeby było jasne: Carn a’Mhaim warto odwiedzić. Nie jest to super popularny czy bardzo znany munros, nie pokonuje się epickich trudności, ale jest tam po prostu pięknie i przy dobrej pogodzie niesamowite wrażenia gwarantowane.

(Zakwasy też…)


Ben Avon i Beinn a’Bhuird


Nr 91, Ben Avon; nr 92, Beinn a’Bhuird

Wymowa: ben an; ben a wurd

Znaczenie nazwy: hill of the bright one; table hill* (za MunroMagic)

Wysokość: 1171m n.p.m.; 1197m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 17.; 11.

Data wejścia: 14.09.12

*no shit, Sherlock!

Tym razem zaniosło nas na wschodni skraj Cairngormsów, gdzie jeszcze nie byliśmy. Zamykające grupę od tej strony dwa munrosy to esencja tych gór podniesiona do potęgi – dwa gigantyczne (Ben Avon rozciąga się na ok. 30 km kwadratowych) płaskowyże, gdzieniegdzie popodcinane kotłami ale w górze totalnie naleśnikowate.
Długość naszej tury, pętelka Linn of Quoich – Glen Quoich – The Sneck – wierzchołek Ben Avona, Leabaidh an Daimh Bhuidhe – The Sneck – północny szczyt Beinn a’Bhuird – Glen Quoich, miała wynosić 35 km czyli jak na te góry nic niezwykłego.

Wyjechaliśmy w piątek, noc spędziliśmy w namiotach na parkingu przy Linn of Quoich, wymarsz został uskuteczniony o szóstej. Na taki dystans wiadomo było, że potrzebujemy jak najwięcej czasu.

Świt zastał nas w Glen Quoich. Piękna, typowo cairgormska dolina: wrzosy, lasy, ładna rzeka.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Dolina jest naprawdę długa, ale teren wznosi się bardzo łagodnie, pomimo że stale. Wysokość zyskujemy praktycznie nie zdając sobie z tego sprawy. Najfajniejsze są odcinki zalesione, bo cairgormskie lasy (czy też, wg polskich kryteriów, laski) to coś cudnego.

W końcu zaczynamy wiedzieć, gdzie naprawdę zmierzamy. Masyw po lewej to Beinn a’Bhuird (niewielka część), po prawej Ben Avon (część jeszcze mniejsza), a łączy je wysoko położona, baaaardzo szeroka przełęcz, The Sneck.

Image Hosted by ImageShack.us

Widok na stronę przeciwną:

Image Hosted by ImageShack.us

Oraz na kotły we wschodniej części Beinn a’Bhuird i formację A’Chioch.

Image Hosted by ImageShack.us

Ścieżka wchodzi w obniżenie pomiędzy munrosami i bardzo łagodnie wznosi na The Sneck. Jeszcze przed przełęczą osiągamy 900m n.p.m., w co trudno uwierzyć bo cała dotychczasowa trasa wiodła po prawie płaskim.

Image Hosted by ImageShack.us

Widok ze Snecka na dolinę Slochd Mor rozwala.

Image Hosted by ImageShack.us

Na Ben Avon podchodzi się nieco ostrzej niż na Snecka, ale wciąż łagodnie. Plateau osiąga się szybko. Jest płaskie jak blat, ale ze zlokalizowaniem wierzchołka nie ma problemu: tworzy go jeden z częstych w Cairgormsach granitowych formacji, zwanych torami. Nie ma najmniejszych wątpliwości że jest najwyższym miejscem płaskowyżu. Na Leabaidh Daimh Bhuidhe, Łoże Żółtego Jelenia, jeszcze niezły kawałek niemal idealnie równym płaskowyżem:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na skałki szczytowe warto się wbić:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Stamtąd już świetnie widać, jaki masyw Ben Avona jest ogromny. Nie ma wątpliwości, że najrozleglejszy w Cairngormsach. Choć moim ulubionym tableland i tak pozostaje surrealistyczne Moine Mhor dwie notki wstecz.

Pod wierzchołkiem zrobiliśmy naprawdę długi postój – było tak pięknie, że nikt nie miał ochoty schodzić.

W końcu jednak trzeba było. Poniżej Dorota ciśnie w kierunku Snecka, a masyw przed nim to już Beinn a’Bhuird.

Image Hosted by ImageShack.us

Tam znalezienie wierzchołka to już wyższa szkoła jazdy, dlatego z początku nieświadomie zrobiliśmy sobie "fotki szczytowe" na niejakim Cnap a’Chleirich.

Image Hosted by ImageShack.us

Kiedy pokażą się klify, należy iść wzdłuż nich popatrując na prawo. Kilkadziesiąt metrów od granicy kotła będzie się wznosił pokaźny kamienny kurhan (mniej więcej kiedy znajdziecie się na wysokości leżącego w kotle Dubh Lochan).

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na szczycie nie za bardzo się czuje iż jest się w najwyższym punkcie, wrażenie psuje South Top znajdujący się 2,7 km dalej, niższy o zaledwie 18 m, co z tej odległości nie jest ewidentne.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Ścieżka zejściowa (zaznaczona na mapie) w terenie nie była trudna do wypatrzenia – obniżaliśmy się mając South Top po lewej i wyszliśmy prosto na nią. Do przejścia był jeszcze niesamowity kawał. Po przekroczeniu rzeki połączyliśmy się z naszą drogą dojściową.

Cairngormskie lasy są tak urocze, że nawet pomimo zmęczenia nie dało się ich nie podziwiać, chociaż przyznaję, że na końcówce wlekliśmy się już i plątały nam się nogi.

Image Hosted by ImageShack.us

Z powrotem przy samochodzie zameldowaliśmy się o 18 z minutami, czyli tura zajęła nam 12 godzin. Udało się zatem zmieścić w czasie z przewodnika, chociaż na styk. Byliśmy połamani, śpiący, głodni i bardzo szczęśliwi.

Cairngormsy to góry które albo się kocha albo nienawidzi. Poniewierają człowiekiem niczym trening w Legii Cudzoziemskiej, prawie zawsze tam piździ jak w Kieleckiem, w niczym nie przypominają zorientowanych wertykalnie munrosów Zachodniego Wybrzeża. 

Ja je uwielbiam 😉

Zdjęcia autorstwa Doroty i Mariusza:>>LINK<<

Mullach Clach a’Bhlair i Sgor Gaoith


Nr 86, Mullach Clach a’Bhlair; nr 87, Sgor Gaoith

Wymowa: mulah klah a wle’; skur gui

Znaczenie nazwy: summit of the stony plain; windy peak (za MunroMagic)

Wysokość: 1019m n.p.m.; 1118m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 114.; 36.

Data wejścia: 24.08.12

Trochę się już stęskniłam za Cairngormsami. Jakkolwiek góry Zachodniego Wybrzeża są o wiele bardziej efektowne, to na tych surowych, arktycznych płaskowyżach niesamowicie się wyciszam. Od czasu do czasu muszę sobie zafundować wyrypę w Cairngormsach.

Tym razem zaatakowaliśmy je od Glen Feshie, czyli południowego zachodu.


Glen Feshie jest bardzo ładna, a w dodatku załapaliśmy się na kwitnienie wrzosów, co nie udało nam się nigdy wcześniej. Było to tym milsze, że zupełnie ominęło nas tegoroczne kwitnienie rododendronów, które uważam za absolutnie przepiękne.


Samochód zostawiliśmy na parkingu skąd czekał nas krótki spacer asfaltem do Auchlean farm. Stamtąd odchodzi droga na płaskowyż. Z początku biegnie ładnym lasem, by wkrótce osiągnąć wrzosowiska. Biegnie baaardzo łagodnym trawersem i nie sposób się na niej zmęczyć (chyba, że jest się mną – miałam wyjątkowo słaby dzień).

Kiedy osiągnęliśmy plateau, niestety wszystko było w chmurach. Kilka słów o samym płaskowyżu. Odcinek w którego obrębie znajdowały się nasze dwa munrosy zwany jest Moine Mhor, the Great Moss. Jest to niebywale płaski – przepraszam za tautologię – płaskowyż, gdzie w ogóle nie czujemy, że znajdujemy się w górach i to jak na Szkocję, całkiem wysokich. We mgle – padaka. Gdzie nie spojrzeć, te same tundrowe połacie traw i prawie żadnych punktów orientacyjnych. Uwielbiam taki klimat 😉

W którą stronę się nie obrócisz, wygląda to tak:



Jedynym wyjątkiem był wierzchołek Sgor Gaoith na który mieliśmy się wbijać w następnej kolejności:

Naszego pierwszego munrosa, Mullacha Clach a’Bhlair, ochrzciliśmy mianem Placka i tak już zostanie. Jest to po prostu najwyższy punkt płaskowyżu. Większego naleśnika jeszcze w swojej karierze nie widzieliśmy. Można tam (acz akurat na tym zdjęciu szczyt nie jest widoczny) wjechać samochodem:

Jak to w Cairngormsach, płaskie "tablelands" urozmaicają mniejsze i większe kotły.

Zaprawdę powiadam wam, ten kurhanik nie stoi na szczycie Placka bez powodu. Inaczej nie ma lipy, nie dałoby się go znaleźć.

Z Placka pociągnęliśmy na wyższy i niekoniecznie budzący skojarzenia kulinarne Sgor Gaoith. Czasem chmury trochę rzedniały i otwierał się widok na Braeriacha.

Zbaczając ze ścieżki, natrafiliśmy na maleńkie ruiny, na oko bardzo stare. Cóż to mogło być? Nie ma opcji, że ktoś tu mieszkał. Jakiś schron dla pierwszych munrobaggerów? Nie mam pojęcia.

Kiedy osiągnęliśmy – już niedaleko szczytu – krawędź kotła, spotkała nas niesamowita niespodzianka. Coire Odhar był w dużej mierze odsłonięty i kontrast jego głębi, która uprzytomniła nam, że jednak jesteśmy w górach, z plaskacizną dookoła, był porażający. Plus niesamowite, ogromne zbocza Braeriacha i śliczne, turkusowe Loch Eanaich.

Ten widok na jezioro wynagrodził nam wszystko: i to, że byliśmy przemoczeni, i długość trasy, no i obronił honor placka jako członka bandy…

Do przejścia był jeszcze kawał, wracaliśmy tą samą drogą.

Dla takich klimatów lubię Cairngormsy:

A nasz placek to – uwaga!! – to małe spuchnięcie w środku na horyzoncie. Brylanty przeciwko orzechom, że to najbardziej plaskaty munro!

A tu jeszcze wrzosowiska w Glen Feshie:

Wycieczka była genialna chociaż zmoczyło nas, przewiało, i przez większą część czasu nie mieliśmy widoków. The Cairngorms rule!

Długość trasy to ok. 26 km (i ja je dzisiaj czuję w udach na maksa).

Bynack More


Nr 79, Bynack More

Wymowa: bajnak mor

Znaczenie nazwy: the big cap

Wysokość: 1090m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 54.

Data wejścia: 25.09.11


Bynack More zamyka Cairgormsy od północy. Zanim zacznę opisywać trasę, zachęcam do porównania zdjęć z tej i poprzedniej notki, jak również zwrócenie uwagi na jakich miejscach listy znajdują się opisywane w nich munrosy.

Parkujemy opodal Reindeer Centre (fajna rzecz, chętnie kiedyś odwiedzę: >>LINK<<). Z początku wędrujemy wzdłuż szosy, by po krótkim czasie osiągnąć najładniejszą część trasy, Ryvoan Pass. Jest to wąskie gardło pomiędzy dwoma niskimi masywami, pokryte wspaniałą bujną roślinnością. Jest też atrakcja w postaci szmaragdowego jeziorka Lochan Uaine (genialny plener zdjęciowy!)

Kiedy dolina się kończy, wychodzimy na rozległą równię skąd widać przedwierzchołek naszego munro, Bynack Beag. Zachodzimy główne plateau szerokim łukiem, więc cairgormskich "olbrzymów" nie widać, okoliczne wzniesienia są niewielkie i jedynym munrosem w polu widzenia jest Bynack.

Bardzo łagodnie wznosząca się ścieżka wyprowadza na płaskowyż. Nie jest to oczywiście główne plateau, które usytuowane jest w zupełnie przeciwnym kierunku i z którym masyw Bynacka się nie łączy. Stąd widać już kopułę szczytową góry. I jedyne nieco ostrzejsze podchodzenie pod górę to właśnie kopuła, większa część trasy biegnie po niemal płaskim terenie.

Dawno nie byłam na tak długiej, a jednocześnie lekkiej wycieczce. Bynacka zdobywa się praktycznie bez wysiłku. Jedynym czynnikiem uprzykrzającym życie była tradycyjna cairgormska piździawa. Tym razem nie aż tak silna żeby przewrócić, ale w rejonie szczytu zarzucało mną nieźle.

Niestety, nad głównym plateau stały chmury i widoków w tym najbardziej interesującym kierunku nie było. Ze względu na wiatr na wierzchołku posiedzieliśmy może z pięć minut. Zdecydowaliśmy się na powrót tą samą drogą – alternatywna schodzi w od razu w dolinę ale obawialiśmy się że będzie tam zbyt mokro, jako że cały dzień popadywało.

Po drodze spotkaliśmy dwa renifery, które musiały uciec z Reindeer Centre. Takie rzeczy to tylko w Cairngormsach 🙂 Bardzo lubię ten rejon właśnie ze względu na subarktyczny, jak dla mnie z lekka surrealistyczny klimat.

Lubię te góry zwłaszcza teraz jesienią, kiedy trawa zmienia kolor (w ogóle jesień to moja ulubiona pora roku tutaj):

I na koniec tradycyjna tęcza (wypad w Cairgormsy bez tęczy się nie liczy ;P):

Reasumując, bardzo przyjemna wycieczka, jak zwykle w ten rejon – taki lajtowy munro bagging przy w miarę ładnej pogodzie bywa bardzo sympatyczny. To jeszcze tylko 21 zostało do skompletowania pierwszej setki ;PPP

Lochnagar

Nr 62, Cac Carn Beag

Wymowa: kah karn beg

Znaczenie nazwy: pass of the small cairn

Wysokość: 1155m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 21.

Data wejścia: 28.04.10

Położony w obrębie Cairngorms National Park, faktycznie Lochnagar to jeszcze Mounth, nie Cairngorm plateau. Arktyczne klimaty pozostają oczywiście te same. Lochnagarem jest nazywane wzniesienie położone na obrzeżu plateau, na południe i wschód łagodnie przechodzące w jego miękkie linie, na północny zachód opadające wspaniałym kotłem. Jak to na płaskowyżach bywa, dokładne ustalenie najwyższego punktu jest sprawą podstawową, gdyż rzadko jest on ewidentny. Na Lochnagarze wierzchołki są dwa, ale żeby zaliczyć munrosa trzeba oczywiście stanąć na wyższym, Cac Carn Beag.

Lochnagar zdobywaliśmy drogą najpopularniejszą, od Spittal of Glenmuick. Teraz uwaga, bo bardzo łatwo pomylić drogę (jako i my uczyniliśmy). Z początku jest to normalnie autostrada. Opuszczając parking mijamy niewielki lasek, potem idziemy otwartym polem. W oddali widoczne są zabudowania farmy. Kiedy autostrada skręca ostro w prawo, my obieramy azymut na charakterystyczny budynek, coś w rodzaju otwartego garażu. Ciężko opisać ale w terenie nie do pomylenia. Okrążamy garaż od prawej strony po czym prawie niewidoczną ścieżką wchodzimy w las. Za lasem droga pojawi się ponownie i więcej odcinków mylnych już nie będzie.

Pierwszy widok na Lochnagar z farmą w dole:

Przepiękne starodrzewy Ballochbuie Forest, fotka robiona akurat z miejsca przez które prawidłowa trasa nie prowadzi:

Po przekroczeniu strumienia droga gładko wyprowadza na zbocza Lochnagaru. Nie jest trudno, nie jest stromo, klimat taki bardziej spacerowy, widoki stają się coraz rozleglejsze i piękniejsze. Pełno fauny: jelenie, pardwy, cietrzewie, zające, żmije (!); flora surowa – same wrzosy, zero drzew. Można poczuć się jak za kołem polarnym.

Kiedy w końcu teren znacznie się spiętrza, oznacza to że osiągnęliśmy ostatnie podejście, The Ladder, które już bezpośrednio wyprowadzi nas na plateau. Podchodzenie nie trwa długo. Wkrótce stajemy na płaskowyżu i odsłania się nam w całym swym splendorze lochnagarowy kocioł, opadający do jeziorka tej samej nazwy:

O tym, że kocioł ów warto obadać pod kątem scramblingowym, wiedzieliśmy doskonale. Wycieczka miała być zresztą tak samo zrobieniem munrosa jak i rekonesansem. Z moich książek pamiętałam, że są tam na pewno jakieś czwórkowe (czyli trudne, ale osiągalne) scramblingi. Idąc wzdłuż krawędzi klifów, wypatrywaliśmy miejsc z potencjałem – tzn. takich, które byłyby realne dla nas wszystkich, bo znacznie trudniejszych akurat tam nie brakuje. Znaleźliśmy albo tak nam się wydaje.

Pogoda zmieniała się kilkanaście razy w ciągu dnia. Było pięknie (choć na górze panowała iście arktyczna zimnica, w kontraście do podejścia gdzie popylaliśmy radośnie w samych polarkach).

Po zdobyciu obu wierzchołków i napatrzeniu się na niesamowitą panoramę wracaliśmy ponownie przy krawędzi, ale tym razem pięknie świeciło słońce i można było dostrzec więcej. Jednym z potencjalnych celów jest turniczka poniżej, na którą panowie zresztą już by weszli, gdybym nie zaprotestowała. Było zbyt ślisko, a ponadto jak wchodzić to razem – tyle że ja, jako znany tchórz, wolałabym z liną. Nie wyglądało to na bardzo trudne ale ekspozycja cholerna.

Turniczka od strony "wejściowej":

Wypatrzyliśmy jeszcze ze trzy granie które wyglądały na leżące w zasięgu naszych możliwości, acz również dość lufiaste. Na pewno wrócimy tam latem.

Powrót tą samą drogą.

Lochnagar jest piękny a widok z plateau powala na kolana. Na pewno warto tę górę odwiedzić nawet ceprostradą, tym bardziej że jest ona tak nieforsowna, że do przejścia dla każdego. Fajnie gdyby utrafić z pogodą – zupełna lampa niekoniecznie pasowała by do klimatu tego miejsca, taka pogoda w kratkę jaką my mieliśmy (z chmurami jednak wysoko przez cały czas) idealnie podkreślała surowość krajobrazu – w oddali widzieliśmy strumienie deszczu spadającego w różnych miejscach, w dole tworzyły się tęcza za tęczą, chmury przeplatały się ze słońcem – wszystko to dawało dokładnie taki efekt, jak powinno*.

Polecam jako cel z pełnym przekonaniem.

*moje preferencje chadzają oczywiście różnymi drogami ;P


Beinn Bhreac

Nr 58, Beinn Bhreac

Wymowa: bin wrek

Znaczenie
nazwy:
speckled hill

Wysokość:
931m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 249.

Data wejścia:
14.03.10

Znalazłam u
McNeisha bardzo trafny cytat o Cairngormsach, przepraszam że podaję w
oryginale ale tłumaczę podobnie jak obieram ziemniaki: co z tego że wiem
jak, kiedy efekt jest kwadratowy:

Sir
Henry
Alexander suggested that for many, first acquaintance with these hills
was occasionally accompanied by a sense of disappointment. But, he goes
to say, "as one explores them and wanders among them, the magnitude of
everything begins to reveal itself, and one realises the immensity of
the scale upon the scene is set, and the greatness and dignity and calm
of the Cairngorms cast their spell over the spirit.

Mam dokładnie takie same odczucia. Cairngormsy po etapie rozczarowania (te naleśniki to mają być najwyższe góry Szkocji?) rozkochały mnie w sobie.

Celem ostatniej wycieczki były dwa munrosy we wschodniej części grupy, nieeksploatowanej jeszcze przez nas Glen Derry.

Od parkingu przy Linn of Dee, znaną nam drogą (wracaliśmy nią z Penisa >>LINK<<) maszerujemy do Derry Lodge. 

Jest to chyba najbardziej zalesiona dolina, jaką ogarnęliśmy w szkockich górach. Oprócz flory zachwyca też cairngormska fauna – jelenie, zające bielaki, pardwy. Szkocka Arktyka 🙂

Od Derry Lodge odbijamy w kierunku Glen Derry. Do konkretów niestety jeszcze spory kawałek.

To na górze to już Glen Derry, my mieliśmy się wbijać na wał po prawej stronie. W przepadającym paskudnym śniegu osiągnięcie plateau zajęło wieki. Co i rusz wydawało mi się że już jestem w rejonie szczytowym, ale nie – otwierał się kolejny plan. Niby kopa, ale w tych warunkach śniegowych wysysała energię ekspresowo. Widoki mieliśmy jedynie za sobą, na Glen Derry i zachód.


Bein Bhreac jest największym plaskaczem jakiego zdeptałam. Gdyby nie to, ze najwyższy punkt jest oznaczony kopcem, w życiu byśmy go nie znaleźli. Pomiędzy nim a następnym munrosem (poniżej) rozciąga się zaś zupełnie płaski fragment plateau, teren spiętrza się dopiero pod koniec. W warunkach letnich można to przejechać na rowerze, w głębokim śniegu jednak nie było już tak łatwo.

Na tym zupełnie płaskim, acz długim (kilka kilometrów) odcinku mało się nie zarżnęliśmy. Były fragmenty, że wpadaliśmy w śnieg po uda. Niezbyt motywujący był tez fakt, iż nad munrosem wisiała cały czas nieładna chmura, i ogólnie widoczność była kiepska.

Poniżej munrosy po drugiej stronie doliny: Derry Cairngorm, stromy kocioł prawdopodobnie opadający z masywu Macduia i Beinn Mheadhoin:

W którymś momencie powiedziałam pas. Byłam już tak zmęczona torowaniem sobie drogi w śniegu, a Beinn a’Chaorainn zdawał się w ogóle nie przybliżać, że kiedy dodatkowo zaczęła się zadymka uznałam, że nie dam rady. Wyjęliśmy bothy bag i spędziliśmy w nim ponad kwadrans, regenerując się herbatą. Ustaliliśmy też, że w tych warunkach nie będziemy mieli siły wrócić z drugiego munro, więc zawracamy teraz.

Wracaliśmy po własnych śladach. Była opcja, żeby zejść w dolinę ale im niżej, tym śnieg był mniej związany więc postanowiliśmy zostać na plateau jak najdłużej. Mało rozsądnie strawersowaliśmy potencjalnie lawiniaste zbocze – byliśmy już tak zmęczeni, że było nam wszystko jedno – dowlekliśmy się na dół i rozpoczęliśmy powrotny marsz doliną.

Z planowanych 29 km zrobiliśmy ok. 25, czyli klasyczny cairngormski trekking.

Niestety, właśnie takich warunków śniegowych można będzie się spodziewać w ciągu najbliższego miesiąca – dwóch. Dlatego z Cairngormsami na razie się żegnamy i zaczynamy kierować się bardziej na zachód. Najmokrzejszy w roku sezon w Szkocji uważam za oficjalnie rozpoczęty.

Devil’s Point i Cairn Toul

Nr 48, Devil’s Point (oryginalnie Bod an Deamhain) i nr 49, Cairn Toul

Wymowa: wersji gaelic nie jest mi znana, McNeish podaje angielską pot-in-john, coś mi się jednak widzi że polskie ucho usłyszałoby to inaczej ; kern tul

Znaczenie nazwy: [ w gaelic] penis of the demon; hill of the barn

Wysokość: 1004m n.p.m.; 1291m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 129.; 4.

Data wejścia: 4.10.09

Tym razem dokończyliśmy poprzednią trasę startując z przeciwnej strony, z Braemar. Pogodowo poszczęściło się nam bardzo. Nie marzyłam o takich warunkach.

Start z parkingu przy Linn of Dee. Odchodzi stamtąd kilka dróg. Polecam zacząć tą wzdłuż rzeki, przez Glen Dee.


Do "serca mroku" nie ma krótkiej drogi. Każda wycieczka w tę część Cairngormsów to konkretny, dający w dupę trekking. W naszym przypadku przez dolinę rzeki Dee, w takich warunkach w jakich przyszło ją nam pokonywać, przepiękną. Ścieżka jest wyraźna, na początku w ogóle szutr i pełna Ameryka, potem już węziej i mokrzej, ale wciąż ewidentnie.

Docelowe munrosy pojawiają się na horyzoncie szybko, ale ich bliskość to złudzenie, przed nami jeszcze KAWAŁ.

Poniżej osiągamy najszerszą część Glen Dee, z Devil’s Pointem po lewej stronie, i Ben Macdui (tym ośnieżonym) po przeciwnej:

Sam Devil’s Point, mimo niewielkich gabarytów, prezentuje się dość charakternie na tle naleśnikowego towarzystwa, ale tak szczerze z penisem to niekoniecznie się kojarzy.

Drugie śniadanie, zasłużone zaznaczam, planowaliśmy zjeść przy Corrour Bothy – tej chatynce widocznej w centrum zdjęcia. W Corrour jest spartańsko, niemniej koleba czy też schron z kamienia to to nie jest – jedna izba z wydzielonym aneksem do spania, podobno toaleta (akurat nas nie cisnęło, więc wierzymy na słowo), koza, stół i parę krzeseł, oraz miejsce na produkty spożywcze. Świetna miejscówka na Sylwestra, jeżeli ktoś chce ryzykować wielokilometrowy marsz przez śniegi tylko po to, by stwierdzić, że inna grupa miała ten sam pomysł.

Cairn Toul wznosi się po prawej od Corrour Bothy, wzniesienie lewe acz wysokie nie ma statusu munro z powodu zbyt małej wybitności. Poniżej zaś widok na północ: daleki Braeriach i Ben Macdui.

Ścieżka prowadzi od schronu w górę do kotła, skąd zaczyna wspinać się na przełęcz między Devil’s Pointem a sąsiednim wzniesieniem. Chcąc zaliczyć także Cairn Toula, stwierdziliśmy, że iść tak jak wskazuje droga nam się nie opłaca, gdyż będziemy musieli się wracać. O wiele ekonomiczniej było wbić się na Penisa od razu po osiągnięciu kotła, po jego północnym zboczu, co też uczyniliśmy.

Włażenie okazało się dużo mniej lajtowe niż sugerował to wygląd zbocza. Szło się albo po wilgotnej, śliskiej gąbce zdobnej w zagadkowe (owiec tam nie ma), a liczne bobki, wyżej zaś po rumowisku gdzie część kamieni się ruszała, część zaś była oblodzona, a obie części niejednokrotnie pokrywały się. Ponadto długość podejścia, krą z kotła szacowałam na jakieś 150m, okazała się dwukrotnie wyższa, jako że górnych partii z dołu nie widać.

Widoki z Devil’s Pointa na Glen Dee zapierają dech:

Obniżając się długą, szeroką granią Devil’s Pointa możemy podziwiać imponujące południowe zbocza, spadające do Glen Geusachan. Stwierdzam z przekonaniem, że góra nie należy do najwyższych ani trudnych, ale zdecydowanie ma w sobie coś szczególnego, i nie mam tu na myśli nazwy.
Z przełęczy na którą wyszlibyśmy, idąc standardowym szlakiem, zaczynamy się dość ostro wbijać na bezimienne wzniesienie rozdzielające dwa munrosy. Poniżej widok Penisa z tejże wbijki:

Ben Macdui:

Kiedy osiągamy to środkowe wzniesienie, większość podchodzenia mamy za sobą. Nareszcie wyłania się dalsza część plateau, w polu widzenia pojawiają się Angel’s Peak i Braeriach.

Poniżej bezpośrednie podejście na Cairn Toul:

Na wierzchołku Cairn Toula złapała nas mała zadymka, na tyle mikra że ochronił nas przed nią niski kamienny schron, wystarczająca jednak żeby całkowicie skasować widoczność. Tę mieliśmy na nowo dopiero przy schodzeniu.

Zawróciliśmy do przełęczy i ścieżką zeszliśmy do Corrour Bothy, cykając ostatnie zdjęcia. Cairngormsy po raz pierwszy ukazały mi się w tak pięknej szacie. Widoczność była bardzo dobra, wiać wiało, ale nie tak żeby nie dało się wytrzymać i nie przez cały czas.

Ostatnie widoki z plateau:

Przed schronem natknęliśmy się na dwie łanie. Nie bały się zupełnie. Jedna podeszła do nas na odległość kilku metrów i obcinała nas ciekawie. Były tak ufne, że ewidentnie nie miały żadnych przykrych doświadczeń z człowiekiem. Aż liczyłam, że ta jedna da się pogłaskać, ale życie to je real, a nie kreskówka o Bambi. Niemniej pozowały profesjonalnie.

Wracaliśmy inną drogą – tuż za Corrour Bothy zamiast na prawo, poszliśmy lewą odnogą drogi – przez Glen Luibeg przechodzącą potem w Glen Lui. Topograficznie, jakkolwiek droga jest, i to wyraźna przez cały czas, rzecz nie jest oczywista. W kilku miejscach wykorzystywaliśmy skróty – w terenie nie do przegapienia, ale trzeba było wiedzieć, że właśnie tam warto skręcić.
Choć nawet i z mapą można się wpieprzyć. Jak ostatnie pierdoły przekraczaliśmy Luibeg Burn, szeroki, rwący i kamienisty (brr) na żywca, bez butów, konstatując post factum że kilkaset metrów w g
órę strumienia mieliśmy mostek.
Odcinek od naszej potokowej przeprawy do końca szlaku jest wyjątkowo urokliwy. Szkoda, że pokonywaliśmy go w narastającej szarówce a pod koniec po ciemku, ale w to sympatyczne miejsce na pewno jeszcze wrócimy, zwłaszcza że można tamtędy dostać się na co najmniej dwa munrosy.

(A księżyc! Highlandzki księżyc, to jest coś cudownego, podobnie jak gwiazdy – jak nie ma chmur, widać drogę mleczną! Zawdzięczamy to niskiemu stopniowi zanieczyszczenia światłem w tym rejonie)

Piękna, cudowna, jakkolwiek męcząca wycieczka.
Ogólnie wrażenia bardziej niż pozytywne, podobało się nam wszystkim bardzo, Cairngormsy potrafią zaczarować.

Link do całości – polecam, warto – >>TU<<

Angel’s Peak i Braeriach


Nr 46, Angel’s Peak (aka Sgor an Lochain Uaine) i nr 47, Braeriach

Wymowa: wersji gaelic – skyr an lochan uin; brea-riach (akcent na drugą sylabę)

Znaczenie nazwy: rocky peak of the little green loch; grey upper part

Wysokość: 1258m n.p.m.; 1296m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 5.; 3.

Data wejścia: 19.09.09

Bardzo, ale to bardzo podoba mi się początek opisu tej trasy w Scotland’s Mountain Ridges: This is the journey into a heart of darkness (…) :DDD

Fakt, aby zaliczyć któregokolwiek z czterech munros wznoszącym się nad niesamowitym systemem kotłów nad doliną Lairig Ghru, trzeba pokonać konkretną odległość od cywilizacji, i to obojętnie od której strony idziemy. Jest to samo serce Cairngormsów, tu znajdują się najwyższe punkty, jedne z najwspanialszych kotłów, oraz najgłębsza i najdłuższa dolina, dzieląca na dwoje całą tę grupę górską.

Nasza pętla liczyła sobie 29 km i końcówka powrotu odbywała się już po ciemku.

Zanim znajdziemy się w dolinie, czeka nas jeszcze długi marsz (info o parkingu i dokładnym przebiegu trasy będzie na mapce).

Pierwszym spektakularnym miejscem na trasie jest Chalamain Gap – wąski wąwóz wyścielony złomami skalnymi, długi na jakieś 300m. Po deszczu niezbyt sympatyczne miejsce.

Po wyjściu z wąwozu po raz pierwszy ukazuje się Braeriach. Wyraźną ścieżką , nieco w dół, maszerujemy do rozwidlenia dróg. Prawa odnoga wspina się na Braeriach i to nią będziemy schodzić. Teraz kierujemy się w lewo, dnem Lairig Ghru.
Dolina na początkowym odcinku wygląda jak z kosmosu, jest wąska, prawie nic tu nie rośnie, nie widać żadnych śladów bytności człowieka.

Odcinek który nazwałam początkowym nie jest bynajmniej krótki, liczy sobie ładnych parę kilometrów. Na razie nie ma jeszcze żadnych spektakularnych widoków. Te odsłonią się dopiero w miejscu, gdzie dolina znacznie się rozszerza: po prawej ręce wspomniany zdumiewający system kotłów, ponad nimi wielkie plateau którego najwyższe punkty mają status munros, po lewej potężny masyw Ben Macdui, na przeciw nas – kontynuacja doliny, czyli Glen Dee (na zdjęciu poniżej).

Aczkolwiek dalsza część naszej trasy – zawieszona 300m powyżej dna doliny misa kryjąca jeziorko Lochan Uaine, znad którego wznosi się północno-wschodnia grań Angel’s Peak – od momentu wyjścia z wąskiego gardła doliny była widoczna jak na dłoni, i tu, jak się okazało w praniu, do przejścia był niezły hektar. Podejście do jeziora jest niedługie, ale żmudne. Najlepiej kierować się wzdłuż wodospadu, po jego prawej stronie. Strome zbocze jest w większej części trawiaste, poprzerastane skałami i boulderkami, które jednak w większości da się omijać.
Poniżej pierwszy widok na naszą docelową grań, zdjęty z końcówki podejścia pod jezioro:

Grań ma scramblingową wycenę 2, identycznie jak Fiacaill Ridge lub Am Fasarinen Pinnacles. Po raz kolejny przekonałam się, że wyceny scramblingowe zależą od mnóstwa rzeczy, nie tylko a nawet nie głównie od trudności. Nie należy ich absolutnie odnosić do najtrudniejszego miejsca na trasie. Rolę grają omijalność trudnych miejsc, długość trasy, odległość jaką trzeba pokonać by do niej dojść. Grań którą wchodziliśmy to mniej więcej w dwóch trzecich długości kamieniste zbocze, po którym można iść z rękami w kieszeniach. Właściwy scrambling jest dopiero pod szczytem, nie ma miejsc trudnych, wariantów jest wiele, nie ma bezpośredniej lufy. Słowem, nie ta półka co dwie wcześniej wymienione trasy. Am Fasarinen zawdzięczają tak niską ocenę swojej całkowitej omijalności, Fiacaill – chyba temu, że jest króciutki i łatwo dostępny z terenów cywilizowanych. Grań na Angel’s Peak jest piękna ale wyzwania nie stanowi, nawet dla mnie.

300m do góry, i stajemy na wierzchołku. Kontrast pomiędzy stromizną kotłów a łagodnością i rozległością płaskowyżu jest uderzający. Taki typ ukształtowania terenu jest spotykany w bardzo wielu miejscach Szkocji, ale w Cairngormsach osiąga swoje apogeum.

Falls of Dee

Z Anioła można się wybrać na niedaleki Cairn Toul, ale nie mieliśmy czasu na kolejnego munrosa. Wzdłuż krawędzi kotła (to ważne, jako że ścieżka momentami zupełnie niknie) powędrowaliśmy w drugą stronę, na Braeriacha. Ten odcinek również tylko na mapie wydaje się krótki. Poza tym choć to plateau, powierzchnia nie jest idealnie gładka, trzeba tu i ówdzie trochę podejść, co po tylu kilometrach już nieco męczy.

Ben Macdui i Angel’s Peak

Na Braeriacha (to poniżej to jeszcze nie najwyższy punkt) kierujemy się cały czas wzdłuż kotła, wierzchołek wypada bowiem niemal przy samej krawędzi. To ważne zwłaszcza przy braku widoczności, kiedy to absolutnie nie należy zapuszczać się w głąb płaskowyżu.

Za wierzchołkiem Braeriacha (jest oznaczony kamiennym kopcem) stok się łagodnie obniża i można w oddali dostrzec Chalamain Gap. Mamy do pokonania naprawdę potężną odległość, ale mi osobiście pomaga, kiedy widzę mniej więcej punkt docelowy, nawet jeśli jest tak daleko.

Coire Bhrochain, wschodni kocioł Braeriacha

Schodzimy długim ramieniem Braeriacha, ponad doliną, aż osiągamy rozstaj ścieżek, od którego nasz szlak będzie się pokrywał z dojściowym. Na tym etapie byliśmy już mocno zmęczeni ale cisnęliśmy do oporu, nie chcąc pokonywać Chalamaina po ciemku. Udało się na ostatnią chwilę. Wąwóz przekraczaliśmy już w szarówce, wciąż jednak światła dziennego było dość. Ciemności zapadły ostatecznie kiedy byliśmy już na prostej drodze, gdzie w zupełności wystarczały latarki.

Trasa nas zauroczyła. Cairngormsy są niesamowitym miejscem, a dopiero podczas tej wycieczki mogliśmy się w pełni o tym przekonać.

Fotki: >>LINK<<